Wielka Sala

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Wielka Sala

Pisanie by Mistrz Gry on Wto Gru 11, 2012 6:57 pm

    Policjant naturalnie nie słuchał skomleń szczeniaka który zajmował tylne siedzenia radiowozu. W ogóle demon zachowywał się tak jakby Cooper'a tam nie było, podgwizdując sobie wesoło pod nosem motyw z Różowej Pantery przy okazji wystukując rytm w kierownicę lepiącą się do pączkowego lukru, którym zajadał sie Johnson do póki nie został wezwany do tej piekielnej fabryki. I za każdym razem jak demon kończył gwizdać, zaczynał od nowa to samo, w kółko i coraz głośniej, gibiąc się w wygwizdywany rytm. Wyglądało to co najmniej dziwnie, ale po prostu nie mógł sobie tego odmówić; był młodym demonem, ledwie udało mu się wydostać z piekła i to jeszcze na takie coś! To, co działo się w fabryce było prawdziwą ucztą dla stworzeń rodem z horrorów - przeraźliwe krzyki zarzynanych dzieci, ich płacz, smród strachu, potu, krwi... mieszanka tego wszystkiego wprawiała w ekstazę demony i inne kreatury które załapały się na Ucztę pod nadzorem Jego osoby... On, cudowny piękny On. Potrafił oczarować niemal każdego z kim rozmawiał i tylko nieliczni byli w stanie nie ulec jego urokowi. Nie trudno było go pokochać i zrobić to o co prosi. Oczywiście demony nie kochały ale osobowość i charakter jaki przedstawiał On był...och przyciągał, strasznie przyciągał.
    Gwizdanie ustało dopiero wtedy kiedy radiowóz wjechał na podjazd wielkiej rezydencji, wybudowanej na wzór Oranienbaum, zespołu pałacowego i rezydencji carów rosyjskich. Oczywiście w Dertroit istniała minimalna wersja tego architektonicznego dzieła, a istniała tam tylko dlatego że państwo Kowalow, rosyjscy emigranci którzy uciekli dziewięć lat temu z Moskwy zaraz po tym jak ich dzieci - dwuletni Andrej i miesięczna Anja zniknęły w dziwnych okolicznościach, a którzy tęsknili za swoim rodzinnym miastem i mieli zbyt dużo zer na swoim koncie. Jednak teraz umysły Dionizego i Beatrycze były uśpione, zakopane w otchłaniach świadomości czasem odkopywane by mogli być świadkami tego, co wyprawiają demony z biednymi, małymi dziećmi. Albo to co się dzieje w ich bogatych salonach w których rozgaszczały się demony, wampiry, kitsune a nawet różnorodni bogowie i Bożkowie - gdzieś pomiędzy salonem z pianinem a wystawną jadalnią z wielkim, kryształowym żyrandolem kręciła się bogini Eris prowokując gości Uczty do kłótni a nawet i widowiskowych walk, z których tylko jeden uczestnik wychodził cało. Domek gościnny na tyłach domów był pełen bezgłowych ciał wampirów czy innych trupów o których wspominać nie warto. Beatrycze zapewne rozpacza w swoim kąciku w głowie widząc krew na drogich obiciach kanap czy dywanach. Ale dziwka ma za swoje. Mogła postąpić inaczej. Oboje mogli. A teraz będą za to płacić najwyższą cenę jaka jest możliwa.
    Demon-policjant wraz ze swoją zdobyczą w postaci nastoletniego skinwalkera wszedł po wysokich schodach, zatrzymując się przed zdobionymi drzwiami frontowymi. Riley nawet jeśli by spróbował zmienić sie w psa i uciec, to zaraz zostałby złapany przez demony które kręciły się po ogrodzie w ciałach ogrodników czy szofera rosyjskich bogaczy. Nie było jak stąd uciec. Dworek Kowalow był twierdzą a dostęp do niej był pilnie strzeżony. Bardzo pilnie. Na każdym kroku czyhają niespodzianki. Groźne, charczące i niewdzięczne. Ale demony je uwielbiają. Bo to ich maskotki.
    - Bądź grzeczny szczeniaczku, a nic ci sie nie stanie strasznego - demon posłał chłopakowi cierpki uśmieszek klepiąc go po policzku zanim drzwi się otworzyły i demon utkwiony w barczystym ochroniarzu wpuścił ich do środka.
    Cooper został popchnięty do przodu z dość dużą siłą,sprawiając że chłopak padł na kolana obijając je o marmurową posadzkę przestronnego holu.
    - Niezdara z ciebie pieseczku - zacmokał Johnson kopiąc chłopaka w brzuch. I jeszcze raz. Tak po prostu, dla zabawy.
    - Dlaczego kopiesz tego uroczego chłopca?
    W szerokich drzwiach które prowadziły do jednego z wielu salonów stanął mężczyzna ubrany w ciemny, idealnie leżący na nim garnitur od drogiego projektanta. Nie nosił krawatu, a dwa guziki koszuli, te na górze, są odpięte. Włosy miał w nieładzie, jasne, ale ten nieład tylko dodawał mu uroku. Zawadiacki uśmieszek na ustach, był nieco tajemniczy ale i nieco przerażający. Spoglądał na Riley'a z zainteresowaniem, popijając dorogiego szampana z wysokiego kieliszka. Demon-policjant się nie odezwał, jakby obawiając się tego że cokolwiek by nie powiedział to i tak zostanie przez Niego przekreślony. Ale przecież miał prezent!
    - Przyprowadziłem Ci skinwalkera jako podarunek. Myślę że Ci się spodoba jego zwierzęca forma.
    - Mhm... skinwalker. Zmień sie dla mnie. Pokaż mi jakim zwierzaczkiem jesteś. - zacmokał blondyn kucając przy Cooperze i niemal z czułością głaszcząc go po głowie.
avatar
Mistrz Gry

Liczba postów : 39
Join date : 20/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Gość on Wto Gru 11, 2012 7:37 pm

Z każdym pokonanym kilometrem jego serce zaczynało bić coraz szybciej. Kilka razy dokładnie obejrzał ctył radiowozu, ale był zamykany od zewnątrz. Nie miał więc żadnych szans na ucieczkę. Znaczy oczywiście mógłby próbować walczyć z demonem, ale jakie były jego szanse? Niewielkie, co widać było w fabryce. Do tego piosenka jaką nudził demon doprowadzała go do szału. Nigdy jej nie lubił, a teraz słuchana po kilka razy sprawiała, że nienawidził ją z całego serca. Skulił się w kącie ciężarówki, cicho modląc na zmianę do Castiela i Ardoura. Ale coś w sercu mówiło mu, że tym razem żaden z nich nie przyjdzie. Że nikt go nie uratuje. Że to koniec. Zostanie zabawką demonów zanim w końcu postanowią go zabić.
Dopiero teraz zaczął naprawdę się zastanawiać na wszystkimi ostatnimi wydarzeniami. To, że za wszystkim stały demony było oczywiste, ale po co to robiły. Jaka miały korzyść z zabijania dzieci. Mogły przecież użyć kogokolwiek. Nie mógł tez przecież domyślać się jaki dokładnie demon za tym stoi. Nie znał ich hierarchii czy imion bo zwyczajnie całe życie ich unikał.
Kiedy został wyprowadzony z radiowozu aż otworzył usta ze zdziwienia. Ten pałac był ogromny i piękny. Riley nigdy nawet nie marzył, że kiedykolwiek się z takim znajdzie choćby na chwilę. Nieco się potykając, głównie przez całkowitą niedelikatność demona, ale też przez swój strach i niezdarność przeszedł przez drzwi. Słysząc słowa demona który go przyprowadził, wcale mu nie uwierzył. Skrzywił się też gdy ten go dotknął, ale tamten pewnie tego nie zauważył, prędzej czuł jak dzieciak się cały trzęsie.
Gdy wylądował na kolanach szybko podparł się dłońmi, żeby zminimalizować ból, ale i tak krzyknął cicho zaskoczony. Spojrzał na demona z niejakim wyrzutem, ale chyba ciężko go było zobaczyć, przez łzy kumulujące się w błękitnych oczach chłopca. Naprawdę był przerażony tym co mogło się z nim tu stać, zwłaszcza, że wyczuwał tu hordy demonów i innych dziwnych stworzeń. Istne piekło na ziemi można powiedzieć.
Kopnięcie zaskoczyło go, skulił się cały wydając z siebie cichy szloch. Jego uwagę od bólu oderwało zdanie wypowiedziane przez kogoś innego kto własnie wszedł do pomieszczenia. Uniósł głowę żeby spojrzeć na nowo przybyłego. W innych okolicznościach pewnie dostrzegłby zalety jego wyglądu czy miłego głosu, ale teraz zwyczajnie bał się wszystkiego.
Nie uciekł jednak gdy ten się zbliżył. Wiedział że może za to drogo zapłacić. Jedynie wpatrywał się w niego zapłakanymi oczami, niezdolny do powiedzenia choćby słowa. Nie rozumiał dlaczego wydawał się dla nowo przybyłego taki ciekawy. Kiedy usłyszał jego prośbę, która była po prostu mile wypowiedzianym poleceniem, wykonał je. Powoli zebrał się w sobie i przemienił się z powrotem w szczeniaka a następnie wygrzebał ze sterty ubrań. Miał nadzieję, że bycie posłusznym da mu pożyć chwilę dłużej. Usiadł na zimnej posadzce obok własnych ubrań i zwinął się w kłębek, niepewnie patrząc na oba demony.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Postać X on Sro Gru 12, 2012 7:13 pm

    - Szczeniak!
    Nie do końca było można wyczytać z twarzy mężczyzny, czy forma skinwalkera zadowoliła blondyna. Możliwe nawet, że liczył na coś bardziej z pazurem. Groźną pumę albo małego niedźwiadka. Tak żeby było egzotycznie.
    - Taki mały, taki słodki... - zacmokał łapiąc szczeniaka za skórę na karku. - Spisałeś się Rick. Ale to i tak nie jest to, co zrobiłoby na mnie piorunujące wrażenie. Staraj się bardziej - Mężczyzna złożył na policzku demona pocałunek po czym zniknął, wraz ze szczeniakiem, w drzwiach z których wyszedł chwilę wcześniej.
    Za drzwiami był wielki salon, tonący w złocie, bieli i krwistej czerwieni. Na środku stał tron. Wielki, obity w czerwony aksamit i wysadzany drogimi kamieniami tron. Uwielbiał go. Zawsze go zabierał ze sobą, od lat, wielu lat. Każdy dom, każde miejsce nie było idealne do póki tron nie pojawiał się w centralnym miejscu. Czuł się wtedy jak król którego otaczają poddani. Tym razem też go otaczali - rządne krwi wampirzyce w skórzanych odzieniach, różnorakie demony które przyprowadzały mu różne prezenty by mu się przypodobać. Jak on to uwielbiał! Żałował tylko, że takie imprezy może organizować w ściśle określonym terminie. Chciałby więcej, częściej i głośniej.
    - Patrzcie kogo nam tu przyprowadzili - uniósł Cooper'a do góry prezentując psa zebranym w salonie - Skinwalker. Takiego jeszcze nie mieliśmy. Przynieście klatkę.
    Rozkazał dwóm demonom posyłając im śliczny uśmiech, dzięki czemu rozkaz brzmiał łagodnie. Klatka pojawiła się moment później - nadawała się akurat dla takiego małego psiaka jakim stał się nastolatek, dlatego też próba odwrócenia postaci skutkowałaby uduszeniem się albo jakimś innym, równie nieprzyjemnym dla życia skutkiem. Demony ustawiły ją przy tronie - tego nawet nie musiał im mówić, skubańce z piekła same wiedziały co mu przypadnie do gustu.
    Ostrożnie, by nie zrobić krzywdy i tak poturbowanemu przed Ricka Rileyowi, Blondyn wsadził go do środka klatki i zatrzasnął wielką, mosiężną kłódkę zamykając tym samym jedyną drogę ucieczki.
    - Dajcie młodemu jeść! Niech je, będzie duży i silny. A potem nauczymy go sztuczek! - Blondyn pogłaskał Riley'a przez pręty w klatce - I jak się sprawdzisz to zostaniesz ze mną na długi, długi czas.
    Na srebrnej misce, przyniesionej przez jedną skąpo ubranych wampirzyc, leżał piękny, nadal ociekający jasną krwią, malutki mózg niewinnej istotki, która musiała zginąć by Blondyn mógł urządzać takie Uczty jak dotychczas. Miska została podsunięta pod nos szczeniaka.
    - Jedz słodziutki. - zacmokał, opierając łokcie na podłokietnikach swojego tronu, nie odrywając spojrzenia od swojego nowego nabytku.



avatar
Postać X

Liczba postów : 11
Join date : 26/11/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Gość on Sro Gru 12, 2012 7:37 pm

Prawie podskoczył słysząc tek nagły okrzyk. Nie był przygotowany na jakikolwiek entuzjazm, a demon wydawał się własnie takim emanować. Zaskomlał cicho gdy mężczyzna złapał go za skórę na karku. Nie podobało mu się to ani trochę. Delikatnie za wierzgał łapkami chcąc dać do zrozumienia, że są inne pozycje w jakich zwyczajowo trzyma się szczeniaki. Bez skutku.
Zmarszczył nosek widząc pocałunek między demonami. No obrzydliwe, fakt pełne hipokryzji ale nadal obrzydliwe.
Kiedy demon go niósł nadal nieco machał łapkami i rozglądał się na boki. No naprawdę co te wszystkie potwory zrobiły z tym miejscem? Jego spojrzenie padł na tron. Świetnie trafił na jakiegoś megalomana czy innego narcyza.
Za warknął cicho gdy został "zaprezentowany" towarzystwu. Niech sobie nie myślą czy coś w tym stylu. Na słowo klatka jednak odwrócił łebek i spojrzał zdziwiony na trzymającego go demona. Co to kurcze, zoo jakieś? On się nie zgadza i koniec. Miał wielka ochotę zmienić się tu i teraz z powrotem w chłopca, ale wrodzona nieśmiałość nie pozwalała mu stanąć przed nimi nago. Co to, to nie.
Klatka okazała się mała, co więcej nie było w niej żadnego koca czy nawet poduszki. I jak on miał w niej funkcjonować? Coś mu mówiło, że znów będzie zmuszony grac kompletnego debila i zachowywać się jak prawdziwy szczeniak. Mimo, że oni znają prawdę.
Przekrzywił głowę już w klatce, gdy Blondyn zamknął kłódkę. I to by było na tyle na temat potencjalnej ucieczki. Na tak o jedzeniu miał ochotę zaśmiać się. "Duży i silny"? Przecież jego zwierzęca forma nie zmieniła się od dwóch lat. Nie urósł nawet odrobinę, od czasu do czasu nabierał lub tracił na wadze, ale nie rósł. Co więcej zostanie z nim na długi czas wcale mu się nie uśmiechało. Gdyby chociaż dostał poduszkę i kocyk, to by się zastanowił.
Zawarczał na zbliżająca się wampirzycę. Chociaż tyle mógł. Gdy mózg został mu podsunięty pod nos, najpierw niepewnie go obwąchał. Potem spojrzał na Blondyna a gdy ten zachęcił go do jedzenia, faktycznie zatopił małe kiełki w tym "przysmaku". I mimo iż jego ludzkie ja skręcało się z obrzydzenia, jego zwierzęcej stronie smakowało. Wyczyścił talerz, przy okazji brudząc sobie białe futerko na pyszczku krwią, ale nie obchodziło go to. Najadł się po raz pierwszy od dłuższego czasu. Po skończonym posiłku usiadł i zaczął wpatrywać się w Blondyna jakby czegoś oczekiwał.


Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Postać X on Pią Gru 14, 2012 2:13 pm

    Blonydn był bardzo podekscytowany biegiem wydarzeń. Podobało mu się. Będzie miał nową zabawkę. A on bardzo je przecież lubił. Zaklaskał w dłonie, gdy szczeniak zaczął warczeń. Najwyraźniej wampirzyca, podająca mu posiłek nie lubiła takich zachowań, więc syknęła na niego, pokazując kiełki. Lubił drapieżne kobiety. Ta, ubrana w czerwony lateks ciemnowłosa wampirzyca bardzo przypadła mu do gustu. Przywołał ją do siebie gestem, czekając aż jego nowy nabytek skonsumuje danie dnia. Widać chłopiec był albo bardzo głodny, albo głupi, skoro jadł wszystko, co podsuwało mu się pod nos. Oh, oczywiście dla blondyna była to wielka korzyść. Choć liczył na choć odrobinę większy sprzeciw niż to niesforne warknięcie. Wyszczerzył swoje śnieżnobiałe, proste zęby w łobuzerskim, uśmiechu, gdy wampirzyca podeszła do niego, kłaniając się lekko. Wyciągnął do niej swą dłoń, a ona po chwili wahania chwyciła ją. Każda tu obecna przedstawicielka płci pięknej, bez względu na rasę, marzyła o choćby cieniu zainteresowania ze strony ich Pana. Tą tutaj dotknął wielki zaszczyt. Podała mu dłoń, odwracając się na chwilę do koleżanek, by posłać im triumfalny uśmieszek, pełen wyższości. Lubił, gdy się czasem o niego biły. O spędzenie z nim choć połowy nocy. Lecz teraz miał ochotę na coś innego. Gestem nakazał jej spoczęcie na jednym z jego szeroko rozstawionych kolan. Posłusznie zrobiła to, gładząc delikatnie jego ramiona i klatkę piersiową. Chwycił jej podbródek, przyciągając jej twarz bliżej siebie. Złożył na jej krwistoczerwonych ustach soczysty pocałunek, w tym samym czasie przywołując do siebie kolejną wampirzyce. Tym razem bardziej nieśmiałą, stojącą gdzieś z boku. Doskonale jednak wiedziała, że to o nią chodzi. Gdy nieśmiało ruszyła przed siebie, jakiś demon klepnął jej niemalże nagi pośladek ze sporą siłą, aż pisnęła, lecz nie rzuciła się na niego z pazurami. Potarła tylko zaczerwienione miejsce i weszła po kilku stopniach, by podejść do tronu. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, blondyn oderwał swe usta od wampirzycy, oblizując się i posyłając jej pełen satysfakcji i zadowolenia uśmiech. Chwycił za nadgarstek nowoprzybyłą, rudą kruszynę i pociągnął do siebie, sadzając na drugim kolanie. Tym razem zatopił się w jej pocałunkach, nie odrywając swej dłoni od ciała ciemnowłosej. Lubił takie zagrywki. Chwila relaksu i wyraz jego entuzjazmu. Zgromadzone w Sali kreatury gwizdały i klaskały z podziwu. Niektóre pary zdublowały poczynania swego Pana. Orgie. Jakże on kochał doprowadzać do ich powstania. Piękny, niekontrolowany chaos, pełen seksualnych uniesień. Nie było wstydu, nie było skrępowania. Każdy spełniał swoje najbardziej skryte fantazje erotyczne. Te, o których bali się choćby myśleć. Nikt nie oceniał, nikt nie krytykował. Była tylko zazdrość i pożądanie. Pewna dzikość.
    Pan na chwilę zapomniał o szczeniaku, zajadającym się krwistym, świeżym mózgiem, pełnym jeszcze myśli o ostatnich sekundach jego właściciela. Oderwał się jednak i od rudowłosej, obdarowując ją swym uśmiechem. Dziewczę wyraźnie się rozkręciło, bo aż błagało o więcej pocałunków. Oderwał od niej wzrok, lecz ona rozpoczęła smakowanie jego szyi i skóry na klatce piersiowej, odsłoniętej przez rozpięte guziki koszuli. Kiwnął znacząco do ciemnowłosej, a ta uśmiechnęła się tylko do niego i od razu wzięła się za wypełnianie rozkazu. Wstała z kolana swego Pana i chwyciła za ręce rudowłosą, odciągając ją od niego. Świeżo upieczona wampirzyca wyraźnie czuła niedosyt. Chciała więcej. I dostała to. Od swojej koleżanki. Po chwili dwie kochanki tarzały się na zimnej, marmurowej podłodze, zrywając z siebie ubrania. Takie widoki nie były niczym nadzwyczajnym w Pałacu. On adorował takie zachowanie. Żałował tylko, że nie może częściej urządzać takich widowisk, jak ostatnio. Żył od jednego terminu do drugiego.
    -Cudownie!- klasnął w dłonie entuzjastycznie, widząc, że szczeniak zjadł całą zawartość miski, wylizując nawet krew. –Czas się chyba zabawić! Zapewnię wam rozrywki, moi kochani. Takiej, jaką lubicie!- gestem przywołał jednego z demonów, śliniącego się na widok tarzających się u stóp blondyna, jęczących z rozkoszy wampirzyc. Założył swe skórzane rękawiczki i wyszeptał coś do ucha Milesowi, który po chwili, z błyskiem w oku opuścił salę.
    -Będziecie świadkami nauki naszego młodego kolegi. Zobaczymy na co stać szczeniaka i czy może nam się kiedyś przydać.- uśmiechnął się, rozkładając szeroko ręce, zaraz po wstaniu z Tronu. Po chwili wielkie, zdobione drzwi naprzeciw niego otworzyły się na oścież. A przez nie przeszedł Miles, kiwając głową swemu panu.
    -Maestro! Muzyka!- światła na Sali zgasły. W zamian za to rozpaliły się pochodnie. Muzyka wypełniła wszystkie kąty. Za demonem wysłanym z tajemniczą misją weszły kobiety, półnagie, odziane jedynie w egzotyczne szczątki strojów, z mocnym makijażem, niosące tace. Na złotych krążkach stały puchary i kielichy z winem i krwią. Niektóre z nich niosły również smakołyki w postaci ludzkich organów, czy też zwykłych owoców. Wszyscy zebrani, oczywiście Ci, którzy nie byli zajęci zaspokajaniem swoich żądzy, wydali okrzyk zadowolenia. Na ich twarzach pojawiły się uśmiechy. Wiedzieli już co to znaczy.
    -Rozpocznijmy Inicjację!- głos blondyna odbił się echem. Przez mosiężne drzwi przeszła ostatnia osoba, prowadząca dumnie kroczącą czarną panterę. Ulubienicę Pana. Jej właściciel wyszedł naprzeciw, chwytając jej smycz. Zebrani rozstąpili się, umożliwiając mu swobodne przejście. Miles poszedł po szczeniaka, wyciągając go z klatki za skórę na karku i uniesionego, niczym Simbę na wzgórzu prowadził na środek Sali. Do Pana i jego pantery. Postawił go na ziemi, po czym oddalił się, znikając w tłumie. Pan domu uśmiechnął się diabelsko, po czym odpiął smycz, za którą trzymał swą pupilkę i wrócił na podwyższenie. –Zaczynajmy!- klasnął w dłonie i usiadł, oglądając jak jego kotka krąży wokół Riley’a, sycząc z niezadowolenia. Trąciła go łapą, z taką siłą, że ten aż upadł i posunął się w głąb Sali. Kotka bardzo nie lubiła towarzystwa innych zwierząt. Lubiła też polowania. Zataczała więc na razie tylko koła wokół swej nowej zdobyczy, raz mniejsze, raz większe, pozwalając mu uciec. Mała sadystka lubiła bawić się ze swoimi ofiarami. Oby tylko szczeniak nie zmienił formy, bo pantera od razu rzuci mu się do gardła, rozrywając je w mgnieniu oka. Nie lubiła być zaskakiwana.




avatar
Postać X

Liczba postów : 11
Join date : 26/11/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Gość on Pią Gru 14, 2012 5:29 pm

Był mocno zniesmaczony widząc całe te seksualne zabawy. Dlatego też nie lubił demonów, nie znali granic dobrego smaku. Odwrócił łepek kiedy Blondyn zabawiał się z dwoma wampirzycami. No doprawdy, a już prawie uwierzył, że chociaż on ma w sobie coś porządnego. Aż modlił się w duchu, żeby się opanowali. Przecież na sali było dziecko! On we własnej psiej osobie. Przewrócił oczami kiedy wampirzyce zaczęły się do siebie dobierać na schodach. Na wszystkich świętych, choćby nie wiem jak wyglądały nigdy nie polubi lesbijek.
Skupił się na słowach Blondyna, które podły chwile później. Bynajmniej mu się nie spodobały. Bo Inicjacja wśród demonów, może oznaczać jedynie bardzo dużo cierpienia. Widział te wszystkie kobiety, to całe jedzenie i alkohol i zaczął się zastanawiać, czy go zaraz przypadkiem nie złożą w ofierze. No naprawę bardzo by to było oryginalne, biorąc pod uwagę, że demony najwyraźniej nic innego nie robiły od kilku dni. Fabryka była wystarczającym dowodem.
A potem do sali weszła pantera. Riley'owi o mało serce nie wyskoczyło gdy powoli zaczynał rozumieć, jak będzie jego inicjacja przebiegać. Skulił się w kącie klatki nie chcąc dać się wyjąć, ale demon był uparty.Wyjął go i tak. Chłopak dał rade tylko pomodlić się krótko i pogodził się z tym, że nie przeżyje tej nocy. Ale czy to nie było oczywiste gdy pierwszy demon złapał go w fabryce? Od początku był skazany na niełaskę. Ale nie wyobrażał sobie że zginie rozszarpany przez kota. Nie znosił kotów. więc to najbardziej upokarzająca śmierć jaką mógł dostać.
Gdy zwierze po raz pierwszy traciło go łapą aż odleciał kawałek. Nie spodziewał się takiej siły. Ale skoro i tak ma zginąć, zginie walcząc, nie uciekając. Obserwował więc kroki pantery warcząc na nią i pokazując swoje bądź co bądź dość ostre kły. Czekał na dogodny moment. I ten nadszedł chwilę później, bo pantera właśnie robiła obrót, przekonana, ze Riley jest zbyt przerażony by spróbować czegokolwiek. I tu się przeliczyła bo szczeniak rzucił się na jej tylną łapę, wbijając zęby tak głęboko jak tylko się dało i szarpiąc tak mocno jak tylko potrafił. Wiedział, że za chwilę kot odrzuci go na drugi koniec sali i że to zaboli, ale nie przestawał wgryzać się i szarpać jej nogi. Zwłaszcza, że czuł w pysku krew zwierzęcia, a to znaczy że ząbki przebiły skórę i zranił bestię. Skupił się tylko na tej czynności, na rozszarpywaniu nogi pantery, nie chcąc nawet myśleć co nastąpi zaraz.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Postać X on Wto Gru 18, 2012 5:55 pm

    Pan domu był naprawdę oczarowany. Wolą walki szczeniaka oczywiście. Jakby myślał, że ma jakieś szanse. Pantera zdawała się nie przejmować żałosnymi powarkiwaniami i szczerzeniem ząbków tej puchatej kulki, nie większej niż jej łapa. Czarne, egzotyczne zwierze widać też miało ochotę pobawić się ze swoim jedzeniem, nie konsumując go od razu. Ah tak! Czyżby blondyn, siedzący na tronie zapomniał oznajmić jaka jest nagroda w tych małych igrzyskach? Zjedzenie swojej ofiary! Czyż to nie cudowne? On lubił takie widoki. Krew, brutalność, pasję i chaos. Klasnął w ręce, widząc jak pies wgryza się w ścięgno jego kocicy. Był tak podekscytowany! Muzyka kontrastowała z przedstawieniem, odbywającym się w centralnej części Sali. Małe kropelki szkarłatnej krwi spadały na błyszczącą w świetle pochodni posadzkę. Zwróciło to uwagę większości wampirów. Taki zapach rozprzestrzenia się bardzo szybko, a te stworzenia są na niego szczególnie wyczulone. Nawet dwie, tarzające się w swoich ciałach kobiety przestały delektować się swoimi ciałami i z cichym jękiem kucnęły na schodach, wpatrując się intensywnie w walkę zwierząt, oblizując przy tym usta. On pstryknął tylko palcami, a po chwili przed jego pupilkami stanęła skąpo ubrana ‘kelnerka’, podająca im dwa puchary, napełnione świeżą krwią. Władca tego domu był zapobiegawczy. Nie chciał, by coś popsuło jego plany i jakaś istota, zamieszkująca jego tereny straciła głowę na próżno. Tylko ze względu na nieposłuszeństwo i niemożność dostosowania się do panujących na jego dworze zasad. Nie tolerował takich zagrywek. Jednak natura istot nadprzyrodzonych jest zagadkowa. Jeden mały impuls może zmienić cały bieg wydarzeń, ideologię i zapędy. Rządza krwi była czymś, czego te dwie, młode wampirzyce z pewnością nie opanują. A polubił je. Podobało mu się jak ładnie potrafiły się ze sobą bawić i rozgrzać przy tym wszystkich zebranych na Sali tronowej. Na pewno to jeszcze kiedyś wykorzysta.
    Pantera wyraźnie wściekła się, gdy małe coś uczepiło się jej nogi, powodując nieprzyjemne pieczenie. Trąciła go łapą, już z wyciągniętymi ostrymi pazurami, z taką siłą, że jego szczeniacki uścisk puścił natychmiastowo, a małe, puchate ciałko potoczyło się po śliskiej posadzce, z całkiem sporym zadrapaniem przechodzącym przez niemalże całą długość boku skinwalkera. Zwierze wyraźnie się wściekło. Nie lubiło być atakowane. Kolejne klaśnięcie i pomruk ekscytacji, który dobiegł do uszu kotki tylko pobudziło jej drapieżność. Lubiła być chwalona. Lubiła przynosić swemu Panu radość. Wampiry spoglądały na siebie niepewnie. Jedne miały większą, inne mniejszą kontrolę nad swoim pierwotnym pragnieniem krwi. Te młode wyraźnie miały problem z pohamowaniem się, lecz na szczęście kielichy napełnione po brzegi jeszcze ciepłą krwią zaspokajały podniebienia. Pantera podeszła do swojej zdobyczy. Chyba skończyła już zabawę. Zacisnęła szczęki na Cooperze, ukazującym się w swojej drugiej skórze, zerkając niepewnie na istoty, obok których przechodziła. Podeszła dumnym krokiem pod tron, kładąc przed stopami swojego Pana zakrwawionego, obolałego szczeniaka, wierzgającego delikatnie nóżkami i skomlącego niemiłosiernie. Blondyn wstał, złożył pocałunek na czole swojego pupila i kazał Milesowi odprowadzić drapieżne zwierze z powrotem do klatki. Potem chwycił niemalże bezwładne, krwawiące obficie ciałko i uniósł je wysoko. Krople szkarłatnego płynu, krążącego w żyłach ściekały mu po rękach, brudząc garnitur i koszulę. On się jednak tym nie przejmował. Krew nie była dla niego niczym obrzydliwym. Mógłby się w niej kąpać, niczym Elżbieta Batory, jedna z jego ulubionych postaci historycznych. Ta to miała pomysły! Cudownie wykorzystała swój potencjał… ah, chciałby kiedyś przejść do legendy, tak jak ona. Jego działa… kiedyś będą sławne. Już były! Jednak dwudziesty pierwszy wiek inaczej postrzegał tak cudowne umysły, jak jego. O ile ktoś dorównywał mu geniuszu. Na samą myśl o minionej nocy, pełnej ekstazy i intensywnych doznać, bezgranicznego szczęścia i piękna chaosu, dostawał dreszczy. Więcej! Chciał więcej! Ale nie mógł tego dostać. Umowa jest umową. Musiał czekać na kolejny termin. Jaka szkoda!
    -Dosyć już tego przedstawienia!- jego głos odbił się echem od ścian i kolumn w pomieszczeniu. Muzyka ucichła, pozwalając Mu dojść do głosu. Zebrani przestali ze sobą rozmawiać. Wszystkie oczy i uwagi były skupione na nim. Czekały na werdykt. – Skinwalkerzy, jak widać są słabi. Nie mają ducha walki. Nie nadają się do naszej rodziny! Jedynie, jako pupile. Nie mogą być żołnierzami, jak reszta z was!- poprowadził ręką, wskazując przed nich zebranych. Niewielki tłum przytakiwał mu i uważnie słuchał słów, wypływających z ust ich Pana. – Ten, młody szczeniak nie zasłużył na pozostanie w naszym gronie!- oklaski i okrzyki triumfu rozlały się po Sali, wypełniając całą jej przestrzeń. Blondyn uśmiechnął się złowieszczo.- Co więc chcecie bym z nim zrobił? Pozwolić mu odejść, czy wyznaczyć należytą karę? –wiedział, jak zebrani na to zareagują. Nikt nie lubił, gdy nieproszeni goście wychodzili z tego domu. Demony, wampiry, kitsune i inne stworzenia pogrupowały się w kilkuosobowe gromady, dyskutując zacięcie o karze dla nastolatka. On obserwował ich uważnie, wciąż trzymając poległego w walce Rileya w górze, na wyciągniętych rękach. Wtedy nagle poczuł dotyk drobnych dłoni na swoim ramieniu. Spojrzał na ich właściciela. Szybko, gwałtownie odwracając głowę. Nikt nie powinien dotykać go bez pozwolenia. Spojrzenie, jakie otrzymała dziewczyna chyba dało jej to do zrozumienia, bo oderwała swoją skórę od faktury jego marynarki, jakby została oparzona. Skuliła się, opuszczając głowę i wlepiając oczy w ziemię.
    -Panie, wybacz…. Ja… ja tylko chciałam… zapytać…-była to młoda, rudowłosa wampirzyca, która jeszcze kilka minut temu tarzała się u jego stóp z tą drugą, w obcisłym, lateksowym kombinezonie. On nie znał ich imion. Pamiętał tożsamość tylko tych, którzy byli mu potrzebni, lub szczególnie się zasłużyli. Niemowlęce wampirzyce jakoś nie miały miejsca, na odnalezienie się w jego umyśle, poza chwilami spełnienia fizycznego, którego oczywiście zaczerpywał bardzo często. –Kontynuuj- zwrócił się do niej zachęcającym głosem. Mimo swojej brutalności zawsze był w stanie wysłuchać ‘poddanych’. Oh, jakże on lubił myśleć o sobie, jako o królu, władcy. Dziewczę przełknęło głośno ślinę, po czym uniosło głowę i dodało, już ze znacznie większą pewnością w głosie – Chciałabym dać mu swoją krew. Jest taki słodki. Zawsze o tym marzyłam. O pupilku. Proszę, o Panie. – skłoniła się na chwilę, po czym zaczęła bawić się swoimi rudymi, opadającymi na niemalże nagie piersi, falującymi się włosami. W jego oczach pojawiły się iskierki nadziei.
    -Dobrze. Zgadzam się! Tak! TAK, właśnie tak! To jest to, o czym mówiłem! Kara zostanie wymierzona! – podekscytowany położył trzymane w rękach, wciąż krwawiące zwierze na schodku, kucając przy nim i głaszcząc czule po łebku. –Okaż nam proszę swoją ludzką formę.- po czym zwrócił się do rudowłosej, która najwyraźniej była z siebie bardzo zadowolona, bo spoglądała na wszystkich dookoła z wyższością i pewnością siebie, jakiej wyraźnie brakowało jej jeszcze przed bliższym poznaniem ciała swojej koleżanki. – Naszykuj swoją krew, kochana- pogładził ją po policzku i złożył na jej czerwonych ustach pocałunek. Ta wydała z siebie ciche mruknięcie, pełne zadowolenia. Kobiety po tym dachem niezmiernie lubiły być adorowane przez tego, który zasiadał na tronie. Nie każdej jednak przypadał ten zaszczyt. Poczekał grzecznie aż chłopak wykona jego … sugestię, która w istocie była rozkazem, rozglądając się po zebranych przed nim. Wszyscy czekali z niecierpliwością i ekscytacją wymalowaną na twarzy. Nikt tak naprawdę nie wie jak to się skończy dla skinwalkera. Był to eksperyment, lecz też i sprawiedliwy wymiar kary. Przynajmniej według zasad moralnych Jego. Gdy pod stopami, odzianymi w połyskujące lakierki ze skóry węża pojawiło się nagie, poranione ciało chłopca, przywołał gestem wampirzycę, która podsunęła mu pomysł i wziął od niej fiolkę z krwią. Nachylił się nad Cooperem, ujmując w dłoń jego twarz, ściskając policzki. –Pij- nakazał, po czym wlał szkarłatny, gęsty płyn w uchylone usta nastolatka, czekając aż ten całkowicie odzyska przytomność. To dopiero będzie widowisko!



avatar
Postać X

Liczba postów : 11
Join date : 26/11/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Gość on Wto Gru 18, 2012 10:34 pm

Mniej oczarowany był sam Riley. Miał dosyć tego wszystkiego, najchętniej sam by sobie strzelił srebrną kula w łeb. Nie, wcale nie myślał, że ma jakieś szanse, wręcz przeciwnie, wiedział, że pantera prędzej czy później narobi mu sporo krzywdy. Ale to nie znaczy, że ma stać i czekać jak ostatni debil. Widać Blondyn w jego sytuacji by tak zrobił. To tylko świadczy o jego własnej zaradności.
Owszem nie raczył powiedzieć, że zwycięzca może swoja ofiarę zjeść. Ale tym lepiej dla psiaka, przynajmniej go na koniec nie zgwałcą czy coś. Kto wie co tam chodzi po głowach tym demonim i wampirzym dewiantom. Riley miał w głębokim poważaniu czy temu Blond kretynowi się to podoba czy nie. Tak, zdecydowanie stracił do tej kreatury jakikolwiek szacunek i nic tego nie zmieni. Bynajmniej nie przejmował się tez wampirami. Właściwie miał nadzieję, że rzuca się na obrzydliwe czarne bydle i je zjedzą. Należałoby się paskudzie. Ale niee, oczywiście Pan i Władca miał wszystko pod kontrola, niech go szlag trafi. A chłopak dalej musiał się użerać z tym przerośniętym futrzakiem.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź ze strony pantery. Widać było od razu że ja wkurzył. Zaskomlał głośno gdy wylądował prawie na drugim końcu sali mocno krwawiąc. I nie nie próbował, już więcej walczyć, jedynie przeklinał ich wszystkich do kilku pokoleń wstecz. Bo na kilka pokoleń naprzód tacy jak oni nie mają co liczyć. I skoro ona nie lubiła być atakowana, to co mieli do cholery powiedzieć inni. Jedyne na co teraz według Riley'a zasługiwała to żeby za te wszystkie zabawy dla swojego Pana ktoś ja kołem łamał ewentualnie przywiązał do samochodu i po asfalcie ciągnął.
Wszystko go bolało i właściwie można spokojnie powiedzieć, że był na skraju zemdlenia gdy pantera go podniosła. Wiedział, że gdyby go zostawili, prędzej czy później doszedłby do siebie. Ale go nie zostawili. I jeszcze ten Kretyn, jak go teraz Riley tytułował w swojej małej główce, musiał go podnieść. Czy on nie wiedział, że tak tylko pogarsza sprawę? Widać nie wszyscy posiadają choć odrobinę inteligencji i Pan był równie pierwotnie agresywny co jego pupilek. Jedynie maskował to lepiej.
Czy słuchał tego co mówił Pan Kretyn? Skąd był zbyt zajęty umieraniem, lub próbą umierania. Bo oczywiście bez cholernego srebra nie ma szans wyzionąć ducha i skakać wśród aniołków. I nie, skinwalkerzy nie byli słabi. Gdyby Riley był wielkim wilczurem poradziłby sobie z tą głupią kupą futra w ciągu chwili. Po prostu demony są zacofane i nie rozumieją pojęcia uczciwa walka i równe szanse. Ale dla nich już całkiem za późno. Nie nauczyły się przecież od początku świata, nie nauczą i teraz.
Gdyby był bardziej przytomny szczeniak pewnie przewróciłby oczami na ostatnie zdanie. Czy on kiedykolwiek powiedział że chce być częścią TAKIEJ rodziny? Nie, ale oczywiście całkowite zakochanie w sobie tej całej braci wzięło górę i umyślili sobie nie wiadomo co.
Szczerze, nie był w żadnym nawet najmniejszym stopniu wdzięczny tej wampirzycy. Co więcej postanowił że choćby nie wiadomo co , nigdy nie będzie jej pupilem. Choćby miał kończyć w takim stanie raz za razem, nigdy nie okaże posłuszeństwa takiemu potworowi, o innych uczuciach oprócz obrzydzenia i nienawiści nie wspominając. Gorzej, że Kretyn zgodził się na propozycję wampirzycy. Czy on nie zdawał sobie sprawy, że żadna hybryda nie przezywała swojej przemiany? Przynajmniej takie informacje miał Riley od dziadka (i nie, srebro nie ma tu nic do rzeczy, ze wszystkich hybryd tworzonych m.in. przez Eve tylko jedna przeżyła, ale widać o tym zapomniałeś).
Tym bardziej gardząc tym czymś ponad wszystko nie miał zamiaru pojawiać mu się w ludzkiej formie i tym samym spełniać rozkazu ( ale wolałeś nie dać mi wyboru), mimo to po chwili leżał na zimnej posadzce w swej ludzkiej postaci.
Gdy krew została mu podana w pierwszym odruchu chciał ją zwymiotować, ale nie była mu taka przyjemność dana. Co do odzyskania przytomności, to musieli sobie chwile na to zaczekać. Skinwalkery nie uzdrawiają się aż tak szybko, a krew wampirza nie mogła zadziałać od razu, napotkawszy barierę w postaci psiej natury. W końcu jednak mogli zobaczyć jak chłopak otwiera oczy i próbuje się podnieść.
Jak się czuł sam chłopak? Agonalny ból który czuł jeszcze chwilę temu zniknął. Kręciło mu się w głowie, obraz raz mu się rozmazywał raz wyostrzał. Nie mówiąc już o dźwiękach, te najbardziej irytujące wydały mu się niewyobrażalnie głośne. Kompletnie zapomniał gdzie się znajduje i co się dzieje, światło nawet to przytłumione doprowadzało go do szału. Wstał powoli wcale nie przejmując się tym że jest nagi i wciąż poraniony. Nie czuł tego, wręcz przeciwnie czuł się silny jak nigdy. Rozejrzał się dookoła ale można śmiało powiedzieć, ze niewiele do niego dotarło. A to co jednak zarejestrował denerwowało go niemiłosiernie. Gdy rozglądał się dookoła zaczął czuć się jakby stal obok swojego ciała. Do tego z jego ciałem działo się coś dziwnego, jakby jednocześnie rosło i malało, stawało się zimne i gorące, miękkie i twarde. Ryknął wkurzony i zirytowany tym faktem. Miał ochotę zerwać z siebie skórę, która na zmianę paliła go i mrowiła. Nie zwracał już kompletnie uwagi na tłum poruszając się jak w amoku, właściwie to wszyscy dookoła niego byli dla niego albo niewyraźnymi kolorowymi kształtami albo szyderczymi twarzami, których jednak nie umiał dosięgnąć.
Nie wiedział ile czasu minęło zanim zaczęły jego ciałem wstrząsać dreszcze. W jego własnym mniemaniu właśnie zamarzał, gotował się i ogólnie umierał w jednym. Znów powoli zaczął do niego dochodzić ból i nie podobało mu się to. Jego żołądek zaczął się skręcać i wywracać we wszystkie strony aż w końcu chłopak zwymiotował. Oczywiście fakt, że ochlapał przy tym kilka osób wcale go nie obchodził. Najgorsze miało jednak nadejść na koniec. Na to widać nie byli przygotowani. Ale moment czy to nie miał być eksperyment? Więc powinni być pewnie tego że coś może nie wyjść tak jak w ich błahych marzeniach.
Riley całkiem stracił panowanie nad sobą. Właściwie teraz był chyba najbardziej zdezorientowanym stworzeniem na świecie Wśród wszystkich tych denerwujących bodźców i całego bólu, zapomniał kim jest, co tu robi, co się dzieje. Był szalejącą kupą agresji, bólu u chęci zniszczenia wszystkiego co znajduje się dookoła. Rzucił się na pierwszą lepszą osobę w swoim otoczeniu i rozbił jej głowę o posadzkę, przeszedł po ciele po to by sięgnąć po kolejna szydercza twarz. Chwilę później był ostoja spokoju i nie obchodziło go nic. Jego umysł unosił się w dziwnej próżni która byłaby dużo bardziej kojąca gdyby nie ból i swędzenie. Ale przecież się tym nie przejmował, prawda? Szkoda tylko dla tej całej bandy wzajemnej adoracji, że stan pełen agresji powracał znów i znów przeplatając się ze stanami błogiego spokoju. A Riley w tych stanach, nie przejmował się nikim i jedyne do czego dążył to pozbycie się tych szyderczych twarzy ich wzroku i śmiechu. Cena nie grała roli.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Postać X on Sro Gru 19, 2012 5:52 pm

    W końcu zaczynało się coś dziać! Jakaś akcja! Tak, to mu się z pewnością podobało. Całe to zmieszanie chłopaka. Chaos w jego głowie, obłędne spojrzenie. Publika też wyraźnie była zachwycona. Takie atrakcje nie były codziennością. A przecież każdy tego potrzebuje. Jedni byli uradowani, inni przerażeni. Lecz o to chodziło. O emocje, pobudzenie ich. Zmuszenie do myślenia, czy nawet strachu o własne życie, czy zdrowie. Wiedział, że tworzenie hybryd jest niebezpieczne i nietrwałe. Tylko Matce mogło się to udać. Jednak ‘domowymi sposobami’ jeszcze nie próbowano. A przynajmniej on o tym nie słyszał. Lecz skoro jej się nie udało… to czemu jemu miałoby? Cóż, chłopak i tak musiał zginąć. Nieważne kiedy. Sama jego obecność tu, jeśli nie inicjowała go jako członka jego wielkie, rozbudowanej rodziny…cóż, była niebezpieczna. Nie chciał nieproszonych gości, którzy przypadkiem mogliby zakłócić spokój, podczas niedzielnego posiłku. Jednak czyż nie atrakcją było patrzeć, jak jedna nadprzyrodzona natura chłopaka próbuje zabić drugą i przejąć kontrolę nad jego wychudzonym, drobnym ciałkiem? Zjawiskowe! Piękne widowisko!
    Zasiadł z powrotem na tronie. Z wielką gracją. Cały w krwi, jednak nie przejmował się tym faktem. Garnitur od drogiego projektanta, to tylko jeden z wielu. Założył nogę na nogę, usadawiając się na miękkim siedzisku, które tak bardzo kochał. Łokieć położył na oparciu, unosząc dłoń do góry. Przekrzywił głowę i z zawadiackim uśmieszkiem, pełnym satysfakcji z widoku agonii, obserwował chłopaka i ‘jego poddanych’, na których się napotykał. Wyjął z wewnętrznej kieszeni idealnie skrojonej marynarki metalowe pudełko, które skrywało jego najcenniejsze cygara. Ah, bardzo się w nich lubował. Długo zastanawiał się które wybrać. Wygrał partagras no.4, którego dym i aromat przez długi czas będą otulać jego zmysły. Gdy tylko schował pojemnik z powrotem na swoje miejsce, blisko jego serca, demon, który opętał ciało drobnej kobiety podszedł, odpalając cygaro. Blondyn skinął głową, a dziewczyna po chwili była już na drugim końcu Sali, z bezpiecznej odległości obserwując, trochę nieufnie, poczynania rozszalałego Rileya. Tłum był bardzo skupiony. Każdy ruch nastolatka, chwiejącego się z boku na bok, był obserwowany z wielką intensywnością. Reakcja na krew wampira była wielką niewiadomą. Oczekiwanie, niepewność, połączone z ekscytacją dawały naprawdę interesujące połączenie.
    Sytuacja wyglądała coraz ciekawiej. Chłopiec pokazywał pazurki. Swoją mroczną naturę. Nareszcie! Pierwsza rozbita głowa zadziwiła blondyna. Nie spodziewał się, że nastolatek byłby w stanie coś takiego zrobić. Najwyraźniej wampirza krew dodała mu sił, wzmocniła go. Jednak po chwili, gdy skinwalker, będący w swojej pierwotnej formie rozszalał się i rozkręcił, zebrani na Sali zaczynali wpadać w panikę. Uciekali z kąta w kąt. Niektórzy próbowali go powstrzymać, złapać. Widocznie jednak widok i zapcha wymiocin ludzkiego szczeniaka był dla nich zbyt obrzydliwy. Powoli zaczynał robić się chaos. Lecz taki nieprzyjemny. Wrogi. Oczywiście, że blondyn uwielbiał ten stan, gdzie wszystko wymykało się spod kontroli i zaczynało żyć własnym życiem. Jednak nie zawsze było to dobre. Trzeba było znaleźć złoty środek. Z jego pełnych, smakujących dymem z cygara ust znikł uśmieszek. Przenikliwe spojrzenie skryło się pod wachlarzem jasnych, lecz gęstych rzęs. Zmrużył oczy, uważnie obserwując panikę i przerażenie, pojawiające się na twarzach jego ludzi.
    -To potwór!- gdzieś w tłumie takie właśnie okrzyki przeważały. Sytuacja przestała podobać się blondynowi. Liczył na coś zupełnie innego. Liczył na zabawę. A tymczasem co? Nikt nawet nie próbował powstrzymać tego rozszalałego oseska. Był zawiedziony. Będzie musiał naprostować ten błąd. Nauczyć ich jak postępować w sytuacjach, które sięgają poza scenariusz. Nie będzie to miła lekcja, o nie. Wstał powoli z tronu, który był jego największą chlubą. Czymś, co zawsze pozostanie mu wierne. Bez względu na wszystko. Niby zwykły przedmiot, a tyle dla niego znaczył. Tyle z nim przeżył. Pogładził oparcie, delikatnym ruchem, rozczulając się nieco. Jednak tylko na chwilę. Mały ułamek sekundy, którego nikt nie zauważył. Stanął na skraju wzniesienia, na którym się znajdował. Uniósł wysoko rękę, obejmując wzrokiem całe pomieszczenie. –DOŚĆ!- bardzo donośny rozkaz. Barwa jego głosu radykalnie się zmieniła. Była o wiele głębsza, poważniejsza, mroczniejsza. Kryła się w nim groza, która dotarła do umysłu każdego, kto był w stanie go usłyszeć. Zgiełk, jaki narastał i szarpał Jego nerwy nagle ucichł. Wszystkie oczy zwróciły się na Niego. Choć po chwili znów zaczęły powracać na ułamki sekund do nowego pupilka-hybrydy.
    -Darby, nie sądzisz, że trzeba to Coś zamknąć? Powinieneś doskonale wiedzieć kiedy wykonać swoją robotę. – posłał demonowi pogardliwe spojrzenie wyższości. Czasem naprawdę te miernoty, prosto z piekła przyprawiały go o nerwy. Lucyfer mógł się bardziej postarać, tworząc swoją rasę. Że też każdy mógł trafić do piekła i stać się maszyną do zabijania- niedorzeczne. Selekcja powinna być. By piekło miało jakiś prestiż. Tylko najgorsze z najgorszych duszy powinny stawać się żołnierzami. Te najbardziej wytrzymałe i zdyscyplinowane. Jednak nie zamierzał tego teraz roztrząsać. Ci, którzy na to zasłużą dostaną nauczkę. Na szczęście dwóch osiłków opamiętało się i złapało Coopera, unieruchamiając go. Jeden złapał za włosy, gryzącego powietrze chłopaka i odciągnął głowę do tyłu. Jeden demon wyszedł przez duże, hebanowe drzwi. Wszyscy trwali teraz w osłupieniu, obserwując ruchy Pana domu. On jednak nie odzywał się. Chodził tylko w tę i z powrotem po całej długości wzniesienia, na którym stał jego tron, mając ręce założone na plecach. Nie patrzył na żadnego z nich. Porządnie zruszyli mu nerwy. Nie zachowali się tak, jak powinni. Nie tego oczekiwał. Nie tego uczył. Wszystko było nie tak!
    Po chwili Darby przeszedł ponownie przez drzwi, ciągnąc za sobą dosyć sporą, połyskującą klatkę, umieszczoną na wózku. Odziany w grube, robocze rękawice zepchnął ją na ziemię, otwierając drzwiczki. Skłonił się i ponownie wyszedł z Sali, by odstawić wózek na swoje miejsce. Blondyn cmoknął tylko i gestem nakazał osiłkom wrzucić nową zdobycz między pręty, zrobione z czystego srebra. Gdy już znalazł się tam, gdzie powinien, drzwiczki szybko się zamknęły, a klucz do kłódki, która spinała srebrne łańcuchy wylądował w rękach blondyna. Po chwili pod jego nogami znalazła się drewniana, zdobiona skrzynia, długości mniej więcej całej ręki. Zamknięta, oczywiście. Była naprawdę piękna. Zasiadający na tronie kiwną z uznaniem Darby’emu, który widocznie w porę się opamiętał. Wyciągnął ku niemu swoją dłoń, by ten mógł pocałować jego pierścień z tajemniczym symbolem, wyrytym na nim. Demon po chwili odszedł na bezpieczną odległość, podobnie jak pozostali, tworząc koło wokół klatki i swojego Pana. Osoby poszkodowane zostały wyniesione z Sali, a krew i wymioty szybko posprzątane. Nikt nie lubił bałaganu.
    Blondyn długo krążył dookoła, obserwując cierpiącego chłopaka, którego skóra piekła od dotyku srebra, którego płatki były nawet na podłodze. –Wydarzenia dzisiejszego wieczoru dały nam wszystkim nauczkę. Były lekcją. Choć nie powinno do tego dojść. Nasza Matka dała nam wystarczający przykład i nauczkę, by wyciągnąć z tego wnioski. My dziś jednak z tego nie skorzystaliśmy, ucząc się na własnej skórze. Mam nadzieję, że żadne z was nie popełni drugi raz tego błędu.- dziewczyna, która podsunęła mu pomysł dania swojej krwi Cooperowi znikła gdzieś w tłumie. Nie miał zamiaru robić jej krzywdy. Przynajmniej na chwilę obecną. –Przed przejściem do czynów koniecznych chciałbym jednak usłyszeć coś o historii naszej zdobyczy.- podszedł bliżej klatki, lecz nie na tyle, żeby nawet wyciągając swoją rękę poza kraty, chłopak był w stanie dosięgnąć jego ciała. –Opowiedz mi coś o sobie, proszę. Chcę wiedzieć kogo trzymam w swym domu. - tak naprawdę nie był ciekaw. Chciał jedynie podrażnić się z małą bestią, jak i również z zebranymi na sali. Każdy chciał jego jak najszybszej śmierci. Jednak nie zawsze dostajemy to, czego chcemy.



avatar
Postać X

Liczba postów : 11
Join date : 26/11/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Gość on Nie Gru 30, 2012 6:51 pm

Wszelka wściekłość mieszała się z bólem. Miał całkowicie zaćmiony mózg, nie było w nim już nic z tego słodkiego chłopczyka którym był chwile temu. Gdyby był w stanie decydować, nigdy nie zgodziłby się na coś takiego. Czemu nie mógł być po prostu szczeniaczkiem, którego wszyscy by głaskali. Czemu nikt nie dostrzegł jak wiele mógł załatwić samym wyglądem? Przecież wzbudzał zaufanie i współczucie.Jednak pełne pychy demony nie widziały żadnych planów do których mógłby im się przydać. Woleli się nim zabawić przemieniając go w bestię. Skrzywdzić jego i samych siebie.
Ale skoro większość z nich była w pełni wampirami, demonami czy tez innymi kreaturami, dlaczego nikt nie próbował go okiełznać? Pokazać chłopakowi gdzie jego miejsce w stadzie. Gdyby tylko ktoś miał dostateczna siłę i charyzmę nawet w takim stanie, jego psia natura w tym całym on musiała się poddać swojej alfie.
Na krzyk blondyna Riley się odwrócił i wpatrzył w niego. Nie do końca rozumiał dlaczego posłuchał i się uspokoił, ponownie siadając na ziemi. Po prostu czuł że musi posłuchać TYM razem. Zawarczał głośno gdy demony złapały go w końcu i zamknęły w klatce. Próbował dosięgnąć ich dłońmi, zabić.
Zawył głośno niczym raniony wilk gdy znalazł się w srebrnej klatce. Jego skóra parzyła, piekła bólem niemiłosiernym, ale nie w sposób było uniknąć spotkania ze srebrem.
Ale ból, przywrócił mu w pewien sposób jego "ja". Całe życie przeleciało mu przed oczami gdy ledwo zauważał co dzieje się wokół niego. Jednak pytanie Blondyna do niego dotarło. Przez dziwną mgłę tylko jego głos widział wyraźnie. Po raz kolejny zawył z bólu tym razem dużo bardziej ludzko. Łzy zaczęły płynąc z jego oczu. Zdartym głosem zaczął dukać przerywając co chwila.
-Urodziłem się w Londynie.... Przemienił mnie gdy miałem czternaście lat... Zostawił... Uciekłem...Tutaj mieszkałem u różnych rodzin jako pies.... Potem spotkałem anioły...
Więcej mówić nie mógł. Próbował zwinąć się w taki sposób, żeby jak najmniej bolało.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Postać X on Sob Sty 05, 2013 3:59 pm

    Spazmy, jakie targały chłopcem, wywołane przez ból sprawiały Mu wielką przyjemność. Srebro widać wciąż na niego działało. Pozbawienie go życia będzie więc o wiele prostsze, niżby się wydawało. Pomęczenie się zaś w parzącej klatce będzie wystarczającą karą za nieposłuszeństwo i działanie bez pozwolenia. Kodeks domu obowiązywał każdego. Nieważne czy gościa, mieszkańca, zakładnika, czy intruza. On lubił porządek. Ład. Paradoksalnie kochał też chaos. Znalezienie dźwigni równoważącej to wszystko było ciężkim zadaniem. Jednak udało mu się. Miał to, czego chciał. Jak zawsze zresztą.
    Krążył wokół mieniącej się w świetle pomarańczowych pochodni klatki, oglądając cierpiącego szczeniaka. Nie widział w nim zadatków na członka swojej rodziny. Był zbyt uległy. Zbyt słodki. Zbyt słaby. Zbyt naiwny. On potrzebował silnych ludzi. Twardych. Nie do złamania. A ten osesek, bojący się srebra… cóż. Zginąłby już kilka razy w tym domu i zanim do niego dotarł, gdyby tylko rozkazy brzmiały odpowiednio. Master był jednak litościwy, wyrozumiały. Bardzo otwarty na nowości, różne nietypowe perspektywy. Lubił poszerzać swój widok na świat. Możliwości, które stanowiły klucz do tylu drzwi. Mimo iż wiele zamków już otworzył jego chciwość nie dawała za wygraną. Chciał więcej. Mocniej. Szybciej.
    Okiełznanie i nauczenie życia- takiego prawdziwego życia, w ciągłej gotowości do walki, instynktami wyostrzonymi i czujnymi cały czas- byłoby zbyt czasochłonne w przypadku Riley’a. Jeśli w ogóle przyniosłoby jakiekolwiek skutki byłyby niedoskonałe. Nie chcieli tu dzieci, na które cały czas trzeba było mieć oko. Jego niesforność, która mogła momentami wydawać się urocza na dłuższą metę byłaby uciążliwa. Dość już mają kłopotów i trosk.
    Blondyn przyglądając się intensywnie z bezpiecznej odległości, skrzywionemu Cooperowi wykonał nieznaczny gest ręką. Po chwili dwa rosłe demony, z rękami okrytymi grubymi roboczymi rękawicami przyniosły długie, zwinięte, ciężkie łańcuchy. Stanęli nieopodal, czekając na dalsze rozkazy. Wszyscy myśleli już, że prośba Pana Domu zostanie przez szczeniaka zignorowana. Że nie wydusi z siebie ani jednego słowa. Ku ich zdziwieniu młody odnalazł język w gębie. Słowa były niewyraźne, rozlewały się nierównomiernie po sali, zlewając ze szmerem i mieszaniną innych dźwięków. On jednak słyszał wszystko bardzo dobrze. Przystaną na chwilę słysząc słowo klucz. Anioły. Ten szczeniak zadawał się z Aniołami. Paskudny grymas pojawił się na twarzy nie tylko Jego, ale i zebranych dookoła. Dreszcz przeszył kości, pozostawiając na skórze nieprzyjemne uczucie gęsiej skórki. Ci, którzy zdołali usłyszeć ostatnią część wypowiedzi zaczęli kręcić się niespokojnie, posyłać sobie nieufne spojrzenia. Nikt nie lubił obcować z tymi skrzydlatymi stworami. Zadufane dupki. Blondyn zazgrzytał zębami. Jego twarz jednak pozostała kamienna. Bez wyrazu.-Nie lubimy Aniołów, ani tych, którzy się z nimi zadają. – głowy w tle wzmocniły się. Nabrały pewności. Usłyszeć można było wszelkie oszczerstwa. Przekleństwa nie miały końca. W sercach zebranych pojawił się pewien bunt, narastający z każdą chwilą. Ten, który zasiadał na tronie założył ręce na plecach. Wpatrywał się w stworzenia, wodząc wzrokiem po Sali, które składały mu pokłon każdego ranka. Szanowały go, kochały, ale też oczekiwały równie wiele. Na ich spierzchłych ustach pojawiało się jedno słowo. Śmierć. Każdy z nich chciał tego samego. A on, jako kochający ojciec musiał spełnić marzenia swych dzieci. To był jego moralny obowiązek. I przyjemność zarazem.
    Nie uciszał nikogo. Pozwolił by zamieszanie rosło. Zgiełk i lęk przed Aniołami wypełniały całą obszerną, mocno zdobioną salę. Podszedł bliżej dwóch demonów, stojących niemalże na baczność, trzymając srebrne, mocne łańcuchy. Skinął głową. Jeden z nich otworzył ostrożnie klatkę. Niewiadomo skąd obok niego pojawiło się kolejnych dwóch wyciągając w dość brutalny sposób Riley’a ze środka, zakładając mu ręce na plecy i trzymając mocno. Jeden z nich szarpał go za włosy, odchylając głowę do tyłu. Byli od niego o wiele silniejsi. Mimo iż krew skinwalkera, płynąca w jego żyłach mieszała się z wampirzą. Może i dodawało mu to siły i witalności. Jednak to nie zawsze starczało. Blondyn przeczesał swą rozmierzwioną już i tak mocno czuprynę. Nie wyglądał jednak źle. To dodawało mu uroku. Kilka kosmyków przysłaniało mu duże, przenikliwe oczy. Staną a wprost żałosnego szczeniaka, który za swą nieokiełznaną ciekawość i nieumiejętność trzymania się od spraw ‘dla dorosłych’ przypłaci najwyższą cenę. Uśmiechnął się szyderczo. Nie odezwał się ani słowem. Zebrani na Sali wiedzieli co się święci. Aura tego wydarzenia dotarła do każdego. Zdjął powoli rękawiczki, które okrywały jego smukłe dłonie. Podeszła do niego wampirzyca. W dłoniach na wysokości klatki piersiowej trzymała elegancko zdobioną skrzynkę, przyniesioną Blondyn popatrzył jej przez chwilę głęboko w oczy, po czym nie odrywając ich od jej uroczej twarzy, otworzył skrzynkę. Jako, że wieko otworzyło się w stronę Coopera i przysłoniło jej zawartość nie mógł zobaczyć czym też tak cała sama się zachwyciła. Demon trzymający za włosy szczeniaka podciął mu kolana tak, że intruz wylądował przed Panem Domu na kolanach. Za ramiona, przyciskając do dołu, by nie mógł się wyrwać, trzymały go dwa demony, stojące po jego obu stronach. Otaczały go praktycznie wszędzie. Nie miał drogi ucieczki. Jeśli nie zginąłby w ten sposób, na pewno znalazłby się inny. Pantera wydawała się być bardzo niezadowolona z powodu przerwanych łowów. Westchną ciężko, spoglądając na tego naiwnego biedaka. –Cóż, mógłbym przestrzec Cię, byś uważał następnym razem. Jednak następnego razu już nie będzie. Każdy musi zapłacić za swoje błędy.- gdy skończył wypowiedź zebrani zaczęli klaska, gwizdać, wiwatować. Nie zwlekając już dłużej, bo cała ceremonia i spotkanie powinno skończyć się już dawno temu, wyjął ze szkatuły ostrze. Dużą, srebrną maczetę, bogato zdobioną. Lśniła pięknie w blasku ognia, rzucającego cienie na ściany. Uśmiechnął się, unosząc ostrze w górę. Cała gromada obserwatorów zamarła, czekając uważnie na dalszy ciąg wydarzeń. Zamachnąwszy się mocno, z dużą precyzją ściął głowę chłopakowi. Było to szybkie cięcie. Sprawny, perfekcyjny ruch. Głowa przez jakiś czas jeszcze pozostała na swoim miejscu. Lecz krew, wypływająca intensywnie pod dużym ciśnieniem zepchnęła ją na podłogę, zostawiając czerwoną, mokrą ścieżkę na świetlistej podłodze. Ciało, nie trzymane już przez demony upadło, zwiotczałe, wyginając się nienaturalnie. Kałuża rdzawego płynu robiła się coraz większa. Zapach drażnił nozdrza wampirów, które wierciły się niespokojnie.
    On odszedł kilka kroków do tyłu, zakładając swoje rękawice. –Spalić go. – wydał cichy rozkaz, który doszedł do każdych uszu. Tłum rzucił się z ekscytacją i podnieceniem do wyjścia. Kilka kreatur zostało, by posprzątać bałagan i zabrać ciało. On nie miał ochoty tego oglądać. Zasiadł na tronie, patrząc się na pracujących ‘poddanych’. Lubił myśleć o sobie jako o królu. Władce, któremu każdy się podporządkuje. Ahh… pragnął tego. Władzy. Była dla niego wszystkim. Stworzył swoje małe imperium. Nieważnym był fakt, że z czyjąś małą pomocą, która okazała się bardzo kosztowna. Spłacanie tej ceny jednak bardzo go bawiło. Napełniało satysfakcją. Po godzinie wyszedł z komnaty, która powoli wracała do pierwotnego stanu. Udał się na spoczynek. I nie chciał, by ktokolwiek mu przeszkadzał.




avatar
Postać X

Liczba postów : 11
Join date : 26/11/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Wielka Sala

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach