Bill's Gamblin'Hall

 :: LAS VEGAS :: CENTRUM

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Ruby on Sob Sty 05, 2013 7:05 pm

Hotel, w którym znajduje się jedno z licznych kasyn w Las Vegas. Co wieczór przyciąga tysiące gości.


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Who do I have to kill to get some French fries around here?
avatar
Ruby

Liczba postów : 12
Join date : 02/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Ruby on Sob Sty 05, 2013 7:22 pm

Po tygodniu bezczynnego szukania Sama w Kalifornii, w końcu udała się do Las Vegas. Niewiele demonów chciało z nią współpracować. Właściwie większość ciągle myślała, żeby ją zabić, a tego Ruby zdecydowanie nie chciała. Aniołów bała się jak święconej wody, a wszystkie inne potwory od skinwalkerów po wampiry nie były chętne by układać się z demonem. Została sama w szukaniu Samuela Winchestera i już od dobrych kilkunastu dni bezcelowo łaziła tropem idiotycznych zjawisk nadnaturalnych opisywanych w kretyński sposób przez idiotów siedzących w głupich redakcjach niskobudżetowych gazet.
- Wystarczy tego dobrego.
Warknęła przechodząc obok hotelu Bill's Gamblin'Hall and Saloon. Miała ochotę na odrobinę rozrywki. Może trochę oszukańczych tricków względem kart, czy delikatne popchnięcie kostek przy pomocy demonicznej telekinezy? Tak, to brzmiało dobrze. Weszła do hotelu jakby wchodziła do własnego domu i bez zastanowienia odnalazła windy.
- Ene dułe... Bęc.
Nacisnęła 7 piętro. 'Który z nich wygląda na apartament?' zapytała sama siebie w myślach i wybrała pokój na samym końcu korytarza, a następnie hop. I już byłą w środku.
- Bycie demonem jednak jest zajebiste.
Stwierdziła półgłosem. Ktoś był pod prysznicem, więc Ruby szybko ogarnęła gdzie jest szafa. Wybrała pierwszy lepszy wieszak. Akurat trafiła na długą, białą sukienkę. Ujdzie. Piknęło otwieranie drzwi za pomocą karty magnetycznej, ale Ruby już w pokoju nie było. Znalazła się w sąsiednim, który okazał się niezamieszkany.
Po dwóch godzinach skrupulatnych przygotowań i bezwstydnego korzystania z wanny z hydromasażem odnalazła kasyno.
Stanęła na środku sali i zaczęła obserwować gdzie by wywołać jakieś małe zamieszanie.


Ostatnio zmieniony przez Ruby dnia Nie Sty 06, 2013 12:57 pm, w całości zmieniany 1 raz


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Who do I have to kill to get some French fries around here?
avatar
Ruby

Liczba postów : 12
Join date : 02/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Dymitriev on Nie Sty 06, 2013 3:41 am

Las Vegas! Idealne miasto! Od zawsze demoniczny Dymitriev chciał odwiedzić to miejsce i skorzystać z tutejszych kasyn, by zdobyć fortunę o której nie śniło się żadnemu człowiekowi. Zabawne, bo mógł sobie wszystko załatwić w sposób całkiem nielegalny i żyć jak król. Jednak ta satysfakcja z wygrania w ruletce, postawienie całej sumy na podwójne zero i to ryzyko było nie do opisania. Dymek chyba naprawdę za bardzo czuł się człowiekiem niż demonem. To trochę chore.
Przejechawszy kilkaset kilometrów, zaparkował swojego Jensena na pobliskim parkingu, oczywiście płatnym. Uwielbiał swój samochód i rozstanie się z nim na pewno wywołałoby kilka negatywnych emocji, które mogłyby nieznacznie wpłynąć na życie ludzkie. A właściwie im nieźle zaszkodzić, tak. Mężczyzna ubrany był w całkiem normalne i granatowe jeansy, wysokie, brązowe buty za kostki, a górną część jego ciała zdobiła czarna koszula, na którą zarzucony był brązowy płaszcz, nie przekraczający jego pośladków. Wyjątkowo podobałmu się ten ubiór.
- Noż kurde, cholera, dlaczego zawsze ja? - krzyknął zaraz po wyjściu z samochodu, bo zaraz po wyjściu udało mu się... wdepnąć w coś miękkiego i nieprzyjemnego w zapachu. Szybkimi i energicznymi ruchami prawą nogą zrzucił z buta dodatkową substancję i skierował się w stronę hotelu, w którym miał zamiar się zatrzymać na dłużej. W sumie chodziło bardziej o kasyno i jakiś zarobek, niż pomieszkanie w hoteliku. To mógł sobie załatwić w nielegalny sposób.
Znając szczęście Dymka, pewnie przez dobrych kilkanaście minut będzie szukać wejścia do jaskini hazardu. Stało się jednak inaczej i w ciągu kilku chwil odnalazł wejście do kasyna i skierował także swoje zacne nogi.
- Witaj Ameryko! - krzyknął jak jakiś turysta z Europy, stając przy wejściu, jednocześnie rozkładając ręce w poziomie. Kilku ochroniarzy się jakoś dziwnie na niego spojrzało, co Dymek odebrał chyba jak każdy normalny przedstawiciel rasy ludzkiej. - Ehm... no, przepraszam! - powiedział trochę głośniej, wsuwając dłonie do kieszeni i kierując się najpierw do baru, mijając po drodze Ruby, a nawet delikatnie ją tam szturchając. Niechący oczywiście. Nie, nie miał pojęcia że to demon, ani nawet jakoś specjalnie mu się w oczy nie rzuciła. Chyba jego instynkty zostały jakoś uśpione.
Dziwne, że Dymitriev dopiero teraz odwiedził Vegas, bo w USA żył już dobrych kilkanaście lat. No, ale w końcu mu się udało. Trafił do jaskini hazardu i na pewno z niej szybko nie wyjdzie. Oj tak.
- Mojito raz! - rzucił w stronę barmana, opierając się ręką na blacie niczym jakiś rasowy agent 00 w służbie Jej Królweskiej Mości, czując jednocześnie tą zajebistość bycia w takim miejscu. Niestety nie trwało to długo, bo okrutne spojrzenie czarnoskórego i muskularnego barmana sprawiło, że mina demonowi zbrzydła. Szybko zdjął rękę z blatu i dodał: - Proszę? - uśmiechając się trochę sztucznie, ale nad wyraz sympatycznie, prezentując szereg białych ząbków. Po chwili rozejrzał się po całym kasynie, szukając dobrego miejsca na start. Ach, czas apokalipsy, a Dymek bawił się jak nigdy. Masakra!
avatar
Dymitriev

Liczba postów : 44
Join date : 24/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Ruby on Nie Sty 06, 2013 1:29 pm

Ruby jeszcze nie podjęła decyzji, którą grę zamierza sterroryzować, chociaż od kilku dobrych sekund była zdania, że przypadkowe i "delikatne" popchnięcie rzędu maszyn byłoby zabawnym wyczynem. Zrobiła jeden krok w ich kierunku kiedy za jej plecami ktoś wydarł się "Witaj Ameryko", a Ruby poczuła irracjonalną ochotę, żeby wetknąć mu do gardła pobliską flagę USA. Mężczyzna przyciągnął uwagę kilkunastu osób, więc jej plan musiał poczekać, ale na pewno go nie porzuci, bo oto facet pociągnął ją z bara.
- Szczyt.
Warknęła i ani jej się śniło pozostawić takiej zniewagi bez odpowiedniego komentarza, bo jakby nie było tabun barczystych ochroniarzy cyganów nie stanowił dla niej wyzwania, ale nie chciała zbyt ściągać uwagi na swoją osobę. W takich miejscach wiecznie było pełno demonów i innych istot.
- Uuu słabiutko. Chociaż może odpowiednio. Wyglądasz mi na geja. Nie tylko pozbawiony dobrego smaku, ale i taktu. Marny z Ciebie demon.
Mruknęła za jego plecami po usłyszeniu zamówienia i wzięła szampana, którego zaczęli roznosić kiedy przy jednym ze stołów gościu trafił trzy siódemki.
- Chcę żebyśmy postawili sprawę jasno. Nie wiem dlaczego cuchniesz jak gówno, a twój mięsny garniturek wygląda... no cóż. Tak. Ale nikt nie będzie mnie tyrpał, czy to jasne, panie... Keith Richards?
Rzecz jasna chodziło jej o wygląd, co nie mogło być nawet za tysiąc lat uznane za komplement. Wywróciła wymownie oczyma i wzięła łyka szampana, skrzywiła się.
- Paskudztwo.
Odłożyła kieliszek teatralnie na ladę baru. Nie miała pojęcia czemu jeszcze stoi przy tej porażce. Pomyślałby kto, że będąc najzacniejszą istotą we wszechświecie, demonem, powinno sie mieć trochę więcej godności, ale jak patrzyła na nieznajomego to miała jedynie ochotę go wyśmiać. Westchnęła, bo nie chciała sobie psuć dobrego humoru z jakim tu weszła. Barman odszedł na drugi koniec baru, żeby obsłużyć jakąś grubą Bertę.
- Czym się różni Żyd od murzyna?
Zapytała Dymitrieva nie odrywając wzroku od czarnoskórego pracownika kasyna. Dopiero po chwili odwróciła głowę do demona z pytaniem w oczach i żądaniem odpowiedzi.


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Who do I have to kill to get some French fries around here?
avatar
Ruby

Liczba postów : 12
Join date : 02/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Dymitriev on Nie Sty 06, 2013 3:37 pm

Po krótkiej chwili otrzymał swoje zamówienie. Na jego twarzy znowu pojawił się uśmiech. Szybko chwycił szklankę w dłoń i doczepił się do rurki, sącząc powolutku wybitną mieszankę. Niestety wszystko zostało zniszczone po raz kolejny przez tego murzyńskiego barmana. Patrzył się na Dymka jakby miał go ochotę... znieważyć fizycznie. Tak, dokładnie o to mi chodzi. Demon szybko odłożył naczynie i zaczął energicznie szukać jakichś drobnych pieniędzy, którymi mógłby zapłacić za zamówienie. Bo chyba o to chodziło barmanowi.
- No zaraz... gdzieś tutaj mam jakieś miliony... - mruknął pod nosem, grzebiąc w kieszeniach kurtki, a potem wyjmując z niej jakieś monety. Głownie same ćwierć dollarówki. Demoniczny znowu się głupio uśmiechnął i dodał: - Wie pan... może uzbieram z tego pięć dolców... chyba tyle wystarczy... co nie? - zapytał, uśmiechając się jak głupi do sera, modląc się w duszy, by ten czarnoskóry koksu nie wyskoczył na niego zza baru i czasem nie przypieprzył mu w ryło. W sumie nic by nie poczuł i mógłby rozstraskać mężczyznę jednym ruchem ręki, ale w końcu to był Dymitriev. Jedyny w swoim rodzaju demon, który po prostu się bał. Masakra!
Na szczęście sprzed wrednego wzroku tego cholernego czarnoskórego rzeźnika wyrwał go całkiem miły głos kobiety. Dobra, miły to on był dla studentów Uniwersytetu Trzeciego Wieku, ale w końcu demoniczny liczył sobie nie miej lat niż ci starsi panowie.
- Wybawicielko! - krzyknał, obracając się w jej stronę, niemalże rozkładając ręce. Za pierwszym razem jakoś słowa rudej nie wpadły mu do głowy, ale po krótkiej chwili na twarzy Dymka pojawiło się zdziwienie, po chwili rozczarowanie, które natychmiastowo przerodziło się w strach. - Ale, ale... wolę kobiety, uwierz mi. Są takie urocze, takie ładne... pachnące, giętkie, piękne, delikatne w dotyku, wydepilowane, jedyne w swoim rodzaju, mają idealne kształty, są pachnące... a nie, to już mówiłem. Są jeszcze... - każde jego słowo było wyliczone na palcach, chociaż przy ostatnich słowach jakoś zagłębił się dłużej w twarzy Ruby i nie specjalnie miał zamiar kontynuować wyliczanie. Zdecydowanie nie była to pora i miejsce na takie zabawy. Zaraz pewnie dostanie w ryj. Coś tak czuł w głębi siebie i miał wrażenie, że na jednym kasynie się nie skończy. Cóż, zawsze mógł uciec za pomocą czarnego dymu.
Keith Richards, Keith Richards... Tak! To ktoś znany, niewątpliwie. Chyba jednak się coś tej demonicy popieprzyło w główce. Jak był sławny to i musiał być też niezwykle przystojny, prawda? Prawda?!
- Aż tak bardzo ci się podobam? - rzucił w jej stronę, krzyżując dosyć odważnie ręce na klatce piersiowej i uśmiechając się niczym rasowy podrywacz z jakiegoś przydrożnego baru. Niestety jego triumf nie trwał długo. W głowie Dymka pojawił się mały chomiczek na swoim kołowrotku, który zaczął dosyć energicznie w nim zapierdzielać, co uruchomiło natychmiastowo myślenie. Tak, Keith był obrzydliwy. Mężczyzna pokręcił głową na boki z obrzydzeniem wypisanym na twarzy. Nawet odruchowo wystawił język na zewnątrz imitując odrazę.
- A ty wyglądasz jak Evan Rachel Wood! - kiwnął głową z przekonaniem, ale zaraz puknął się w czoło płaską dłonią. Nie, aż tak ładna to ona nie była, zdecydowanie. W sensie Ruby. - Cholera, cholera, cholera, cholera... - mruczał pod nosem szukając w głowie jakiegoś nazwiska brzydkiej i sławnej kobiety, ale jak na złość nikt mu nie chciał wpaść na myśl. W sumie to i dobrze, bo jeszcze by ją sobie wyobraził, albo coś...Fuj!
Jej pytanie, jej wzroki i wyraz twarzy mówił jedno - nie odpowiesz poprawnie to twój mózg zacznie zdobić stół pokerowy. No, może nie był aż tak ostry, ale to żądanie odpowiedzi wypisane sprawiło, że Dymek chyba tak na serio się przestraszył. Bez żadnych żartów, żadnych ceregieli. Może trochę wyolbrzymiał, ale lepiej dmuchać na zimne (chociaż o dmuchaniu powinna pomówić z Samem).
- Przepraszam! - powiedział głośno, chcąc zrobić krok w tył, ale niestety drogę ucieczki zagrodził mu blat baru, który akurat pojawił się całkiem niespowiedzianie za jego plecami. Nożkurdejegowdupetrzapanabenkaijejwszystkiezabaweczkiisamowekrwistestekiiteinnegłupie, o! - Wybacz mi! Nie chciałem! To... on mnie zmusił! - wskazał palcem na jakiegoś nieszczęsnego człowieczka, który akurat przechodził sobie obok. Oczywiście owy mężczyzna nie zwrócił na demony uwagi i poszedł sobie dalej. Cóż, jedyna linia obrony poszła w piździec. - Przepraszam, przepraszam, przapraszam! - potwarzał trochę głośno, ale nie wystarcząco na tyle, by zaraz go wywalić z kasyna. W tym samym momencie też spojrzał wzrokiem w dół i ujrzał nogi Ruby, no i jej buty. W główce Dymka zapaliła się żarówka, która podsunęła mu pewien pomysł. To mógł być ratunek! - Mogę ci wyczyścić buty? Proszę, proszę! Tylko mnie nie zabijaj! - tak, to było zdecydowanie złe co powiedział. Ale co mógł? Ratował swe życie! Demon miał chyba więcej szczęścia niż rozumu. Jakby go zobaczył jakiś łowca, to chyba nawet nie odesłałby go do piekła, bo by mu się żal zrobiło biednego Dymka.
A ten dzień tak się pięknie zapowiadał. Jensen na parkingu, w świetle księżyca pokazywał swe ciało i rurkę, sterczącą mu z tyłu, on, Dymitriev, demoniczny rusek z amerykańskim paszportem i ona... wstrętna, wredna i paskudna kobieta-potwór, której chyba mężczyzna nie przypadł do gustu. Ależ dramaturgia!
avatar
Dymitriev

Liczba postów : 44
Join date : 24/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Ruby on Nie Sty 06, 2013 10:01 pm

Najpierw uniosła wysoko brwi, potem skrzyżowała ręce na piersi, czemu towarzyszyła mina przepełniona niedowierzaniem, następnie opuściła tylko jedną brew i prychnęła głośno z wyższością.
- Nawet nie masz pojęcia jak niedaleko jesteś od prawdy.
Powiedziała powoli rozkoszując się słowem 'wybawicielka'. W końcu kto, kto jak nie ona bezpośrednio przyczynił się do uwolnienia Lucyfera, który uwolni z kolei wszystkie demony?
- No dobrze. Niech pan to dopisze do rachunku Molly St. Richardson. Apartament 125.
Uśmiechnęła się i puściła barmanowi oczko, który najpierw podejrzliwie sprawdził coś na komputerze, a potem skinął jedynie głową, chociaż widać było, że wolałby wezwać ochronę i oglądać jak Dymitriev jest bity na kwaśne jabłko.
- Daruj sobie tych żałosnych prób, nie działają na mnie.
Mordercze spojrzenie wbite w jąkajłe mówiło samo za siebie. Nie lubiła ofiar losu. Jej planem tego wieczoru była zabawa, rozrywka i może odrobinę chaosu, którego byłaby zaczynem. A nie radzenie sobie z demonicznymi przedszkolakami. Patrząc na Dymitrieva, aż nie dziw było, że łowcy tak chętnie egzorcyzmują demony. Bo to proste. Z drugiej strony nie chciała całkowicie mężczyzny lekceważyć. Byłoby to głupie. Ale dotychczasowe obserwacje nie przemawiały za jego osobą.
- Wręcz przeciwnie. Jesteś odrażający.
Stwierdziła dobitnie jakby w ogóle nie znając wagi tych słów. Właściwie można by pod ten ton podłożyć "Papier toaletowy alpejska łąka" i brzmiało by to bardzo naturalnie.
- Evan Rachel Wood? Och, mój drogi. Ja jestem ładniejsza. Znaczy prawdziwa ja. Byłam. A to naczynie jest niczego sobie. Aaa nie ważne.
Machnęła zrezygnowana ręką, czując, że cokolwiek powie to i tak będzie w tej chwili brzmiało źle. Ale kilka sekkund później złapał ją. Zaskoczył ją w sposób, w który przez dwie, czy trzy dobre sekundy stała jak wryta z lekko rozchylonymi ustami i odrobinę bardziej niż naturalnie, otwartymi powiekami. Jej mina wyrażała ni mniej ni więcej 'what the fuck?'. W końcu jednak się opamiętała, z ust, nim je zamknęła, wydobył się syk niedowierzania, a głowa lekko przechyliła się na prawo. Cierpiętniczo westchnęła i rękoma pokazała to co za chwilę wypowiedziała:
- Jeny, uspokój się.
Warknęła patrząc na niego z dziwną, niezidentyfikowaną miną.
- Będąc takim panikarzem jak trafiłeś do Piekła? Kradłeś dzieciom cukierki?
Westchnęła teatralnie i pokręciła głową odczuwając przemożną ochotę strzelenia facepalma, ale bała się, że zrujnuje przy tym makijaż.
- Chodź. Zabawimy się trochę.
Mruknęła i bez zbędnych ceregieli go minęła, pewnym krokiem idąc ku najbliższej ruletce.
A jednak wypadło na to, że będzie go niańczyć. Może odkryje jakieś pozytywy jego osoby? Kto wie. Nie żeby specjalnie jej na tym zależało, czy miała taką chęć, ale demony zabijać byłoby jej szkoda. Dopóki ten nie pojawi się z cygańskim tabunem, który będzie chciał ją zaciukać, są w miaręna prostej. O ile nie będzie się zachowywał jak prawiczek. Tego nie zniesie. Mimowolnie pomyślała o sztylecie wetkniętym za podwiązkę i tęsknie myślami udała się do tego, który pewnie był teraz w łapsku jednego z Winchesterów i służył do zaszlachtowania jakiegoś jej demonicznego brata. Zacisnęła pięść, ale od razu ją rozluźniła. To nie czas i miejsce na takie ponure myśli. Ogarnęła wzrokiem ruletkę i ludzi stłoczonych wokół niej.
- Rosyjska byłaby zabawniejsza.
Szepnęła raczej do siebie, ale gdyby Dymek za nią podążył i stał gdzieś blisko to bez problemu ową uwagę mógłby usłyszeć.


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Who do I have to kill to get some French fries around here?
avatar
Ruby

Liczba postów : 12
Join date : 02/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Dymitriev on Pon Sty 07, 2013 6:06 pm

Chyba zapłatę za drinka szlag trafił. Dobrze, dobrze! Naprawdę w tym momencie Ruby była jego wybawicielką. Ale nie żeby zaraz Dymitriev nie miał jakichkolwiek pieniędzy. Jak wspomniałem miał drobne w kieszeniach, a grubsze w ludzkim portfeliku, znalezionym przy naczyniu. W końcu nie przyszedłby do kasyna z pustymi rękoma, prawda? Chociaż znając Dymka, to wszystko było możliwe. Mógłby nawet się wpierdzielić na bal przebierańców dla murzynów, przebrany za członka KKK.
Faktycznie, Ruby była tą osobą, dzięki której Lucyfer, najważniejszy z demonicznych (chociaż aniołek), uciekł ze swej klatki i zaczął siać Mordor na kuli ziemskiej. Może i demon ruskiego pochodzenia popierał Lucka, ale tylko dlatego, że obawiał się o swoje życie. Bał się go najbardziej ze wszystkich. Chociaż gdyby jego rozmówczyni była bardziej stanowcza, to z pewnością także i ją by wpisał na swoją listę najgroźniejszych osób, do których nie warto zbliżać się bliżej niż 1000 kilometrów.
Nie, żeby Dymitriev miał inne plany na ten wieczór. On także przybył do tego kasyna z zamiarem zabawy i chęcią postawienia całej sumy na podwójne zero w ruletce. Tak, to było jego ostatnie największe marzenie, jeżeli w ogóle można mówić coś takiego o demonach.
- Nie jestem odrażający... - mruknął ciszej, komentując jej słowa, ale także nie podnosząc wzroku do góry, bo nie chciał dostać w ryj od demona. Naprawdę nie był odrażający. To znaczy jeo naczynie. Trochę się jej zaczął nawet obawiać i odczuwać lekki niepokój będąc w jej obecności, ale skoro on i ona byli tej samej rasy, to dlaczego zaraz mieliby się pozabijać? Przecież w sumie "walczyli" o ten sam cel. Tylko, że Ruby serio walczyła, a Dymitriev pierdział w fotel i jeździł swoim Jensenem. Smutna prawda.
Chyba jednak linia ratunkowa okazała się po części sukcesem. Udało mu się uniknąć rozwalonego mózgu, ale też nie bardzo musiał się schylać do butów. I dobrze! Nie potrafił pucować buciorów, chociaz nie raz w osiemnastym wieku mu się to zdarzało, w wojskowych barakach. Ach, ohydne to były czasy, o których prawdziwe ciało Dymitrieva nie chciałoby pamiętać. A przynajmniej jego tył.
- Tak, tak! Prawda! Jesteś o wiele ładniejsza od Woodowej! O wiele! Jesteś najpiękniejsza, tak, tak. - paniki nigdy za wiele. Kiwał przy tym energicznie głową, uśmiechając się dosyć przyjaźnie i ze strachem wypisanym na twarzy. No, ale co zrobić, skoro demoniczny Dymek był takim a nie innym stworzeniem. Nikt nie mógł na to poradzić, że ktoś taki jak on się akurat urodził i musiał trafić do piekła przez swoją głupotę.
- Wcale nie kradłem cukierków. Nie jestem pedofilem i nie lubię dzieci. - taka była prawda. Nawet by nie potrafił ich zjeść, co było często spotykane wśród demonów. - Podpisałem pakt z czerwonooką... taką ładną, blondynką...nawet ładnie pachniała (a na osiemnasty wiek to był cud!) i była w miarę czysta... chyba arystokratka... ale nie była ładniejsza od ciebie! - trochę się rozpędził z gadaniem, ale chyba się uratował ostatnimi słowami. To znaczy Dymek tak myślał, bo przecież Ruby mogła to wszystko olać i zignorować. W sumie nie zdziwiłbym się gdyby tak było. Takie są uroki obcowania z demonami, o jejku.
Słysząc jej słowa, aż mu coś w naczyniu się przewróciło. Zabawa? Z jego umysłem mogło chodzić o coś związanego z kasynem, ale niestety demoniczny zaczął sobie wkręcać chore wizje, które niestety przerodziły się w coś innego. Przełknął dosyć głośno ślinę, jakby się czegoś obawiając, ale czemu miałby odmówić? Najwyżej nie będzie nic wspominał o tym, o czym naprawdę myślał. W końcu tak bardzo chciał zagrać w kasynie.
Chwycił wolną ręką za swoje mojito i dosyć szybko je wypił, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Lubił ludzki alkohol. Między innymi dlatego trzymał się tak długo ludzkiego życia. Już trochę na luźniejszych nogach, i ze spokojem ustawionym na dziesięć procent, ruszył za Ruby. Nie znał co prawda jeszcze jej imienia, ale miał nadzieję, że je wkrótce usłyszy. Chyba.
- Zdecydowanie bardziej emocjonalna... - mruknął, komentując jej słowa na temat rosyjskiej ruletki. Sam kiedyś grał w taką, także będąc w wojsku i kilka tygodni po wyjściu z piekła. W obu przypadkach wyszedł cało. Takie gówniane szczęście miał.
Stał dosyć blisko Ruby, obserwując ją kątem oka, ale także nie mógł sie zbytnio oderwać od ruletki. Ta przeklęta biała kuleczka, która krążyła wokół okrągłej areny i wpadała do odpowiedniej dziurki była tak cholernie interesująca, że Dymitriev mógłby siedzieć, ewentualnie stać, godzinami. Masakra, prawda?
- To jak? Stawiamy... to znaczy... inaczej. - zaczął jakoś, ale szybko się zamknął, bo naprawdę nieodpowiednio rozpoczął. Westchnął ciężko, zbierając w sobie resztki odwagi. - Mogę wiedzieć jak masz na imię? - zapytał, poprawiając lewą ręką włosy, które jakoś same z siebie mu się popsuły. Zresztą, Dymek nawet rozczochrany wyglądał tak samo jak w ułożonych włosach. Taki typ...
avatar
Dymitriev

Liczba postów : 44
Join date : 24/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Ruby on Pon Sty 07, 2013 7:46 pm

Czy widzieliście kiedyś srającego kota na płocie? Nie? No ja też nie. Ale to nic, bo myślę, że mina Ruby w tej chwili mogłaby nawet odwzorować owe wiekopomne wydarzenie dwukrotnie lepiej niż kocur rasy Rynsztokowa Pospolita. W pewnym momencie nie wytrzymała i strzeliła Dymitrievowi z liścia, a żeby lepiej opisać, który to był moment to dodała:
- Jestem ładniejsza, oczywistości są zbędne. Więc się do jasnej cholery zamknij... Moja stawka jest dużo wyższa. DRANIU!
Dodała głośniej widząc, że kilka ciekawskich patrzałek zwróciło się w ich kierunku po usłyszeniu magnetycznego odgłosu plaskacza. No i poza tym zawsze chciała powiedzieć tę kwestię. Z majaczącym na ustach uśmiechem nie wiedzieć czemu słuchała historii życia mężczyzny, ale jednocześnie uważnie przeczesywała wzrokiem salę w poszukiwaniu łowców, albo innych demonów. Żadne z wymienionych nie byłoby dobrym omenem. Dymitrieva do demonów nie zaliczała. Gdyby była rasa 'tchórz lizajdupa', to pewnie spędziłby w kiblach całe swoje wieczne życie.
- Osiemnasty wiek? Oj, moje ty dziecko. To twoja pierwsza wizyta na Ziemi? Nie byłeś jeszcze egzorcyzmowany?
Zapytała rozbawiona jakby stał przed nią mały chłopiec oznajmiający, że w przyszłości zostanie prezydentem. Cmoknęła ustami i rękoma wygładziła materiał białej sukni.
- Cholera. A tak obstawiałam, że jesteś pedofilem z kolekcją innych fetyszy. Byłbyś od razu bardziej zabawny. Nie ważne. O co pakt?
Pociągnęła go za język patrząc ponad jego ramieniem, bo przez salę przeszedł ktoś podobny do Sama Winchestera, ale szybko pokręciła głową kiedy zrozumiała swój błąd. Przeniosła spojrzenie na 'chłopaczka'. Pomimo ogólnej niechęci zaczynała być bardziej przychylna jego osobie, nawet jeżeli zdawała sobie sprawę z irracjonalności takiego odczucia. A nawet sugerowania takiej emocji. Ona wielbiła jedynie Lucyfera. I może przez wzgląd na dawne czasy miała jakiś odrębny kawałek swojego kamiennego serca dla Samuela. Aczkolwiek byłoby to porwanie się z motyką na słońce.
- Emocjonująca? Być może. Myślę, że ja po prostu lubię kolaż z mózgu na ścianie.
Przyznała wykonując tym samym minę w stylu 'not bad' i kilka razy pokiwała potakujaco głową, a następnie upatrzyła sobie mężczyznę w bardzo drogim garniturze na swój potencjalny cel zabawy. Zamierzała pozwolić mu wygrać, rzecz jasna z jej malutką telekinetyczną pomocą, a następnie zabić w toalecie kasyna. To miejsce miało za dobrą reputację jak na gust tak niszczycielskiego demona jak Rubson.
- Yhym.
Mruknęła przyznając się do posiadania imienia i możliwości jego zdradzenia, jednocześnie kupując sobie czas, żeby wymyślić jakieś zastępcze, lecz by nie było tego widać udawała, że jest zafascynowana toczącą się grą. Jakby coś analizowała.
- Kate. A ty? I obstawianie byłoby nudne.
Odpowiedziała w końcu kiedy raczyła na niego spojrzeć, a rzuciła poniekąd imieniem prawdziwym. Kate było imieniem jej mięsnego garniturku. Żeby mu pokazać o co chodzi w 'ciekawym graniu w ruletkę' tyrpnęła go lekko w ramię i kazała obserwować. Ktoś właśnie poszedł ca całość: wszystko na czerwone 21. Poszło. Dziewczyna przeniosła ciężar ciała na lewą nogę, żeby lepiej widzieć i w odpowiednim momencie, już przy samym końcu na ułamek sekundy zatrzymała kuleczkę tak, że wpadła idealnie na czerwone 21.
- Wydawać by się mogło, że to szczęśliwy moment. Poczekaj, poczekaj. Jestem pewna, że jeszcze dzisiejszego wieczoru facet zginie.
Uśmiechnęła się do jakiegoś "Ojca Chrzestnego" po drugiej stronie sali, który z wyjątkowym zainteresowaniem obserwował euforię wygranego.


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Who do I have to kill to get some French fries around here?
avatar
Ruby

Liczba postów : 12
Join date : 02/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Dymitriev on Wto Sty 08, 2013 6:33 pm

Nie, nigdy nie widziałem srającego kota na płocie. Ale oddałbym wszystkie pieniądze, by zobaczyć srającą Ruby na płocie, z tą epicką miną i złością wyrysowaną na twarzy, że ktoś ją akurat w tym momencie podgląda. Chociaż stwierdzam, ze mina Sama W. , który by akurat się jakimś przypadkiem napatoczył na tą sytuację, musiałaby być jeszcze bardziej epicka!
Jebut! Gdyby tylko kamera slow motion uchwyciła to zdarzenie, to na pewno filmik zyskałby setki widzów na jakimś popularnym portalu internetowym. A szkoda! Dymek zawsze chciał być sławny. Tylko w inny sposób. I nie chodzi mi o filmy pornograficzne. W każdym bądź razie uderzenie sprawiło, że policzek demona zrobił się czerwony, a on sam zakręcił ze trzy solidne piruety wokół siebie, nim się na dobre zatrzymał. Ależ kobita ma siłę! "Chyba się zakochałem", rzekł by klasyk, ale niestety ruski demoniczny tylko syknął z bólu, a właściwie krzyknął jak oparzony.
- Cholera, cholera, cholera... boli! - warknął w stronę rudowłosej kobiety, ale zaraz się zamknął, bo jej kolejne słowa były chyba jednoznaczne. Lepiej niech już nic nie mówi na temat jej urody i jakiejkolwiek innej kobiety. Chyba Ruby miała jakiś kompleks urody, czy coś w ten deseń. Tak przynajmniej na szybko wywnioskował nieskazitelny umysł Dimy.
Faktycznie, wzrok wielu ludzi zwrócił się w ich stronę. Mężczyzna szybko się wyprostował, doszedł do siebie i rozmasował energicznie policzek. Nabrał powietrza w płuca i z powaga i odwagą na twarzy musiał coś dodać od siebie.
- Wszystko jest pod kontrolą, to było zamierzone. Tak, tak! Nic się nie dzieje! - a żeby chociaż kogoś to obchodziło, że jakiś młody mężczyzna oberwał od rudej piękności w ryj. No, ale to w końcu Dymek, a on zawsze musi się tłumaczyć i walczyć językiem.
Phi! Demoniczny wcale nie był dzieckiem. Na świecie żyją o wiele młodsze demony od niego. Ba nawet niewiele starsze zajmują całkiem ciekawe stanowiska. No, ale w porównaniu do tej staruchy, Ruby to faktycznie. Może i Dymek mógłby być dzieckiem. Niestety nie powie jej tego wprost, bo znów zakręci się wokół własnej osi, a jego twarz znowu ozdobi pięć palców.
- Nie bardzo mam styczność z łowcami. Na Ziemi siedzę już dobrych kilkadziesiąt lat i jakoś nie śpieszy mi się, by w przyszłości odwiedzić z powrotem piekło. Za bardzo mi się tutaj podoba. - mruknął, w stronę rudej, przykładając dłoń do policzka i masując go raz za razem. Coś znowu zaczął go boleć. - A ta czerwonooka, z którą podpisałem pakt mnie oszukała. Wredna jędza... Miałem być doradcą carycy, a skończyło się na ciężkich robotach. Zresztą, teraz mam lepsze życie, więc z drugiej strony powinienem jej podziękować. - zaśmiał się cicho, mówiąc ostatnie słowa. Serio, gdyby nie pakt to pewnie nie wiedziałby o istnieniu samochodów, komputerów, kasyn czy nawet nie zaznałby takich przyjemności, jakie oferowały fast foody. Albo chociaż jakieś lokale, w których serwowano gładkie udka, zdobione czarną pończoszką. Jego ton wypowiedzi i głosu trochę się zmienił, stał się poważniejszy, ale niestety odważny i pewny siebie Dymek znowu zmienił się w tego tchórzliwego. Chyba taki, wolał pozostać.
Nie wiedział jak skomentować jej słowa na temat mózgowego kolażu. Zresztą, nawet nie było po co tego dalej ciągnąć. A nuż by go Ruby namówiła do zabawy rewolwerem i zagraniu z nią w rosyjską ruletkę. Nie chciał by jego naczynie musiało zbierać swój mózg ze ściany. Podobał mu się ten studencik prawa, więc dlaczego miałby zaraz go pozbawiać głowy? Lepiej nie drążyć tematu, oj nie.
Obserwował okrągłą tarcze i kuleczkę, która się w niej kręciła. Także jak i ona, trochę słuchał tego, co mówią zawodowi gracze. Niestety prawda była taka, że jeśli ktoś miał zbyt dobrą passę, albo chociaż zgarnął nagrodę większą, niż ustawa przewiduje, to naprawdę trafiał do ciasnego gabinetu z panami w garniakach i prawdopodobnie ginął, albo oddał zdobytą kasę. Uroki kasyn, niestety. Szkoda tylko, że połowa z nich była w rękach mafii.
Dopiero po chwili doszło do niego, że ruda się przedstawiła. Świetnie, już nie będzie musiał się jej jakoś specjalnie obawiać, bo w końću poznał jej imię! Tak!
- O, Kate. Świetne imię, naprawdę! Jak ta seksowna aktorka, Beckinsale... - mruknął, chociaż ostatnie słowa powiedział trochę ciszej, ale wystarczająco głośno, by niestety Ruby je usłyszała. Po chwili dopiero zrozumiał co źle powiedział i odruchowo odsunął się od rudej na kilka kroków. Na twarzy Dymka pojawił się głupi uśmieszek, trochę strachliwy, ale już trudno. - Ale nie tak jak ty... to znaczy wiesz, ty jesteś idealna i w ogóle...masz fajne włosy, fajną twarz i tego... nogi też niczego sobie... idealne to znaczy... i w ogóle.. Dymitriev się nazywam. - zakończył trochę głupim śmiechem, robiąc jeszcze jeden krok w tył, ale niestety zatrzymał się na jakimś krupierze.
avatar
Dymitriev

Liczba postów : 44
Join date : 24/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Ruby on Sro Sty 09, 2013 4:40 pm

Mając już w ręku co najmniej jedno martwe ciało znudziło ją oglądanie ruletki i zaczęła powoli przemierzać salę szukając nowego celu wciąż referując najbardziej do przewrócenia rzędu automatów lub chwilowego opętania jednego z ochroniarzy, z drugiej strony nie lubiła wchodzić do męskich ciał. Były paskudne i zazwyczaj śmierdziały. A poza tym jej obecne mięsko pewnie by zemdlało na środku pomieszczenia i zwróciło na siebie większość uwagi. To nie brzmiało jak dobry plan.
- Twoja kolej.
Powiedziała niespodziewanie odwracając się do Dymitrieva i lustrując go wzrokiem.
- Jesteś zdecydowanie jednym z najżałośniejszych demonów jakie w swoim dość długim życiu spotkałam. Musisz od czasu do czasu trochę piekielności wnieść do anielskiego, czasami dosłownie, życia tych idiotów. Spójrz na tamtego obwisłego kapcia.
Wskazała palcem na mężczyznę wyraźnie uzależnionego od blackjacka. Wyglądał jakby właśnie przegrał wszystkie pieniądze, swojego rolexa, dom, żonę, a właśnie był w trakcie zastawiania swojego psa.
- To aż żałosne. Coś takiego nie ma prawa chodzić po tej ziemi. A ty możesz to zakończyć. Potraktuj to jak akt czystej demonicznej łaski.
Rozłożyła ręce opowiadając o rzeczach dla nich oczywistych, a minę miała przy tym podobną jak na drugim gifku w podpisie. Jeżeli miała się cieszyć towarzystwem tego pędraka to może chociaż spróbować go trochę zdeprawować, żeby był odrobinę przystępniejszy, kiedy rzuca się słowo 'zabawa'.
- Beckinsale, Beckinsale...
Powtórzyła próbując sobie przypomnieć czy ją zna i kilkakrotnie zacisnęła usta gwałtownie przeszukując swoje umysłowe archiwum.
- To ta z tego głupiego filmu o wampirach? Jak tak to rzeczywiście. Całkiem niezła z niej dupa.
Przyznała Ruby, ale jej obojętny wyraz twarzy ustąpił zdenerwowaniu kiedy ten znowu zaczął pierdolić od rzeczy. Przemożna chęć wbicia sztyletu w jego serce w ramach nauczki, co oczywiście nic by nie zrobiło samemu demonowi (cholerni Winchesterowie!), niemalże wzięła nad dziewczyną górę, ale opanowała się i ze zrezygnowaniem pokręciła głową.
- Dymitriev. Rosja? A no coś wspominałeś. Tam wcześniej.
Machnęła ręką pokazując 'przeszłość' i splotła ręce na piersi raz po raz zerkając na boki. Irytujący nawyk.
- A wracając do twoich marnych zwierzeń- dziwne. Demony z rozdroża zazwyczaj podpisują korzystną dla Ciebie umowę, żebyś żył sobie przez dekadę nieźle, żeby potem była większa zabawa kiedy muszą zaciągnąć twoją duszę do piekła.
Powiedziała w zamyśleniu zastanawiając się, która z demonicznych kolekcjonerek zagubionych duszyczek mogła tak prosto Dymka oszukać, ale żadna nie przychodziła jej do głowy.
- Co z tego, że zyskałeś wspaniałe demoniczne życie, skoro jesteś tchórzem?
Zapytała bez ogródek, za to z wyraźną ciekawością jakiej Rosjanin udzieli jej odpowiedzi.
- Och, zapomniałabym!
Uderzyła się w czoło kiedy obok niej przeszedł jakiś mężczyzna z całkiem pokaźnym nosem i sporą 'żydowską' brodą.
- Żydzi jeżdżą na obozy, a murzyni na kolonie.
Dokończyła wcześniejszy żart, po którego usłyszeniu chłopak tak spanikował, że Ruby aż zapomniała co powiedziała. Tak, tak. Z tego całego wrażenia i niedowierzania jak można być takim leserem


[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]

Who do I have to kill to get some French fries around here?
avatar
Ruby

Liczba postów : 12
Join date : 02/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Dymitriev on Czw Sty 10, 2013 6:42 pm

A Dymek dalej walczył ze swoimi lękami i tchórzostwem wypisanym na twarzy, jakby miał zaraz zginąć. No, ale przecież był demonem, musiał mieć w sobie chociaż troszkę odwagi, chociaż odrobinkę tego czegoś, za co został wsadzony do piekła. Niestety, ale jakoś specjalnie nie chciało się nic aktywować i tak dalej walczył ze sobą jak ta surykatka szukająca jakiejś glisty pod ziemią (nie wiem czemu, ale skojarzyło mi się to Królem Lewem, a dokładniej Timonem).
- Ale co moja kolej? - zapytał jakby nie wiedząc o co chodzi. W sumie przez pierwsze kilka sekund naprawdę nie miał pojęcia co ma na myśli Ruby, ale po chwili puknął się płaską dłonią w czoło i zaśmiał się głupio.- A moja kolej! Wiesz, ale ja nie bardzo mam teraz ochotę... nie lubię krzywdzić ludzi, nie są tacy źli... robią alkohol... - tłumaczył się jakoś, ale to chyba nie bardzo mu pomagało. Naprawdę nie chciał nikomu robić krzywdy, chociaż mógłby zabawić się podobnie jak ruda i też komuś przekręcić kuleczkę. Tak, to dobry motyw!
Dobra, może i był najżałośniejszym, ale miał też swoje zalety i sukcesy! Przecież od ponad stu lat nie był w piekle, ani razu nie był egzorcyzmowany i jakoś nie specjalnie się wyróżniał z tłumu, bo prowadził "normalne" i ludzkie życie. Można tego pozazdrościć, prawda?
Kapeć, ten uzależniony od Blackjacka, jakoś nie specjalnie spodobał się Dymkowi. Można rzec, że wzbudzał trochę obrzydzenie i niechęć, która odrzucała na sam jego widok. No, ale co zrobić? Nie każda istota jest tak urocza jak Dymek, a nie każdy demon jest taki wredny i złośliwy jak Rubson.
- Ale... Kate, nie chcę. - mruknął w jej stronę, patrząc na nią wzrokiem zbitego psa. Akurat to mu całkiem dobrze wychodziło, bo korzystał z tego będąc jeszcze "dobrym" i normalnym człowiekiem.
O, chyba znowu ominął go strzał w pysk. Och jak pięknie. Dobrze, że Ruby także uważała piękną Beckinsale za kogoś warte uwagi. W końcu mimo swojego wieku, ta Brytyjka całkiem nieźle się trzymała. Ba, wyśmienicie a nie dobrze! No, ale Dymek w końcu od zawsze leciał na kobiety, a od jakiegoś czasu na ludzkie kobiety. AKurat nie żeby je zjadać.
- Tak, tak... i demony z rozdroży dają jak najlepszą ofertę, ale nie wpływają na innych ludzi... to znaczy...jeśli osoba, z którą podpisują pakt spieprzy sprawę, to nie muszą jej naprawiać... prawda? No i... chyba spieprzyłem sobie i wylądowałem daleko... шлюха - powiedział z wyjątkowym spokojem, a ostatnie słowo dodał ciszej niż pozostałe. No, ale trudno. Swojego obecnego życia nie zamieniłby na nic innego. Zdecydowanie.
Minęło kilka chwil, a demoniczny Dymek zaczął się wycofywać, robiąc delikatne kroki w tył, aż w końcu, gdy zyskał odpowiedni dystans po prostu spieprzył z kasyna, zostawiając samego Rubsona. Po prostu podjął szybką decyzję i skorzystał z niej. Wsiadł do swojego Jensena na parkingu i odjechał!

nmm

/Ucieknę! Coś mi nie idzie za dobrze pisanie, a Tobie freezować postaci nie będę.
avatar
Dymitriev

Liczba postów : 44
Join date : 24/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Gość on Wto Maj 14, 2013 8:27 pm

Alkohol, kobiety, zabawa i hazard. Powiedzcie mi czego tutaj nie można lubić? Zwłaszcza, że można jeszcze się dorobić i pooszukiwać przy graniu. W końcu kto uzna, że biedny Gabryś telekinezował kostki lub kulki w kasynie? Przecież nie jesteśmy w jakimś durnym serialu fantastycznym opowiadającym o czarodziejach, smokach, wampirciach i wilkołaczkach. Może jeszcze aniołki i demony? Ohohoho, ale żem zaszalał z tym dowcipem. A te przysmaki serwowane gościom. No normalnie" poziom cukru roście patrząc na te czasy" wieszcza polskiego parafrazując rzec by się chciało. Jeszcze kilka godzin i najpewniej nasz bohater dorwie się do poważniejszych zapasów słodyczy na tym pokładzie. Tyle wyborów do wykonania na początek jednakże było, że Gabryś prawie, że za hazard uznał losowanie do czego by tu podejść najpierw. Wybrał to, co podpowiadało mu serce, miejsce, gdzie na chwilę obecną było najwięcej przedstawicielek przepięknej płci ludzkiej, potoczniej kobietami zwane. Dotrwawszy więc w trudnej drodze pełnej licznych przeszkód w postaci samców ludzkiej rasy w większości, a także pięknych kelnerek zawsze zastępujących mu drogę (na szczęście z tacami pełnymi przystawek z jakimś zabawnym cukrem do pochłonięcia, przez czarną dziurę słodyczosmosu, tzw. Gabrysia). "Wyśmiawszy się im i ich porządkom, wetknął ich w otchłań niepamięci jako czynią łątkom" - kolejna mądra parafraza, tym razem Jasia Kochasia, potoczniej Kochanowskim zwanym, z dzieła o nazwie "O życiu ludzkim", przeleciała przez główkę naszego kochanego pana sprawiedliwości wśród fajerwerków chaosu pełnych. Nie żeby mu kobiety przeszkadzały, po prostu miał dylemat wyboru i opóźniał mu osiągnięcie jego celu. Tak czy inaczej po pewnej, bardziej długiej, aniżeli krótkiej chwili w zacnym gronie elegancko ubranych graczy, przy stole pokerowym zasiadł również nasz Gabryś. Kilka minut, troszkę hokus-pokus czary-mary, walet karo to za mało! Damę by się jeszcze chciało! Wtem tu magia zaskoczyła, no i kartki zamieniła. Zaraz potem, w gronie chwały, Gabi miał nagród zawały. Oczywiście, dla niepoznaki, przegrywał od czasu, jakby dostawał baty. Niezależnie jednakże od tego, Archaniołek miał pięknych pań koło rozmiarów stołu wielkiego. Skończmy jednak rymowanki te! Nie chcemy by ten post był jakiś fe.
-Co powiecie drogie panie na va bank? - zapytał nonszalancko Gabryś z uśmiechem, po czym słysząc okrzyki aprobaty zagrał całą swą fortunką.
Fortuna, a tak naprawdę drobne oszustwa mu sprzyjały do tego stopnia, że kolejny win był tylko kwestią odkrycia kart. Zagarnąwszy więc pełnię fortuny, odszedł od stolika, żegnając się kulturalnie z krupierem, po czym z masą żetoników zaczął się zastanawiać gdzie by się tutaj udać. Ilość wygranej nie pozwalała mu na swobodne przemieszczanie się więc z radością rozdał masę ich dla otaczających go przedstawicielek płci pięknej. Ach, zaskakujące jak potrafią niektóre lecieć na kasę, czyż nie? A teraz... gdzie by tu pójść...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Michael on Sro Maj 15, 2013 3:54 pm

Małostkowa vendetta Lucyfera trwała, a Michał prowadził swoją - tę, która robiła przesiew w armii jego brata, niszcząc tyle plugawych tworów Gwiazdy Zarannej, ile tylko pojawiło się w zasięgu jego rąk, jego mocy i jego gniewu. Dopóki starszy z Winchesterów nie podejmie właściwej decyzji. Znalezienie tego niewdzięcznika było tak trudne, że jedyną - mało chwalebną - satysfakcję sprawiał mu fakt, że młodszy z braci bronił się przed znalezieniem tak samo mocno. Michał odsuwał w czasie jedyną możliwość w tym wypadku, jaką było przeniknięcie do snów Deana. Sam nie wiedział dlaczego, a może nie dopuszczał do siebie powodu. Nie znosił jednak bezczynności, więc robił to, co robić musiał. Walczył. Nadszedł jednak czas zmian. Jego bracia nie potrafili znaleźć małego gnojka, więc będzie musiał zająć się tym sam, jak przystało. Nigdy nie powinien się wyręczać i już dawno powinien zejść z nieba. Teraz tylko wystarczyło znaleźć najstarszego rangą anioła w pobliżu i przekazać mu nowe rozkazy. Anielskie radio pozostawało możliwością, ale dzięki niemu informacje uzyskiwali wszyscy dookoła. Nie tylko pomniejsi bracia i siostry, ale też ci wyklęci, których same istnienie budziło w Michale pogardę. Nie, nigdy nie był jego zwolennikiem; nie wszystkie udogodnienia codzienności sprawdzały się w czasie wojny.
Dlatego pojawił się tu. Gabriel, który tyle lat, tyle wieków, tyle tysiącleci ukrywał się przed swoimi anielskimi braćmi powinien wiedzieć, że kiedyś w końcu zostanie odnaleziony. Jednak żaden z nich nie spodziewał się, że nastąpi to w ten sposób, w ten banalny sposób. Michael na pewno nie. Szukał któregoś z dowódców anielskich zastępów, a znalazł... Brata. Znalazł swojego brata w miejscu, w jakim nigdy na pewno by go nie szukał.
Nie miało dla niego znaczenie miejsce, w którym się znajdował, nie przywiązywał znaczenia do nazwy stanu na ustawionej przy drodze tablicy, których setki mijałby, gdyby podróżował ludzkim sposobem. Witamy w..., i tylko ostatnie słowo się zmieniało, czasem ozdobione kowbojskim kapeluszem, a czasem palmami. Pojawiał się tam, gdzie uważał za słuszne się znaleźć. Jednak to miejsce zaskoczyło go, wprawiło w dziwne, nietypowe dla aniołów zakłopotanie, gdy nie potrafił się odnaleźć nagle otoczony ludzkim chaosem. Śmiechem, rozmowami, stukiem żetonów o zielone sukno, smrodem ocierających się o siebie ciał. Przez sekundę, może dwie, stał sztywno wyprostowany, nie przestępując nawet kroku w jego stronę. To jednak musiało się zmienić. Czas zmian. Zacznijmy od tych małych.
- Bracie - jedno słowo, a wystarczyło by dać Gabrielowi pojęcie o sytuacji, w jakiej zastał go Michał. O ogromnych pokładach dezaprobaty, o odrobinie niezrozumienia i zdradziecko wkradającą się między nie niezręczności. Pomimo tego, że jego twarz była kamienna jak zawsze, a jego naczynie wyprostowane, pomimo tego, że zdawał się nie zwracać uwagi na przechodzących obok nich ludzi, nie reagował, kiedy na niego wpadali - lekkie zaciśnięcie zębów nie było przecież reakcją godną ucieleśnionego Bożego Gniewu - widać było, że nie czuje się w tym miejscu tak, jak czułby się gdzieś, gdzie nie byłoby pełno małych zabawek ich Ojca. Byłby w stanie zmieść z powierzchni ziemi cały ten przybytek, a na gruzach staliby tylko on i jego brat, ale czym różniłby się wtedy od Lucyfera? Michał tego potrzebował, potrzebował swoistego sumienia, poczucia, że to, co robi pochodzi faktycznie od Boga. Usprawiedliwienia, pewnie tak nazwałby to Lucyfer. A może nawet to zrobił. Skrzywił się mimowolnie na wspomnienie ich ostatniego spotkania.
avatar
Michael

Liczba postów : 11
Join date : 12/04/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Gość on Sro Maj 15, 2013 5:24 pm

Gabriel obecnie był pochłonięty jakże pasjonującą rozmową na temat różnych dróg dorobienia się fortuny w kasynach z otaczającą go gromadką, zupełnie nie spodziewając się, że spotka swojego najstarszego braciszka. W sumie domyślał się, że nie ukryje się na wieczność, ale też wątpił by całe niebiańskie zastępy ruszyły na niego by tylko pojmać jednego archaniołka, który poza delikatnym szerzeniem szaleństwa wśród niegrzecznych ludzi, był całkiem dobrym synusiem bawiącym się z zabawkami ich Ojca. Zresztą... nie był jedynym który opuścił Niebo! Jeszcze ten no... jak mu tam... rany, ten taki od pióra i papirusu, dłuta i kamienia, i czegoś tam jeszcze... Ach no tak! Metatron! On też opuścił Niebo w końcu... chyba... a nie on też. Niekiedy Gabriel zastanawiał się, czy najpierw zaczęliby szukać jego samego, czy może Skrybę. W sumie on był potężniejszy, ale Skryba chyba posiadał o wiele większą wiedzę. Tak czy inaczej na bieżąco z niebiańskimi informacjami na pewno nie był, więc nie wiedział, czy przypadkiem go już nie ściągnęli z powrotem... Ale wiedział jedno. Ta dwójka kretynów, którzy już raz próbowali go zabić napisała scenariusz na film pt. "O dwóch takich co rozpętali apokalipsę". Trickster już od samych jej początków wiedział co się święci i bynajmniej nie podobała mu się wizja końca ludzkości, czy chociażby zmniejszenia ich ilości o tak wielką liczbę, jednakże sam na razie nie widział sensu próbowania dokonać czegokolwiek innego... nawet jeśli miałby jakieś możliwości. Szczerze mówiąc, wolał stać z boku, poczekać aż Michaś z Lucusiem załatwią swoje sprawy i będzie mógł wrócić do swoich beztroskich zajęć na ziemi. Tak czy inaczej wypadałoby obecnie zacząć informować tych kilku... no może nastu ludzi będących w najbliższym otoczeniu Gabriela, że niestety będzie teraz leciutko zajęty... zwłaszcza, że wszystkie panie z zainteresowaniem, na osobę, która nazwała bratem tego czarodzieja kart... i nawet daleko nie odeszliśmy od tego stwierdzenia.
-Wybaczcie mi moje drogie, ale muszę porozmawiać z moim ukochanym braciszkiem. - powiedział z czarującym uśmiechem jaki był w stanie wykonać, po czym przekazując im resztę żetonów, dodatkowo poinformował -To dla was, jakbym jeszcze grał, to wiem, że mnie znajdziecie.
Po czym podszedł z uśmiechem do Michała i kładąc rękę na jego barku powiedział, tym razem jednak z powagą:
-Zgaduję, że nie chcesz tutaj rozmawiać, może więc wyjdziemy na zewnątrz braciszku? - przy okazji warto byłoby wspomnieć, że Loki był teraz uważny.
W końcu opuścił Niebo dawno dawno temu i nie wiedział jak może zareagować na niego "Misiael" jakby go to Niemcy nazwali, a bynajmniej nie chciał być zaraz zaciągany siłą do reszty swoich braci lub co gorsza zostać uznanym za super-duper-hiper-mega-hipstero-zbiega, który zasługuje tylko na mieczyk w żebra. Zwłaszcza, że Gabi miał wrażenie, że Misiek zaraz eksploduje... a szkoda by było zniszczyć taki piękny hotel i kasyno w jednym. Gdzie by on miał grać? Chwila... uff na szczęście na całym świecie jest jeszcze cała masa kasyn. A któż lepiej by je odnalazł, jak nie Trickster? Ze swoimi zdolnościami nie byłoby to problemem.
-O co chodzi Misiek? - zapytał Gabriel w chwili, gdy znaleźli się miejscu, które jego starszemu bratu pasowałoby bardziej do miłej pogawędki... chociaż wątpliwym był fakt, by ten zaraz rzucił się na niego, przytulił i powiedział jak bardzo tęskni za nim, jak mu go brakuje i dlaczego nie mogą się bawić tak jak dawniej?
Cóż, szkoda, że najpewniej nic już nie będzie takie proste jak było... Skupmy się na razie jednak na tym, by nie oberwać od Michałka za mocno...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Michael on Sro Maj 15, 2013 6:31 pm

Właśnie to zawsze przeszkadzało Michałowi w Gabrielu. To, że wolał zajmować się "swoimi beztroskimi zajęciami", wolał zadawać się z ludzką hałastrą, albo - co gorsza - z tymi pogańskimi śmieciami pretendującymi do miana bogów, niż czynić to, co do niego należało. Nawet świadomość, że mógł się do tego przyczynić, że swoją ślepą pogonią za Lucyferem i nie przejmowaniem się niczym ani nikim innym, mógł sprawić, że w Gabrielu zakiełkowała chęć ucieczki... Nawet ten fakt nie przeszkadzał mu uważać Gabriela, za - cóż, gdyby ująć to ludzkimi słowami - rozpuszczonego gówniarza. Po tym wszystkim co się stało miał wsparcie tylko w Rafale, a ten był zbyt zacietrzewiony, zbyt pochłonięty faktem, że jest drugą najważniejszą osobą w niebie, czerpiący zbyt wiele przyjemności z posiadanych mocy i przywilejów - które przecież w rzeczywistości nie były niczym innym, jak stosem obowiązków ciśniętych na ich barki, na barki Michała - by archanioł mój w pełni powierzyć mu współodpowiedzialność za losy tego świata i nadchodzącej Apokalipsy. Nie znaczyło to, że nie ufał bratu. Tylko jeden z nich został wykluczony przez Ojca i Michael nie miał powodu, by wątpić w pozostałych. Pomijając fakt, że jeden z nich był pospolitym tchórzem i ukrywał się w tej prostackiej powłoce. Jednakże, nawet jeśli powodu nie miał, oprócz bycia żołnierzem, był też dowódcą i strategiem. A to ostatnie sprawiało, że pewne plany snuć musiał. Jednak teraz, kiedy stał naprzeciwko swojego brata otoczonego wianuszkiem ludzkich kobiet (co, a jakże, spotkało się z pełnym rozczarowania i nutki gniewu spojrzeniem posłanym Gabrielowi), musiał zadecydować co z nim zrobić. Gabriel nie został strącony z nieba, jak Lucyfer, jak inni z upadłych aniołów, którzy sprzeciwstawili się klarownym rozkazom. Był bratem Michała, a Michał stracił już wystarczająco wiele, by ze wzruszeniem ramionami, marsową miną i kamiennym sercem pogodzić się z kolejną. Nie mógł jednak pozwolić na to, by Gabriel dołączył do Lucyfera. Nie mógł też nie ukarać go w żaden sposób, bo tysiąclecia bez jego obecności w niebie, tysiąclecia lekceważenia i beztroski, łamania wszelkich norm i obyczajów, nie mogły ujść bezkarnie, gdy żelazną ręką trzymało się całe Niebiosa.
- Po co im się tłumaczysz? - wycedził przez zęby, kompletnie nie zwracając uwagi na tłumek w otoczeniu swojego brata, jakby był tak upośledzony, że i tak niczego nie rozumiał, i wpatrując się prosto w niego. Widział w tym próbę gry na czas, a tego Michał bardzo nie lubił. Niebezpieczeństwom należało stawać twarzą w twarz, a nie stosując nędzne sztuczki. Może dlatego poczuł przypływ braterskiej dumy, kiedy Gabriel zaproponował opuszczenie tego zatęchłego przybytku. Uznał, najwyraźniej błędnie, że Gabriel będzie zakrywać się ludźmi, by Michael nie ukazał swego prawdziwego oblicza. Cóż, może wyszło Michałowi na dobre, iż nie dowiedział się, że jego młodszy brat najzwyczajniej w świecie myślał, że ludzie nie będą dla niego przeszkodą. Archanioł przeniósł zimny wzrok na rękę spoczywającą na jego barkach, a następnie skierował go z powrotem na Gabriela, unosząc lekko brew. Sugestia brzmiała dość jednoznacznie: niezbyt podoba mi się to spoufalanie, braciszku. Nie odpowiedział na jego propozycję, nie kiwnął nawet głową, jedynie ruszył w stronę wyjścia nie przejmując się lawirowaniem między ludźmi, którzy sami schodzili mu z drogi. Nie uważał tego za żaden sukces. Tak powinno być. Ludzkie naczynie niczego nie zmieniało.
Chłodne powietrze i przytłumiony gwar świadczyły o tym, że wyszli na zewnątrz. W tym miejscu spokojnie mógł wbić bratu miecz w serce, nie krzywdząc nikogo więcej - oczywiście gdyby zaszła taka konieczność.
Skrzywił się mimowolnie, słysząc słowo, którym zwrócił się do niego Gabriel. Nie rozumiał, dlaczego obaj, i przeklęty Lucyfer, i tchórz Gabriel, mieli coś przeciwko imieniu Michał. Może fakt, iż obaj wiedzieli, że zdrobnienia i infantylność działają na poważnego Michała niczym płachta na byka. Postanowił jednak, tym razem, darować sobie komentarze. Nie przybył tu po to, by udzielać bratu lekcji na temat wagi imion i szacunku wynikającego z ich użytkowania. Może dlatego, iż odpowiedź o braku szacunku mogłaby się mu nie spodobać. Choć nie sądził, by Gabriel aż do tego stopnia chciał przeciągnąć strunę.
- Porozmawiajmy o twojej ucieczce - zaczął, powoli cedząc słowa i świdrując wzrokiem Gabriela. - A raczej o tym, jak masz zamiar jej zadośćuczynić. Znajdę ci miejsce w którymś garnizonie i zaczniesz przygotowywać się do bitwy. Jeszcze przed wschodem słońca znajdę ci odpowiednią misję. - Wszystko to brzmiało, jakby Michael nie miał najmniejszych wątpliwości, że drugi archanioł podda się rozkazom swojego dowódcy - nie brata, nie w tym momencie - i potulnie zajmie wyznaczone mu miejsce. Pod wodzą kogoś wystarczająco potężnego, a jednocześnie rygorystycznego, by Gabriel nie wprowadził zamieszania w oddziale.
avatar
Michael

Liczba postów : 11
Join date : 12/04/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Gość on Sro Maj 15, 2013 8:20 pm

Gabriel nie przejmował się zbytnio spojrzeniami Michała i emanującym z niego negatywnym nastawieniem. A to może źle zaszkodzić na cerę jego naczynia. Nie chcemy chyba by wyglądał na jakiegoś starego, zgrzybiałego zgreda, nie? Przecież kto uwierzy, że ktoś taki jest największym twardzielem z niebios... a swoją drogą Gabryś niekiedy uważał, że Michał ma zbyt ograniczone myślenie, by spojrzeć na niektóre rzeczy z innej perspektywy. W sumie, jakby się nad tym lekko zastanowić, to te kilka, no może kilkanaście tysięcy lat temu był pewnie podobny. Anioły były zbyt antypatyczne, by rozumieć wiele aspektów. Młodszy z obecnych tu archaniołów mógłby nigdy nie poznać pełni tych uczuć, gdyby nie jego opuszczenie Nieba. Pobyt wśród ludzkiej rasy potrafił z niego wydobyć emocje, o które chciał walczyć. Fakt faktem, archonioły i anioły są żołnierzami, którzy nie poznali wcześniej emocji. Kiedy Gabriel po raz pierwszy znalazł się wśród ludzi czuł się jakby chodził po omacku. Po raz pierwszy, jeden z najpotężniejszych przedstawicieli swojej rasy nie wiedział co robić. Niczym ślepy w lesie starał się nie trafić w jakieś drzewo, co początkowo było trudne. Wkrótce jednak udało mu się dokonać tej trudnej sztuki i stać się uczuciowym. Jednocześnie, jego natura żartownisia pozwoliła mu zająć miejsce w kartotece łowców, porównujących go do Lokiego, które to miano z chęcią przyjął. Fakt faktem, obawiał się lekko rozmowy ze swoim braciszkiem, zwłaszcza, że ten najpewniej już ma plan wojenny na najbliższe tysiąclecie, a znając go, może mu się nie spodobać inna postawa Gabrysia. Zwłaszcza, że ten nie miał zamiaru uczestniczyć w żadnej wojnie Nieba z Piekłem, bo inaczej nie mógł tego nazwać. Miał na ten temat swoje zdanie, od którego tak łatwo nie zamierzał odstępować. Niestety, powaga jego brata lekko go zasmuciła i zaniepokoiła. Wolał nie wiedzieć co się stanie, jeśli powie to co powie, ale niestety musiał. Z westchnięciem rozpoczął swoją wypowiedź:
-Bracie, bracie, bracie... nie rozumiesz mnie. - przy okazji z pełną powagą przyglądał się reakcji Michała, by ten mu nagle nie wyskoczył z maczugą lub całym innym anielskim garnizonem (nie chcemy przecież niszczyć tylu pięknych kasyn w Las Vegas, prawda?), po czym kontynuował -Jesteś żołnierzem idealnym, synem posłusznie spełniającym rozkazy ojca, ale zastanów się trochę od czego to się zaczęło. Od pojawienia się ludzi. Dlatego, że Lucek nie chciał się im pokłonić zaczęła się ta wojna. A wy skupiacie się na niej, a nie na jej przyczynie. Mogę się założyć, że nie obchodzą cię oni zupełnie. Nie potrafisz zafascynować się ich dziełami. Wybacz mi, ale nie zamierzam od tak opuścić dzieła naszego Ojca. - to mówiąc stanął w bezpiecznej odległości, z pełną gotowością do wykonania uniku przed jakimkolwiek ataku.
Wszak kto wie, jak taki napalony żołnierzyk zareaguje na opór.
-Nie jestem za Lucyferem. - dodał po chwili, ale minęło kilka sekund rozmyśleń, zanim dodał kolejne stwierdzenie -Moją stroną tego konfliktu są ludzie. Będę ich bronił przed naszym kapryśnym bratem i nie opuszczę ich, bo tego ode mnie wymagasz. Gdyby mieli być niczym, to czemu mieliśmy się im pokłonić. Zastanawiałeś się nad tym? Wierzę, że Ojciec miał powód by tak nam rozkazać i byśmy w ten sposób zrozumieli co jest istotne w tym świecie. - a następnie przypomniał sobie pewną... osóbkę, dość specyficzną w jego życiu osóbkę -Poza tym, nie mogę opuścić jednej osoby. Wybacz mi, ale otrzymaliśmy pewną swobodę, z której zamierzam korzystać. Bracie, proszę nie spraw, by i nas podzieliła uraza. Czyż apokalipsa nie ma się dopełnić w pojedynku twoim i Lucka? Czemu więc szykujesz wojnę totalną?
Ależ się rozgadał, łohohohoho. Pomijajmy jednak fakt, że w międzyczasie Gabriel cały czas uważnie obserwował czy przypadkiem Michał nie zechce pieprznąć go jakimś piorunem lub co gorsza archanielskim ostrzem. Całe szczęście, że potrafił się w razie czego podmienić z własną kopią. Bynajmniej nie zamierzał uczestniczyć w wojence aniołów z demonami, ale zawsze mógł coś zrobić dla swojego starszego brata.
-Jeśli jednak masz do mnie jakąś prośbę niezwiązaną z wizytą w Niebie, z chęcią postaram się ją spełnić o ile będzie ona w mojej mocy. - chciał w ten sposób pokazać Miśkowi, że bynajmniej strona Lucka mu się nie podoba i prędzej pomoże mu, aniżeli ich zbuntowanemu bratu.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Michael on Sro Maj 15, 2013 9:20 pm

Michał nie był przygotowany na odmowę, a jednocześnie podświadomie spodziewał się jej. Wiedział, że Lucyfer zachowałby się tak samo. Tylko, że w przeciwieństwie do Gwiazdy Zarannej, jego drugi brat nie sprzeciwiał się tylko dlatego, że mu się mógł. Że chciał zrobić na złość komu tylko się dało. Gabriel sprzeciwiał się, bo wierzył, że ma rację. Dlatego Michał nie był pewien, jak zareaguje, kiedy Gabriel zaprotestuje. Rozkazy były dla niego świętością, tak. Nie widział powodu by je łamać i ufał, bezbrzeżnie ufał w to co dawno temu zostało powiedziane i w słuszność tych słów.
- Nie dałeś mi się zrozumieć - przypomniał mu twardym tonem. Nie znaczyło to, że gdyby Gabriel przed ucieczką przyszedł do starszego brata, wciąż ciężko oddychającego, przepełnionego gniewem i tysiącem emocji, ten by go zrozumiał. Zważywszy na tamtą sytuację, bardziej prawdopodobne, że targany złością na Lucyfera, strąciłby z niebios i drugiego z braci, gdyby ten tylko spróbował się sprzeciwić, gdyby spróbował śpiewać na inną melodię, niż anielskie chóry. Nie znaczyło to, że udzielał bratu pozwolenia na to, co zrobił i że mu wybaczał. Dla Michała sprawa była prosta: nawet przez myśl nie powinno Gabrielowi przejść, by chcieć uciec na ziemię. Jednak gdyby poczekał, gdyby dał czas Michałowi by ochłonąć... Archanioł był nie tylko wojownikiem, był też bratem. Najstarszym, czującym się odpowiedzialnym za swoich młodszych braci, troszczącym się o nich. Niezdarnie, może nazbyt szorstko, ale zawsze się starał. Opuszczenie przez Gabriela nieba uważał za swoj ą porażkę, kolejną, która uderzyła w niego zbyt szybko po tej pierwszej. Dlatego teraz zacisnął zęby i słuchał słów brata. Słów, które nie miały zmienić jego opinii. Bo nie miało znaczenia dlaczego zaczęła się ta wojna. Rozkazów się nie kwestionowało, nie szukało się ich wytłumaczenia, nie negowało się. Rozkazy się wypełniało. Ludzie? Ludzie byli sprawą Ojca, nie jego, nie Michała. Bo prócz braci Michał poświęcał uwagę tylko jednemu - swoim przeciwnikom, a Bóg nie naznaczył ludzi tym mianem. Naznaczył nim Lucyfera, ich brata, i plugawe stworzenia, które wyszły spod jego rąk. To miało dla Michała prawdziwe znaczenie.
- Mamy bronić dzieła naszego Ojca, Gabrielu - warknął, czując, że powoli jego napięta cierpliwość, którą przecież nie grzeszył w nadmiarze, zaczynała pękać. Nie tak, jak pękała w towarzystwie Lucyfera, którego parę słów wystarczało, by w ręku Michaela pojawiało się anielskie ostrze, a moc promieniowała z jego ciała. - Nie spoufalać się z nim - wypluł to słowo. - Nie próbować poznać, ani zrozumieć! Ojciec oddał im ziemię, oddał swoją miłość i kazał nam ich bronić. To wszystko. Nie było nawet słowa o... o czytaniu im bajek na dobranoc! - ostatnie słowa zagrzmiały, pokazując, jak bardzo był zły i zawiedziony jednocześnie. Fakt, że jego mały, niesforny braciszek jeszcze nie oberwał, można spokojnie było nazwać cudem. Prychnął pogardliwie słysząc, że Gabriel nie jest za Lucyferem. Dla niego sprawa była prosta: jesteś z nami, albo przeciwko nam. - Czy to jest nie, Gabrielu? Jeśli tak bardzo podoba ci się życie ludzi, oddaj mi swoją łaskę i stań się człowiekiem. Będę żałował tego mniej, niż kiedy staniesz się kolejnym Lucyferem - Miał nadzieję, że to choć trochę Gabriela zaboli, że dotrze do niego, iż podejmując jakąkolwiek decyzję - podjął tę złą. Bo posiadanie wyboru nie znaczyło, iż należało z niego korzystać. Tak uważał Michael i wierzył, że o to chodziło Ojcu. Fakt, że Gabriel mógł uciec z nieba i wieść swoje małostkowe życie, nie znaczyło, że powinien to zrobić. To była ta różnica. Móc, a faktycznie to uczynić. Nie rozumiał, dlaczego Gabriel nie widzi różnicy. Nie miał zamiaru też rozprawiać z Gabrielem o taktykach wojennych. Jeśli jego młodszy brat nie miał zamiaru wrócić do rodziny, Michael nie mógł dzielić się z nim informacjami.
- To i tak się stanie, bracie. Starcie moje i Lucyfera, będzie wojną totalną. Dobrze wiesz, iż nasz... iż Lucyfer nie daruje sobie manifestacji sił. To część tego pojedynku. W ten sposób walczymy. Dopilnuj, byś był po odpowiedniej stronie, kiedy się to zacznie. Jednej z dwóch stron - nie miał pojęcia, dlaczego w ogóle mu to tłumaczył, skoro najchętniej zdzieliłby swojego głupiego brata prosto w gębę. Może to sprawiłoby, że by się opamiętał. - Proszę bardzo. Przyprowadź mi Winchestera - zakpił, powoli podchodząc do Gabriela. Wątpił, by jego bratu udało się to zrobić, ale cóż. Chciał udowodnić mu swoją lojalność, proszę bardzo. - Nie uda ci się, wrócisz do Nieba. Jak bardzo ci zależy na twojej zabawce, pozwolę ci nawet zabrać tę ludzką istotę, do której tak się przywiązałeś - powiedział, tym razem już bardziej pasującym do niego stanowczym, dudniącym głosem. Obaj dobrze wiedzieli, w jaki sposób człowiek mógł znaleźć się w niebie. Ale Michał nie widział problemu w eksterminacji jednego człowieka, jeśli dzięki temu mógł odzyskać swojego brata. Niezależnie od tego, jaka będzie decyzja Gabriela, ten pomysł zawędrował na listę możliwych opcji. Znaleźć obiekt... uczuć Gabriela, zlikwidować i dopilnować, by znalazł się na górze.
avatar
Michael

Liczba postów : 11
Join date : 12/04/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Gość on Sro Maj 15, 2013 9:57 pm

Gabriel ze spokojem na twarzy, ale niepokojem w głębi słuchał słów swojego starszego brata. Mam być szczery? Proszę, nikomu nie widzi się bycie zrzuconym w otchłań, gdzie najpewniej musiałby przez tysiąclecia męczyć się ze zbuntowanym braciszkiem... a to zdecydowanie nie było czymś fajnym do oglądania. Że nie wspomnę przy okazji o fakcie, że widok braci, którzy się prawie mordują na oczach trzeciego z nich jest czymś, co boli bardziej nabicie na pal, okaleczanie i posypywanie ran solą i innymi drażniącymi je substancjami. W sumie może obecny Trickster udał się na ziemię tylko po to, by przeczekać całą tą wojnę w niebie, a potem po prostu nie chciał wrócić, lub nie mógł spojrzeć bratu w oczy, że go opuścił w tak trudnej i dla niego chwili? Trudno w sumie to określić, ale zdecydowanie tamto wydarzenie mogło być tym, które zadecydowało o obecnej sytuacji.
-A może Ojciec chciał byśmy je poznali? Żebyśmy poznali inne aspekty życia niż dotychczas? Oni żyją tak jak mogą, wykorzystują swój krótki czas by przeżyć go jak najlepiej. Są jego dziełem, nie byle powodem by poróżnić nas między sobą, nie widzisz tego? - powiedział do niego i było widać, że Gabriel bynajmniej również powoli ukazywał swoje uczucia.
Obecny Trickster wiedział, że może nie rozumie wszystkiego, może popełnia błędy, ale w życiu nie sprzeciwiłby się ich Ojcu. Słowa Michaela było ostrzejsze niźli jakiekolwiek ostrze na niebie, ziemi, piekle i czyśćcu. Dlatego odpowiedział mu z rozwagą:
-Gdybym upadł, łaska byłaby mi odebrana, gdybym miał zamiar sprzeciwiać się Ojcu niczym nasz krnąbrny brat, to czy nie wykorzystałbym twojego osłabienia po walce z nim? Czekałem, poznawałem, starałem się zrozumieć ludzi i ich postrzeganie świata, wszystko co stworzył nasz Ojciec! - głos lekko mu się podniósł, aczkolwiek wciąż jeszcze panował nad sobą.
Nie chciał tej rozmowy, wiedział, że będzie trudna, dlatego też, wolał zostać na ziemi niźli wracać do swoich braci i sióstr.
-Pojedynek nie jest wojną totalną. Wasza siła będzie niszcząca, jednakże żadna ze stron nie zaangażuje ani aniołów, ani demonów, dobrze to wiesz. Przygotowujesz armie, szykujesz się do wojny, nie do pojedynku. - dodał po chwili Trickster, jednocześnie wykazując się skrajną powagą, która była zdecydowanie rzadko widywanym u niego widokiem, ale na propozycję Miśka mógł tylko śmiało odpowiedzieć z lekkim uśmiechem -Planowałem to już od jakiegoś czasu. Czym szybciej skończycie wasze, tym lepiej dla mnie. Poza tym... wiesz, że dobrze się ukrywam.
I w sumie w tym momencie mógłby zniknąć ponownie zaszywając się na niespotykanie długi okres czasu, ale tego nie zrobił, ze względu na kolejne stwierdzenia jego brata.
-A kiedy ty stałeś się Lucyferem, by mordować dzieła naszego Ojca dla zwykłej rozrywki? Sam powiedziałeś, mamy chronić ludzi, nie się z nimi spoufalać. Jaka ochrona jest równa śmierci? Żadna. Zastanów się sam o czym mówisz, zanim wypowiesz słowa, bo zaczyna cię ponosić. - cóż, w jego tonie było słychać lekkie przekomarzanie się, gniew, ale jednocześnie opanowanie.
Był wkurzony na fakt, że jego brat ma zamiar mordować niewinnych ludzi, ale jednocześnie wiedział, że jak posłuszny żołnierzyk nie sprzeciwi się woli Ojca i nie popełni błędów ich brata. Pomińmy fakt, że jedyną osobą, której nie mógł teraz zostawić Gabriel, nie był nawet człowiek, ale chowaniec. Nie trafi on do nieba, lecz do czyśćca. Ale lepiej może o tym nie mówić Michałowi. Trickster musiał umożliwić jej samodzielne bytowanie w tym świecie, głownie ze względu na starą obietnicę.
-Jeśli to wszystko co masz mi do przekazania to ja się już bym zbierał. - powiedział, aczkolwiek przypuszczał, że najstarszy z braci ma jeszcze jakieś rzeczy do dodania, zwłaszcza komentarze, jak to on źle rozumuje, dlatego dodał jeszcze jedno stwierdzenie -Nie jesteśmy demonami, nie zawieram paktów.
Miał to być dla niego jasny przekaz, że jeśli chce go w niebie, to niech go tam zaciągnie cholerną siłą lub przekona słownie. Nie będzie zawierał durnych umów. Może spełnić prośbę brata, ale nie zamierzał do jasnej cholery ponosić kary za to, że nie udało mu się czegoś dla niego zrobić. Tyle tysiącleci minęło, a Gabriel zaczynał odnosić wrażenie, że świat się zmienił na gorsze, słuchając słów jego brata. Stał się zbyt zdeterminowany jak dla Trickstera, ale domyślał się, że jak zaraz Misiek się zdenerwuje, to najpewniej młodszy z rodzeństwa będzie musiał jak najszybciej spieprzać stąd. Ale wszystko się okaże...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Michael on Wto Maj 21, 2013 12:10 pm

Michał zaczynał być zirytowany. Tak jak człowiek, wokół którego nieustannie krąży wyjątkowo natrętna mucha. Gabriel był taką muchą, dużą muchą z anielskimi skrzydłami i tą samą krwią, co Michała. Dochodził jeszcze fakt, że to Boży Wojownik sam tę nieszczęsną muchę z zimowego snu wybudził. Gdyby nie rosnące pokłady rozdrażnienia, zapewne w tym momencie westchnąłby, dosadnie pokazując swój stosunek do sytuacji. Gabriel był tylko o poziom wyżej, niż Lucyfer. Przynajmniej w odczuciu Michała. Tak samo zagubiony, tak samo błądził, a jednak - nie stanął po stronie swojego wyklętego brata. Tylko to, ten jeden malutki a jakże znaczący fakt, sprawiał, że archanioł jeszcze nie uniósł ostrza. Nigdy nie lubił przerzucania się słówkami. Był z nich czterech najbardziej enigmatyczny i mało skomplikowany - co, oczywiście, dla braci stanowiło powód do docinek, dopóki Michał nie pokazywał ogromu swego gniewu, a oni potulnie wracali do swoich zajęć. Jego wolna wola polegała na tym, że ściśle podążał ścieżką wyznaczoną mu przez ojca, nie zawracając i nie zbaczając z niej - choć mógł. To nie jemu przypadło w udziale mieć wątpliwości, nie on miał dywagować i zastanawiać się - bo kiedy przewodziło się armii tysiąca aniołów, kiedy twardą ręką trzymało się całe niebo, nie było miejsca na chwile zwątpienia i popołudniową herbatkę. Bo wolna wola była tylko iluzją. Ciężko było mu zrozumieć, że ktokolwiek inny, szczególnie ktoś z jego najbliższej rodziny - choć przecież Lucyfer powinien być odpowiednią nauczką - mógł myśleć inaczej, mógł inaczej rozumować i inne wyciągać wnioski. Przez tyle lat, dekad, tyle wieków Gabriel był dla Michała porażką i kolcem w kamiennym sercu. Czuł się winny, to siebie nazywając powodem odejścia brata. Swój gniew, płonący miecz i odbijający się w oczach ogień. Teraz, po tych wszystkich wyrzutach, okazywało się, że Gabriel nie opuścił ich przez niego, o nie. Zrobił to z powodu ludzi. Tych malutkich mrówek na dole, zasiedlających ziemię, rodzących się i umierających w ułamku sekundy, w czasie krótszym, niż potrzebny do pstryknięcia palcami. Michał czuł się skonfundowany. Dla niego ludzie byli niczym więcej, jak elementem krajobrazu. Jak lasy Amazonii albo piaski Sahary. Ulotnym dziełem Ojca, któremu wszyscy mieli się pokłonić. Michał zrobił to, bo tego wymagał ojciec - a rozkazów nie kwestionowało się, nie dyskutowało o nich, nie negowało ich. Nie rozumiał podejścia Lucyfera - bo cóż szkodziło mu raz ugiąć kolana i zostawić ludzi ich własnym, małym sprawom, interesującym nie bardziej niż życie mrówek, tych, do których Michał ich porównywał? Nie rozumiał też Gabriela, który wtrącał się w Boże plany nie mniej, niż Jutrzenka - w ten inny, jeszcze mniej zrozumiały sposób. Nie zorientował się nawet, gdy jego naczynie, wrażliwe na zmiany chmurnego nastroju, zmarszczyło brwi. Nie widział sensu w tym, co mówił Gabriel. Nie rozumiał po cóż poznawać ludzi, skoro Bóg im tego nie nakazał. Nie wiedział, jak miałoby im to pomóc, jaką ludzkość mogła dać im militarną przewagę. Po co w ogóle wplątywać mrówki w sprawy większej wagi? Widać, jak to się kończyło, skonstatował z irytacją. Winchester. Uważał się za mądrzejszego od nich, od Boga, który pokładał w ludziach taką ufność. Zamiast stanąć twarzą w twarz z przeznaczoną mu rolą, zamiast poddać się sprawiedliwości i w ten sposób choć w minimalnym stopniu odkupić swoje grzechy - uciekał, umykał, krążył dookoła odsuwając w czasie to, co nieuniknione i dając czas Lucyferowi do siania spustoszenia. Dlatego Michael szykował wojnę totalną. Przez człowieka. Dopóki Winchesterowie nie podejmą oczekiwanych decyzji, dopóty jedyną odpowiedzią archanioła na niszczenie Bożego dzieła, będzie poprowadzenie armii aniołów.
- To już się dzieje, Gabrielu - powiedział z nutą melancholii, a jego głos brzmiał jakby dobiegał z daleka. - Wojna, którą nazywasz totalną. Nasi bracia giną, zabierając ze sobą dwa razy tyle plugawych tworów Lucyfera, bo człowiek. Tylko jeden człowiek, Gabrielu - gwałtownie uniósł głowę, płonącymi, gorejącymi od gniewu oczami wpatrując się wprost w brata - poddaje w wątpliwość słowa naszego Ojca.
Powoli, jakby naokoło, zaczął zbliżać się do Gabriela, nadal pozostając w półcieniu. Wyglądał jak drapieżnik, który osacza ofiarę, spokojny, pewny siebie, nie szafujący zębami ani pazurami - ani archanielskim mieczem.
- Skoro tak dobrze poznałeś ludzi, bracie - nawet nie silił się na to, by ukryć pogardę dla samej tej czynności. - Powiedz mi, dlaczego. Co prócz butności kieruje tym człowiekiem? Dlaczego tak długo opiera się przed nieuniknionym? - Michała irytował fakt, że nie rozumie. Dla niego było jasne, iż Dean Winchester zdawał sobie sprawę z tego, iż przejęcie jego ciała przez największego z archaniołów było kwestią czasu, stałą zapisaną lata temu słowami Ojca. A jednak bronił się, uparcie, małostkowo - jak człowiek - powodując cierpienia tylu swoich braci i sióstr, bo Michał nie mógł być wszędzie. Nawet anielskie garnizony nie były niezniszczalne, nawet ich liczbę dało się policzyć - a demonów, czarnookich ohydztw prosto z dna otchłani tylko przybywało, bo ludzie, ci umiłowani przez Boga i Gabriela ludzie, sami zasilali ich szeregi. Największa wygrana Lucyfera. Wykorzystać Boże dzieło w walce przeciwko Niemu. Jak bardzo musiał się śmiać, gdy wprowadzał swój plan w życie. Michał słyszał ten gorzki, smutny i ohydny śmiech w swoich uszach, w swojej głowie, i znowu miał ochotę zapłakać za utraconym bratem. Już nigdy więcej.
I wtedy, gdy Michał rozmyślał na temat demonów, na temat największego plugastwa z możliwych - gorszego, niż każde z dzieci Ewy, razem i osobno, gorszego niż sam Lucyfer - jego brat, Gabriel, śmiał porównać jego do demona. Gdzieś, kiedyś, musieli opowiadać legendy o cierpliwości Archanioła Michała - o kruchej granicy, rozciągającej się wśród wysp nieograniczonego gniewu i czystej wściekłości. O cierpliwości, naginającej się do potrzeb właściciela, pełnej zadziorów i rys na od zawsze poszarpanym kamieniu. Mówili o tym, że gdy w końcu udało ci się zrobić wyłom w murze, z lawiną kamyków spadały na ciebie potężne głazy, których nikt udźwignąć nie potrafił. Mówili o kamiennym obliczu i błyszczących oczach, w których mogłeś zobaczyć swoje odbicie - swoje małe, skurczone, przerażone odbicie, bo nawet Lucyfer, nawet Rafał i Gabriel, nie byli w stanie powstrzymać tego gniewu, ani poradzić sobie z nim. Mówili o tym, że wszystko dookoła zdawało się dawać świadectwo sile jego gniewu, jak teraz, gdy na całej ulicy w tym samym czasie rozprysło się szkło z okien, wypchnięte na zewnątrz jak za sprawą potężnego wybuchu. Wśród dobiegających z oddali krzyków przepełnionych paniką ludzi - tę granicę tak łatwo było przeskoczyć - kroczył on, wściekły, nie zwalniający tempa, drapieżnik uwolniony. Nie minęły nawet sekundy, kiedy dotarł do Gabriela, doskoczył, zaatakował, usidlił, archanielskie ostrze, największa broń Nieba, znalazła się w jego dłoni. Przekręcił je w ręku, gładko, od niechcenia, na srebrnym ostrzu odbił się błysk latarni, zanim Michał przyłożył je do gardła własnego brata, unosząc jego brodę i jego samego. Oddychał ciężko, mrużąc oczy i rozszerzając je, gdy przez kilka sekund przechylając głowę przyglądał się bratu, przekręcając sztylet na jego szyi, aż jedna, samotna kropla krwi spadła na wąską przestrzeń pomiędzy nimi.
To sprawiło, że się otrząsnął.
- Znajdź Deana Winchestera - wymruczał, ciągle mrużąc oczy. - A może cokolwiek, kiedykolwiek, zostanie ci jeszcze wybaczone.
I nie siląc się na pożegnanie, nie trudząc się nawet odejściem od brata i puszczeniem go na ziemię, znikł.
Gabriel wiedział, jak się z nim skontaktować. Wiedział też, że już nigdy nie zniknie z oczu Michała. Jakim starszym bratem by był, gdyby mógł do tego dopuścić?

zt.
avatar
Michael

Liczba postów : 11
Join date : 12/04/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bill's Gamblin'Hall

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: LAS VEGAS :: CENTRUM

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach