Flannery's Pub

 :: CLEVELAND :: CENTRUM

Go down

Flannery's Pub

Pisanie by Miss Cold Sex on Nie Lis 18, 2012 9:25 pm

[You must be registered and logged in to see this image.]



[You must be registered and logged in to see this image.]
Tujh Mein Rab Dikhta Hai

[You must be registered and logged in to see this image.][You must be registered and logged in to see this image.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
avatar
Miss Cold Sex

Liczba postów : 42
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Miss Cold Sex on Nie Lis 18, 2012 9:46 pm

Był środek dnia, kiedy Virani wjechała do miasta. Był to tylko kolejny przystanek na jej drodze, ale zamierzała zatrzymać się tu na noc, żeby odpocząć. Znalazła podrzędny motel na obrzeżach, ale widząc jakość usług, które świadczyła recepcja, nie zamierzała zamawiać tam nic do jedzenia. Więc ledwo co weszła, już z powrotem zakładała kurtkę, by po chwili zniknąć za drzwiami.
Flannery's był podrzędnym barem w małej uliczce, który wypatrzyła po zaparkowaniu samochodu. Bez większego zastanowienia popchnęła ciężkie żelazne drzwi, które trąciły dzwonek obwieszczający nowego klienta. Pub był zupełnie pusty, i mimo że spodziewała się czegoś zdecydowanie bardziej obskurnego, bez wahania usiadła na jednym ze stołków barowych przy ladzie. Zerkając na menu zamówiła podstawowy zestaw Amerykanina: hamburger, frytki i surówka. Ciekawe, czy przynajmniej będzie to wyglądało smacznie.
Po kilku minutach systematycznego popijania jakiegoś niesamowicie słodkiego, gazowanego napoju w pomieszczeniu ponownie rozbrzmiał dźwięk dzwoneczka przywieszonego nad drzwiami. Violet odwróciła wzrok od rzędu butelek ustawionych na górnej półce za ladą, by spojrzeć na nowego przybysza. Był nim młodziutki chłopak, który wydawał się sam nie wiedzieć, co tu robi. Po chwili wahania podszedł do wysokich krzesełek i powoli zajął jedno z miejsc.



[You must be registered and logged in to see this image.]
Tujh Mein Rab Dikhta Hai

[You must be registered and logged in to see this image.][You must be registered and logged in to see this image.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
avatar
Miss Cold Sex

Liczba postów : 42
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Gość on Nie Lis 18, 2012 9:58 pm

Rozmowa z Castielem bardzo mu pomogła. Mimo iż wiedział, że długa droga przed nim by wrócić do w miarę normalnego życia, czuł się lepiej, z wiedzą, że może na kogoś liczyć. Postanowił zastać w mieście jeszcze kilka dni, na wszelki wypadek gdyby anioł go szukał. Własnie, a może powinien skontaktować się tez z Ardourem? Nie widział się z nim od dawna, ale przypuszczał, że to dlatego iż tamten jest bardzo zajęty.
Wieczorem jak zawsze wyszedł się przejść. Niby obiecał sobie że więcej tego nie zrobi, po tym jak skończył sam z nieznajomym, ale widać psia natura silniejsza i potrzebował spaceru. Gorzej kiedy zrobiło się chłodno. Zdecydował że wstąpi na moment do jakiegoś baru, ogrzeje się i potem wróci do swojego hotelu. Znalezienie pubu nie zabrało dużo czasu. Wszedł do środka i zaraz skierował się w stronę baru. Usiadł na jednym z wysokich krzeseł i po chwili wahania zamówił colę. Pomimo tego co mówił mu ten dziwny nieznajomy, jakoś nie przekona się do alkoholu. Nie prędko w każdym razie. Po chwili wyczuł na sobie czyjś wzrok, była to młoda egzotycznie wyglądająca kobieta. Jak dobrze, że nie jakiś facet, przestał ufać facet przyglądającym mu się w barach. Udał jednak, że wcale nie zauważył jej zainteresowania, dalej pijąc napój.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Miss Cold Sex on Nie Lis 18, 2012 10:18 pm

Myśli Virani po raz kolejny pobiegły daleko. Zastanawiała się, gdzie mógł teraz ukrywać się stwór, za którym goniła od dwunastu lat. Skurczybyk był przebiegły, nawet ona potrafiła to przyznać. Dobrze wiedział co robi. To właśnie było w tym wszystkim najgorsze. Że znał się na swoim obrzydliwym fachu. Trafiła na godnego przeciwnika, który przez te wszystkie lata poznał jej wszystkie zwyczaje i odruchy w ten sposób, że przewidywał jej każdy krok. A przecież wszystko czego chciała, to tylko to, żeby wreszcie był martwy.
Znów spojrzała na chłopaka, który sączył bez pośpiechu swoją colę. Chyba wyglądał normalnie, jak na typowego nastolatka w jego wieku. Nie bardzo się na tym znała. Minęło już trochę czasu, od kiedy sama chodziła do szkoły, a w przeciągu tego okresu wygląd nastolatków diametralnie się zmienił. Nie specjalnie uważała, że na gorsze, jednak moda była teraz zupełnie odmienna od tej w latach dziewięćdziesiątych. Pomijając cały jej wewnętrzny monolog, chłopak chyba wyglądał na wystraszonego. Pewnie nie było w jej obowiązku pytać czy coś mu jest, ale jej natura i opiekuńczy instynkt zrobiły swoje.
- Wszystko okej? - zapytała, kiedy ich spojrzenia znów się spotkały. Pociągnęła kolejny łyk napoju przez słomkę wystającą z wysokiej szklanki.



[You must be registered and logged in to see this image.]
Tujh Mein Rab Dikhta Hai

[You must be registered and logged in to see this image.][You must be registered and logged in to see this image.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
avatar
Miss Cold Sex

Liczba postów : 42
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Gość on Nie Lis 18, 2012 10:29 pm

Narrator oficjalnie nie wie co pisać. Ale dobra, powiedzmy, że Riley myślał o swojej rodzinie. Znaczy o dziadku. Zastanawiał się kiedy dane im będzie się spotkać i w tym roku uda im się spędzić razem Gwiazdkę czy też ten dostanie nowe zlecenie. Nie lubił tego u Łowców, nie mogli nic obiecać. Nigdy nie było wiadomo czy nie muszę zaraz Cię zostawić i gnać na drugi koniec kraju. Gdyby chłopaka, nie spotkało to co spotkało, prawdopodobnie nigdy o istnieniu Łowców by nie wiedział. A nawet jeśli, nie chciałby być jednym z nich. A może myślał tak przez swoje obecne położenie? A przecież on sam był niegroźny. Był chyba najłagodniejszą osobą na ziemi. Dlatego nie rozumiał dlaczego ktoś mógłby chcieć polować na niego. Na inne potwory owszem, ale na niego?
I czy Riley wyglądał normalnie? Ciężko powiedzieć. Bo co takiego znaczy normalnie? Czy to znaczy być zgodnym z kanonem i oczekiwaniami ludzi? Bo jeśli tak, to chłopak był daleki od normalności. Wziął kilka łyków coli. Starał się zachowywać... normalnie. Ale widać to nie pomogło gdyż kobieta się do niego zwróciła. Spojrzał na nią.
-Tak, dziękuje. Wszystko w porządku.
Naprawdę czemu wszyscy zadawali mu takie pytania. Czemu wszyscy chcieli się nim opiekować? Adoptujcie go lub dajcie mu spokój. Proste.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Miss Cold Sex on Nie Lis 18, 2012 10:55 pm

Tutaj nie chodzi o to, jak Riley wyglądał. Owszem, strój nie wyróżniał go specjalnie z tłumu i Violet mogła bez problemu wyobrazić sobie, jak wśród przyjaciół i innych uczniów wychodzi ze szkoły po zakończeniu zajęć. To w jego niesamowicie niebieskich tęczówkach kryło się to coś, co ciężko było nazwać. Wydawało jej się, że odbijały się tam jakiś strach. O co i dlaczego, nie miała pojęcia. Ale czyż nie prawdziwe jest powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy? Dlaczego więc miałaby zignorować coś, co ewidentnie nie wydawało się jej zwyczajne?
Virani udała, że zaakceptowała jego odpowiedź, choć w jego głosie zabrzmiała ledwo dostrzegalna nutka rozdrażnienia. Nie miała zamiaru się go dopytywać czy jest pewien swojej odpowiedzi, jakby prowadziła Milionerów. Postanowiła więc przy okazji się czegoś dowiedzieć. Chciała znaleźć kilka miejsc, dlatego wydawało się jej odpowiednim sposobem, by zapytać o to kogoś stąd.
W tym momencie z zaplecza wyszła barmanka, u której złożyła zamówienie, niosąc jej talerz z jedzeniem. Kiedy postawiła go przed nią, brunetka ze zdziwieniem stwierdziła, że wyglądało dobrze. Pachniało może nawet lepiej. Nie jadła nic konkretnego od dwóch dni, dlatego niewiele myśląc podniosła kanapkę i wzięła spory gryz. Poprosiła o jeszcze jeden napój o kolorze toksycznego pomarańczu, kiedy dokończyła poprzednią szklankę. Zaabsorbowana ciepłym posiłkiem na moment zapomniała o obiekcie swoich rozmyślań. Przeżuła kolejny kęs i znów zwróciła się do młodego bruneta.
- Jesteś stąd? - zapytała, starając się wyglądać przyjaźnie. Miała nadzieję, że nie weźmie jej za natręta. Chciała tylko dowiedzieć się gdzie znajduje się najbliższa biblioteka. I kilka innych rzeczy.



[You must be registered and logged in to see this image.]
Tujh Mein Rab Dikhta Hai

[You must be registered and logged in to see this image.][You must be registered and logged in to see this image.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
avatar
Miss Cold Sex

Liczba postów : 42
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Gość on Wto Lis 20, 2012 4:39 pm

No tak właśnie o to chodziło, żeby nikt nie wiedział w nim nic niezwykłego, póki mu się nie przyjrzy. Żeby łatwiej było przemykać między ludźmi, żeby wtapiać się w tłum kiedy miał na to ochotę. Dlatego też nie lubił patrzeć ludziom w oczy, nie umiał tłumić swoich pewnych emocji i własnie w oczach były widoczne wszystkie jego obawy i tym podobne.
-Nie, jestem tu przejazdem
Odpowiedział jej zgodnie z prawdą. Fakt, że chciał się tu zatrzymać na kilka dni, niczego nie zmieniał. Przecież i tak stąd wyjedzie.

Przepraszam, wena mnie zawodzi, natłok roboty c

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Miss Cold Sex on Nie Lis 25, 2012 9:17 pm

Dziewczyna nie miała pojęcia, że ta jego "zwyczajność na pierwszy rzut oka" miała być jakiegoś rodzaju kamuflażem. Może to i lepiej, bo wtedy może nie sądziłaby, że nie ma w tym dzieciaku niczego niezwykłego. Przynajmniej bardzo niezwykłego. Bo jego ostrożność i ta stała obawa czająca się w jego oczach... Nadal uważała, że nie było to całkiem normalne.
Mimo odpowiedzi Riley'a hinduska się nie zniechęciła.
- A może wiesz gdzie jest okoliczne archiwum? - rzuciła z optymizmem, posyłając mu pełne nadziei spojrzenie. Ale chyba oszukiwała sama siebie. Który nastolatek zwróciłby uwagę na miejskie archiwum? W jej mniemaniu ciężko było takiego znaleźć w tym mieście. Ale może Cooper zaskoczy ją swoją spostrzegawczością. - Albo chociaż biblioteka? - w jej głosie nadal pobrzmiewała wiara, że jej chwilowy towarzysz będzie w stanie jej pomóc, nawet jeśli w środku powątpiewała w swoje złudne nadzieje.
W oczekiwaniu na odpowiedź pociągnęła kolejny łyk ze szklanki, która jeszcze przed momentem stała zapomniana.



[You must be registered and logged in to see this image.]
Tujh Mein Rab Dikhta Hai

[You must be registered and logged in to see this image.][You must be registered and logged in to see this image.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
avatar
Miss Cold Sex

Liczba postów : 42
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Gość on Pon Lis 26, 2012 1:28 pm

Dla Riley'a lepiej, że dziewczyna nic dziwnego w nim nie widziała. Nie potrzebował pytań i tym podobnych. Zdecydowanie ich dwójka nie powinna lepiej się poznawać, bo nie wiadomo jaki bałagan z tego wyniknie.
-Archiwum?
Zapytał, spoglądając na nią zaskoczony. Właściwie nic takiego nie widział. Pewnie mogła sie zapytać w dzień w jakimś sklepie czy na posterunku policji.
-Ale biblioteka... mam wrażenie, że mijałem dziś takie miejsce. Dwie ulice stąd duży murowany budynek. Nie wiem czym innym mógłby być.
Lepiej jakoś nie mógł jej opisać, bo i nie przyjrzał się dokładniej.



Daj znać jeśli kiedyś postanowisz odpisać. Jak na razie

[ZT]

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Miss Cold Sex on Nie Sty 06, 2013 1:17 pm

Spoglądała na chłopaka z przekrzywioną głową kiedy odpowiadał na jej pytania. Widocznie naprawdę był tutaj przyjezdnym, bo zazwyczaj wie się, gdzie są tak charakterystyczne punkty miasta. A na jego twarzy mogła rozpoznać najpierw szczere zdziwienie, a potem zastanawiał się przez chwilę, jakby przypominał sobie drogę. Wiele i tak jej nie pomógł, bo w ostateczności mogła zapytać kogoś stąd i doszłaby do takiego samego wniosku. Ale i tak posłała mu wdzięczny uśmiech. Miała nadzieję, że nie zajmie jej dużo czasu znalezienie tego, co potrzebuje. Jedynym wyjściem by nie zboczyć z jej planu było zapytanie pracowników biblioteki o konkretne tytuły. Można było na tym oszczędzić mnóstwo czasu, ale pozostawiało to sporo podejrzeń i dziwnych spojrzeń. Gdyby kiedykolwiek wpadła w kłopoty w okolicach, byłoby kilka osób, które mogłyby wygadać to i owo. A kiedy nie ma czego zapamiętywać, jej twarz zazwyczaj po kilku chwilach przechodzi w zapomnienie i staje się kolejną przyjezdną nieznajomą.
Violet wyciągnęła lewą rękę i spojrzała na skórzany zegarek na jej nadgarstku. Już była pięć minut za czasem, dlatego musiała się śpieszyć. Wrzuciła do buzi ostatni kęs hamburgera, dopiła napój i zeskoczyła z barowego stołka. Chwyciła papierowy rożek z frytkami, jednocześnie wyciągając dziesięć dolarów z tylnej kieszeni jeansów. Położyła je na barze i odwróciła się do chłopaka.
- Dzięki za pomoc - zmierzyła Rileya wzrokiem, znów zauważając, że widocznie nie czuł się zbyt komfortowo. - Uważaj na siebie, mały.
Uśmiechnęła się jeszcze raz i wyszła z knajpy, kierując się do wskazanego miejsca.



[You must be registered and logged in to see this image.]
Tujh Mein Rab Dikhta Hai

[You must be registered and logged in to see this image.][You must be registered and logged in to see this image.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
avatar
Miss Cold Sex

Liczba postów : 42
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Cadan Sheppard on Sob Lut 02, 2013 4:17 pm

To był pracowity tydzień. Na samym jego początku rozdzielili się z Aidenem w Wisconsin i każdy pojechał w swoją stronę. Nie zdarzało im się to często, ale nastały ciężkie czasy. Mieli dużo zamówień, które jak zwykle trzeba było rozwieść po całych Stanach. Łowcy nie byli chętni żeby fatygować się po przerobioną na zamówienie broń - bardziej niechętnie podchodzili tylko do płacenia za nią. Nie brakowało też takich, którzy niespodziewanie dzwonili z prośbą o znalezienie niezbędnej informacji czy zatuszowanie jakiejś nieprzyjemnej sprawy. A on nie umiał im odmawiać.
Kiedy dostarczył zamówienie do znajomego w Madison, spędził trzy dni w hotelu klepiąc nieustannie w klawiaturę laptopa. Zredagował po swojemu raport szeryfa w jednym z małych miasteczek, wygrał aukcję, na której sprzedawano przeklęty zestaw zegarków i wygrzebał akta jakiegoś samobójcy sprzed dwunastu lat. Pod koniec trzeciego dnia ledwie widział na oczy. Kiedy odespał miał wsiąść do auta i jechać do Detroit, gdzie czekał na niego Aiden. Pech chciał, że przeglądając przy śniadaniu poranną gazetę natrafił na wzmiankę o wyjątkowo podejrzanym morderstwie. Nie mógł sobie odpuścić. Tak więc przyjechał do Północnej Dakoty i zaczął polowanie na mściwego ducha. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że straszydło miało dobrze ponad 200 lat. Znalezienie ciała na zapuszczonym cmentarzu zajęło mu dwa dni. Przynajmniej tyle, że nie musiał ich wykopywać w środku nocy - nekropolia była od dawna nieużywana i nikt mu nie przeszkadzał, gdy przyjechał tam z łopatą i rozkopał grób. Miał dość. Wrócił do motelu tylko po to żeby wskoczyć pod prysznic i zmienić ciuchy. Wprawdzie obiecał bratu, że jutro rano będzie w Detroit... Ale Aiden da sobie bez niego radę! Z pewnością znalazł już sobie miłe towarzystwo i nieobecność bliźniaka jest mu na rękę. Wystukał szybko sms-a do brata i zapomniał o sprawie. Musiał się trochę odstresować i choć na chwilę zapomnieć o robocie. Piwo w najbliższym barze? Brzmi cudownie.
W środku panował lekki tłok, ale to całkiem naturalne w piątkowy wieczór. Z głośników sączyła się przyjemnie brzmiąca melodia, a szum mieszających się z nią ludzkich głosów wydawał się cudownie kojący. Cadan zajął miejsce przy barze, poprosił o piwo i po trzech pierwszych łykach pozwolił sobie na leniwy uśmiech i pełen satysfakcji pomruk. Porozmawiał przez chwilę z barmanem, a potem rozejrzał się po barze szukając... cóż sam nie był pewny czego. Ciekawego rozmówcy, ładnej dziewczyny? Czegokolwiek co uczyni ten tydzień lepszym.


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Trust me i'm an engineer!
avatar
Cadan Sheppard

Liczba postów : 26
Join date : 01/02/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Lut 02, 2013 7:01 pm

Życie w ciągłej podróży. Cóż za przyjemność. Pewnie większość takiej perspektywy by zazdrościła. Bo czyż nie jest wspaniale zwiedzać kraj, szukać nowych przygód, zapomnieć o starych, beznadziejnych czasach i rodzinnym miasteczku, które przywoływało tylko ciężkie wspomnienia, o których tak usilnie staramy się zapomnieć? Siedząc w jedynym miejscu przez tyle lat dla niejednego wydałoby się czymś niemożliwym. Lecz przecież byli ludzie, którzy w jednym domu spędzili całe życie. Nie wystawiając nosa poza tabliczkę, oznaczającą koniec miejscowości, w której się urodzili. Iriss nie była pewna, czy byłaby w stanie się teraz ustatkować. Te dwadzieścia cztery lata mieszkania w samochodzie i motelach jakoś odbiły się na jej psychice. Bo te kilka krótkich, dawno zapomnianych latek jej świeżo rozpoczętego życia jakoś niewiele dały. Wtedy miała wszystko, czego mogłaby tylko pragnąć. Dom. Rodzinę. Ciepło. Teraz nie miała nic. Owszem byli bracia. Dawali jej tak wiele, jak tylko się dało. To jednak nie było tym, czego wszyscy szukają. Z resztą żaden łowca tego nie miał. W takich rodzinach była tylko krew, cierpienie i inne nieprzyjemne rzeczy, które zrujnowały biały płotek. Mimo wszystko panna Sheppard w głębi duszy zazdrościła tym, którzy nie wiedzieli o ciemnej stronie świata. Mogli cieszyć się każdym dniem. Planować, marzyć. Na swoją obecną sytuację nie narzekała, bo lubiła to, co robi. Jednak przychodziły takie dni, gdzie odrobina normalności była po prostu potrzebna. A perspektywa spełnienia zachcianki była bardzo odległa i trudna do zrealizowana. Zwłaszcza, gdy na każdym kroku widziało się znaki, zwiastujące coś, co nie wyjdzie nikomu na dobre. Taka dola łowców. Ich dziedzictwo, zapisane gdzieś tam w gwiazdach, gdyby wierzyć w takie rzeczy. Tak musiało być. Ktoś powinien dbać o usunięcie tego całego syfu, albo przynajmniej zminimalizowanie go. Bo gdyby takich zagubionych dusz, jakimi są łowcy, nie było na tej ziemi… zagłada nastąpiłaby niejeden raz.
Teraz jednak nie było miejsce ani czas, by się tym przejmować. Długa droga i zmęczenie, jakie się z tym wiązało dawało się we znaki. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i dojedzie do celu. Wystarczyło przebić się przez miasteczko, by znów dostać się na odpowiednią do szybkiego pokonywania kilometrów drogę. Jeść jednak każdy musi. Wyprostować nogi i zwyczajnie odpocząć, wlewając w siebie kolejny litr czarnej, mocnej kawy też by wypadało. To był jedyny powód, dla którego Iriss zboczyła z trasy. Choć cel jej podróży nie wydawał się przyjemni. Nie dla niej. Jednak potrzebny. Bardzo. Przemęczy się trochę, by zdobyć to, czego potrzebuje i znów wyruszy na polowanie. Aktualnie starała się nie zaglądać do gazet, nie szperać w Internecie, ani nie zwracać uwagi na intuicję, krzyczącą coś w stylu „Wystawa tego sklepu nie jest zbyt normalna, prawda?” albo „Ilość nekrologów jest dość niepokojąca”, czy „w tym ogródku jest chyba za dużo dobrze wypielęgnowanych ziół, w postaci kwiatów. To na pewno sprawka wiedźmy”. Miała potrzebę wyższego stopnia, więc musiała ją zrealizować. To było jej potrzebne do pracy. Narzekanie zostawmy na później. Wiedziała co ją czeka, wiedziała, że musi się na to przygotować psychicznie, bo choć spotkanie miało nie być długie, to owocne. I nie, nie chodziło o żadne romanse. Biznes. Czysty biznes. Tak więc jechała tymi cholernymi uliczkami Cleveland, trąbiąc na jakąś starą babę, która nagle zdecydowała się na pogawędki z koleżanką na środku ulicy. A co im tam. Przecież im się należy miejsce na ulicy, a samochody mogę jeździć po chodniku. Głośny warkot silnika, który lekko ogłuszył babeczki, również je rozgniewał. I gdy Iriss udało się już plotkary wyprzedzić, jedna z nich zaczęła wymachiwać coś za nią rękoma, wyraźnie oburzona. Jakby ją to obchodziło. Dodała gazu, chcąc skręcić w uliczkę, lecz nie zrobiła tego. Bo zobaczyła coś bardzo dziwnego. Może tylko jej się wydawało, ale musiała to sprawdzić. Zawróciła najszybciej, jak się dało, parkując na poboczu, obok innych samochodów. Wyszła i zamknęła za sobą dokładnie drzwi, upewniając się, że żadna broń nie leży na widoku. Różnie z nią w tym wypadku bywało, ale cóż. Przeszła się kilkanaście metrów, zapinając skórzaną kurtkę, która miała chronić ją przed chłodnym, jesiennym wiatrem. Stanęła naprzeciw obiektu, który tak zwrócił jej uwagę. Samochód. Bardzo dobrze znany jej samochód. I rejestracja. Omal nie pisnęła ze zdziwienie i takiej wewnętrznej radości. Nagle przypomniało jej się jak bardzo tęskniła. Bo zazwyczaj starała się o tym nie myśleć. Było łatwiej. Rozejrzała się po ulicy, zastanawiając się gdzie właściciel pojazdu mógł się udać. Wtedy na rogu zobaczyła tabliczkę, mówiącą, że drzwi, umieszczone pod nią prowadzą do wnętrza pubu. Poza nim i kilkoma sklepami nie było nic ciekawego w okolicy. Warto więc zaryzykować. Weszła do środka. Na zewnątrz robiło się ciemno, więc i ludzie z okolicy żwawiej zmierzali ku miejscom takim, jak to. Przepchnęła się przez mały tłum koło baru, szukając wzrokiem znajomej twarzy. Stała tak na środku, wspinając się na palce, by móc z wyższa ocenić otoczenie. Same nieznane twarze. Jednak wiedziała, że gdzieś tu jest. Czuła to. Takie iskierki, które rozchodziły się po całym ciele. A co poczuła potem? Czyjąś dłoń, na swoim pośladku. Złapała ją szybko, odruchowo i zacisnęła palce na nadgarstku jakiegoś zboczeńca. Odwróciła się do niego twarzą, uśmiechając przesłodko. A potem tą rękę mu wykręciła tak, że facet, na szczęście niezbyt duży, znalazł się do niej plecami.
-Jeszcze raz, a odetnę Ci każdy jeden palec nożem do masła. Rozumiemy się?- powiedziała mu beznamiętnym tonem do ucha, odpychając go od siebie. Facet tylko rzucił jej niedowierzające, speszone spojrzenie i ruszył gdzieś szybkim krokiem, mamrocząc pod nosem jakieś obelgi, które niezbyt ciemnowłosą obchodziły. I wtedy właśnie zobaczyła to, czego szukała. Przy barze. Tak blisko. Wszędzie pozna tą czuprynę.
-Gdzie zgubiłeś klona?- zapytała, podchodząc bliżej i opierając się o blat baru. Popatrzyła na brata i uśmiechnęła się do niego szeroko. Potem przeniosła wzrok na faceta, siedzącego obok i stanowczym gestem zasugerowała mu, że ma wypieprzać ze swojego miejsca, bo ona chce je zająć. Tak. Zdarzało jej się być nieprzyjemną. I dzisiaj chyba nadszedł ten dzień. To chyba przed spotkaniem. Musiała się jakoś wyładować. Gdy facet niechętnie ruszył się z miejsca, ona usiadła nawet na niego nie patrząc i z powrotem zwróciła się ku jednemu z jej życiowych nieszczęść. Tak dawno ich nie widziała. Mimo iż byli identyczni i większość miała problemy z rozpoznawaniem ich nawet po latach, to Iriss była w tym doskonała. W końcu to jej bracia. Jak mogłaby ich mylić? Nawet, gdy tego chcieli, to i tak im nie wychodziło. Widok jednego nie rekompensował widoku dwóch. Choć czasem nie miała ochoty widzieć żadnego. Długa i skomplikowana historia. Teraz jednak uśmiech nie mógł zejść z jej twarzy. Minęło chyba kilka tygodni, jak nie miesięcy od ostatniego spotkania.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Cadan Sheppard on Sob Lut 02, 2013 7:36 pm

Będąc Łowcą nie miało się prawa do marzeń. Przynajmniej nie do takich o znalezieniu miłości swojego życia, o spłodzeniu kilku dzieciaków i zamieszkaniu na uroczo nijakich przedmieściach. To było niewykonalne z uwagi na charakter tego powołania (trudno w sumie określać to mianem regularnej pracy), ale także okazałoby się zwyczajnym świństwem. Bo nawet zakładając, że udałoby się założyć rodzinę i być przez jakiś czas szczęśliwym - to jak można z czystym sumieniem skazać swoich bliskich na takie życie? Bo to stałoby się prędzej czy później, przeszłość musiałaby powrócić i zmusić całą rodzinę do pojęcia się walki z tym co kryje się w ciemności. Dzieci zamiast rysować laurki z okazji dnia matki kreśliłyby na podłodze diabelskie pułapki. Żona zamiast dbać o ogródek szykowałaby nowe miejsce pod zwłoki zamordowanego potwora. A jeśli coś pójdzie niezgodnie z planem? Pakować się w pośpiechu, uciekać w środku nocy, kryć się po motelach? Co to za życie? Możliwe, że musiałby oglądać śmierć najbliższych. Musiałby ich zabić, gdyby przemienili się w coś paskudnego. Cadan nawet nie rozpatrywał takiej możliwości. Był kim musiał być i wiedział, że nie ma dla niego nadziei na bajkowe "żyli długo i szczęśliwie". Kiedyś, gdy trwał w dość poważnym związku z pewną dziewczyną przechodził przez okres buntu. Chciał rzucić to wszystko w cholerę, uciec razem z nią i udawać, że całe jego życie nie miało miejsca. Ale nie potrafiłby tego zrobić, bo inaczej go wychowano. Rodzina zawsze była na pierwszym miejscu. Iriss, Aiden - tylko oni mu zostali i nie mógł ich opuścić. Nawet jeśli wiedział, że zrozumieją i postarają się, by jego szczęście przetrwało jak najdłużej. Mimo wszystko nie potrafił. Czasem chciałby umieć nienawidzić swoich rodziców za to, że byli Łowcami, że niejako zmusili ich do obrania takiego trybu życia. Ale tego też nie potrafił.
Wypił już połowę piwa, gdy jego telefon zaczął wibrować w kieszeni. Wiadomość od brata trochę go rozbawiła, a trochę zmartwił. Wystukał szybko odpowiedź, jednocześnie przysłuchując się lekkiemu zamieszaniu za jego plecami. Nie miał czasu się odwrócić i skontrolować co się dzieje, ale z jakiegoś powodu stał się czujniejszy. Miał niejasne uczucie, że powinien coś zauważyć. Zmarszczył nieznacznie brwi i zerknął przez ramię na innych gości. Dokładnie w tym momencie po jego drugiej stronie odezwał się znajomy głosik. Ukochany głosik, najsłodszy na świecie. Iriss! Odwrócił się do niej błyskawicznie, a na jego ustach pojawił się szeroki, radosny uśmiech.
- W Detroit. Właśnie pozszywał jakąś łowczynię. Biedna, będzie miała paskudne blizny. - odpowiedział jej, chowając przy tym telefon do kieszeni spodni. Później postanowił darować sobie nonszalancką pozę, zsunął się z krzesła i nie bacząc na to, iż Iriss właśnie usadziła swą szacowną osobę na zawłaszczonym krześle, chwycił ją w ramiona i mocno uściskał. Kiedy poderwał ją w górę, jej nogi przestały dotykać podłogi. Jaka ona była krucha! Jego malutka siostrzyczka, za którą tak cholernie tęsknił. Doskonale wiedział, że Aiden czuł tak samo i żałował, że brata tu nie ma. To byłoby fajne rodzinne spotkanie.
Kiedy stwierdził, że jest usatysfakcjonowany powitaniem, "odłożył" siostrę na krzesło i wrócił na swoje.
- Cholernie dobrze Cię widzieć, maleńka. - powiedział, machając jednocześnie do barmana, który od razu skierował się w ich stronę. - Skąd się tu wzięłaś? I co pijesz? - wydawało mu się całkiem oczywiste, że młodsza Sheppard właśnie robi dłuższą przerwę w trasie żeby z nim pogadać. Przez dłuższą rozumiał całą noc, nawet jeśli będzie ją musiał przywiązać do krzesła.


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Trust me i'm an engineer!
avatar
Cadan Sheppard

Liczba postów : 26
Join date : 01/02/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Lut 02, 2013 9:35 pm

Klątwa łowców. Niestety, miała więcej minusów, niż plusów. Jednak mimo wszystko dawała wiele satysfakcji. Po każdej zamkniętej sprawie, każdym uratowanym życiu. To było warte o wiele więcej niż założenie rodziny. Bo powiedzmy sobie szczerze, ale nikt, kto choć raz poczuł smak innego życia nie potrafił w stu procentach wrócić do poprzedniego. Widząc rzeczy, które dziać się nie powinny…. To zmienia człowieka. Jego sposób postrzegania świata, jego hierarchię ważności i ideały. Raz zetknąwszy się z duchem nikt nie będzie już taki sam. Nie zapomni. Bo nie da się. Wielu pewnie byłych klientów firmy „łowca na zawołanie” pewnie po skończeniu realizacji zamówienia lądował w zakładzie. Zamknięty w czterech, białych ścianach. Związany w kaftanie. Wiedział, że to prawda. Że sobie tego nie wymyślił. I chyba to najbardziej przerażało. Ludzie chcieli, by to była fikcja. Niewielu tak naprawdę potrafi sobie z tym poradzić. Nawet łowcy. Mimo iż wychowywani w tym fachu. To było po prostu ciężkie. Brzemię, którego nie dało się pozbyć. Już nigdy. Świat marzeń o normalności musiał odejść w zapomnienie. Jednak każdemu się zdarzało. Bo posmakowawszy takiego życia, choćby i w dzieciństwie, lub przez krótki okres… cóż. Było w tym coś urzekającego. Jakiś spokój. Lecz nikt tak naprawdę nie potrafiłby do tego wrócić. Byłaby to tylko kwestia czasu, zanim stare życie, instynkt łowcy, dał o sobie znać, wprowadzając do życia tyle niepokoju. Iriss osobiście nie mogłaby założyć rodziny. To by ją przerosło. Nie zapomniałaby o tym, czego uczyła się przez te, jak na razie, dwadzieścia lat. Nie zaznałaby szczęścia. Może by nie potrafiła, a może by nie chciała. Zabijanie potworów jest jak bumerang. Chcesz to rzucić- robisz to. Ale i tak wraca. Bo wszędzie widzi się znaki, sygnały. Każdy szmer w krzakach niepokoi do tego stopnia, że nie zbadawszy sytuacji można liczyć na tydzień bezsennych nocy. Nie da się już prowadzić normalnego życia, po zobaczeniu takiej ilości zła wszelkiego rodzaju. Rozstanie się z bronią, która teraz była nieodłącznym elementem garderoby, było niemożliwe. Położenie się spać, bez odpowiedniego zabezpieczenia sypialni, czy nawet całego domu solą i innymi pułapkami, czy zaufanie drugiemu człowiekowi, nie przeprowadziwszy na nim wcześniej miliona testów. Te nawyki były zbyt silne, wryły się zbyt głęboko, by spokojnie spać po nocach, nie zastosowawszy się wcześniej do nich. To jak jakiś złoty kodeks, którego trzeba się trzymać. Którego uczyło się tyle razy, że nawet po śmierci odruchem bezwarunkowym, kontrolowanym tylko przez mięśnie, które się rozkurczają, będzie cytowanie go. Czy taki człowiek może prowadzić normalne życie? Nie narażając członków rodziny, którzy zapewne chcieliby spokojnie dożyć starości? Wystarczyło zapytać Scottiego jak się z tym czuł. W sumie Iriss pytać nie musiała. Wiedziała jak było. Nie chciał nigdy być łowcą. Jednak czy miał wybór? Nawet chcąc od tego uciec- nie udało mu się. Inna sprawa, że to ona namieszała na tyle w jego życiu, żeby spieprzyć mu plany, lecz i nie na niej ciążyła odpowiedzialność za zaszczepienie w nim tej iskry. Ona może trochę ją rozpaliła. Lub nie pozwoliła całkiem zgasnąć. Czasem miała wyrzuty sumienia. Mimo iż praca na stacji benzynowej nie była mu przeznaczona, to jednak mógł w ten sposób się od tego bagna, z którym ona się zmagała, jakoś oderwać. Może gdyby jej wtedy nie spotkał i nie postanowił pobawić się w rycerza, na co trochę mu pozwoliła z oczywistych powodów, to teraz miałby życie, jakiego chciał? Z dala od potworów. Z płotkiem i w ogóle.
Wyrzuty sumienia u Iriss występowały dosyć często. O rzeczy, które nie wzruszyłyby normalnego człowieka. Trochę się obwiniała… o wszystko. Całe zło, które było w jej pobliżu. Gdyby gościu, któremu właśnie wykręciła rękę wpadł za trzy godziny pijany pod samochód pewnie twierdziłaby, że to przez nią. Nie przyznawała się do tego często. Bo to słabość, a nikt nie lubił ich okazywać. Wolała zdusić w sobie to uczucie i przetworzyć je na coś o wiele gorszego. Albo bardziej szkodliwego dla otoczenia. Zdrowej psychiki w tym zawodzie jednak się nie spodziewajmy. Każdy tu jest agresywny mniej lub bardziej, choć to drugie zdecydowanie częściej. Co jednak poradzić. Gdzieś jakoś trzeba było się wyładować. Zabijanie potworków nie było takie przyjemnie i relaksujące. Mimo iż w słusznych celach zabijanie to wciąż zabijanie. Nawet trupów. Alkohol był chyba najbardziej znaną i cenioną terapią. Co więc się dziwić, że miejsca takie, jak to były wyjątkowo oblegane przez łowców? I wielu z nich miało mały problem z ilością i częstotliwością spożywania tego trunku. Ona sama nie była wyjątkiem. W nałóg na szczęście nie popadła. Tak naprawdę, bo zaprzeczać może każdy. Wolała się czasem na kogoś powydzierać. Przekroczyć prędkość dużo więcej, niż pozwala na to rozsądek, lub rozorać komuś pole swoim małym czołgiem. Za młodu miała jeszcze inne sposoby. Lecz w obecności brata nie chciała nawet o tym myśleć.
Gdy tylko pochwycił ją w ramionach, zaśmiała się, z nutką tęsknoty w głosie. Objęła go mocno za szyję i przylepiła się do niego zginając nogi w kolanach, gdy oderwały się od podłogi. Tak bardzo jej tego brakowało. W jego, lub Aidana ramionach czuła się naprawdę bezpiecznie. Jak w domu. Może to i trochę dziwne porównanie, ale nie mając czterech ścian, to inni ludzie tworzą ten dom. Dawali jej tak dużo poczucia bezpieczeństwa, jak tylko się dało. Więcej niż chciała i potrzebowała. Choć przez większość czasu tylko na nich narzekała to jednak nie wyobrażała sobie życia bez nich. Zrobiłaby wszystko, by zawsze przy niej byli. Choć tu mamy kolejny paradoks, bo przez większość czasu ma ich dosyć i od nich ucieka. Może to przez ich zbytnią nadopiekuńczość? Teraz to było nieważne. Tęskniła. Tak cholernie tęskniła. Zawsze tęskniła. I przypominała sobie o tym w najmniej odpowiednich momentach. A gdy tylko się pojawiali zaczynała narzekać. Ale taka już dola rodzeństwa. Inaczej nie będzie. Gdy tylko Cadan wypuścił ja z uścisku, uśmiechnęła się do niego szeroko i zakładając włosy za ucho przysunęła krzesło bliżej i przylepiła się do jego ramienia.
-Ten to zawsze ma jakiś dziwny sposób na poderwanie laski. Mam nadzieję, że chociaż ładna jest.- Zaśmiała się, wyrywając bratu butelkę piwa, jak zazwyczaj robiła, i napiła się z niej. Bo kradzione lepsze, tak?
-Dawno się nie widzieliśmy, nie? Tylko Aidana tu brakuje i byłabym w pełni szczęścia.- uśmiechnęła się, pokazując wszystkie ząbki. –No, może do momentu, aż nie zaczęlibyście mordować wzrokiem każdego faceta, który na mnie popatrzy- szturchnęła go łokciem w bok. Delikatnie, bo na razie jej nie podpadł. Zabierając mu napój, który wcześniej pił i nie wykazując zamiaru zwrócenia go chyba dała bratu odpowiedź na drugie pytanie.
-Byłam w trasie, przejeżdżałam tą ulicą i zobaczyłam znajomy samochód. A ty? Samotnie się upijasz?- rozejrzała się w końcu po pomieszczeniu. Wcześniej jakoś nie myślała o tym zbytnio, a ocena sytuacji zawsze się przyda. Pub nie różnił się niczym od miliona tych w innych miastach, w których zazwyczaj przesiadywała. Piwo. Masy piwa. Orzeszki. Większe masy orzeszków. Faceci. Kobiety. Tanie podrywy, przystojny barman, do którego Iriss właśnie ładnie się uśmiechała w odpowiedzi na jego spojrzenie. Nic nadzwyczajnego. Jednak sama obecność brata jej wystarczyła. I wiedziała już, że dzisiaj nie dojedzie do celu. Jakoś specjalnie się tym nie przejęła, choć świadomość, że nie pobędzie długo z bliźniakiem, bo ma coś do zrobienia nie była najprzyjemniejsza. Będzie musiała jeszcze niedługo odnaleźć drugiego klona. Bo teraz umrze z tęsknoty. Widząc jednego nie potrafiła nie tęsknić jak cholera za drugim. To było gorsze, niż nie widzenie żadnego z nich.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Cadan Sheppard on Sob Lut 02, 2013 10:35 pm

To racja. Jedno spojrzenie za zasłonę zmieniało życie. Nic nie mogło już później być takie samo. Dowiadywałeś się, że ukochana babcia wcale nie poszła do nieba, tylko usiłowała Cię zamordować i tylko uzbrojony w pociski pełne soli łowca mógł Cię uratować przed jej "miłością" zza grobu. Kiedy było po wszystkim pojawiały się wątpliwości. Bo może nie tylko duchy są problemem? Odtąd były już tylko dwie drogi: mięciutki kaftanik bezpieczeństwa i stałe zakwaterowanie w pokoju bez klamek albo trwający nieprzerwanie etap wyparcia. Wmawiasz sobie, że coś było przywidzeniem tak długo aż sam w to uwierzysz i znów będzie mógł spokojnie spać w nocy. Niewielu napotkanych przez Cadana ludzi akceptowało to czego się dowiedzieli. Tacy nie wmawiali sobie (i jemu przy okazji), że jest szaleńcem i nie powinien był odstawiać leków. Przez dwadzieścia lat takiego życie spotkał może dwie, góra trzy osoby, które po bliskim spotkaniem z ciemną stroną naszej rzeczywistości postanowiły wziąć się w garść i ponieść brzemię jakim było życie łowcy. Zwykle byli to ludzie, którzy nie mieli już nic do stracenia, bo potwory pozbawiły ich rodzin. Najpierw żyli napędzani pragnieniem zemsty, a później wpadali w to zbyt głęboko by przestać. Wszyscy mieli tą samą historię opowiedzianą w troszkę inny sposób. Wszyscy byli w jakiś sposób wypaleni, wybrakowani. Stracili coś i nie mogli tego odzyskać, bo pewnych rzeczy nie dało się w żaden sposób naprawić. Pozostawało zaciskać zęby, powtarzać sobie, że nie może już być gorzej i wypijać kolejną szklaneczkę bursztynowej szkockiej, która tak rozkosznie wypalała wszystkie smutki. Alkohol był najlepszym pomocnikiem łowcy, zaraz po ukrytej pod poduszką spluwie i paczuszce soli.
Cadan mimo wszystko lubił swoje życie. Ten przyspieszony puls, adrenalinę, która wyostrzała wszystkie zmysły, satysfakcję czerpaną z odesłania do piekła kolejnego demona. Miał to we krwi, tak jak i reszta jego rodziny. Nawet wtedy, gdy chciał odejść coś - jakiś cichutki głosik z tyłu głowy - mówił mu, że nie będzie umiał się uwolnić. Musiałby przestać być sobą, a to niewykonalne. Zawsze miałby koło siebie broń, nie ściągałby amuletu przeciw opętaniom, miałby pod wycieraczką diabelską pułapkę. Mógłby gdybać na temat tego jak wyglądałoby jego życie, gdyby nigdy nie dowiedział się o tym wszystkim. Gdyby zamiast włóczyć się ciotką łowczynią, trafili do normalnej amerykańskiej rodziny. Czy byłby w stanie zapomnieć kim byli jego rodzice i czego go uczyli? Czy mogliby z Aidenem puścić w niepamięć zabawy w polowanie z Rafaelem? Czy jego siostra byłaby teraz zwykłą dziewczyną z przedmieść albo studentką jakiejś prestiżowej uczelni? Jeśli byłby kimś innym takie pytanie mógłby niszczyć mu psychikę. Ale nienawidził gdybania. Brał życie takim jakie jest ze wszystkimi jego koszmarami, ciesząc się chwilą i najmniejszym promykiem słońca. Choćby takim spotkaniem z Iryskiem, które wprawiło go w iście szampański nastrój.
Siostra kleiła mu się do ramienia na co nie miał zamiaru narzekać. Wręcz przeciwnie okropnie był zadowolony z jej bliskości. Uścisnął lekko jej leżącą na blacie dłoń w czułym geście. Takie przejawy uczuć nie były u niego codziennością, bo to Aiden był "przylepą", ale nie widzieli się od tak dawna, że nawet jemu zebrało się na czułości. Był nawet gotowy darować jej kradzież piwa, a niech ma i się cieszy! Przewrócił tylko teatralnie oczyma i uśmiechnął się z pewnym rozbawieniem.
- Może wyśle mi zdjęcie jak już się od niej odklei. - rzucił zastanawiając się jednocześnie jak brat mógłby zdobyć zdjęcie owej łowczyni nie narażając się na fizyczne urazy. Może jak tamta zaśnie? Poprosił barmana o dwa kolejne piwa, swoje uznając już za całkiem stracone. Jak sobie Iriss raz coś przywłaszczy to już nie było zmiłuj, po temacie. Kiedyś podkradała mu cukierki i amunicję, a teraz piwo i czasem zlecenia. Zabawne jak to się wszystko zmienia jak człowiek dorasta.
- Będą ze cztery tygodnie od ostatniego razu, maleńka. - przytaknął jej nieco ponuro po przeliczeniu w głowie czasu od ich ostatniego spotkania. - Musimy zacząć częściej do Ciebie dzwonić, bo ty raczej o nas nie pamiętasz. A mordować wzrokiem mogę sam, przecież wiesz. Nikt nie ma prawa zabierać mi dzisiaj mojej siostrzyczki. - wyszczerzył się do niej łobuzersko odpowiadając na jej lekkie szturchniecie identycznym kuksańcem wymierzonym pod żebra, gdzie jako dziewczynka miała największe łaskotki. Normalnie jak przedszkolaki!
- Miałem męczący tydzień i wpadłem tak dla odmiany poszukać ludzkiego towarzystwa. Niezłe mam wyczucie skoro na Ciebie wpadłem, choć wybacz, ale nie do końca kwalifikujesz się jako przeciętny obywatel. - w tym momencie barman postawił przed nimi piwo. Wyczulonemu na tym punkcie Cadanowi nie umknęła szybka wymiana spojrzeń między siostrą, a facetem za barem, ale póki co postanowił zbyć to milczeniem. Chwycił swoją butelkę i stuknął nią w ramach niemego toastu w zawłaszczone piwo Iriss. Pociągnął kilka łyków i zerknął kątem oka na siostrę. Schudła, wyglądała na przemęczoną, niewyspaną i zestresowaną. Aż mu się uruchamiał braterski autopilot mówiący, że powinien się nią natychmiast zaopiekować.
- Jesteś w trasie... - powtórzył za nią z namysłem. - Jakaś konkretna robota? - spytał po części ciekawy, a po części zmartwiony. Taka już jego rola, że musi się zamartwiać.


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Trust me i'm an engineer!
avatar
Cadan Sheppard

Liczba postów : 26
Join date : 01/02/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Lut 03, 2013 2:12 am

Nie dało się ukryć, że rodzina Sheppardów była pod tym względem dziwna. Iriss sama nie wiedziała czemu tak się właśnie stało. Ale chyba cała ich trójka miała jakąś dzieją satysfakcję z polowania. Dziewczyna czasem traktowała to jako zabawę. Zwłaszcza za swojej burzliwej, wczesnej młodości. Gdy dopiero zaczynała polować samodzielnie, gdy wymykała się braciom z hotelowych pokoi. Prawdziwe życie tak naprawdę zaczęło się dopiero po odejściu od ciotki. Iriss nigdy nie potrafiła się z nią dogadać. I zapewne, gdyby bliźniacy nie byli tacy mądrzy i po osiągnięciu pełnoletniości nie odeszli od niej, zabierając ze sobą siostrę pewnie ta historia nie skończyłaby się dobrze. Co prawda życie z najmłodszą dziedziczką nazwiska Sheppard nie było łatwe. Bracia z całą pewnością się o tym przekonali, żyjąc z nią tyle lat non stop. Nieźle dała im się we znaki, cały czas sprawiając problemy. Zaczynając od wymykania się na imprezy, po przez szkolne bójki, w które niewiarygodnie często wpadała (o dziwo, bo jest przecież dziewczyną, więc to nie powinno się zdarzać), kończąc na samotnych polowaniach, w czasach gdy zdecydowanie była na to z młoda i za mało przygotowana. Słysząc o kłopotach można było się spodziewać tam widoku cieszącej się niezmiernie ciemnowłosej Iriss. A słysząc o niej- można było spodziewać się zamieszania. No już niestety tak z nią było. Nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Albo dobrze panować nad emocjami. Miała jednak swoje powody. Może i była bardzo młoda i nie powinna pamiętać jak zginęła połowa jej rodziny, jednak coś zostało. Te obrazy dręczyły ją przez wiele lat, pojawiając się nocą, nie pozwalając jej zmrużyć oczu po raz kolejny. Nigdy nikomu o tym nie powiedziała. Nie była nawet pewna, czy bliźniacy wiedzą, że w ogóle coś z minionej, koszmarnej nocy zostało w jej świadomości. Nie była zbyt otwartą osobą, jeśli chodzi o te sprawy. Wolała przetrzymać to dla siebie, dusząc mocno w środku. Potem była jeszcze ciotka. Ona tylko pogorszyła sytuację. Nie było dnia, w którym by się nie kłóciły. Nie była dobrym przykładem do naśladowania. Ani tym bardziej opiekunem, czy rodzicem. Jak można spać pod jednym dachem, powierzać swoje życie i swój los osobie, której całkowicie się nie ufa? Bo tak było w przypadku Iriss. Przez te całe lata miała ochotę uciec. Spakować niewielką ilość rzeczy, które były jej własnością i odejść. Lecz nigdy tego nie robiła. Nie dalej niż kilka przecznic dalej, gdzie mogła odreagować. Głównie ze względu na braci. Często zastanawiała się jakby to właśnie było, gdyby ta trójka nie trafiła do tej kobiety. Na pewno zostaliby rozdzieleni. Nikt nie przygarnąłby na raz trójki dzieci. W ogóle małe prawdopodobieństwo było, że bliźniacy zostaliby razem. A wtedy pękłoby im serce. Tak samo, jak i Iriss, która nie zniosłaby ich wymuszonej rozłąki. Dziwna zależność, jednak widok cierpiących braci był dla niej nie do zniesienia. Miała ochotę im go odebrać. Przerzucić na siebie. Wydawało jej się wtedy, że dałaby radę go znieść. Że udźwignęłaby każdy ciężar. Byle tylko oni byli szczęśliwi. Zapewne nie potrafiłaby prowadzić normalnego życia. Tyle razy próbowała wyobrazić sobie inne scenariusze ich historii. Siebie w normalności nie potrafiła zobaczyć. Studia… praca, rodzina, dom. Nie wytrzymałaby tego. Potrzebowała ciągłych zmian, które nadawałyby jakiegoś tempa jej życiu. Miała cel. Czuła sens swojej egzystencji. Obecny stan rzeczy jej odpowiadał. Nie zamieniłaby się z nikim za żadne skarby. Choć marzenia o nieświadomości gdzieś tam ciągle się pojawiały.
Lecz na szczęście jakoś wyszli z tego bagna. Rozpoczęli nowe, całkiem inne życie. Iriss w końcu odetchnęła. Zaczęła naprawdę żyć. I dawać w kość klonom. Takie jej małe hobby. Lecz tu znowu odzywała się ich nadwrażliwość na jej punkcie. I jej złośliwość. Lecz generalnie żyło im się przecież dobrze. Wspólne polowania nabierały tempa i kolorów. I jeśli ktoś mógłby z latania za stadem wampirów z maczetami zrobić zabawę, to właśnie byli oni. Cała trójka Sheppardów. Z czasem co prawda robiło się ciężej. Jednak Iriss wciąż lubi tą adrenalinę i działanie w sytuacjach kryzysowych.
Dziewczyna, podobnie jak i jej brat nie była z tych, co się do wszystkiego i wszystkich przytulają i macają i emocjonują. Co jednak poradzić, że to był do cholery jasnej jeden z klonów? A tak dawno ich nie widziała! Dobrze, że nie wpakowała mu się na kolana, niczym mała dziewczynka. Choć miała na to ochotę. Wielką. Jednak kto, jak nie ona, się opanuje? Bo to potrafiła doskonale. Lata praktyki. W końcu musiała się nauczyć. Prawda była taka, że przy nich wciąż była małą dziewczynką. Mimo wielu starań ku udowodnieniu, że tak nie jest. Przy nich nie potrafiła. Zbyt ją chyba rozpieścili. Cały szas stając w jej obronie, odstraszając natrętne dzieciaki, czy byłych chłopaków, albo zwyczajnie towarzystwo, które „nie nadawało się dla ich siostry”. Bo dyktować jej co ma robić umieli. I chyba lubili. A ona się do tego niestosować. Czyli ciągła zabawa w kotka i myszkę. Pamięta dokładnie jak musiała ukrywać swój związek z Scottim. Choć długo im zajęło dojście do tego, by nazwać to, co między nimi jest związkiem. I do pierwszego wyznania miłości ze strony dziewczyny. Klony chyba do tej pory myślą, że ta dwójka była tylko przyjaciółmi i niczym więcej. W końcu Iriss nie wytrzymywała z żadnym chłopakiem dłużej niż dwa tygodnie, więc tak rozległy okres czasu, podczas którego pałętał się pod ich nogami Scott nie wydał się podejrzany. A przynajmniej nie przeprowadzali z nią żadnych „poważnych” rozmów na głupie tematy i nie wyganiali zbyt wcześnie przesiadującego w jej pokoju chłopaka. Oh… jaką ona miała nadzieję, że te wszystkie sekrety, które próbowała zachować nie wyszły na jaw! Spaliłaby się chyba ze wstydu z milion razy, gdyby dowiedziała się, że którymś z nich bliźniaki wiedzą. Była świadoma, że kiedyś trzeba będzie postawić kawę na ławę i rozjaśnić tym półgłówkom sytuację. Ale jeszcze nie teraz. Muszą do tego dojrzeć.
-Muszę ją zobaczyć. I ocenić, czy zasługuje na uwagę mego brata. Nie ma lekko.-zaśmiała się, bo czasami reagowała na dziewczyny, które sprowadzali bracia, jak oni na jej chłopaków. Tylko, że… jej było można. Im nie. Proste jak drut kolczasty, nie prawdaż? Podobnie jak Cadan, zastanawiała się jakim cudem Aidan zdobędzie zdjęcie tej nieszczęsnej, poszkodowanej podwójnie łowczyni. Bo raczej w tej profesji nie rozdawało się swoich fotek. Chyba, że będzie to naga sesja. W tym wypadku Iriss podaruje sobie oglądanie i zda się na gust chłopaków. A piwo było definitywnie i bezdyskusyjnie stracone. Dziewczyna nie miała najmniejszego zamiaru go oddawać właścicielowi. Zwłaszcza, że niewiele z niego zostało. Zabawne… Cad myślał, że podkradanie cukierków już się skończyło? Ha! Musiała być naprawdę niezła. Tak samo z amunicją, a nawet bronią. W ogóle była chyba niezłą złodziejką. Była niezła w wielu rzeczach, w których nie powinna. W oczach braci nie powinna. Bo dla niej większość była albo zwyczajnie przydatna, albo fajna, część naturalna.
-Strasznie długo.- zmarszczyła kapryśnie nosek i westchnęła.-Właściwie to miałam do was dzwonić. Wiesz, planowałam urządzić rodzinne spotkanie. Posprzątać dom, umyć, psa, zaszczepić dzieci i ugotować obiad, ale pech chciał, że się spotkaliśmy.- uśmiechnęła się szeroko. A gdy szturchnął ją pod żebra posłała mu mordercze, lecz rozbawione spojrzenie. O nie. Nie będą się tu przecież teraz bić. Znowu byłaby rozróba. Przełammy stereotyp sprowadzającej na każdym kroku kłopoty Iriss. Choć raz zachowajmy się normalnie. Lecz natura dziewczyny chyba była od niej silniejsza, bo szczypnęła brata. Wiedziała, że tego nie lubi.
-Siostrzyczka też nie ma zamiaru odklejać się od braciszka.- mocniej wtuliła się w jego ramie. Oh, jak słodko! W sumie bardzo chętnie poszłaby teraz spać. Może i nie było to odpowiednie miejsce, ale sama obecność Cadana sprawiała, że czuła się bardzo bezpiecznie. Przy nim, lub przy drugim klonie zasnęłaby w każdym, nawet najbardziej niebezpiecznym miejscu. Tak już po prostu było. Bezgranicznie im ufała. Jak nikomu innemu na tej ziemi.
-Chyba przydałyby się nam rodzinne wakacje, nie sądzisz?- uśmiechnęła się i zaczęła bawić się palcami brata podnosząc je i upuszczając z powrotem na barowy blat. Przestała tylko na chwilę, by ocenić tyły barmana. Na jej twarzy pojawił się grymas mówiący „Nie jest źle, ale widywałam o wiele lepsze.” I to by było na tyle, jeśli chodzi o jej zainteresowanie osobą tamtego mężczyzny. Zdecydowanie wolała poświęcić dzisiejszy wieczór ukochanemu braciszkowi. Po „toaście” dopiła kradziony trunek, odstawiając butelkę na bok i chwyciła nową, przyniesioną przed chwilą. Nie wiedziała, że wygląda aż tak źle. W sumie to się tym nie przejmowała. Nigdy nie była zbyt chuda. Miała swoje kształty. Jednak ani grama tłuszczu! Ani mi się waż. Była wysportowana. Po prostu. A to działało na jej korzyść. Jednak resztę mogłaby powiedzieć też o Cadanie. Na pewno nie wyglądał na wypoczętego i zrelaksowanego. Opcja wakacji coraz bardziej zaczynała ją kusić. Pociągnęła pierwszy łyk z nowej butelki, po czym stwierdziła, że nie smakuje jej tak bardzo i wymieniła się trunkami z bratem, choć wiedziała, że mają dokładnie to samo. Jednak jakoś tak już się działo, że zawsze musiała przemieszać. Gdy byli we trójkę to nigdy nie pozwoliła nikomu dopić swojego piwa. Wymieniała je dość często. Tak samo jak i wyjadała frytki Aidanowi, choć miała też na swoim talerzu. Cadan raczej był pozbawiany płynów. Choć różnie z tym bywało. Tak więc gdy już dokonała satysfakcjonującej wymiany i piwo smakowało tak, jak powinno, uśmiechnęła się słodko do Ced’a. –Wiesz, nic konkretnego. Mam pewien interes kilkadziesiąt kilometrów dalej.- oh, nie miała zamiaru mówić bratu o swoich interesach na boku! –Dawno razem nie polowaliśmy. Stęskniłam się za Aidanem. I za wami obydwoma na raz.- trochę zmieniała temat. Nie chciała jednak drążyć tego tematu. Zwłaszcza, że powodował pocenie się rąk. Tak z nerwów. Nie lubiła tego robić, lecz czasem musiała. Nie miała innego źródła. A radzić jakoś sobie trzeba. –Umm…- zaczęła, odrywając usta od butelki, jakby sobie właśnie o czymś przypomniała.-Macie może dla mnie coś ciekawego?- wyszczerzyła się szeroko. Oczywiście każdy wiedział co ma na myśli. Jakaś broń, czy nowa amunicja. Sztylet, pistolet. Cokolwiek. Lubiła takie bajery, a oni dobrze o tym wiedzieli. Bądź co bądź, ale pod tym względem niesamowicie ją rozpieścili.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Cadan Sheppard on Nie Lut 03, 2013 2:11 pm

Jeśli wierzyłby w takie rzeczy jak przeznaczenie powiedziałby bez chwili wahania, że taki los był im po prostu pisany, już od samego początku. Coś albo ktoś - może los albo Bóg, czy jeszcze jakieś inne siły - zadecydowały za nich, postawiły ich przed faktem dokonanym. Zaczęło się, gdy po raz pierwszy wzięli broń do ręki, a skończy się dopiero, gdy coś paskudnego rozerwie ich na strzępy, a bliscy zgodnie ze zwyczajem spalą ich zwłoki. Bo przecież na starość, tak jak i na spokojne życie nie mieli prawa liczyć. Gdyby chcieli mogliby próbować buntu, ale po co tracić siły na coś co jest całkiem niemożliwe? Życie i bez tego było tak okropnie trudne i wyczerpujące.
Od kiedy ich rodzice zginęli, nigdy nie było im łatwo. Razem za Aidenem przeszli przyspieszony kurs dojrzewania. W przeciągu jednej nocy z psotnych dwunastolatków musieli zmienić się w opiekunów rodziny. Na ich barkach spoczęła opieka nad malutką Iriss i nad sobą nawzajem. Cadan nigdy nie zapomniał tej przerażającej chwili, gdy uświadomił sobie, że wszystko co znał przepadło, rozwiało się jak obłok dymu. Ciężar, który spadł wtedy na jego barki nieomal go złamał. Ale potem spojrzał na stojącego obok brata, który trzymał na rękach ich małą, pogrążoną w milczeniu siostrę, która musiała przeżyć istne piekło. Wtedy zrozumiał, że musi przetrwać to i wszystko inne właśnie dla nich. Nikt więcej mu nie został. Veronici nigdy nie traktował jak części rodziny, była złem koniecznym. Sześć lat w jej towarzystwie spędził gryząc się w język i wymieniając z bratem pełne zażenowania spojrzenia za jej plecami. Nie musieli nawet o tym rozmawiać, bo fakt opuszczenia ciotki przy pierwszej nadarzającej się okazji był dla nich oczywisty. Gdy tylko prawnie stali się pełnoletni spakowali swoje rzeczy, wpakowali siostrę do samochodu i zniknęli z jej życia. Żadne z nich się nie oglądało. Później nie było łatwiej, momentami było nawet dużo gorzej. Wprawdzie pozbyli się jęczącej za uchem siostry ojca, ale Iriss wchodziła w trudny wiek i miło całej miłości do niej, czasem były takie chwile, gdy Cadan chciał ją zamknąć w motelowej łazience i nigdy więcej nie wypuszczać. Była ich małą dziewczynką, ukochaną siostrzyczką, choć czasem czuli się nie jak bracia, ale jak dwóch niezdarnych ojców. Rozpieścili ją do granic możliwości, bo jak mogliby czegoś odmówić tym wielkim oczom zerkającym na nich zza ciemnych włosów? Miało to swoje smutne konsekwencje w postaci niezliczonych awantur z udziałem młodszej Sheppard. Ile oni się nerwów najedli, ile kilometrów przejechali szukając jej po nocach, gdy wymknąwszy się z pokoju szła na imprezę czy w jakieś inne podejrzane miejsce. Robili co mogli, by było jej jak najlepiej, ale wyszło jak wyszło. Na pewno nie miała doskonałego życia, ale tak to jest jak się zostawia wychowanie nastolatki, dwóm facetom, którzy sami jeszcze mieli pstro w głowie.
Jego nadopiekuńczość wobec siostry była czasem niebezpiecznie bliska obsesji. Z czasem pozwolił jej na polowania, bo wiedział, że była równie dobra jak oni. Może nawet lepsze, bo nie rozpraszała się myślami o własnym bezpieczeństwie. Oni wprawdzie nie martwili się bardzo o własne skóry, ale dostawali apopleksji na myśl, że coś może zranić ich siostrzyczkę. To nie pomagało w polowaniach. Nadal miał ogromny problem z zaakceptowaniem faktu, że Iriss była (przynajmniej fizycznie) dojrzałą kobietą i miał ochotę ukręcić kark każdemu facetowi, który na nią spojrzał. Sam po sobie wiedział, że faceci to świnie i nie chciał, by ktoś ją zranił. Może wydawała się twarda jak głaz, ale ona znał ją na wylot i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że pod tą fasadą skrywa się delikatne wnętrze, którego może nawet ona nie widziała. Może nie chciała widzieć?
Telefon znów zawibrował mu w kieszeni więc wolną ręką sięgnął po niego. Przez chwilę skupił się na odczytaniu wiadomości od Aidena, a potem zaśmiał się cicho pod nosem. Szybko wystukał odpowiedź i położył telefon na barze obok swojej butelki piwa.
- Bollywoodzka 10, tak mi napisał. Mam nadzieje, że przejdzie Twoje badanie jakościowe. - w ostatnim zdaniu pobrzmiewała nutka ironii, jakby faktycznie przejmował się zdaniem Iriss na temat obcej łowczyni, którą opiekował się ich brat. Oczywiście nigdy nie dał tego po sobie poznać, ale brał sobie do serca jej uwagi na temat wszystkich swoich dziewczyn, które poznała. Nie było takich wiele, bo trudno o stałość w uczuciach przy takim trybie życia, ale jednak. Nie mógłby być z kobietą, której jego siostra nie zaakceptuje i nie polubi. To burzyło jego wizję szczęścia (oczywiście mówimy tu o tym nieco upośledzonym szczęściu istniejącym w słowniku łowców). Logiczne wydawało mu się też to, że Iriss nie będzie się spotykać z nikim bez ich wiedzy i zgody! Póki co nie umiał sobie nawet wyobrazić kogoś kto będzie zasługiwał na jej atencję. Dobrze, że nie miał pełnej świadomości na temat jej podbojów miłosnych, bo niechybnie dostałby ataku serca. A później zacząłby mordować...
- A nich to! W takim razie rodzinny obiadek w Twoim ślicznym domku nie wypali. Jaka szkoda, przecież tak świetnie gotujesz, siostro. - uśmiechnął się do niej złośliwie, ale uśmiech zastąpił szybko pełen oburzenia grymas, gdy dziewczyna go uszczypała. - Ej, nie pozwalaj sobie. Bo przerzucę Cię przez ramię, wyniosę z baru i załaskoczę na śmierć nie bacząc na konsekwencje! - pogroził jej pacem, a potem upił kilka łyków piwa. Jemu doskonale podchodziło, nie miał takich wymagań jak ona, nie musiało być cudze żeby lepiej smakować. Uśmiechnął się czule, gdy mocniej przylgnęła do jego ramienia. To była wyjątkowa sytuacją, zbyt dawno się nie widzieli. Dlatego ich nagłe pragnienie bliskości było całkiem uzasadnione. Nie odpowiedział jej, bo nie musiał. Na pewno się domyśliła, że on też cieszy się, że była blisko, i że zostanie tu przez cały wieczór. Jej bezgraniczne zaufanie był jak najbardziej uzasadnione.Tak Cadan jak i Aiden prędzej by umarli niż pozwoli, by choć jeden włosek spadł jej z głowy. Nawet jeśli wymagałoby to odesłania do piekła całego legionu demonów, zapewnili by jej bezpieczeństwo.
- Przydałyby się i to nawet bardzo. - przytaknął jej, ignorując tak jak i poprzednio kradzież piwa. Przywykł do tego, po prostu wziął sobie jej butelkę, w której było nawet więcej trunku niż w tej straconej. - Nie wiem tylko czy to dobry czas, maleńka. Widzisz co się dzieje, wszystko staje na głowie. I te plotki, które krążą między łowcami. Anioły, demony, Apokalipsa. - westchnął cicho. Nadal nie do końca mógł w to wszystko uwierzyć, choć wszystko zdawało się potwierdzać informację o końcu świata. Zakręcił butelką i zamilkł na chwilę, wyraźnie zamyślony. Fakt nie wyglądał kwitnąco. Miał cienie pod oczami, lekki zarost na policzkach i pełno ziemi pod paznokciami. Czuł się jakby coś go przeżuło i wypluło, ale nie roztrząsł tego zbyt pochłonięty obecnością Iriss. Zresztą bywało gorzej, nie ma co biadolić. Słysząc głos siostry zerknął na nią kątem oka.
- Aiden jest 200 mil stąd, jak już załatwisz swoje sprawunki możesz do nas wpaść. Pewnie zostaniemy kilka dni w Detroit. Mamy masę roboty przy komputerach, jak zawsze. - wzruszył lekko ramionami i uśmiechnął się zachęcająco. Nie miał ochoty denerwować siostry wypytywaniem o to jakież to tajemnicze sprawy ciągną ją w te okolice. Miał tylko nadzieje, że jeśli coś się stanie zadzwoni i da im znać. Wiedziała, że jest ich priorytetem i zawsze zrobią wszystko, by jej pomóc w każdy możliwy sposób. Nie musiał jej tego mówić.
- Może coś się znajdzie. Ale musisz być grzeczna, bo inaczej Mikołaj nie przyjdzie. - zerknął na nią z góry, z rozbawieniem. Miał w bagażniku uzyskany na drodze wymiany śliczny sztylet z czystego mosiądzu. Stara robota, przydatna w pewnych sprawach. Chciał go sobie zostawić, ale sprawienie radości siostrze jakimś drobiazgiem było bardziej kuszącą propozycją.


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Trust me i'm an engineer!
avatar
Cadan Sheppard

Liczba postów : 26
Join date : 01/02/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Lut 03, 2013 11:39 pm

Victoria definitywnie nie nadawała się na matkę. Cała trójka z osobna to odczuła. Każdy na swój sposób. Kobieta ta była czymś w rodzaju wolnego strzelca. Nieodpowiedzialna, myśląca tylko o sobie i nie potrafiąca się ustatkować. Na dodatek łowca z niej najlepszy nie był. Często wracała z niedokończonych polowań cała poobijana, zakrwawiona, albo nawet nie o własnych siłach. Nie kwapiła się, by swoje romanse zatajać przed dziećmi. Młodzi Sheppardowie jej nie obchodzili i gdyby mogła, to najchętniej zostawiłaby ich w jakimś motelu, uciekając jak najdalej. Jednak najwyraźniej miała jakieś resztki człowieczeństwa i nie zrobiła tego. Choć może i takie kroki byłyby lepsze? Gdyby od początku mieli radzić sobie sami. To pewnie też nie wyszło by im na dobre. Wybór tak, czy siak nie został im dany. Byli skazani z góry na obecność tej jędzy. Nie ma co tego roztrząsać. Ważne, że ten okres życie mieli już dawno za sobą. Zdążyli go przetrawić i pogodzić się z przeznaczeniem. Iriss jakoś burzliwie przez to przebrnęła. Nie zniosła tego łatwo, jednak zdążyła wyrosnąć z tego długotrwałego okresu buntu. To chyba wyszło na dobre bliźniakom. W końcu mogli spokojnie spać po nocach. Choć już dawno się od nich odłączyła. Życie na własną rękę, samotne pokonywanie kilometrów, podejmowanie decyzji, za które samodzielnie trzeba było ponieść konsekwencje. Oczywiści nigdy w pełni nie uwolniła się od braci. Ba, nawet nie miała takiego zamiaru. Znaczyli dla niej zbyt wiele. Byli jedyną rodziną, jaka jej została. Jedynymi osobami, którym mogła bezgranicznie i stuprocentowo zaufać, powierzyć swoje życie bez zawahania. Każdy człowiek potrzebuje takiej osoby. Kogoś, kto dałby mu poczucie bezpieczeństwa. Jakąś podporę. Ona miała podwójne szczęście. Miała braci. I była pewna, że zrobiliby dla niej wszystko. Że bez mrugnięcia okiem rzuciliby wszystko, by jak najszybciej pokonać pół kraju i do niej dotrzeć, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. To podnosiło na duchu. Dodawało siły, której czasem jej brakowało. Mimo, iż starała się tego nie pokazywać. Przecież potrafi o siebie zadbać, prawda? Czyż nie to starała się prawie całe, dotychczasowe życie im udowodnić? Że nie jest małą, bezbronną dziewczynką, która potrzebuje dwudziestoczterogodzinnej opieki. Trochę więc należy dodać tu paradoksu. Choć może wcale go nie było? Przecież oczywistym jest fakt, iż rodzeństwo mimo wielkiej miłości, jaką siebie darzy, mimo ogromnego przywiązania- nigdy nie będzie w pełni zgodne. Poza bliźniakami. Oni byli wyjątkiem. Iriss wciąż nie pojmowała jak można być aż tak zgranym. Jakby ich linie myślowe były ze sobą związane. Jakby porozumiewali się na telepatycznych niciach, tylko dla nich dostępnych. Za młodu dziewczyna, a raczej za dziecka zazdrościła im tego. Szybko jednak zrozumiała o co chodzi i zaakceptowała to w pełni, darząc ich za ten przyjemny fakt jeszcze większą miłością. Byli nieznośni. Przebywając z nimi zbyt długo dosłownie dostawała psychozy. Lubiła robić wszystko wbrew temu, co jej mówili. Łamać wszystkie zakazy, jakie przed nią stawiali. Słysząc z ich słów „Nie, maleńka, na pewno tam nie pójdziesz, to zbyt niebezpieczne” dokładała wszelkich starań, by dotrzeć w dane miejsce przed nimi. Była w stanie przeciskać się największymi, najbardziej śmierdzącymi i podejrzanymi kanałami, by osiągnąć cel, jaki sobie obrała. Ryzyko nigdy jej nie zniechęcało. Jak to się mówi „no risk- no fun”, więc chyba swego czasu było to nawet jej mottem życiowym. Bo tylko wokół tego się jej życie obracało. Ryzyka i nieposłuszeństwa. Straszne dziewczę, doprawdy. Na szczęście się w miarę ustabilizowała. Chociaż dalej korciło ją do pchania się tam, gdzie nie trzeba. I tak, miała tu na myśli ostatnie polowanie na wampiry, po którym omal nie skończyła martwa. Oh! Przecież by sobie poradziła. Na pewno. Tylko Dean nie pozwolił jej się wykazać. Za wcześnie przyszedł. To co, że miała wbitą gałąź w brzuch. I tak adrenalina i coraz bardziej rosnąca wściekłość trzymały ją na nogach. I była w stanie biegać za tym półtrupem godzinami. No… może nie, bo szybciej by się wykrwawiła, ale ból zaczynała czuć już długo po wydarzeniu. Choć świadomość też nie chciała z nią współpracować i co chwila ulatywała. Dobra. Może i tym razem nie poradziła sobie najlepiej i zawdzięczała Winchesterowi życie. Jednak wciąż ciężko jej się do tego przyznać. Jej duma była zbyt męska. Chyba wpływ dwóch facetów, przez których była wychowywana był zbyt duży i w pewnych kwestiach zbyt przypominała przeciwną płeć. Nie to, żeby brakowało jej kobiecości… jedynie pewne zachowania i priorytety typowe dla kobiet do niej nie przemawiały. Dziwne stworzenie. I naprawdę, gwarantuję, że gdyby bracia dowiedzieli się o wszystkich przygodach Iriss to skończyliby w grobie. Po zawale. Rodzina o pewnych rzeczach nie powinna wiedzieć. Tak dla zdrowotności.
Spojrzała na brata, z uniesionymi brwiami, lekko niedowierzając. Nie wiedziała, że Aidan gustuje w tego typu dziewczynach. Zawsze kręciło go to, co egzotyczne. W końcu nie bez powodu miał stosy słowników, z których uczył się różnorodnych języków. Ale żeby zaraz wstąpić do haremu? Zaśmiała się króciutko. Bo tak właśnie wyglądała jej zwyczajna reakcja na takie sprawy, jeśli chodziło o braci. Choć nie raz, oglądając kroniki szkolne czynnie brała udział w ocenianiu w skali 1-10 dziewczyny z korytarzy. Chłopaków też, lecz raczej nie dzieliła się swoimi spostrzeżeniami z bliźniakami, żeby spokojnie i swobodnie móc przejść z klasy do klasy. Gdy już jakimś cudem do palcówki trafiła, zamiast do jakiegoś klubu, czy na polowanie.
-Pożyjemy, zobaczymy. Ale czy hinduski nie są przypadkiem… nie wiem… jakieś szczególnie cnotliwe?- parsknęła, opal nie wypluwając piwa, które wcześniej nabrała do ust na blat. Wytarła usta i popatrzyła z powrotem na brata z rozbawionymi iskierkami w świecących oczach. Naprawdę czuła, że wszystkie czarne chmury, wiszące ciężko nad jej głową, nagle zaczęły się rozpływać. W końcu poczuła się po prostu… dobrze. Bezpiecznie, swojo. Nie przyznałaby się do tego głośno, ale taka była prawda. Na dodatek Cadan nie zdążył jej niczym jeszcze zdenerwować, więc mogła nacieszyć się błogością, jaka ją nagle ogarnęła. Zwykły człowiek, patrzący na nich teraz pewnie pomyślałby sobie, że są zakochaną parą. Bo Iriss wtulona była w ramię brata, jakby była w nim niezmiernie zakochana. I pewnie na taką uwagę zaśmiałaby się na śmierć. Choć nigdy nie interesowało jej to, co myślą inni.
-Ah… nie zobaczycie mojego świeżo pomalowanego na biało płotku i ślicznego ogródka, który mój mężulek starannie pielęgnuje.- złożyła usta w pełen niezadowolenia dzióbek, który został zniszczony przez uśmiech, który cisnął jej się na twarz. Przyjemnie było tak pożartować. Chociaż pewnie dla normalnego człowieka nie było nic śmiesznego w nieposiadaniu domu, rodziny, czy swojego miejsca na świecie. Jak się dało zauważyć łowcy nie należeli do tej grupy osób. Może było to formą ucieczki od tęsknoty za nieznanym? Albo próby dowiedzenia, że marzenia, które pojawiały się przed zaśnięciem są zbyt irracjonalne i powinny zniknąć. Może żartami o codziennym, zwyczajnym życiu próbowali pogodzić się z rzeczywistością, z jaką codziennie musieli się zmagać? Na pewno pojawiało się w tym trochę zazdrości. Bo przecież niektórzy te przepełnione radosnymi krzykami najbliższych utracili w bardzo brutalny sposób. Szara rzeczywistość zmieniła się w ciemną, głęboką czerń i intensywną czerwień.
-Oh! Chciałabym to zobaczyć. Zginiesz w szczypiących męczarniach zanim zdążysz odejść od baru!- posłała mu łobuzerskie, roześmiane spojrzenie i pokazała język. Naprawdę byliby do tego zdolni. Zacząć się bić na środku baru. Na pewno zwróciliby na siebie uwagę wszystkich tu obecnych i tych na ulicy, wprowadzając gapiów w niemiłą dezorientację. Ich zabawa na pewno wyglądałaby bardziej jak walka. Przecież ich technika bicia się była na nieco większym poziomie niż zwyczajnych ludzi nie zainteresowanych sportem. Tylko śmiech i piski spowodowane łaskotkami wywołałby zdumienie na twarzach dookoła obecnych. Ale co tam. Przynajmniej by się zrelaksowali i Iriss pokazałaby bratu, że jest od niego sprytniejsza. Bo lubiła to robić, gdy tylko miała ku temu okazję, wykorzystując każdą chwilę nieuwagi i zwracając ja przeciw niemu.

Decydując się na zostanie łowcą można było zapomnieć o wakacjach, póki całe zło tego świata i każdy potwór spod łóżka nie zostanie wytępione. Zwłaszcza w czasach, jakie nastały teraz. Pieprzona Apokalipsa. Ostatnio w branży było naprawdę ciężko i nie zanosiło się na poprawę. Mogli tylko modlić się o to, że uda im się przeżyć. Nie wspominając o ratowaniu innych, czy zbawianiu świata. Szykowało się coś naprawdę dużego. Coś, na co żaden łowca nie był gotowy. Ani kreatura. Kto wie, czy piekielne i niebiańskie zastępy na pewno wiedziały czego się spodziewać. Od jakiegoś czasu to, co stanie się jutro było jedną wielką niewiadomą. Żyć trzeba było jednak dalej. Jako, że nie dało się zrobić nic na większą skalę, a przynajmniej Iriss obecnie nie potrafiła- nie wiedząc nawet z której strony się za to zabrać- zostało jej kontynuowanie swoich codziennych zajęć. Brnięcie w mniejsze polowania i pomaganie cierpiącym na bezsenność, spowodowaną strachem, ludzi.
-Nigdy nie będzie dobrego czasu. Nie dla nas.- uśmiechnęła się, tym razem blado, do brata i pociągnęła spory łyk nie swojego piwa. Tylko z braćmi musiała się tak wymieniać jedzeniem i piciem. Ich wyglądało po prostu na lepsze. Co poradzić. Mimo wszystko wizja chociaż kilku dni przerwy, poświęconych na wyspanie się i poleniuchowanie i nie myślenie o tym bagnie była przytłaczająca. Widziała, że nie może sobie na to pozwolić. Z resztą- nie potrafiłaby. Nie z obecnym poziomem wiedzy o tym, co się dzieje na świecie po zmroku. Nie potrafiłaby przestać o tym myśleć i dać umysłowi odpłynąć gdzieś na nieznane, spokojne wody, gdy tu miała sztorm. Musi trzymać burtę. Inaczej zatoną.
Gdy tylko do jej uszu doszła informacja o lokalizacji Aidana uśmiech powrócił na jej usta. Odpowiedziała bratu promiennym spojrzeniem. Na pewno ich odwiedzi. Za nic nie przegapiłaby takiej okazji. Zwłaszcza wspólnego polowania, gdzie znów wprowadziliby do życia trochę zabawy. Bo ich wspólne wyprawy stawały się często istnymi komediami i parodiami. Inni łowcy pewnie stwierdziliby, że kaleczą tą sztukę, lecz koniec końców Sheppardowie porządnie wykonywali swoją robotę. Mieli po prostu nietypowe sposoby rozwiązywania problemów.
-Oh. Mikołaj wie, że byłam najwspanialszą dziewczynką w tym roku. Ładnie jadłam obiadki, sprzątałam w pokoju i uczyłam się do klasówek. To nie wystarczy?- tak naprawdę więcej z niej było kłopotów, niż pożytku. Panna Pechowa. Tak by ją można było nazwać. Bo tak gdzie ona- tam i rozróba. Im większa, tym lepiej. Nigdy jednak nie pogardzi odebranym bratu z satysfakcją sztyletem.
-Coś ciekawego ostatnio się wydarzyło? Jakieś polowanie? Coś nie wyszło? Coś wyszło? Nowe projekty? Cokolwiek? Mamy trochę do nadrobienia.- upijała powoli piwo, skupiając się tylko na osobie brata, do którego nie była już tak mocno przyklejona. Mięśnie po kilku godzinach w jednej pozycji szybko cierpły. Dalej jednak siedziała bliziutko i posyłała mordercze spojrzenie, godne zazdrosnej żony jakiejś lasce, która siedziała na drugim końcu baru i posyłała Cadanowi te seksowne i flirciarskie uśmieszki, których zastosowanie Iriss doskonale znała. Ale o tym ciemnowłosy miał się nie dowiedzieć. Żaden.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Cadan Sheppard on Pon Lut 11, 2013 9:44 pm

Czasem mogło się wydawać, że to bracia zajmowali się ciotką, a nie ona nimi. Zszywali ją, gdy wracała poszarpana; karmili, gdy zapominała o posiłkach; zdarzały się nawet sytuacje, w których kończyli za nią spapraną robotę. To nauczyło ich życia. Mieli wszak na głowie dwie kobiety: małą i dużą, obie równie dziecinne. Iriss miała dobre wytłumaczenie, przecież była dzieckiem i miała pełne prawo do swoich kaprysów, nieodpowiedzialności i głupich pytań - oczywiście w granicach rozsądku. Ale starsza przedstawicielka rodziny, ich pożal się Boże opiekunka, nie miała żadnego wytłumaczenia dla swojego nieodpowiedniego zachowania. Bo dla Cadana nieudane i wypełnione przemocą dzieciństwo było gównianym wytłumaczeniem. Oni nie mieli lepiej, ale wyszli na ludzi, prawda?
Poszczęściło im się, mimo wszystko. Takie przynajmniej było jego zdanie. Wyrwali się spod opieki ciotki, zdołali przeżyć nie tylko starcie z brutalną rzeczywistością łowców, ale i z systemem prawnym. Utrzymali opiekę nad siostrą, dzięki czemu mogli stworzyć namiastkę rodziny. Namiastkę, bo przecież nigdy nie zapomną o tym co stracili przed laty. Nie da się zapełnić pustki, którą pozostawili po sobie rodzice i brat. To było niemożliwe, niewykonalne i absolutnie niechciane - każde z nich usiłując coś takiego zrobić musiałby się poczuć jak zdrajca. Pamięć o drugiej połowie Sheppardów była integralną częścią ich życia. Amuletem, który dodawał nadziei w najtrudniejszych momentem i klejem, którzy trzymał ich razem, gdy chcieli się nawzajem pozabijać (a takie sytuacje się zdarzały, gdy Iriss szalała). Czegoś takiego nie dało się pogrążyć w odmętach pamięci czy zastąpić jakimś miernym substytutem. Wprawdzie żadne z nich nie wspominało zbyt często o minionych latach, ale bez wątpienia pamiętali. Te wszystkie dobre chwile były i to musiało im wystarczyć.
Kiedy Iriss odeszła wszystko się trochę zmieniło. Owszem, bracia więcej spali, bo nie musieli szukać jej po nocach, by wyciągnąć ją z kłopotów, które tak chętnie do siebie przyciągała. Jednak to, że sypiali więcej, nie znaczy wcale, że sypiali lepiej. Wciąż zamartwiali się o malutką siostrzyczkę, ich zdaniem tak nieprzygotowaną do samotnego życia. Tu też pojawiał się mały paradoks - mieli przecież świadomość, że była tak dobra jak oni. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ich malutka Iriss potrafiła skopać tyłek nie tylko wampirowi, ale i każdemu facetowi, który będzie jej się narzucać. Ale faktycznie, na jeden jej sygnał pognaliby na drugi koniec kraju, by ją obronić - chyba dlatego widok jej imienia na wyświetlaczu telefonu wywołuje nie tylko radość, ale i strach. Czasem zdarzało im się, że czuli nagłe ukłucie niepokoju i wymieniali z Aidenem niepewne spojrzenia. Może i nie znali wszystkich historii, z jej łowów, ale mieli w jakiś pokrętny sposób ich świadomość. Czego bali się odbierając telefony od niej? Tego czego i inni łowcy, czego de facto powinien się bać każdy człowiek podnoszący słuchawkę. Że po drugiej stronie nie usłyszy ukochanej osoby, ale jakiś obcy głos informujący o najboleśniejszej z możliwych strat...
Telefon na blacie znów zawibrował. Kolejna wiadomość od Aidena. To była norma, gdy bracia się rozdzielali - nieustannie do siebie pisali, wysyłali sobie zdjęcia, nie obywało się też bez przynajmniej jednej rozmowy dziennie. Potrzebowali tego. Bycie osobno było wbrew ich nawykom, bo przecież byli razem od samego początku i zamierzali razem pozostać do samego końca. Byli połówkami tej samej osoby, które ktoś dla kaprysu zamknął w dwóch ciałach. Gdy pracowali razem nie było dla nich rzeczy niemożliwej. Dzielili smutki i mnożyli powody do radości. Według niektórych nie kłócili się wcale, w rzeczywistości robili to bardzo rzadko. Sporne sprawy załatwiali tylko między sobą i błyskawicznie odnajdywali kompromis.
Cadan odczytał wiadomość i błyskawicznie wystukał odpowiedź.
- Ostrzegłem go przed ewentualną cnotliwością hindusek. Urażona łowczyni może być przecież niebezpieczna, lepiej żeby wiedział z czym ma do czynienia. - odpowiedział siostrze z wyraźnym rozbawieniem, a potem objął ją ramionami i mocno uściskał. - Kazał przekazać, że tęskni. - mruknął we włosy Iriss, przekazując jej uścisk od Aidena. Z wyglądu różnili się głównie rozmieszczeniem różnorakich blizn i ubiorem, więc przy odrobinie wyobraźni mała Sheppard (która jako jedyna zawsze ich rozróżniała) może uwierzyć, że magicznie obok pojawił się na chwilę drugi klon. Później jednak uścisk jego ramion się rozluźnił, Cadan wrócił "do siebie" i napił się piwa. Do głowy by mu oczywiście nie przyszło, że mogą wyglądać jak para zakochanych. A nawet jeśli, uznałaby to za uśmiech losu! Przynajmniej przez chwilę nikt nie będzie się dobierać do jego siostry.
- Pomyśl o plusach. Przynajmniej moje rozwrzeszczane dzieciaki nie zrujnują wam trawnika! - oznajmił jej z teatralnym entuzjazmem. Faktycznie ich poczucie humoru mogło się wydawać dziwne. Ale czy oni, w ciągu całego swojego życia, choć przez chwilę byli normalni? Nawet teraz sącząc piwo i żartując z normalności przeciętnego Smitha czy Jonesa, nie tracili czujności. To, że całkiem rozluźnili się w swoim towarzystwie nie znaczyło, że stawali się łatwym łupem. Cadan ciągle rozglądał się po barze. Subtelnie, jakby od niechcenia, ale jednak. Dostrzegał szczegóły, które innym mogłyby umknąć lub wydać się nieistotne i w każdej chwili byłby gotowy do ewentualnej obrony. A poczucie bezpieczeństwa? Brało się stąd, że miał świadomość, iż Iriss w razie potrzeby, będzie osłaniać mu tyły.
- Rzucasz mi wyzwanie, Iriss Sheppard? Jesteś pewna, że tego chcesz? - choć minę miał poważną, to w jego oczach czaiły się iskierki rozbawienia. To było niewypowiedziane wyzwanie, rzucona rękawica. Oj, tak - byliby zdolni do wszczęcia tej łaskotkowo-podszczypującej wojny na środku baru, bez względu na otaczających ich ludzi. Od kiedy niby przejmowali się tym co myślą sobie o nich obcy? A taka szarpanina byłoby miłym sposobem na relaks. Mieli nieco odmienne sposoby na spędzane rozrywkowo czasu. Inni oglądali telewizję, oni się bili - między sobą, albo bardziej na poważnie. Życie, w którym najważniejsza była walka niosło pewne konsekwencje.
Sączył swoje piwo, rad ze swojej podzielnej uwagi. Słuchał siostry i jednocześnie dużo myślał. Trochę nad tym facetem, który przyglądał im się od dłużej chwili ze stolika w kącie, trochę o porwaniu Iriss do Detroit jak to zasugerował Aiden. Trochę o domniemanej Apokalipsie, która od długiego czasu nieustannie pojawiała się w jego myślach budząc niepokój. Brakowało im informacji na ten temat, więc nie wiedzieli jak mogą się przydać. Bo jakoś przecież na pewno mogli! Nic bardziej nie drażniło bliźniaków niż bezczynność. Mały kompleks bohatera? Może troszkę, ale to chyba kolejny element tej pracy.
- Kłamczucha z Ciebie, wcale nie jadłaś ładnie obiadków. A przynajmniej tego po tobie nie widać. - burknął w odpowiedzi, szczypiąc ją oskarżycielsko w szczupły brzuch. Co najśmieszniejsze przestał myśleć o zabytkowym sztylecie jak o swoim, w chwili, gdy zapytała czy coś dla niej ma. Droczył się tylko dla zasady.
Kolejny (ostatni) łyk piwa poprzedził jego odpowiedź. Jednocześnie machnął na barmana, by poprosić o kolejne butelki. Oboje mieli przecież mocne głowy.
- Projektów mamy kilka, ale są ściśle tajne więc żadnego obgadywania w miejscu publicznym. Będziesz musiała przyjechać jak chcesz zobaczyć i przetestować. - uznał, że taka odpowiedź będzie dla niej kolejną motywacją, by wpaść do Detroit. Choć wciąż rozpatrywał plan porwania. - Mieliśmy gniazdo pijawek przed dwoma tygodniami, trochę większe niż się początkowo spodziewaliśmy wiec było zabawnie. Chyba trochę się udało, a trochę nie. Ubiliśmy wszystkie, ale Aiden ciągle ma szwy. - wzruszył lekko ramionami, a potem skinięciem głowy podziękował za nowe butelki. Ze swojej specjalnie pociągnął spory łyk, bo spodziewał się, iż lada moment ją straci. Przynajmniej więcej wypije! Przy Iriss trzeba było wykazywać trochę sprytu w każdej dziedzinie życia.
- A u Ciebie, mała? Co ciekawego się dzieje? Może zdradzisz, gdzie jedziesz?
Dziewczyna, która posyłała mu maślane spojrzenie nie została nie zauważona. Cadan obdarzył ją niewielkim uśmiechem, ale na tym jego zainteresowanie się skończyło, bo nawet najśliczniejsza mieszkanka tych stron nie mogła konkurować z jego siostrzyczką.


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Trust me i'm an engineer!
avatar
Cadan Sheppard

Liczba postów : 26
Join date : 01/02/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Seestra Road Trip on Wto Lut 19, 2013 2:32 am

Szczęście, jakby nie patrzeć, jednak młodym Sheppardom w końcu dopisało. Mimo wielu strat, męki, cierpienia i niepowodzeń, w końcu im się udało. Stworzyli coś, czego potrzebowali. Rodzinę. Relacje, jakich pragnęli, ciepło, którego potrzebowali. Trzymali się siebie kurczowo, szczególnie w trudnych momentach. Nie odpuszczali, gdy widzieli zbyt stromą górkę do pokonania. To nadawało im sił do działania. Wspinali się po niej na najwyższych obrotach, lecz wiedzieli, że gdy już zdobędą szczyt to będzie tam ktoś na nich czekał. Było to rodzeństwo. Każde z nich kroczyło swoją własną ścieżką. Jednak ich drogi często się krzyżowały. Bliźniaków nawet częściej, niżby się ktokolwiek spodziewał, jednak co się dziwić. Mieli w sobie wsparcie, mogli na siebie liczyć. Ufali sobie. To wszystko sprawiało, że to, co robią na co dzień miało większy sens. Było podporą i sensem działania. Nikt nie mógł im tego odebrać. Niech tylko spróbuje, a zostanie rozerwany na strzępy. Choćby miało to jedno z nich kosztować życiem. Wypełniali sobą nawzajem te wielkie, krwawiące wciąż intensywnie dziury w sercu, które pozostawiła po sobie zmarła cześć rodziny. Iriss rzadko o tym mówiła. Od czasu tego tragicznego wydarzenia tylko raz zapytała co się tak naprawdę stało. Spojrzenia, jakie otrzymała w odpowiedzi nie pozwoliły jej już nigdy więcej poruszyć tego tematu. Nawet nie wspominała na głos rodziców, czy brata. Czasem oglądała tylko w milczeniu stare zdjęcia, czy nagrania, czytała dzienniki i podsłuchiwała rozmowy prowadzone przez braci. Nigdy jednak ich imiona nie padły z jej ust. Może to było zbyt bolesne. A może nauczyła się nie wspominać. Sama nie wiedziała, ale prawdopodobnie te dwie opcje były sobie bliższe, niżby się mogło wydawać i tworzyły spójną odpowiedź. Jednak za każdym razem, gdy ktoś wspominał o jej rodzinie, albo zmieniała temat, albo reagowała agresywnie. Zależało też kto to robił i w jaki sposób. Ich pamięć pozostanie w jej sercu. Szczelnie zamknięta i zaryglowana, by nie mogła się wydostać. Była to ta część Iriss, która nigdy nie wyjdzie na powierzchnie. Przynajmniej tak to teraz widziała. Nie miała zamiaru nigdy i z nikim o tym rozmawiać. To było zbyt prywatne, zbyt wiele o niej mówiło. Bała się też, że choćby jedno słowo, które usłyszane nie wyrządziłoby szkód, lecz wypowiedziane przez nią otworzyłoby rany, które w pewien sposób, trochę prowizorycznie się zaleczyły. Nie chciała tego robić. Nie robiła z tego tajemnicy, choć mimowolnie w oczach wielu pewnie nią się stało. Dla niej było to po prostu coś, co powinno zostać niewypowiedziane. Tak było łatwiej. Czasem żyła właśnie dla tych wspomnień. W kryzysowych sytuacjach dodawały jej sił, napędzały krew, która płynęła w jej żyłach i mobilizowały. Nie raz miała ochotę poddać się podczas trudniejszych polowań, gdzie większość nie widziałaby już drogi wyjścia, a nóż, trzymany w ręce nagle wydawał się zbyt mały, zbyt kruchy i zbyt tępy, by zadać choćby namiastkę bólu potworowi, z którym stało się naprzeciwko. Lecz ona nie dawała się temu dławiącemu uczuciu, walczyła dalej. Dla rodziców i brata. Dla pamięci o nich. Z resztą, nie tylko ta nieżyjąca część rodziny dodawała jej tej siły. Ci, którzy wciąż chodzili po ziemi i wysyłali jej milion sms’ów na minutę, niepokojąc się, gdy wiedzieli o jakimś jej polowaniu potrafili dać zastrzyk energii. Czasem ich uścisk i radość w oczach, gdy wiedzieli już, że jest bezpieczna, że nic jej nie jest i że w ogóle ich to obchodziło był najlepszą zapłatą, jaką kiedykolwiek mogła otrzymać. Dzięki nim wiedziała, że się liczy. Że nie jest nic nieznaczącą dziewczyną, myślącą, że może zbawić świat, zabijając czasem kilka potworów. Bo wbrew pozorom i tej jej pewności siebie, trochę na pokaz, nie miała zbyt dobrego zdania o własnej osobie. Bo niby jak miała je zbudować, gdy było niszczone przez okres jej dojrzewania wystarczająco skutecznie przez pseudociotkę, próbującą poniżyć ją na każdym kroku. Nie zależało jej jednak na tym jakoś szczególnie. Radziła sobie i bez tego. Wciąż żyła i zajmowała się tym, czym powinna. Przeglądanie się w lustrze i zachwyty, triumfy i fanfary zostawmy na starość. Choć nie widziało jej się, że kiedyś tego dnia dożyje. Nadchodząca Apokalipsa chyba załatwi sprawę. Ofiary w łowcach raczej będą liczne. Niż demograficzny nadejdzie niezaprzeczalnie. Teraz kogoś w tym fachu można było spotkać z łatwością. Lecz po zakończeniu biblijnej katastrofy, o ile on nadejdzie, nie będzie łatwo o kogoś, kto zaopiekuje się zabłąkanym w ciemnościach Kacperkiem, czy wampirem Edwardem, który porzucił wegetarianizm. Ona ze swoimi zdolnościami do pakowanie się w kłopoty na pewno wyląduje w samym środku piekła, robiąc przy okazji niezłe zamieszanie. Miała jednak nadzieję, że umrze w jakiś ciekawy sposób. By mieć jakąś frajdę w ostatnich chwilach życia.

-Nie wiem, czy mam współczuć jej, czy jemu… - parsknęła, gdy w jej głowie pojawiło się kilka scenariuszy. W jednym z nich na przykład jej brat obrywał po głowie za dotknięcie nie tych partii ciała, co trzeba, przy próbach zatamowania krwotoku. Nie była pewna, czy umiałby sobie z tym poradzić. Uśmiechnęła się, gdy brat ją uścisnął. Po tak długiej rozłące to było naprawdę przyjemne. Może w pełni nie rekompensowało nieobecności jego drugiej połówki, lecz gdyby porządnie ruszyć wyobraźnią, to byłaby sobie w stanie wmówić, że był to Aiden. –Ja też tęsknię. Tylko niech sobie nie myśli zbyt wiele.- Dodała, szczerząc się jak dziecko. Naprawdę miała teraz ochotę wsiąść w samochód, do którego wcześniej zaciągnęłaby Cadana i pojechać tam, gdzie jest jej drugi brat. Gdy widziała się tylko z jednym z nich, sprawiało to, że za drugim tęskniła dwa razy bardziej. To, że byli do siebie tak podobni wcale nie pomagało, a wręcz przeciwnie.
-Stwierdziłam, że jednak dam Ci dzisiaj spokój. Taki prezent z podróży. Nie narobię Ci wstydu, powalając Cię na łopatki i zrównując z ziemią. Może jeszcze będziesz miał jakieś szanse na podryw tego wieczoru. Lecz po takim występie żadna laska nie zechce Cię przygarnąć.- puściła do niego złośliwe oczko i wróciła do picia piwa. Jeśli chodzi o to, czy Iriss kiedykolwiek przejmowała się tym, co sobie inni o niej pomyślą… cóż. Nie obchodziło jej to nigdy. W najmniejszym stopniu. Wiedziała, że ma coś innego do roboty. Inne sprawy, o których musiała myśleć. Zdanie innych na jej temat leżało na szarym końcu ciągnącej się kilometrami listy do zrobienia. Gdzieś zaraz za wybiciem wszelkiego zła na świecie i powstrzymaniu apokalipsy. Gdy to już będzie miała załatwione i nic nie będzie spędzać jej snu z powiem- może wtedy zacznie zastanawiać się jak wygląda w głowach innych. W sumie było to dosyć ciekawe, jednak nie na dzisiaj, ani najbliższe miesiące, czy nawet lata. Gdyby jej się nudziło, na pewno do zagadnienia wróci. Na to też się najszybciej nie zapowiadało. Lepiej więc o sprawie zapomnieć i wrócić do czegoś przyjemniejszego.
-To znaczy, że Mikołaja nie będzie?- zrobiła smutną minkę, rozszerzając oczy niczym słynny kot ze Shrek’a. Postanowiła nie reagować na szczypnięcie w brzuch. To na pewno wywołałoby ich małą wojenkę. Nie chciała jednak aż tak zwracać na siebie uwagi. Czasem pozostanie w cieniu innych ludzi, tłumu, przemieszczającego się za plecami było wygodniejsze i bardziej korzystne. Zwłaszcza, gdy jest się łowcą, a w miasteczku obok działy się dziwne rzeczy, które ciężko było racjonalnie wytłumaczyć. Plotki, jak wiadomo rozchodzą się bardzo szybko. I odchodzą od prawy, dodając do niej więcej dramatu i grozy, niżby można się było spodziewać.
-To chyba szantaż, nie sądzisz? Mam jednak nadzieję, że będzie to coś wartego uwagi. Może mam klienta na kilka waszych perełek… jak będziecie grzeczni, to was sobie przedstawię.- słuchając dalszej części wypowiedzi brata dopiła piwo i zgarnęła następne, odstawiając pustą butelkę na bok.-Nienawidzę tych paskudztw.- wzdrygnęła się i trochę mimowolnie złapała się ręką za brzuch, w miejscu gdzie kilka miesięcy temu wbity miała kawałek drewna. Oczywiście było to dziełem wampira. Blizna na szczęście nie była zbyt duża i widoczna. Z resztą miała ich na swoim ciele całkiem sporą sumkę. Czasem można było sprzedawać ładne historyjki nowo poznanym kolegom, gdy miało się na to ochotę. Sheppardowe klony jednak nie wiedziały skąd ta konkretna się wzięła. Nie wiedzieli o całym wydarzeniu i zamieszaniu. Nie każde większe, samotne polowanie wychodziło jej doskonale. Pewnie gdyby nie Dean i jego iście rycerski gest nie skończyłoby się to dla niej dobrze. Choć wciąż twierdziła, że dałaby sobie radę. Jak zawsze z resztą.
-Ja ostatnio zaliczyłam pościg za wyjątkowo głupią wiedźmą, kilka duchów i syrenę. A poza tym, to leci po staremu. Wszystkiego tylko nagle zrobiło się więcej. Chyba nie tylko my odbieramy złe fluidy, zwiastujące tą całą apokalipsę. Cały wszechświat chyba potrzebuje wakacji, albo czegoś na uspokojenie, bo zachowują się jak przed okresem. Mam nadzieję, że to przejściowe, choć nie ma co się łudzić.- upiła trochę piwa, tym razem swojego, posyłając bratu mordercze spojrzenie, że zdążył wypić już tak dużo i się z nią nie podzielić. O tym, gdzie jedzie nie miała zamiaru mówić. Jeszcze by jej zabronił i znów musiałaby się wymykać. Nie była to żadna sprawa, lecz spotkanie z ludźmi, u których nazwisko Sheppard powodowało, że noże same się ostrzyły. Raz na jakiś czas Iriss jednak była tolerowana przez kilka chwil w ich posesji. Czysty, szybki biznes i już jej nie ma.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Flannery's Pub

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 :: CLEVELAND :: CENTRUM

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach