Bar "Pod Bluszczem"

 :: VALLEY CITY :: CENTRUM

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Sty 06, 2013 10:48 pm


Powiedzmy, że jakoś tak to wygląda. Dlaczego "Pod Bluszczem"? Bo tuż nad ciężkimi drzwiami wejściowymi wisi drewniany szyld z wyrytą kiedyś nazwą, zupełnie inną. Jednak uparta, głucha na szczęście, babeczka mieszkająca nad lokalem uparła się na hodowanie bluszczu na parapecie. Zielsko tak się rozrosło, że przejęło cały szyld, kompletnie zasłaniając starą nazwę. Teraz łodygi są tak długie, że mimo kilkumetrowej odległości doniczki od ziemi, muskają co wyższych klientów po czuprynach, czy czapkach, a ścinanie tylko napędza ich wzrost. Lokalni więc zapomnieli o starej nazwie baru, nazywając go po swojemu, adekwatnie do sytuacji. Czyli zwyczajnie "Pod Bluszczem". Generalnie w środku większość przesiaduje przy długim, ciągnącym się przez całą ścianę barze, kosztując lokalnego piwa, dostępnego tylko tutaj. Na drugim końcu sali znajduje się niewielka scena, na której kilka razy w tygodniu występ dają okoliczni pseudoartyści, obdarzani gromkimi brawami, lub obrzucani resztkami śmieciowego jedzenia, które tu podają. Czyli chcąc zaśpiewać, zagrać, czy zatańczyć musisz liczyć się z tym, że publika wybredną jest i zarobić w czoło możesz mięsem z hamburgera, lub frytkami, czy garścią orzeszków. Czasem, gdyby zostać do późna zarobić można też krzesłem. Bo bijatyki pijanych mężczyzn, którzy stają się jeszcze bardziej niż na trzeźwo, są niemalże codziennością.


Ostatnio zmieniony przez Iriss Sheppard dnia Czw Sty 10, 2013 6:10 pm, w całości zmieniany 2 razy


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Sty 06, 2013 10:48 pm

Widocznie było wiele rzeczy, o których nie wiedział na temat Iriss. Krwawienie, omdlewanie, walka z wielkim bólem spowodowanym dziurawą tętnicą i kawałkiem drewna, wbitym w brzuch nie przeszkadzało w próbach rejestracji otoczenia. Może zmysły trochę szwankowały, ciemne plamy, wirujące przed oczami zmieniały obraz, przeszkadzając w skupieniu się na jednej rzeczy, dudnienie w głowie nie pozwalało ocenić skąd dobiegał dźwięk, o ile w ogóle jakiś zdołał się przebić. Pamiętała nawet jaka muzyka leciała wtedy cicho z głośników, które były tuż pod jej uchem. Te dźwięki, tak bardzo kojące pozwalały jej wytrzymać ból. Wracać jakoś do rzeczywistości. Taką kotwicą nie pozwalającej jej poddać się bólowi, przemieszanemu z cholernie dużą, nużącą i dobijającą sennością był głos Deana. Lekko ochrypły, pełen zmartwienia i irytacji, jeśli nie wściekłości. Pamiętała też wyraz jej twarzy, gdy niósł ją, konającą na rękach i kładł ostrożnie, w pośpiechu na tylnich siedzeniach Impali. Te duże, zielone oczy, zmrużone od wysiłku… lub zmartwienia. Sama już nie wiedziała. Nie lubiła wracać do tego pamięcią. Było jej wstyd za siebie. Za swoją niezdarność i nieporadność. Czuła się głupio. Bała się, że przez jakiś czas nie będzie potrafiła spojrzeć w jego lśniące tęczówki. Przełamała się jednak po czasie. Podziękowała nawet i przeprosiła… czy coś w tym stylu. Bo te słowa przychodziły jej ciężko. Jak chyba każdemu, gdy trzeba było wypowiedzieć je ze stu procentową szczerością i pewnością, że są na miejscu. Że powinny zostać wypowiedziane. Nie wiedzieć czemu gardło nie chciało wtedy współpracować, tworząc nie łatwy do przejścia tor przeszkód. Na szczęście miała to już za sobą. Powtórzenie czynności przyszłoby o wiele trudniej. Bo to, jak się zdaje, jest przeciwieństwem tej zasranej regułki. Że niby im więcej, tym później łatwiej. Gówno prawda. Ona nigdy się do tego nie przyzwyczai. Na wspomnienie minionej nocy aż ciarki przeszły jej po plecach, powodując, że cała drgnęła i złapała się za brzuch. W miejscu, w którym wbity był kołek teraz widniała tylko mała szrama. Ledwie widoczna. Blizna na jej duszy była za to o wiele bardziej pokaźna. Miała nadzieję, że Dean nie zauważył jej reakcji. Uśmiechnęła się więc tajemniczo, trochę łobuzersko i spojrzała na niego. –Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz, Winchester.- znów miała ochotę powiedzieć „ogierze”, wspominając jego rozbawione spojrzenie. Podobało jej się. Zaraz…. Co? Cholera. Nie, nie tak miało być. Nic w Deanie nie powinno jej się „podobać”. To kumpel jej braci. Znali się przecież od dziecka, robiąc sobie nawzajem na złość, dokazując i te inne sprawy. Większość dookoła, widząc ich przebywających w jednym pomieszczeniu sądziła, że się wręcz nie znoszą. Jednak prawda była taka, że nie do końca ich spostrzeżenia były trafne. Jest takie powiedzenie… kto się czubi, ten się lubi. Do czegoś takiego można było ich zaklasyfikować. Gdzieś, a jakimś ułamku schemat się zgadzał. W rzeczywistości jednak było to bardziej skomplikowane. No bo jak cokolwiek, co dotyczy Iriss mogło by być proste, jasne i przejrzyste? Nie, z nią się tak nie dało. Zamiast rozkładać rzeczy na czynniki pierwsze, pokazując światu dobitnie do zrozumienia o co jej chodzi, wolała zawinąć tą rzecz w jeszcze kilka szmatek, zakopać pod ziemią, albo zabrać kilka części i przełożyć do czegoś innego, plącząc tak bardzo, że doprowadzenie do stanu pierwotnego graniczyłoby z cudem. No ale niestety. Już taka nasza panienka była. Popaprana. Nie umiejąca współpracować.
Po ziemi krążyło wielu wspaniałych łowców. Pech chciał… tak jej się wydawało, że pech, bo on przecież był jej wiernym kochankiem, który nie opuszczał jej ani na krok, jeden z najwybitniejszych, jak to się mawiało na ulicy, siedział właśnie obok, odpalając samochód. Niełatwo było więc przy nim zabłysnąć swoimi umiejętnościami. Zaskoczyć go, czy zaimponować jego świetlistej osobowości. Nie to, żeby chciała, czy się starała. Ale żeby zaraz robić z siebie największą ofiarę losu? Nie. Stanowcze nie. Trzy razy nie. Po prostu chciała udowodnić, że potrafi dać sobie radę sama. Może jakiś wyczyn u boku Dean’a, który przypadkiem zostałby nakłoniony do szepnięcia kilku słówek tym natrętnym klonom, zmieniłby ich podejście do niej. Z małej, szczerbatej, krzywonogiej dziewczynki, która lubiła bawić się ostrymi narzędziami, robiąc sobie niejednokrotną krzywdę, wyrosła przecież na samodzielną, uwaga, uwaga… kobietę. Tak te dwadzieścia sześć lat na karku, nie spędzonych na obijaniu się, przecież musiało o czymś świadczyć. Ale nie. Nadopiekuńczość zawsze w modzie.
Spojrzenie Dean’a spowodowało, że nie zdążywszy nawet zmienić stacji, od razu cofnęła dłonie, przyciskając je na chwilę do klatki piersiowej i uśmiechając się słodko. Nie wiedziała, że jest AŻ TAK przewrażliwiony na punkcie swojego samochodu. Może powinna podłożyć folię pod tyłek, żeby przypadkiem nie zabrudzić foteli? Choć raz już to zrobiła. I za to opieprzu nie dostała. No, chyba, że była akurat nieprzytomna. To inna historia. Po małych zmianach dokonanych przez Winchestera głośniki wydały delikatny i subtelny dźwięk gitar, początkujących jedną z piosenek Bad Company*. Lubiła tą piosenkę, choć chętnie posłuchałaby teraz… Pantery. Tak, na to miała ochotę. Słowa łowcy jednak rozproszyły te myśli, karząc jej spojrzeć na niego. Odwróciwszy głowę napotkała spojrzenie Deana, wlepione w jej uda, które pocierała, by się rozgrzać. Również na nie spojrzała, a potem znów zwróciła wzrok ku jego twarzy, unosząc delikatnie jedną brew, pełna rozbawienia, które znikło gdy jej oczy w końcu znalazły punkt, na którym mogłyby spocząć. Jego usta. Które oblizywał. W taki sposób… Zadrżała. Mimowolnie. Nie mogła tego powstrzymać. Ruszyła się niespokojnie na fotelu, tym razem chowając dłonie pod uda. Miała je lekko zmarznięte, a tam będzie im ciepło, prawda? Odchrząknęła, próbując przywrócić się do normalnego stanu. Co się z nią działo? Czemu ona tak na niego reagowała? Czyżby za dużo stresu i wrażeń jak na dzisiaj? Może ta opcja z pójściem samotnie do jakiegoś baru i zaciągnięciem do łóżka jakiegoś nieznajomego, zapominając o nim następnego ranka, nie było takim złym pomysły. Lecz cóż poradzić, że rozum wyprowadził się od niej na dobre i jak głupia poszła za zielonookim. –Emm.. tak. Jest jeden bar.- uśmiechnęła się, przygryzając dolną wargę i ostatni raz spojrzała na usta, skupionego na drodze kierowcy. Zaczęła tłumaczyć mu jak dojechać w owe miejsce. Poza tym starała się nie patrzeć w jego stronę. Nie to, żeby ją kręcił. Czy coś. Nic z tych rzeczy. Nie mógł tak na nią przecież działać. W żadnym wypadku. Nie jechali długo. Przeleciały może trzy, kojące piosenki. Ich oczom ukazał się drewniany szyld z wyrytą dosyć prosto nazwą, zarośnięty bluszczem posadzonym w doniczce, stojącej na parapecie. Miejsce może nie wyglądało zachęcająco, ale Iriss była tu kilka razy i podobało jej się. Nie było tłumów. No, może czasami, piwo serwowali dobre, a na scenie często grywali miejscowi, wzbijający się dopiero artyści, witani ciepłymi brawami. Wiele świec, rozstawionych dookoła, drewniane, zadbane, okrągłe stoliki i wygodne krzesła pozwalały na zrelaksowanie się i zapomnienie o całym syfie, przeżytym tego dnia. Czasem zdarzało się, że na pustej przestrzeni przed mini-sceną pojawiało się kilka par, tańczących do spokojniejszych, bardziej romantycznych kawałków. Nie to, żeby Iriss kręciły takie rzeczy, ale po dniu pełnym adrenaliny, stresu i krwi czasem miło było popatrzeć na coś takiego. Na zwykłych, nieświadomych tego całego zła na świecie ludzi. Gdy tylko silnik zgasł i muzyka w kabinie ucichła, Iriss wyszła z samochodu, przechodząc go dookoła, by ruszyć w kierunku wejścia. –To tutaj.- uśmiechnęła się Deana, który stanął obok niej po zamknięciu drzwi. Ruszyła powoli odruchowo wyciągając rękę, w kierunku dłoni Winchestera, zwisającej swobodnie wzdłuż jego ciała. Chwyciła ją delikatnie, praktycznie tylko muskając swoimi chłodnymi palcami i pociągnęła lekko. Dotyk jego skóry wywołał u niej kolejny dreszcz. Nieprzyjemne. Bardzo. Choć może jednak... Zaraz opamiętała się co właśnie robi i cofnęła dłoń do siebie, pozwalając by ramie łowcy opadło na swoje miejsce. Odwróciła głowę w druga stronę, by ukryć rumieniec, który niespodziewanie i nieposłusznie wyskoczył na jej policzkach. Przygryzła dolną wargę, przeklinając się w duchu. Przyspieszyła kroku, by jak najszybciej wejść do pomieszczenia i zgubić się gdzieś w niewielkim tłumie. ** Znalazła wolny stolik, przy ścianie, lekko na uboczu, jednak z dobrym widokiem na resztę pomieszczania i scenę, na której, siedząc na wysokim krześle i trzymając opartą o nogę gitarę, śpiewał mężczyzna. Usiadła i w końcu odważyła się na to, by popatrzeć na Dean’a, a raczej odszukać go wzrokiem w tłumie. Kontakt wzrokowy jednak był nieunikniony i wywołał kolejnego, cholernie irytującego rumieńca. Uśmiechnęła się blado, trochę niepewnie, czując się niezręcznie. Miała nadzieję, że tym razem nie spaliła zbyt mocno. Nie chciała niczego między nimi psuć. Przecież było dobrze. Nawet nie miał jej za złe tego pożaru. Gdy już siedzieli przy stoliku jakaś ładna, ciemnowłosa kelnerka podeszła do nich, pytając o zamówienie. Iriss nie czekając na decyzję Winchestera zamówiła dla nich dwa piwa, które lubiła tutaj pijać. Znów się do niego uśmiechnęła, ukradkiem, próbując się ogarnąć i wydusić choćby słowo. Jednak gdy otworzyła usta, by powiedzieć coś iście inteligentnego, mężczyzna na scenie skończył smętny utwór, na co publika zareagowała gromkimi brawami, zagłuszając jej jeszcze nie wypowiedziane słowa i myśli, oraz zwracając na siebie całą uwagę zebranych w barze.


* No bo nie wiedziałam co wybrać, a mi się ten zespół kojarzy z Impalą :3
** No a to musiałam. Boooszz, to takie słooodkiee! Soooryy! Nie bij xD


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by The Geek Monkey on Wto Sty 08, 2013 8:59 pm

- I najpewniej nie chce się o nich dowiedzieć, Sheppard. Jeszcze przygniecie mnie ogrom tych informacji i będę potrzebował kilku wizyt u psychiatry by się po nich pozbierać - obparł z nutką rozbawienia w głosie, spoglądajac na dziewczynę z ukosa. Jezu, gdyby wiedział, że widzi w nim Super Łowcę, to rozbawienie przeszłoby w złosć na jej głupotę. Wybitną w dodatku.
Nie uważał się za najwybitniejszego łowcę. Nie. Był dobry, wiedział wiele, zabił mnóstwo potworów i robił inne, dziwne rzeczy, ale w życiu nie nazwałby się 'najwybitniejszym'. Bo robił te 'inne, dziwne rzeczy'. Nie był z siebie dumny, nie potrafił tak na prawdę docenić samego siebie - od zawsze uważał że zawiódł ojca, bo jeśli dla kogoś chciałby być najlepszy, to właśnie dla John'a. Ojciec oddał za niego życie, sprzedał się i cierpiał w piekle, a Dean tak po prostu spierdolił to o co go prosił. Nie był dobrym synem. Nie był dobrym bratem. Pozwolił na to co stało sie z Samem, i może to nie miało wiele wspólnego... nie, to miało wiele wspólnego z łowieckim światem. Zbyt wiele wspólnego. I nawet jeśli Iriss uważała Winchestera za dobrego łowcę, znaleźliby się i tacy którzy uznaliby go za słabego, nie potrafiącego zniszczyć źródła problemu, mimo że było ono pod ręką. Pewnie znaleźliby się i tacy, którzy chętnie by zapolowali na niego i jego brata. Plotki szybko się rozchodzą, a przetrawiane przez wielu nabierały przedziwnych, kłamliwych kształtów.
Możliwe że nie było tego widać, ale Iriss zaimponowała Dean'owi. Wtedy, kiedy z kołkiem wbitym w brzuch ciskała gromami w stronę krwiopijcy, nie przejmując się litrami krwi która wylewała się z rany, był pod wrażeniem jej... temperamentu który objawiał się w tak beznadziejnej sytuacji. A wtedy, kiedy połączyli siły przy polowaniu na Ventale? Poradziła sobie z jedną całkiem nieźle, czego wtedy nie powiedział, tylko dlatego że Iriss była młoda, miał ją za narwaną nastolatkę, która chciała pokazać jaka ona jest samodzielna. I nie zamierzał komentować jej zdolności, do których miał nieco sceptyczne podejście. Miał ją za nieco niezdarną, trochę za bardzo roztrzepaną, ale gdyby nie potrafiła o siebie zadbać sama, to zapewne nie siedziałaby teraz obok niego, prawda? I na pewno nie powiedziałby dobrego słowa o Iriss-Jestem-Kobietą-Łowcą jej braciom. To byłoby głupie i takie nie w stylu starszych braci.
Jazda była przyjemna, muzyka wkradająca się do ciemnych zakamarków świadomości Dean'a poruszała trybiki odpowiedzialne za wybijanie rytmu w kierownicę czy ciche podśpiewywanie pod nosem. Nie przepadał za Bad Company, nie pogardziłby czymś innym, ale nie sięgnął do gałki radia by zmienić stację. Najwidoczniej Iriss się podobało, co wywnioskował po jej minie... chociaż nie, przygryzienie wargi nie świadczy o tym że dany utwór się podoba, prawda? Wrócił spojrzeniem na drogę, ciche podśpiewywanie zamieniając w ciche podgwizdywanie.
Zaparkował po drugiej stronie ulicy, na której znajdywał się bar o niezwykle oryginalnej nazwie, radio ucichło, podwójne trzaśnięcie drzwiczek i byli gotowi na to by pić całą noc. Znaczy, najpierw muszą wejść do tego baru, ale niewiele im do niego brakowało. Dean schował kluczki do kieszeni spodni i stanął jak ten przysłowiowy słup soli, kiedy chłodna ręka Iriss złapała jego dłoń i pociągnęła w swoją stronę. Nie ruszył się, skonfundowany zachowaniem Sheppard, wpatrywał się w jej oddalającą się sylwetkę, dopiero po chwili powracając do siebie. Schował ręce do kieszeni kurtki i ruszył w stronę baru, zastanawiając się czy aby na pewno dobrze zrobił proponując wspólnie spędzony wieczór. Ale przecież chciał tego, prawda? Cieszył się, tak trochę, kiedy podeszła do niego i rozwiała nieco te ciemne chmury nad jego głową. Towarzystwo Sheppard wiązało się z drobnymi złośliwościami i żarcikami, które niewiele miały wspólnego z całym burdelem jaki ich otaczał. W dodatku byli dorośli, umieli ze sobą rozmawiać bez krzyków, tak po prostu jakby byli dobrymi znajomymi. Tak jak wtedy, gdy przy (kolejnym) przypadkowym spotkaniu w Lawrence, wieki temu, wybrali się na zwykły spacer z torebką pełną różnorakich ciastek, którymi potem Iriss karmiła gołębie. A to złapanie za rękę? Impuls. Na pewno, czysty impuls, nie dyktowany żadnymi większymi potrzebami. W końcu to była Sheppard, nie? Ona od zawsze pokazywała że wdzięki Winchestera na nią nie działają. Że traktuje go jak kumpla swoich braci, i nic nie powstrzyma jej przed tym, by sprzedać mu łokcia w brzuch albo pokłócić się z Dean'em o cokolwiek. Jednak... nie, musiało mu się wydawać. Przecież to nie możliwe że taki zwykły gest mógłby powodować takie dziwne prądy, rozchodzące się od palców po całej dłoni, aż do łokcia. Było zimno, on trzymał dłuższy czas kierownicę i to pewnie te takie małe wyładowania, co czasem się robiły na skórze. Na pewno. Tym bardziej że przecież nie raz, nie dwa, tego dnia panna Sheppard zaszczyciła go swoim dotykiem. Ale tego tutaj się nie spodziewał. To było... zmarszczył brwi, kręcąc głową, chcąc pozbyć się dziwnych myśli z głowy. Super - pozbył się ciemnych myśli o Samie i Apokalipsie, a w zamian dostał pokręcone myśli o Iriss, przygryzionej wardze, i tyłku w obcisłych jeansach.
- Stary, potrzebujesz czegoś mocnego. Na prawdę czegoś mocnego - mruknął pod nosem, popychając ciężkie drzwi. Winchester wszedł do lokalu i od razu natrafił na grupki ludzi które utrudniały widoczność, i skutecznie przeszkadzały w poruszaniu. Nabrał powietrza w policzki, szukając spojrzeniem łowczyni która uciekła do niego jak spłoszona łania. Albo aż tak się jej spieszyło do tego, by czegoś się napić, bo przecież nie miała powodu do ucieczki. Po chwili szukania, i przy okazji lustrowania kilku dziewczyn, których pełnoletność pozostawała pod znakiem zapytania, natrafił na spojrzenie Iriss i ruszył w kierunku dziewczyny. Kilka mruknięć 'przepraszam', kilka łokci wbitych w brzuchy upartych gości i w końcu posadził tyłek przy stoliku, na przeciw brunetki. Odwzajemnił uśmiech, wyciągając nogi pod stolikiem, pewnie przez przypadek trącając nogi Sheppard, nie przepraszając a nawet jeszcze raz lekko kopnął w nogę łowczyni. Dla zaczepki. Bo on się nie czuł skrępowany, niepewnie czy niezręcznie. Może i miewał dziwne myśli, ale był TYM Winchesterem, który w obecności kobiety nigdy, ale to nigdy nie czuł się skrępowany.
Rozglądał się po wnętrzu, jednak kiedy kelnerka do nich podeszła z głupim uśmiechem skierował swój wzrok na ciemnowłosą dziewczynę. Jej, przesadnie, wymalowane czerwoną szminką usta wygięły się w zalotnym uśmieszku a biodra nieco za mocno się kołysały gdy, po łaskawym odebraniu zamówienia od towarzyski łowcy, odeszła od ich stolika. W sumie patrzył tylko przez chwilę, nie dłużej niż zazwyczaj to robił, wracając spojrzeniem od Iriss. Czekał, widząc że dziewczyna chce coś powiedzieć, ale nawet jeśli cokolwiek wyszło z jej ust, zostało zagłuszone przez brawa i wycie publiki, która domagała się kolejnego utworu. Na Boga, nie, nie róbcie tego. Dean uśnie przy jeszcze jednym takim smęciaku.
- I ty to nazywasz lepszym lokalem, tak? - zapytał zaraz po tym jak owacje ucichły a na ich stoliku stały dwie butelki zimnego piwa. - Na serio? Muzyka niczym w jakieś babcinej telenoweli o Lucindach i Fernandach- nie, on wcale tego nie oglądał jakoś namiętnie. Nie wina Dean'a, że w tanich motleach kablówki były ubogie w programy, a w nocy nie nadawali nic ciekawszego niż takie własnie odmóżdżające seriale o wielkiej, nieszczęśliwej miłości. Po za tym, czasem taki serial dawał odpocząć psychice, serio. Dwa odcinki i człowiek wyłącza całkowicie myślenie.
- A wystrój przypomina miejscówkę na pierwsze randki szczeniaków. No, ale za to piwo dobre - uśmiechnął się. Piwo na prawdę było o niebo lepsze niż w tamtym dziwnym miejscu, ale i tak nie dorównywało jego ulubionemu El Sol.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Sty 12, 2013 12:18 pm

Gdyby tylko Iriss dowiedziała się o tak niskiej samoocenie Dean’a, to na pewno dostałby od niej za to w łeb. I to porządnie. Nie było przecież ludzi na tym świecie, którzy byliby idealni. Ani jednej takiej osoby, na cale te szwędające się bez celu, po brudnych ulicach miliardy jednostek, myślące tylko o czubku własnego nosa. Nie dało się uszczęśliwić przecież każdego. W tej profesji, pełnej niebezpieczeństw i masowego podejmowania najtrudniejszych decyzji-bo dotyczących życia innych- z którymi nie poradziliby sobie zwykli śmiertelnicy, nie można było uniknąć błędów, pomyłek, poświęceń. Lecz z większością trzeba było się po prostu pogodzić. Zapomnieć o tym szarpiącym za serce bólu i robić dalej to, co należy. Czasem każdemu, nawet najlepszemu, zdarzy się spieprzyć robotę. Jeden zły krok, opóźnione działanie i wszystko, nad czym się pracowało, momentalnie legło w gruzach. Nie można zaprzeczyć, że Winchesterowie nie popełniają błędów. Robią to tak samo często, jak i inni. Jednak w ich działaniach było cos więcej niż tylko głupia chęć zabawy w bohatera- jakkolwiek poważnie by tego nie traktować. Wszystko to, co zrobili dobrego rekompensowało straty, jakie przy tym poniósł świat. Może i Iriss nie wiedziała obecnie zbyt wiele, jednak plotki doszły i jej uszu. W większość z nich po prostu nie wierzyła. Na przykład w to, ze Sam- złote dziecko- działał wbrew wpajanych każdemu łowcy ideałom i staną po ciemnej stronie mocy. Nie wierzyła, że umyslnie wypuścili tego potwora z klatki. To nie było w jego stylu. Ani Dean’a, który niby miał mu w tym pomagać. Po prostu. Za dobrze ich znała, żeby od tak bez żadnego materialnego potwierdzenia kupiła słowa wyplute z jakiejś zapitej gęby. Mogę zaręczyć ze po usłyszeniu takich bajek, od kogokolwiek, jej pięść pozbawi tą osobę wszystkich zębów, a sztylet przy pasku z przyjemnością skróciłby idiocie zbyt długi jęzor. Dokonania synów John’a pozwalały na przymknięcie oka na mniejsze i większe błędy. I wbrew bzdurnym przekonaniom Dean’a jego ojciec na pewno byłby dumny. Gdyby Iriss była tylko w stanie, to poręczyłaby za niego, albo udała się prosto do piekłam czy nieba – w zależności gdzie owy pan przebywa, bo plotki były różne- po pisemne potwierdzenie i przybiłaby je gwoździem do tego durnego czoła zielonookiego. On nie miał po prostu podstaw myśleć, że zawiódł. Że robi, czy zrobił cos nie tak. Jako jeden z nielicznych ma prawo do uważania się za zajebistego łowcę. Obydwoje mieli. Podjęli się czegoś, do czego nikt inny nawet nie chciał podchodzić. Inna sprawa, że ten syf po części sam zapukał do drzwi Impali, ale mogli po prostu się na to wypiąć, dalej próbując robić to, co wcześniej, nie zwracając uwagi na konsekwencje. Ale nie zrobili tego. Nawet nie próbowali. Więc czemu, do cholery jasnej, Winchester miałby sądzić, że nie zasłużył na to miano? Miał szczęście, że nie wypowiedział tych słów na głos. Na dodatek w towarzystwie Iriss, której nie obchodziły poglądy jakiś zadufanych w sobie, ślepych, starych łowców, którzy po wybiciu kilku wampirów mają się za bohaterów XXI wieku i żałują, że nie mogą się ujawnić. Ona wiedziała swoje. I nie pozwoli na głupie obwinianie braci. Po prostu nie i koniec. Jakiś matczyny instynkt się w niej odezwał. Chociaż do relacji matka-syn z Dean’em było jej daleko. Zwłaszcza dzisiaj. Teraz. Jakoś tak… bo chyba. Nie. Nie myślmy o tym. Iriss skupiła całą swoją uwagę na drodze. Na tym w jaką uliczkę trzeba teraz skręcić. Bądź co bądź, ale dawno nie była w tym barze, do którego teraz ich prowadziła. Słysząc podśpiewywanie Winchestera i ciche gwizdanie miała ochotę się roześmiać, ale tylko przygryzła delikatnie kciuka dłoni, którą podpierała się na oknie, by się powstrzymać. Po chwili się przyzwyczaiła, ale na początku miała na to wielką ochotę. Jej bracia też czasem śpiewali. Lecz w czasach gdy jeszcze podróżowała z nimi na tylnim siedzeniu rzucała ich wszelkiego rodzaju jedzeniem, czy papierkami, w sumie czymkolwiek, co tylko znalazło się pod ręką, by ich uciszyć. Kończyło się na małych bitwach i raz nawet na zamknięciu bezbronnej, drobnej ledwo-co-nastolatki w bagażniku na kilka minut. Jednak jej taktyka z siedzeniem cicho i po kryjomu bawieniem się wszelkiego rodzaju bronią, jaką udało jej się wyciągnąć z lekko uchylonego schowka, działała na bliźniaków, którzy bojąc się, że coś się ich biednej siostrzyczce stało wyciągali ją stamtąd. I nie mieli spokoju przez resztę drogi. Bo Iriss była małym, wrednym i mściwym stworzeniem. Na szczęście już trochę z tego wyrosła. No… może nauczyła się po prostu nad tym panować. Szkoda tylko, że nie mogła powstrzymać tego głupkowatego gestu, którym popisała się przed wejściem do baru. Cały czas huczało jej to w głowie. Bo… nie wiedziała czemu to zrobiła. Przecież… Nie. Nie wiedziała. To Winchester. Jego się nie łapie za rękę. Nikogo się nie łapie za rękę. Ale jego… Teraz najchętniej wlałaby w siebie litr wódki. Albo i więcej. Tak na dobre rozpoczęcie wieczoru. Żeby sobie poleżeć gdzieś, obojętne gdzie i poniemyśleć. Bo najwyraźniej dzisiaj jej myślenie nie wychodziło. Ani trochę. Robiła dziwne rzeczy. W głowie świdrowały jej jeszcze dziwniejsze. I jak patrzyła na Dean’a, siadającego obok niej na stoliku, choć już myślała, że się zgubił, to dziwnie na niego jej się patrzyło. Nie tak, jak zawsze. Chyba dzisiaj wszystko było… dziwne. Weź się ogarnij, idiotko.
Ale nogi, wyciągnięte pod stolikiem spowodowały, że kolejny dzwoneczek, a raczej dzwon zabił wewnątrz ścian jej czaski pozostawiając sobie bolące echo. Ale tym razem się nie ruszyła. Przecież to nie było nic strasznego. Tak? Jakąś fobię dotyku miała, czy coś? Nerwica po tych wszystkich latach babrania się w syfie ją naszła? Miała nadzieję, że była po prostu zmęczona. Tą całą zabawą posranego do granic możliwości bożka. Szczerze powiedziawszy widok łowcy, obracającego się za kształtnymi biodrami kelnerki trochę ją uspokoił. Przywrócił do realnego świata. Bo wcześniej, tak jakby, odfrunęła sobie troszkę. Inaczej nie mogła wytłumaczyć tego głupkowatego uczucia, jakie ją naszło gdy zbyt intensywnie przyglądała się ustom Winchestera w Impali.
-Szczerze mówiąc nie wiem, czy jest lepszy. Piwo da się pić. No i nie jest „Małym John’em”. To mi wystarcza.- uśmiechnęła się do Dean’a, spojrzała krytycznie na młodocianą kelnerkę, która wyraźnie zbyt nisko pochyliła się, by postawić na stoliku dwie butelki z piwem, odsłaniając tym samym swój okazały dekolt i jego zawartość, szczerząc się przy tym jak głupia i mrugając tymi swoimi wytuszowanymi do granic możliwości rzęsami. Iriss już myślała, że idiotyzm tej zbyt napalonej panny nie może być większy, gdy położyła dłonie na ramionach Dean’a, ściskając je delikatnie i wyjeżdżając z tekstem „Gdybyś czegoś jeszcze potrzebował to… no i dalszej wypowiedzi pewnie nie udało się mu usłyszeć, a już na pewno nie pannie Sheppard, która wybuchła nagle śmiechem, nie mogąc się więcej powstrzymać. Komedia. Istna komedia. Śmiała się głośno, odchylając do tyłu głowę. Ludzie patrzyli na nią dziwnie, kelnerka oburzona, rzuciła jej piorunujące spojrzenie i lekko speszona odeszła w swoją stronę. A Iriss wciąż się śmiała, nie mogąc się opanować. Zaloty lasek skierowane ku Winchesterowi chyba zawsze będą ją śmieszyły. I to jeszcze takie. Po dłuższej chwili uspokoiła się. Posłała łowcy znaczące spojrzenie, uśmiechając się łobuzersko i unosząc na chwilę brwi do góry. –Idź i pokaż tej małej jaki z Ciebie Bóg Seksu.- parsknęła, lecz przykładając do ust butelkę i przechylając ją, by się napić powstrzymała dalszą falę śmiechu. Choć na jej twarzy wciąż malował się pełen rozbawienia uśmieszek. Opanowała się już prawie całkowicie. Czasem tylko, gdy widziała gdzieś w oddali speszoną kelnereczkę, wciąż rzucającą Dean’owi zalotne spojrzenia, walczyła ze sobą, by nie zacząć tarzać się po brudnej podłodze ze śmiechu.
-Nie bój się. Za jaką godzinę dzieciarnia się rozejdzie i zacznie robić się ciekawiej.- na wspomnienie poprzednich wizyt aż się uśmiechnęła. Pierwszy raz była tu chyba z Sidney. Jeszcze jako gówniary, lubiące ładować się w kłopoty. Ot tak, dla rozrywki. Fałszywe dowody i inne takie bajery pozwoliły im siedzieć tu prawie całą noc. Zapewne siedziałby i do rana, gdyby po sali nie zaczęły latać krzesła, a dziewczynki nie znalazły się przypadkiem w samym środku wydarzenia, bo tak jest fajnie. No… ale skąd mogły wiedzieć, że tańczenie na stole wywoła aż takie zamieszanie? Rozróba była wtedy niezła. Tak jak zawsze, gdy te dwie się ze sobą spotykały. Już od dziecka obszar, na którym się bawiły wyglądał jak po katastrofie żywiołowej. Co poradzić? Już tak ich spaczone umysły razem działały.
Smęcący artysta na szczęście zszedł ze sceny i kilku rosłych facetów zaczęło rozkładać jakieś sprzęty. Zmiana repertuaru? Znakomicie. Iriss powoli kończyła już piwo, którego smak bardzo dobrze jej zrobił. Choć po dzisiejszym dniu chyba każde pomyje, zawierające choć trochę więcej procent niż sok, smakowały by jej wybitnie. Już trochę nawet zapomniała o tej głupocie, jaką zrobiła z ręką. Choć na wspomnienie przeszły ją ciarki. Niefajnie. Bardzo niefajnie. Ale jeszcze kilka piw i całkiem o tym zapomni. Teraz chyba bardziej kelnerka pomogła jej w ogarnięciu się. Trzeba będzie zostawić jej jakiś napiwek. Taka fala orzeźwiającego i oczyszczającego umysł śmiechu każdemu dobrze by zrobiła. Szkoda tylko, że jest teraz wrogiem publicznym numer jeden czerwonoustej. Bardzo szkoda. Naprawdę. Chyba się po tym nie pozbiera.
-Więc… tak właściwie co robisz w Valley City?- uśmiechnęła się do siedzącego naprzeciwko łowcy, szturchając go lekko w nogę. Chyba całe to skrępowanie gdzieś z niej uleciało. Wróciła stara, dobra Iriss. Tak przynajmniej jej się wydawało. Chyba, że po prostu ten gest nie miał w sobie nic nadzwyczajnego. Co prawda, patrząc w te jego zielone oczy, w których odbijało się delikatne światło robiło jej się dziwnie… po prostu dziwnie. Ale na razie postanowiła się tym nie przejmować. Po prostu dawno go widziała. Poprzednie spotkania, a raczej to dwa wstecz nie należało do najprzyjemniejszych. Może wspomnienie minionego wieczoru dalej mąciło jej w głowie i dlatego tak się dzisiaj zachowywała? Jeszcze stres i cała ta szopka z bożkiem. Tak. To na pewno to. Jedyne racjonalne wytłumaczenie. Bo gdyby to nie był Winchester… ale nim był. Siedział na przeciwko niej najstarszy syn John’a. Koniec z gdybaniem. Po prostu cieszmy się wieczorem. I smakiem bursztynowego płynu.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by The Geek Monkey on Sro Sty 16, 2013 10:53 pm

Wybuch śmiechu Iriss zaskoczył Dean’a niemal tak samo mocno jak biedną kelnerkę, która nieświadomie była tego wybuchy przyczyną. Winchester trochę nie do końca rozumiał zachowania Iriss, w końcu nie było nic śmiesznego w tym, że dziewczyna która ich obsługiwała chciała to robić jak najlepiej umiała. To się nawet powinno chwalić i nagradzać napiwkami, a nie śmiać się głośno, tym samym ściągając na siebie spojrzenia innych ludzi którzy przybyli do Bluszczu posłuchać muzyki i napić się piwa. Sam Dean wolał przyłożyć do ust butelkę ze swoim trunkiem, niż powiedzieć cokolwiek albo roześmiać się wraz z dziewczyną. A jej kolejne słowa, brzmiały niema jak wyzwanie.
Miał iść? Spojrzał w kierunku kelnerki, która chyba się lekko zestresowała zachowaniem Sheppard, bo nie trzymała już tak zgrabnie tacy jak chwilę temu. Ciekawe jak jej bracia wytrzymywali z Iriss tyle czasu? Może na czas wypadów do takich miejsc zamykali ją w motelowym pokoju, uprzednio przywiązując młodą do łóżka, żeby nie zwiała i nie robiła im scen przy podrywaniu uroczych kelnereczek? Możliwe, ale przecież nie będzie się o to pytał. Wrócił spojrzeniem do rozchichotanej łowczyni, próbując powstrzymać się przed roześmianiem. Śmiech był zaraźliwy, a Iriss tak uroczo błyszczały oczy przy tym… i naprawdę nie przyszło mu do głowy spytać się jej, czy nie miałaby ochoty sama tego sprawdzić. Tego, jakim jest bogiem seksu. Musi napić się czegoś mocniejszego, naprawdę, bo jego głowa szwankuje. Jego zielone ślipia na nowo spoczęły na kelnerce która lawirowała pomiędzy gośćmi, co jakiś czas spoglądając w stronę stolika łowców. Jakby wyczuwała, że ją obserwują.
Oblizał wargi, spoglądając na Iriss nieodgadnionym spojrzeniem. A potem wstał, ściągnął z ramion kurtkę którą zawiesił na oparciu krzesła, i ruszył w kierunku baru, gdzie akurat 'mała czarna' czekała aż barman naleje zamówienia. Winchester tylko raz odwrócił się do Iriss, uśmiechając się rozbawiony. W tym momencie czuł się tym starym, dobrym Dean'em, który nie ma na głowie żadnej apokalipsy ani brata aka 'Peac&Love&Demon Blood". Był sobą.
- Cześć - posłał kelnerce, która wyglądała jakby zachłysnęła się powietrzem i przez moment zapomniała że w ogóle potrafi mówić. Jednak szybko się ogarnęła, posyłając Dean'owi promienny uśmiech.
- Sorry za tamtą, ma takie tiki nerwowe – ruchem głowy wskazał stolik przy którym została łowczyni, nie odrywając spojrzenia od… oczu kelnerki, które były naprawdę piękne. Po za tym pachniała o wiele przyjemniej niż tamta kelnerka, która obsługiwała go w poprzednim lokalu. A to było na plus
- Posłuchaj… jak ci na imię, skarbie?
- Debbie – sapnęła szybko dziewczyna, zaciskając dłoń na brzegu barowego blatu, nie tracąc tego swojego uroczego, niemalże niewinnego uśmieszku.
- Posłuchaj Debbie, mam taką małą prośbę, którą myślę że jesteś w stanie spełnić.
Nie dało się nie zauważyć rumieńca który wpełzał na policzki dziewczyny, a Dean niemal nie przewrócił oczami, rozbawiony zachowaniem kelnerki. Dziwne, naprawdę nie wiedział czemu one wszystkie tak reagują. No naprawdę. Ale wracając do tego co zamierzał zrobić łowca. Pochylił się w kierunku Debbie, szepcząc coś do jej ucha. Dziewczyna zaśmiała się i przegryzła lekko wargę, gdy wsuwał zwinięty rulon dolarówek za dekolt jej pracowniczej sukienki.
- Dzięki - odwrócił sie do barmana, który postawił na blacie tacę z zamówieniem które zrobił Winchester, nim zaczął rozmowę z Debbie. Zadowolony z siebie, zgrabnie omijając tłoczących się ludzi wrócił do panny Sheppard by jeszcze trochę ponękać ją swoim towarzystwem.
- Złożyła przysięgę czystości jakiemuś pokemonowi i nawet przekonywanie jej, że jestem bogiem seksu nie pomogło. Muszę znaleźć inną ofiarę – westchnął ciężko, niezadowolony z takiego obrotu spraw, siadając na swoim miejscu, rozkładając na stoliku zawartość tacy - Pomyślałem, że masz ochotę na coś mocniejszego – wyjaśnił, stawiając przed brunetką butelkę tequili, cytrynę i solniczkę. W sumie to on miał ochotę na coś mocniejszego niż piwo. Taka zwykła, samcza potrzeba. Tak, by zatuszować inne, samcze potrzeby.
- Właściwie to pije – spojrzał na Iriss, wydymając nieco usta. Wyglądał jak znudzony dzieciak, który nie bardzo chce wracać do powodu swojego aktualnego stanu. - No, tak. Pije – jak nie patrzeć tak właśnie było. Valley City był małym przystankiem przed podróżą dalej – kilka piw, jakiś obskurny motel i rano miało go tu nie być. Zaczął od Małego John’a, gdzie dziwny smak piwa zostawał na długo w ustach a sam napój uderzał do głowy. Pewnie gdyby nie pojawienie się Iriss, Dean skończyłby z głową na stole, albo przysypiając na fotelu Impali. – Znaczy, piłem do póki pewna panna co zawsze w opały wpada, nie przysiadła się do mnie – teraz, zamiast szturchnąć nogę panny Sheppard, nadepnął lekko na jej palce u stóp, dopijając to co miał w butelce piwa.
- Mnie bardziej ciekawi, co ty tu robisz. Dorabiasz jako dziewczyna od zmywaka tam u tego John'a? Czy po prostu masz tak za sobą spalone mosty i chodzisz wszędzie tylnymi drzwiami? - zmrużył oczy, i w tym samym momencie nowa kapela, która rozłożyła się na scenie, zaczęła grać coś żywszego niż facet z gitarą parę chwil temu. Na ustach Winchestera pojawił się trochę złośliwy uśmieszek, gdy dźwięki House od fire, Alice Cooper'a rozlały się po lokalu.
- I to się nazywa muzyka, co nie Sheppard? – złapał za butelkę którą przyniósł i odkręcił ją, z wielce zadowoloną miną. - We are buildin' a house of fire every time we touch, house of fire, house od fireee - Dean zaintonował wraz z wokalistą, który starał się jak mógł by dorównać Cooper'owi. W sumie dopiero teraz do niego dotarł sens słów piosenki. Wcześniej nawet nie pomyślał o tym, skupiając się jedynie na tytule, który oczywiście miał nawiązywać do tego co przytrafiło się jemu i Iriss, bez żadnych dodatkowych podtekstów. Po prostu chciał dokuczyć dziewczynie, tak trochę. Nic więcej. Z jego ust zszedł złośliwy uśmiech, a na jego miejsce wskoczył wyraz konsternacji, gdy rozlewał tequilę do dwóch kieliszków. Ale zaraz potem powrócił jego rozbawiony uśmiech – w sumie nie miał się czymś przejmować, już wcześniej sobie powiedział ze to była ta Sheppard, więc pewnie zrozumie aluzję nie doszukując się w niej niczego więcej.
- Salud, Sheppard – mruknął, racząc się solą i krzywiąc się z powodu cytryny, którą przegryzł alkohol. I to tak naprawdę się skrzywił.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Seestra Road Trip on Czw Sty 17, 2013 7:35 pm

Niestety, ale poczucie humoru panny Sheppard było nieco… spaczone. Lekko mówiąc. Sytuacje, ja ta sprzed kilku minut, śmieszyły ją niemiłosiernie. Nie raz było tak, że wyśmiewała jakiegoś taniego adoratora, sprzedając jej kiepskie teksty, licząc, że ją zaliczy, prosto w twarz. I co w zamian dostawała? Pełne dezorientacji i oburzenia spojrzenie, czasem kilka wyzwisk, co kończyło się zasadzeniem delikwentowi kopniakiem w tyłek. Tak co najmniej. Braci natomiast w takich sytuacjach oglądać nie chciała. Oh… jakże źle by się to skończyło! Śmiech to zdecydowanie za mało w tym wypadu. Dwa klony okupujące jakąś blondynkę, z głupkowatymi uśmiechami wymalowanymi na twarzy, zerkający jej w dekolt. Istna komedia! Kiedyś stwierdziła, że ta cała gra wstępna, wkupywanie się w łaski i gry w stylu „Jakie masz piękne oczy skarbie, jesteś olśniewająca” zdecydowanie nie są dla niej. Wolała coś prostszego, o wiele bardziej bezpośredniego. Choć w jakieś bardziej skomplikowane gierki chętnie grywała. Ale jak mówiłam. Spaczony umysł. Ale śmiech to przecież zdrowie. Zwłaszcza po dniu, a raczej wymiarze, z jakim dzisiaj przyszło jej się zmierzyć. W końcu udało jej się odprężyć. Może nie był to stuprocentowy, satysfakcjonujący relaks, ale chociaż ciemne chmury, które przez jakiś czas wisiały uparcie nad jej głową rozwiały się nieco. Nie zanosiło się na deszcz, jak jeszcze godzinę temu, gdy okazało się, że całe to zamieszanie, palący się dom i skakanie z rynny było tylko głupią grą. Gdzieś tam w jej umyśle wychodziło nawet słońce. Delikatne promienie nieśmiało muskały jej duszę, rozweselając ją przy okazji. Nagle wizja obecnego wieczoru wydała się bardziej przyjemna. Choćby miał polegać na dogryzaniu Winchesterowi to i tak będzie to przyjemniejsze niż samotne siedzenie w jakimś barze, lub oglądanie tych gniotów w nocnej telewizji, która poza brazylijskimi telenowelami serwowała tylko porno. Wcześniejsze wątpliwości jakimś cudem się rozwiały. Niestety łowca był już skazany na towarzystwo młodej Iriss. Czy tego chciał, czy nie. Choć dziewczyna do takich, które czują się olewane nie należała.
I najwyraźniej jej małe zaproszenie do zabawy podziałało na Deana. Z klejącym się do twarzy uśmiechem obserwowała jak Winchester udaje się na łowy. Nie była do końca pewna co zamierza zrobić… to jednak było najfajniejsze. Grunt, że w ogóle poszedł. Wiedziała, że jej śmiech zostawi ślad na jego dumie. Bo to był facet. A oni przecież tak reagują. Potem starają się udowodnić jakiś niestworzonych rzeczy, starając się jakby od tego zależało ich życie. A Iriss miała z tego niezły ubaw. Choć w sumie gdyby jej rzucić takie niewypowiedziane nawet wyzwanie, to z pewnością by się go podjęła. Nie byłaby sobą ignorując coś takiego. Jak to się mówi „Nie ma ryzyka, nie ma zabawy”, czy jakoś tak. Popijając sobie piwo, ze spokojnym, pełnym satysfakcji uśmieszkiem obserwowała zagadującego rumieniącą się kelnerkę mężczyzną. Nawet z takiej odległości było widać, że powiedział coś, co spowodowało pojawienie się bardzo nieczystych myśli w jej ślicznej główce. Oh, była pewna, że mu się uda… bo jakby mogło nie? Sama pewnie nie wahałaby się długo. Jednak sytuacja między nimi wyglądała inaczej. Więc może inaczej… gdyby go nie znała, gdyby był tylko obcym, niesamowicie seksownym, przejezdnym… cóż… ale nie był. Nie myśl o tym Sheppard. To Winchester. Wkurzający, wymądrzający się, pan Macho Winchester. Odwróciła głowę w drugą stronę, by nie patrzeć już na ulegającą wdziękom jej towarzysza kelnereczkę i dopijając piwo zastanowiła się jak zajmie sobie czas, gdy „rzeczy będą się działy”. Tak, bo sukcesu zielonookiego była niemalże pewna. O dziwo. Ciekawe dlaczego. Może chodziło o to, jak wcześniej dziewczyna na niego patrzyła? Nie. Stop. Nie myślmy o tym więcej. Nim się jednak spostrzegła łowca pojawił się przy stoliku, niosąc tacę z tequilą, potrzebnym asortymentem i usiadł na miejscu. Nieco ją to zdziwiło… lecz również wywołało na twarzy pełen triumfu i dzikiej satysfakcji grymas. Odstawiła pustą butelkę po piwie, nachylając się nad stolikiem i trzymając szkło za szyjkę dwoma palcami kręciła nim kółka.
-A może z bliska nie wyglądasz już tak dobrze?- uśmiechnęła się złowieszczo. Widok mocniejszego trunku podziałał na nią kojąco. Chyba jeszcze nigdy nie upiła się z Winchesterem. Ale kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda? Tylko niech sobie łowca nie myśli, że będzie to takie łatwe. Miała swoje przeżycia za sobą, a picie tequili było czystą przyjemnością. Zwłaszcza z czyjegoś ciała, ale nie o tym teraz. Bo w sumie chętnie by to powtórzyła, a brakuje im tylko jeszcze… nie, niczego nie brakuje. Nie będzie przecież zlizywała soli z ciała Dean’a, by opróżnić zawartość kieliszka, opartego gdzieś na jego klatce piersiowej, aż w końcu nie miałaby zagryźć trunku cytryną, która trzymałby w ustach. Czas się ogarnąć, zdecydowanie. Nawet nie zauważyła, że podczas napływu tych myśli przyglądała się ustom swojego towarzysza. Znowu. Kaszlnęła, uśmiechając się ukradkiem.-Nawet nie wiesz, jak bardzo.- spojrzała mu w oczy, gdy próbował jakoś nie zdradzając zbyt wiele odpowiedzieć na jej wcześniejsze pytanie. Ona w sumie też była tu tylko przejazdem, ale jak się zdawało zmierzali w przeciwnych kierunkach. Przynajmniej według jej wnioskowania. Wiedziała, że niedaleko znajduje się słynne złomowisko Bobby’ego. Nieważne więc, czy Dean jechał w tamtą stronę, czy też stamtąd wracał. Ona i tak zmierzała gdzie indziej. Przynajmniej to miała w planach. Lecz one, jak wiadomo, lubią się zmieniać.
-Oh, Dean. Czyżby tequila budziła w Tobie artystę? Nie zawstydzaj mnie swoimi wybitnymi rymami.- skrzywiła się, gdy poczuła nacisk na swoje palce u nóg. Odpłaciła się dość mocnym kopniakiem w kostkę, uśmiechając się przy tym słodko i niewinnie. Nie byłaby sobą, gdyby po prostu to zignorowała. Ale miała też nadzieję, że nie zaczną tu zaraz bawić się w zapasy. Chociaż zakończenie mogłoby być interesujące… oczywiście chodzi tylko o to, że to ona by wygrała, zostawiając mężczyznę wijącego się z bólu na podłodze. Przecież nie miała nic innego na myśli. Żadnych podtekstów.
-To moja słodka tajemnica. Gdybym Ci ją zdradziła, musiałabym Cię zabić.- kolejny uśmiech, tym razem bardziej łobuzerski. Nie spodziewała się, że tyle rodzajów tego grymasu wystąpi na jej twarzy dzisiejszego wieczoru. Szczerze mówiąc straciła nadzieję na poprawę stanu rzeczy, skreślając go na wstępie. Na szczęście się myliła.
Z początku słowa piosenki, która zabrzmiała w tanich głośnikach lokalu nie zwróciła uwagi Iriss. Jednak złośliwy uśmieszek Winchestera… cóż. To całkiem co innego. Wiedziała, że coś jest nie tak. Ten jego błysk w oku. A potem usłyszała słowa. Nie tylko te wyśpiewywane przez wokalistę na scenie, ale również i pana Przedszkolaka, który chciał najwyraźniej pobawić się warkoczami koleżanki, siedzącej naprzeciwko. Nieładnie, oj nieładnie. Jednak Iriss przygryzła tylko wargę, powstrzymując zagadkowy uśmieszek i posyłając w stronę łowcy spojrzenie a’la go go. Tak, tak. Duch rywalizacji właśnie przejął nad nią kontrolę.
-Czyżbym wyczuwała wyzwanie? To będzie interesujące…- jej uśmiech się poszerzył, gdy wstawała od stolika, konsumując swoją porcję trunku, zagryzając cytryną, nie krzywiąc się ani trochę. Lubiła ten smak, więc nie był dla niej niczym ponad normę wytrzymałości. Oblizała palce, bo kwaśny sok trochę pociekł jej po opuszkach.
-Pokażę Ci jak wygląda zabawa, Winchester.- zaśmiała się krótko, po czym zgrabnie wskoczyła na stolik, rozpoczynając swój popisowy taniec. O tak, robiła to już wcześniej. Tutaj akurat nie było to niczym aż tak nadzwyczajnym. Może dlatego czuła taki sentyment do tego miejsca? Z całą pewnością jednak zwróciła na siebie uwagę męskiej części widowni. Zgrabnie wijąc się w rytm głośnej piosenki. Na szczęście stoły tutaj były stabilne. Powoli ściągnęła bluzkę, którą miała na sobie. Oczywiście nie do naga… striptizu zamiaru robić tu nie ma. Długi rękaw jednak okazał się zbyt grubym ubraniem jak na obecne warunki. Sam czarny, obcisły top na wąskich ramiączkach w zupełności wystarczał. Gdzieś tam trochę podczas zgrabnego wywijania na stole kawałki jej brzucha, czy pleców zostały ukazane światu, lecz nie bardzo się tym przejmowała. Rzucała tylko czasem Dean’owi pełne rozbawienia spojrzenie mówiące coś w stylu „patrz i żałuj, że nie będziesz tego miał”. Jej biodra kręciły się czasem tuż przed jego nosem, co sprawiało jej niemałą satysfakcję. Może i zachowywała się szczeniacko, jednak jak szaleć, to szaleć. A przecież nie mogła pokazać mądralińskiemu, że jakoś dotknął ją jego mały psikus, prawda? Z resztą dawno tego nie robiła. A okazało się to bardzo odprężające. Nie tylko uśmiechać potrafiła się jak tancerka erotyczna. Ale żeby nie było… nie pokazała wszystkiego, na co ją stać. A gdzie nabyła takie umiejętności… cóż, pozostanie to jej słodką tajemnicą do końca życia. Gdy piosenka się skończyła, zeskoczyła z powrotem na ziemię, siadając na krześle. Mały tłumik gapiów, gwiżdżących i klaszczących przez chwilę szybko się rozszedł. Przeczesała palcami splątane lekko włosy, doprowadzając je do ładu.
-O tak, lubię tą piosenkę.- pokazała Deanowi swoje równe, całkiem białe ząbki, marszcząc przy tym zadziornie nosek. Założyła nogę na nogę i ‘przypadkiem’ dotknęła nią siedzącego obok mężczyzny. – Czyżby teraz była Twoja kolej? Zaskocz mnie i udowodnij, że jednak nie jesteś takim sztywniakiem, jak mawiają.- zabawa naprawdę była na poziomie dojrzewających nastolatków, próbujących dokazywać i udowadniać swoją wrodzoną zajebistość. Cóż jednak poradzić, że dzisiejszego wieczoru takie odmóżdżenie i szczypta zdrowej, zabawnej rywalizacji, nie wymagającej zbyt intensywnego myślenia wydawało się idealnym sposobem na zabicie czasu?


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by The Geek Monkey on Pon Sty 21, 2013 8:23 pm

    Dean też nie miał poczucia humoru godnego Królowej Elżbiety. Może nie miał spaczonego, ale na pewno wielu mogłoby mu zarzucić brak wyczucia i niski poziom żarcików które pojawiały się w jego głowie. Co prawda próby podrywu jego osoby przez obdarowane przez naturę kelnerki nie śmieszył go, a nawet pompowały jego ego (żeby tylko ego...) do większych rozmiarów i czuł się w obowiązku, niczym rycerz na białym koniu, bronić takich kelnerek przed takimi złymi osobami jak Sheppard. I może gdyby dzień był inny, gdyby wieczór nie był tak pokręcony to rozmowa z Debbie przebiegłaby inaczej, tak jak to sobie wyobrażała pani łowczyni. Dean pewnie nie miałby nic na przeciw, chociaż czekać by musiał do końca zmiany kelnerki a dziś to nie wchodziło w grę. Dziś miał być alkohol, alkohol i wkurzanie tego drugiego łowcy niewybrednymi docinkami.Które pewnie stały by się bardziej niewybredne, gdyby Winchester wiedział co tam w główce Iriss się rodzi na temat jego osoby.
    Nie skomentował pytania dziewczyny, obdarowując ją jedynie morderczym spojrzeniem i niedowierzającym kręceniem głową. Dean Winchester nie wyglądający z bliska dobrze? Musiałby być synem jakieś brzydali żeby tak było. Winchester miał piękne geny po rodzicach i z nimi nie dało się dyskutować.
    - To nie tequila kochanie, tylko wrodzony talent - mruknął, chowając nogi pod krzesło, krzywiąc się lekko. Udawanie co prawda, ale w końcu jakiś czas temu niemal nie skończył ze zwichniętą kostką a teraz Iriss tak bezczelnie mu ją kopie. Po za ty była dziewczyną, nie chciał jej zrobić krzywdy bo jakby tak dalej ciągnąc te ich przedszkolne zabawy, to musiałby się tłumaczyć Bliźniakom czemu ich siostra leży w szpitalu. A tego by nie chciał.
    - Aż tak ciekawy nie jestem. Twoje tajemnice muszą być nudne, skoro mają związek z tanimi spelunami. Tylko mam nadzieję, że regularnie odwiedzasz lekarza nigdy nie wiesz czego można się nabawić w takich miejscach - zniżył szept do konspiracyjnego szeptu, który niemal został zagłuszony przez panów na scenie. Winchester liczył na jakieś mordercze spojrzenie Iriss. Pełne oburzenia i poczucia winy. Zawstydzonego rumieńca? Też. Jakiejkolwiek reakcji która by wskazywała, że wybór utworu dotknął dziewczynę. Ale ona oczywiście musiała zinterpretować to po swojemu.
    - Jakie znowu wyzwanie? Za dużo wypiłaś czy... - urwał, skupiając spojrzenie na palcach Iriss, które oblizywała z soku i to było takie... takie strasznie seksistowskie. Czy bracia nie uczuli jej, że nie wolno w towarzystwie mężczyzny oblizywać palce? Bo w głowie rodzi mu się wizja, że te palce to on oblizuje, ssie, lekko przygryza... Ekhem. Na ziemie pomógł mu wrócić dźwięk trąconego szkła i śmiech dziewczyny.
    - Ej uważaj! - krzyknął, kiedy Iriss wdrapała się na stolik, przewracając przy okazji solniczkę. Kieliszki i butelkę tequili przestawił szybko na jeden bok stołu, i odsunął się nieco od... parkietu panny Sheppard by mieć lepszy widok. Nie oszukujmy się, zawsze było miło popatrzeć jak kobieta tańczy na stole. Co z tego, że ta kobieta mogłaby być jego siostrą? Nie była siostrą. Była młodszą siostrą jego kumpli. W sumie, nie ma żadnej zasady mówiącej o tym, że nie wolno patrzeć jak siostry kumpli wywijają biodrami. W końcu to tylko taniec. Jego zielone ślipia śledziły każdy ruch Iriss, zaświeciły kiedy ściągnęła z siebie bluzkę i odwrócił od niej wzrok, kiedy z sali dobiegły gwizdy i krzyki obleśnych gości, małolatów jakiś, którym pofarciło się raz i mogli być świadkami czegoś takiego. Czy to dziwne, że miał ochotę im obić twarz? Pokręcił głową, wracając spojrzeniem do Sheppard Show. Więcej ciuchów niestety nie poleciało a muzyka się skończyła. A szkoda, można byłoby popatrzeć jeszcze trochę. Odchrząknął, przywołując na twarz iście znudzony wyraz, kiedy jej tyłek znów zasiadł na krześle na przeciw Dean'a.
    - Przynajmniej już wiem jak zarabiasz na benzynę, Sheppard. Chociaż, powinnaś trochę popracować nad taktyką. Albo jakoś urozmaicić występ i wtedy byś więcej zarobiła.
    Przesunął z powrotem szkło na środek stolika, nalewając lekko zaczerwienionej Iriss tequili, uśmiechając sie lekko pod nosem. Niemal niezauważalnie. Chciał jej zrobić na złość, wytknąć jej nieuwagę a ta cwana dziewczynka odkręciła to na swoją korzyść. I to w jaki sposób. Zabawne, że ta sama osoba kilka lat temu była małym, krzywym dzieciątkiem, które w okresie dojrzewania wyglądało jak mały, nieproporcjonalny patyk. Przez jakiś czas Dean postrzegał nawet tą dorosłą Iriss w ten sposób, ale od tego wieczora... od tego wieczora to się na pewno zmieni.
    Wlał w siebie jeszcze jedną porcje tequili, spoglądając na brunetkę. Takiego wyzwania nie mógł zignorować, tym bardziej że rękawiczka została rzucona przez kobietę. Przez chwilę siedział, ssąc kawałek cytrny, zastanawiając się co pobije taniec na stole. Grupa, która chwilę temu odegrała zamówioną przez Dean'a piosenkę, teraz zapuściła coś w podobnym klimacie, coś co wbijało się do głowy łowcy i śpiewało wraz z młodym wokalistą, który marzył o wielkiej karierze rockowca.
    - Nie wiem kto ci powiedział, że jestem sztywniakiem, ale mogę cię zapewnić że tak nie jest - odparł, odkładając skórkę owocu na spodek, wypił kolejną kolejkę tequili i wstał z krzesełka. Tym razem nie ruszył w kierunku Debbie, tylko od razu uderzył do zespołu. Chłopcy trochę niechętnie się zgodzili, jednak wiadomość jakoby to miałby być zakład z tą od stołu i widok kilku zielonych banknotów, zgodzili się na to czego sobie życzył. I znów przez Winchestera lokal wypełniła muzyka która grała w duszy łowcy. Podszedł do statywu na którym umiejscowiony był mikrofon, uśmiechnął się, przymykając oczy i wystukując rytm nogą. W życiu tego nie robił. Owszem, śpiewał w samochodzie, pod prysznicem, by wkurzyć Sama. Ale nigdy nie śpiewał dla publiki i być może miał... nie, nie miał tremy. Piwo i tequila skutecznie wygnały tremę z Dean'a, który teraz spoglądał na Iriss, uśmiechając się ostatni raz nim zaczął śpiewać.
    - Living easy, loving free/ Season ticket on a one-way ride/ Asking nothing, leave me be/ Taking everything in my stride/Don't need reason, don't need rhyme/ - z każdym kolejnym wersem coraz bardziej się rozkręcał. Każdy kolejny dźwięk przechodził przez Dean'a jak oczyszczający prysznic, a kiedy tak darł się do mikrofonu zapominał o wszystkim co się wydarzyło. W tym momencie liczyło się tylko to by wyśpiewać tą cholerną piosenkę, by pokazać Sheppard że wcale nie jest sztywniakiem. Jest zajebistym kompanem do zabawy. Bo był. Kiedyś, zapomniał o tym, ale w tym momencie sobie przypominał. Dzięki niej. - Ain't nothing I would rather do/ Going down, party time/My friends are gonna be there too - kiwnął na Iriss by do niego podeszła, tu na scenę. Prawdziwą, a nie taką jaką zrobiła sobie ze stolika.
    - I'm on the highway to hell! - refren rozbrzmiał głośno, bo nie tylko Winchester go wyśpiewał. Większość podpitej klienteli podłapała jego piosenkę i darła sie wraz z łowcą. Tylko że oni nie mieli pojęcia, że autostrada do piekła jest tak blisko. Tak strasznie, strasznie blisko. On tam był, nawet dojechał do celu, ale nie było tutaj teraz miejsca na wspomnienia o tym. Teraz było tylko to cudowne oczyszczenie przy pomocy dźwięków gitary, własnego głosu i... i Iriss.

avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Seestra Road Trip on Wto Sty 22, 2013 8:37 pm

Komentarz Winchestera, jakim została obdarowana zaraz po zejściu ze stolika wywołał u niej lekkie rozbawienie. Odchyliła głowę do tyłu, śmiejąc się krótko, lecz otwarcie. Naprawdę… gdyby on tylko wiedział jak ona potrafi się ruszać, bo nikt, kto widział nie miałby wątpliwości, mówiłby zupełnie inaczej. Nie spodziewała się z jego ust jednak niczego innego, jak zgryźliwego stwierdzenia, którym próbował zrujnować jej ego. To nie było łatwym zadaniem. Będzie się musiał starać o wiele bardziej, niźli mówiąc, że czegoś w jej tanecznych ruchach brakuje. Może mistrzynią nie była i niejedna kobieta w tym barze miałaby coś lepszego do zaoferowania, jednak to, co zademonstrowała przed chwilą na stoliku nie było wszystkim, co umiała. Asy w rękawie zostawmy na potem. Przecież nie używa się ich tak od razu. Może będzie miała okazję zademonstrować je, a łowca zaszczyt pooglądać, w kolejnych rundach ich głupkowatej gierki. O ile do nich dojdą. Może Piegowaty Pogromca Apokalipsy wymięknie znacznie szybciej, niżby można się było po nim spodziewać? Szczerze mówią Iriss zawsze uważała, że tylko zgrywa twardziela. Jeszcze nie pokazał jej, że jest nim naprawdę. Na dodatek spięty, gburowaty, bez poczucia humoru. Dawno nie widziała go robiącego coś głupiego, nieodpowiedzialnego, co nie byłoby związane z ratowaniem i zbawianiem świata, a czystą rozrywką. Może i nie miała ku temu wielu okazji, lecz zawsze, gdy go widziała zdawało jej się, że coś go od środka zżera. I to w dość brutalny i bolesny sposób. W unikaniu okazywania emocji był dobry. Nie mogła temu zaprzeczyć, lecz poza tym jest jeszcze wiele innych aspektów. Chciała poznać go trochę z innej strony. Gdzieś tam głęboko w duszy wyznaczyła sobie misję. Zdjęcie tego sztucznego uśmieszku z jego twarzy i wlepienie na jego miejsce czegoś bardziej szczerego. Czegoś, co spowodowałoby zmianę w jego oczach. Na lepsze oczywiście. Jakiejś iskierki, która przypomniałaby mu, że nie na cierpieniu świat się kończy. Że nawet podczas najgorszych dni można uśmiechnąć się naprawdę. A nie tylko by ukryć to, co kąsa każdy skrawek umysłu. Zbyt wiele razy widziała go przybitego, przygnębionego, zdecydowanie zbyt głęboko rozmyślającego nad aspektami życia i świata, które powinien był odesłać w zapomnienie. Chociaż raz. Przez jeden wieczór niech poczuje inną stronę tego całego syfu. Niech zapomni, restartując się. Może będzie to dobrą rekompensatą za ten cały bałagan, jaki narobiła w fikcyjnym domu. Bo mimo, iż wszystko okazało się tylko iluzją… cóż, ślad na psychice jednak zostaje. A ona, jakby nie patrzeć, wpędziła ich swoją głupotą i niezdarnością w niezłe kłopoty.
-Chyba nie myślisz, że pokazałabym tym śliniącym się, brudnym darmozjadom wszystko, na co mnie stać. Najlepsze zachowuję na prywatne występy. Lepiej płacą.- mrugnęła do niego, uśmiechając się słodko, niewinnie, jakby rozmawiała o kolorowych kwiatkach na zielonej łące. A gdy kieliszki zostały napełnione opróżniła zawartość swojego, nie odrywając spojrzenia od zielonych, świecących tak rozkosznie przy bladym świetle oczu Dean’a. To było trochę wyzywające. Chyba każdy zna zasadę patrzenia sobie w oczy na dłużej niż kilka sekund. Że niby ma to podtekst seksualny… ale przecież nie to miała na myśli. Chodziło o wyzwanie, które mu rzuciła. Kąciki jej ust lekko uniosły się do góry, gdy rozsiadła się wygodnie na krześle, opierając się o niezbyt wygodne, drewniane pręty, wystające z oparcia. Skrzyżowała ręce na piersi, zapominając, że ma nieco bardziej, niż jeszcze kilka minut temu, wydekoltowaną bluzkę i jej biust uniósł się do góry, zdecydowanie zbyt wyzywająco. No po prostu o tym zapomniała. Co innego jej do głowy teraz chodziło. I wcale nie były to usta Winchestera, który cmoktał sobie kawałek cytryny. To, co właśnie robił… to było zadanie kobiet. Kuszenie, zwodzenie, ciąganie za nosy napalonych facetów, kręcących się dookoła. Pobudzanie zmysłów i wyobraźni. Ale… chyba nie robił tego specjalnie, prawda? Co jest dziwnego w obgryzaniu skórki cytryny z pozostałości miąższu? Przecież nic… każdy to robi. Widziała tą czynność setki razy i nigdy… no, może nie nigdy, lecz rzadko kiedy tak to na nią działało. A gdy już ta czynność powodowała, że w jej głowie pojawiały się dość… specyficzne obrazy, spotkanie kończyło się dopiero rankiem. Zostawiając po sobie zazwyczaj miłe wspomnienie. I wcale nie tańczyli wtedy na stołach. Dopiero głos Dean’a wyrwał ją z zamyślenia i dopiero wtedy zorientowała się, że przygryza delikatnie dolną wargę. Oblizała usta i przekrzywiła głowę, uśmiechając się z niedowierzaniem.
-Będziesz musiał się baaarodzo postarać. Plotki robią swoje. Zwłaszcza takie mocne.- jej głos był lekko zachrypnięty, przepełniony nutami wyzwania, które krążyły między nimi w powietrzu. Szczerze powiedziawszy, to zmyśliła sobie te plotki. Musiała go jednak trochę sprowokować. Żaden facet nie zrobi czegoś… powiedzmy niecodziennego, bez odpowiedniego bodźca. A wyzwanie rzucone przez kobietę- nie ma niczego, co zrobiłoby większy bałagan z dumą i ego samców. Gdy tylko Winchester wstał od stolika w Iriss wstąpił triumfalny nastrój. Nie wiedziała jeszcze co zrobi, ale była pewna, że nie zostawi tego ot tak. Udało jej się o ruszyć. SUKCES! Uśmiechając się i opierając łokieć na oparciu krzesła powędrowała wzrokiem za idącym ku scenie mężczyzną. Odwróciła się, by mieć lepszą widoczność na to, co robi. Zaśmiała się cicho, widząc zdezorientowane twarze zespołu, grającego na tej pseudoscenie, a w szczególności młodemu chłopakowi, który robił im za wokalistę i niechętnie przekazywał mikrofon łowcy, siadając na krześle nieopodal i z utęsknieniem zerkając na swoje poprzednie miejsce. Tego, że Dean zacznie śpiewać na pewno się nie spodziewała. Wiedziała oczywiście o jego porywie do muzyki. O podśpiewywaniu i nuceniu, ale naprawdę nigdy nie powiedziałaby, że byłby w stanie wyjść na scenę i pokazać swoje umiejętności wokalne przed większą publiką. Pierwsze słowa wyśpiewał jakby z obawą. To wywołało kolejny, szeroki uśmiech na ustach dziewczyny. Z przejęciem oglądała występ. Aż do momentu, w którym nie kiwnął na nią. Zaśmiała się, kręcąc głową. Wypiła szybko kolejny kieliszek, napełniony po brzegi tequilą i pewnym krokiem ruszyła w stronę śpiewającego rycerza. Nie była najlepszą wokalistą. Może też nie należała do tych, od których głosu pęka szkło, lecz do zespołu raczej by jej nie przyjęli. Za sobą mimo wszystko miała kilka występów karaoke, więc tremy jakiejś wielkiej nie miała. Wskoczyła na scenę, puszczając Deanowi oczko. Przechwyciła mikrofon wraz ze statywem od chłopaka, który grał na gitarze i robił za chórek. Zerkając jej w dekolt nie wyraził nawet sprzeciwu. Za to został obdarowany morderczym spojrzeniem, przez które pomylił struny i dźwięk nie wyszedł taki, jak powinien. Skruszony i zmieszany wrócił do swojego zajęcia, przywalając tym samym Iriss zabrać statyw. Ustawiła się niedaleko Dean’a. Zerkając na niego i uśmiechając się przy tym. Dołączyła do niego w śpiewaniu, wywijając przy tym biodrami. Czuła się inaczej, niż zazwyczaj. Tanie oświetlenie sceniczne raziło ją w oczy, lecz nie przejmowała się tym. Tak jak i fałszami, które czasem wdzierały się jej w słowo. Wszystko jakoś tak ze sobą grało. Było miło, fajnie, śmiesznie. Czasem przerywała śpiew, który przecież nie był jej żywiołem, by zaprezentować swoje ruchy sceniczne. Niektóre były przesycone erotyzmem, lecz cóż poradzić na to, że lubiła się drażnić? Fajne były za to oklaski, gdy kręciła się wokół statywu, służącego jej chwilowo za coś, na kształt rury… tylko żeby nie pomyśleć od razu, że jest jakąś tancerką erotyczną, czy coś w tym stylu. Nic takiego. Tak sobie tylko… poniosło ją czasami… często. I wcale nie miała zamiaru pograć na nerwach Winchesterowi, schodząc coraz niżej biodrami, by potem z wypiętą pupą powrócić go góry i wrócić do śpiewania. Cały ich „występ” okazało się, że wyszedł całkiem nieźle. Brakowało tylko, by rzucili się w tłum i dali ponieść na rękach. Ale nie. Tego Iriss nie miała zamiaru robić. Macać ją będą tylko Ci, którym na to pozwoli. A te napalone dziady kręcące się dookoła stolików najwyraźniej mieli na to ochotę. Gdy utwór się skończył podeszła do Deana, zachodząc go od tyłu. Oddech miała ciężki, bo się zmęczyła. Chyba logiczne. Wspięła się lekko na palce, by jej usta zbliżyły się do ucha łowcy, zostawiając po drodze na szyi ciepły oddech.
-Jeszcze nie widziałam jak tańczysz, Winchester.- zaśmiała się, po czym zeskoczyła ze sceny i powędrowała przodem z powrotem w stronę stolika. Gdzieś w połowie drogi odwróciła głowę, by zobaczyć, czy aby wierni fani nie zjedli po drodze swojego zielonookiego idola. Pierwotny wokalista okolicznego zespołu był wyraźnie oburzony i zniesmaczony tym, co właśnie się stało, posyłając naszej dwójce przepełnione rządzą mordu spojrzenie. Kilka dziewczynek w kusych spódniczkach i tipsach ważących więcej niż ich własny mózg patrzyło w stronę Deana takim wzrokiem, że Iriss znów miała ochotę wybuchnąć śmiechem, lecz powstrzymywała się jak mogła. Odwróciła się więc z powrotem i podeszła do ich stolika, siadając na krześle. Chwyciła w dłonie kieliszek i zaczęła się nim bawić, czekając aż jej towarzysz dzisiejszego wieczoru do niej dołączy.
Całe szczęście Iriss nie wiedziała jakie myśli krążyły po głowie mężczyzny podczas pierwszych wersów piosenki, jaką mieli zaszczyt zaśpiewać przed tak znakomitą publiką. Apokalipsa. Zawsze apokalipsa. To właśnie od tego chciała odciągnąć myśli Winchestera. Bo jak sądziła to główny powód jego zmartwień. Podniosła wzrok, gdy podszedł do stolika. Uśmiechnęła się do niego zadziornie i pochyliła nad blatem, zadzierając lekko do góry głowę, by móc na niego popatrzeć.
-Mogę prosić o autograf?- zapytała słodkim głosikiem, przejeżdżając palcem po swoim dekolcie, sugerując tym samym gdzie chciałaby ten podpis zobaczyć. Spoglądała jeszcze przez chwilę na łowcę, po czym usiadła w wygodniejszej pozycji.
-Proszę, proszę. Że też chowaliśmy taką gwiazdę rocka przed światem. Plotki może jednak nie są prawdziwe. To mnie jednak do końca nie przekonało.- wzruszyła ramionami i wróciła do zabawy kieliszkiem, który po chwilę wysunęła na środek stolika, znacząco spoglądając na butelkę tequili. Może pora nauczyć Winchestera pić ten trunek? Tak, jak się powinno? Nie. Nie. Absolutnie nie. Wyrzuć to z głowy. To zły pomysł. Kuszący. Bardzo kuszący. Ale nie. Tak się nie powinno robić. To przecież nie na miejscu. To złe. Paskudne. Przecież… to kumpel bliźniaków. Wszystko zrzuci na przemęczenie. Całe to jej dzisiejsze zachowanie. Zwykłe rozładowywanie napięcia i stresu, jakie się w niej zebrały. Jutro jej przejdzie. Znowu spojrzy na Winchestera jak na wkurzającego dupka, którego trzeba czasem walnąć w łeb, albo kopnąć, czy coś. Wszystko wróci do normy. Prawda?


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by The Geek Monkey on Czw Lut 14, 2013 12:32 am

Gdy tak muzyka dudniła mu w uszach, a o dziwo panowie z kapeli jakoś nie przerywali swojego grania tylko dlatego że jakiś podstarzały gość miał ochotę pokazać swojej młodszej pannie, że też potrafi być cool – bo nie oszukujmy się, tak to trochę wyglądało. I pewnie ktoś tak pomyślał o nich. No ale, gdy tak ta muzyka dudniła Dean’owi w uszach, a do niego na scenie dołączyła Iriss, wszystkie pokręcone skojarzenia piosenki z apokalipsą uleciały gdzieś daleko. I jeszcze dalej, kiedy Sheppard odstawiła koci taniec, przykuwając spojrzenia męskiej części publiczności. Chociaż, znalazłoby się i kilka dziewczyn które zachłannie przypatrywały się brunetce. Dean nawet gdzieś pomylił tekst i wypadł z rytmu od tego… bo naprawdę nie mógł odwrócić spojrzenia, nie i już. Winchester to facet który podatny jest na tego typu pokazy, i naprawdę dziękował w duchu, że piosenka się skończyła a głośne owacje i piski, pozwoliły im zniknąć ze sceny.
- I nie zobaczysz moich tanecznych ruchów. To widok dla dużych dziewczynek – rzucił w odpowiedzi , posyłając uroczy uśmiech w stronę panienek uczennic-które-myślą-że-jak-nałożą-kilogram-tepety-na-twarz-to-wygladają-starzej, i szybszym krokiem ( bo jeszcze te pierwotne okazy samic by się na niego rzuciły) dogonił Iriss w drodze do wspólnego stolika.
Jeszcze moment, a sięgnąłby po długopis i na wskazanym miejscu walnąłby podpis. Problem polegał na tym, że długopisów to Dean raczej nie nosił, więc nie byłoby nawet czym. Chociaż, co za problem pociągnąć dalej ich małą zabawę, i wyobraźnią sprawić że palec stanie się długopisem. I tak powoli pisząc, literka po literce, delikatnie przesuwając obuszkiem palca po dekolcie panny Sheppard…
Uświadamiając sobie, że dość długo wpatrywał się w miejsce wskazane przez Iriss, Dean przeniósł spojrzenie gdzieś ponad ramie łowczyni, przewracając oczami na jej komentarz.
- Trudno cię zadowolić, Sheppard – mruknął, odkręcając tequile by rozlać ja do ich kieliszków. W sumie teraz, w tym właśnie momencie, tej nocy, nie miałby nic naprzeciw gdyby Iriss chciałaby mu pokazać swój sposób picia meksykańskiego trunku. Tylko nie tutaj, nie w tym miejscu. Gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie bez problemu mógłby podpisać się na dekolcie czy w na innych partiach ciała. Oblizał wargi, wlewając w siebie alkohol. Nie, już się nie starał zachowywać tak jakby siedział przy jednym stoliku z siostrą swoich starych kumpli, siostrą od której trzeba trzymać się z daleka. Spoglądał na nią teraz inaczej, zauważając to na co wcześniej był ślepy. Zobaczył to, czego nie dostrzegał, widząc w brunetce kogoś, kogo znał niemal od zawsze. Była… kobietą. Tak, Sherlock pozazdrościłby mu szybkości kojarzenia faktów. Jednak, nie oszukujmy się przez dłuższy czas Dean w Iriss widział małą dziewczynkę, która potem trochę urosła, jak odrąbała głowy kilku wampirom . A teraz? Cały ten obraz legł w gruzach, pozwalając by z opadającego kurzu pojawiła się kobieta o ponętnych kształtach z tajemniczymi iskierkami w oczach.
To była w sumie wina Iriss, jej zachowania tam na scenie, i wcześniej na stoliku, gdzie widniał odcisk buta kobiety po jej uroczym tańcu. Zburzyła jego wyobrażenia, stworzyła nowe i jeszcze mąci mu w głowie, w czym skutecznie pomagał dziewczynie alkohol i zmęczenie, które – nie oszukujmy się – czaiło się gdzieś w Dean’owym organizmie. Winchester pokręcił głową, dolewając sobie tequili, coś tam jeszcze próbowało przebić się wrzeszcząc, że kiedyś tego pożałuje. Najpewniej jutro rano, ale nie teraz.
- Jak chcesz, to zaproszę cie do mojej garderoby na specjalny koncert – przy okazji i Iriss mogłaby mu zaprezentować ten swój prywatny pokaz. Nie miałby nic naprzeciwko by jeszcze raz popatrzeć, jak tak w ten swój kuszący sposób wywija biodrami. - Przekonasz się wtedy całkowicie, że słuchanie plotek to bardzo, ale to bardzo, ale to bardzo, bardzo głupia sprawa. Bo jak w ogóle można słuchać plotek? Gdybym ja miał słuchać i wierzyć w każdą plotkę, miałbym cię… - odchylił się na krześle, uśmiechając szeroko, odchrząkając. Nie słyszał żadnej ciekawej plotki o Iriss. Nic kolorowego, nawet nic nudnego. Chyba że od Cadana i Aiden’a, ale to raczej takie braterskie narzekanie, które dawno temu się skończyło. W sumie, kiedy ostatni raz spotkał się z bliźniakami Sheppard? Los cały czas mu pod nogi wciskał najmłodsze z nich, sprawiając że utrudniała mu dzień, umożliwiając spotkanie ze starymi kumplami. Nie żeby jakoś za nimi tęsknił, ale jak nie patrzeć to Sheppard i Wincheser, jak na łowców, to dość często na siebie wpadali.
- Ale jako że jestem szanowanym i prawym obywatelem naszego pięknego kraju, w plotki nie wierzę i ty też nie powinnaś, kochanie – puścił oczko, w stronę Iriss, tak po swojemu, tak jak nie robił tego od dawna. Zapomniał. Zapomniał przy Sheppard o tym co czekało na niego za drzwiami lokalu i to było takie przyjemne i lekkie, i nie chciał tego na razie stracić. Może niech ta noc trwa wiecznie, co? Tylko bez zabijania, dobra?
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Seestra Road Trip on Sro Lut 20, 2013 8:03 pm

Pokaz na scenie, a raczej cała ta pełna stresu otoczka, która powinna była pojawić się przed wejściem na podwyższenie, lecz tego nie zrobiła- zaczynała nadrabiać zaległości teraz. Gdy Iriss była już bezpieczna, z dala od mikrofonów, gitar i dziesiątek par oczu, które wpatrzone były w nich przez kilka długich minut. Owszem, zdarzało jej się robić głupsze rzeczy od tego, co zrobiła przed chwilą- na tym przecież polegała cała jej młodość, jednak teraz było jakoś inaczej. Dopadł ją lekki… stresik. O dziwo. Było to dość dziwne uczucie, bo nie miała z nim do czynienia od dawna. Gdzieś głęboko, w ciemnych zakamarkach jej umysłu, podświadomość podpowiadała jej, że to wina obecności Winchestera. Nagle zaczęła się tym jakoś przejmować. I przez chwilę nawet po występie zrobiło jej się głupio. Poczuła, że nie powinna była dawać aż takiego występu. Choć w normalnych okolicznościach nie przejmowałaby się tym ani trochę. Bo zazwyczaj właśnie tak działała. Impulsywnie i żywiołowo. Tylko, że później się tym nie przejmowała. Więc dlaczego teraz tak? Było to lekko niepokojące. Nowe. Mimo wszystko, mimo całego tego mętliku w głowie nadal zachowywała pozory. Na jej ustach przyklejony był lekko złośliwy uśmieszek. Nikt nie byłby w stanie odgadnąć jej skołtunionych myśli, które drapały ją w czaszkę, utrudniając skupienie się. Czasem wyłączyć swój mózg i wszystkie instynkty nie było tak łatwo, choć zdarzało się, że przychodziło to z taką lekkością, o jakiej nigdy by się nie marzyło. Niestety to nie był ten dzień. Od rana wszystkie jej zmysły były przeciążone, potem wcale nie miały okazji odpocząć. Aż do teraz, jak miała nadzieję. Przecież przy alkoholu człowiek powinien się odprężyć, zapomnieć o tym, co go dręczy, wyluzować się i dać ponieść chwili. Pech jednak sprzyjał jej na dobre i akurat musiała zacząć się czuć dziwnie, w towarzystwie Deana. Jakby już sam fakt, że ma ją za dziecko, nie wystarczał. Ten dzień zdecydowanie nie należał do najlepszych. I wszelkie jej nadzieje na odprężający wieczór, które nawet zaczęły się spełniać uleciały, wraz z postawieniem nogi na drewnianej podłodze, zaraz po zejściu ze sceny. Wszystkie myśli, które starała się odciąć właśnie powróciły.
Tłumy, zebrane w pubie i kapele zaczęły się rozkręcać. Barmani i kelnerki mieli coraz więcej roboty, miejsca do swobodnego przejścia było coraz mniej, to jednak nie stwarzało problemu. Nagłośnienie nagle stało się lepsze, nic nie piszczało i nie szumiało. Najwyraźniej zbliżała się godzina szczytu. Dość późno, jednak tak właśnie wyglądało życie miastowych. Po ciężkim i długim dniu w beznadziejnej robocie, chwili odpoczynku i ciepłym obiedzie w końcu przychodziła pora na rozerwanie się. A alkohol, spożywany z sąsiadami był przecież idealną formą. Iriss przesunęła się na krześle, by światła, ze sceny, które padały jej prosto na twarz, nie raziły oczu. Ciągłe mrużenie nie jest wygodną opcją, lepiej zmienić trochę pozycję. Zauważyła przy okazji gdzie utkwiony był wzrok jej towarzysza. Mimowolnie na jej twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech. W sumie nie pogardziłaby ładnym podpisem, albo chociaż jego imitacją na dekolcie. Chociaż z drugiej strony znów poczuła ten dziwny dreszczyk dyskomfortu. Jakby wszystko, co robili było złe i niewłaściwe. W gruncie rzeczy się zgadzało. Obydwoje byli chyba świadomi, że coś się zmieniło, a nie powinno. Zawsze byli takimi dziwnymi kumplami. Docinali sobie, drażnili się, robili na złość i nie widzieli w tym drugim nic interesującego. Teraz młoda Sheppard chwilami miała ochotę utonąć w zieleni oczu Dean’a. A to było dziwne. I przerażające. Jego słowa przywróciły ją z powrotem do żywych.
-Boisz się, że nie podołasz?-uniosła na chwilę brwi do góry i uśmiechnęła się złośliwie. Jej wiecznie wiercąca się natura właśnie dała o sobie znać, bo znów zmieniła pozycję. Tym razem oparła się na łokciach o blat stoliku, wpatrując się w strumień tequili, zapełniającej kieliszki. Nie była pewna, czy większe ilości alkoholu spełnią swoje zadanie i pomogą jej oczyścić umysł, czy wręcz przeciwnie- zapełnią go niezręcznymi, a zarazem bardzo kuszącymi myślami o zielonookim, piegowatym, siedzącym naprzeciwko. Gdyby ona tylko wiedziała, co siedzi teraz w jego głowie… Może nie czuła by się aż tak głupio, myśląc, że właśnie rujnuje coś, co było fajne i miało swój sens. Bo jak niby po dzisiejszym wieczorze spojrzy mu normalnie w oczy? Te intensywnie świecące, szkliste, głębokie oczy? Tequila teraz była w tej czynności bardzo podobna. Ale przecież nie może się z nią zaprzyjaźnić na stałe i nosić w torebce, zawsze pod ręką. Chociaż… to nie byłby wcale taki głupi pomysł. Przynajmniej nie miałaby problemów z zasypianiem. I gdy już jesteśmy przy spaniu, to chyba teraz zrobiłoby jej to najlepiej. Zasnęłaby z nadzieją, że gdy się obudzi ten dziwny obraz Deana, jaki pojawiał się w jej głowie, a podobny był tam do Hercules’a, zniknąłby i wrócił do normy- czyli łowcy z syndromem bohatera, którego trzeba utemperować. I teraz nawet to całe zgrywanie rycerza na białym koniu wydawało jej się… cóż, atrakcyjne. I miała ochotę zabić się za to, że właśnie takie sformułowanie pojawiło się w jej głowie.
-Nie wiedziałam, że masz garderobę, ale chętnie się wybiorę. Poproszę miejsca dla VIP’ów- nawet nie zauważyła, że cały czas bawiła się napełnionym kieliszkiem, podczas gdy Dean wypijał już drugi. Przechyliła szkło, wlewając zawartość do gardła, gdzie szczypało przyjemnie, powodując, że spięte mięśnie znów się rozluźniały. Oblizała usta, odstawiając kieliszek na bok, i starając się nim nie bawić. Zmrużyła oczy, przyglądając się podejrzliwie Winchesterowi, gdy jego słowa dotarły między głośnymi rozmowami i oklaskami ludzi, oraz fałszowaniem kapeli, do jej uszu. Podparła brodę na dłoni, pochylając się bardziej nad stolikiem. Uśmiechnęła się trochę tajemniczo. –Miałbyś mnie…- naprawdę ciekawa była co też tym razem wymyśli. O tym, że wiele, a nawet wcale się o niej nie mówiło, wiedziała. Nie była zbyt popularną osobą w tym świecie, a mówimy tu o świecie łowców, zjaw i apokalipsy, bo tylko w takim czynnie egzystowali. Cała reszta, wybory prezydenckie, afery, giełda i inne takie raczej ich nie interesowały. Chyba, że ktoś starał się prowadzić zwykłe życie, co było dość ryzykowne w tym fachu. Bądźmy szczerzy- raczej nawet niemożliwe.
Rzeczywiście los często krzyżował ścieżki tej dwójki. Czy cokolwiek innego, bo w całą tą religijną bardziej, czy mniej otoczkę Iriss nie wierzyła. Jedni nazywają to przeznaczeniem, inni losem, życiową ścieżką, czy karmą. W sumie niezależnie od tego, czy naprawdę się w to wierzyło, czy też nie – ludzie i tak używali takich zwrotów. Ładniej po prostu było w ten sposób ubrać myśl w słowa. A estetyka przecież liczyła się zawsze. Było to też swego rodzaju poszukiwanie wyjaśnienia. Bo przecież wszystko, co go nie ma- było złe. Skreślane, odpychane gdzieś daleko, gdzie nikt nie mógłby na to spojrzeć. Prawdą było jednak, że ostatnimi czasy na Winchestera wpadała częściej, niż na własnych braci. Co było dość dziwne. I tu naszła ją chwilowa, krótka myśl, którą zaraz odrzuciła, że może to znów, lub cały czas, bawi się nią ktoś pokroju tego psychopatycznego pianisty, lub umarła wtedy na cmentarzu z wbitym głęboko w brzuch kawałkiem drewna i jest w niebie. Choć nie wiedziała czemu niby miałby być też tu Winchester. I Impala. I wszystko inne. Lub w ogóle, czemu miałaby być w niebie. Dlatego był to głupi pomysł. Wolała się nad tym nie zastanawiać, tylko korzystać. Jakkolwiek by to nie brzmiało.
-Skoro tak mi radzisz, złotko, to czemu miałabym od tak zacnego obywatela rady nie przyjąć. Już będę grzeczna, obiecuję.-uśmiechnęła się trochę kontrastowo do ostatnich słów wypowiedzi, patrząc cały czas na Deana. Poza tymi dziwnymi uczuciami, które cały czas próbowała zwalczyć i uciszyć było jej całkiem przyjemnie. Muzyka czasami łapała się w kategoriach „całkiem dobra”, alkohol był niczemu sobie, towarzystwo również. Śmiała się, próbowała bawić, flirtowała (o zgrozo, chyba dopiero teraz to do niej dotarło). Nagle tylko jej źrenice zrobiły się większe od tęczówek. Patrzyła w oczy Deanowi, mając właśnie zamiar powiedzieć coś złośliwego, gdy słowa piosenki, granej właśnie przez kapelę wyryły wielkie dziury w jej mózgu, wczepiając się w nie ostrymi pazurami i zapuszczając korzenie. Wszystko trwało kilka chwil, lecz Iriss lekko wmurowało. A w głowie teraz, panowała pustka, poza odbijającymi się echem słowami piosenki ”I wanna do bad things with you…” nie powinna była tak reagować. Nie powinni byli jej grać. Tłumowi chyba jednak się podobało, lecz ona miała co do tego mieszane uczucia. Udało jej się oderwać wzrok od zielonookiego i odwróciła się w stronę scenki, do której siedziała plecami. Złapała się jedną ręką za kark i potarła go mocno. Po chwili chwyciła butelkę z tequilą i nalała sobie kieliszek, wypijając go szybko. Pewnie tego pożałuje, jednak teraz miała inne zmartwienia. Zwłaszcza, że płyn, który właśnie wlała sobie do gardła, w towarzystwie dobrze wszystkim znanej melodii Everett’a tworzył w głowie obrazy, które nie powinny się były tam pojawić. Będzie żałować, z całą pewnością. Byle jednak nie teraz. Uśmiechnęła się więc tylko do Winchestera, udając, że nic się nie stało. Bo to akurat umiała najlepiej.



____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by The Geek Monkey on Czw Lut 21, 2013 6:51 pm

Najśmieszniejsze było to, że kiedy dziewczyna znów czuła lekki dyskomfort z powodu obecności Winchestera, ten był wyjątkowo rozluźniony i w pełni zadowolony. Numerek na scenie był jak oczyszczający prysznic, który zabrał z jego mięśni napięcie, pozwalając przy okazji nacieszyć oko wywijaniem Iriss. Ciekawe, czy jej bracia wiedzą o tym, jak panna Sheppard tańczy w miejscu pełnym facetów? Sylwetki klonów zamajaczyły w głowie Dean’a, chcąc przypomnieć mu że powinien trzymać z dala rączki od ich małej siostrzyczki. Ich tutaj nie było. Ani Cadana a ni Aidana. Nie było też Sama, który by pewnie sprawił że cały wieczór wybladłby pewnie inaczej. Dean i Iriss byli zdani tylko na siebie i na to co zrobi z nimi alkohol. Dobra, nie tylko alkohol, ale to on w dużej mierze odpowiada za aktualne przemyślenia i zachowania… tak, najłatwiej zrzucić wszystko na procenty. Jej pytanie, doprawione złośliwym uśmiechem przemilczał. On by nie podołał? ON? Oczywiście że by podołał. Ale nie będzie się o to sprzeczał, może kiedyś przyjdzie czas że się przekona. Dziś czy za kiedyś tam, ale się przekona.
- Jeszcze dużo o mnie nie wiesz, Sheppard. Ale miejsca vipowskie kosztują trochę więcej niż urocza buźka i szczenięce oczka, musisz się bardziej postarać, inaczej dostaniesz miejsce w samym kącie – uniósł zabawnie brwi, szczerząc się jak głupek. Chętnie by zobaczył, jak Iriss stara się o te vipowskie miejsce, naprawdę by chętnie popatrzył. Ale dobrze, że nastąpiła chwilowa zmiana tematu. Bardzo dobrze, bo znowu wizje Dean’a za bardzo się rozkokosiły w jego głowie. Tylko dlaczego ona musi tak robić? Zapewne specjalnie nachyliła się i spoglądała na niego tymi swoimi, wielkimi, ciemnymi oczami.
- Miałbym cię za… kompletne beztalencie,– super zabawna odpowiedź, ale trudno było mu wymyślić coś innego, kiedy tak osoba brunetki pochyliła się nad stołem, rozpraszająco uwydatniając dekolt kobiety. Znów zamiast patrzyć prosto w oczy, patrzył niżej. I jeszcze oblizał wargi, zanim powrócił spojrzeniem do ciemnych tęczówek . – Ludzie uciekają na twój widok, niektórzy twierdzą że jesteś pechowa. Wiesz, jak kobieta na statku. Ty nie potrzebujesz statku by przynieść pecha. I ja muszę się z nimi zgodzić. Nie myślałaś o jakiś rytuałach na odpędzenie pecha od siebie? Voodoo? Hoodoo? Albo jakieś inne czary mary.
Jeśli chodzi o tą cześć z pechem to Dean naprawdę musiał przyznać, że gdzie byłą Iriss tam spotykało go coś nieprzyjemnego. Obrywał on, albo jego samochód. Albo ona. Ale dzisiejszy wieczór chyba złamał klątwę, bo zamiast skończyć w szpitalu czy na szyciu siebie nawzajem, siedzieli w barze, pili i próbowali zachowywać się jak starszy, dobrzy znajomi, co nie do końca im wychodziło. Nie chodzi o to, że się nie dogadywali, bo to im całkiem dobrze szło. Chodziło o to wszystko pomiędzy, o to co nie robią dobrzy znajomi w swoimi towarzystwie. Nie tańczą TAK, nie wgapiają się w cycki i uświadamiają sobie, że nie należą one do małej dziewczynki.
- Jakoś nie wierze, że jesteś w stanie być grzeczna. Grzeczne dziewczynki nie tańczą na stołach, grzeczne dziewczynki o tej godzinie już smacznie śpią. Więc kogo ty chcesz oszukać, Iriss? Nie jestem twoim bratem, nie dam się nabrać na ten uśmiech.
Oczekiwał kontrataku na jego słowa, kiedy salę po chwilowej przerwie ogarnęły pierwsze tony piosenki, przywitanej entuzjastycznie przez tłum. To nie była piosenka za którą przepadał, ale… i wanna do bad things with you. Tak, tekst działał dość pobudzająco na wyobraźnie. Uśmiechnął się pod nosem, bawiąc się pustym kieliszkiem, pozwalając dziewczynie by resztkę alkoholu w butelce zagarnęła dla siebie. Wyglądała na lekko… wstrząśniętą? W sumie nigdy nie potrafił odczytać tego co działo się w głowie Iriss. Nie potrafił tego zrobić gdy miała dziesięć lat i szyła mu ramie, po tym jak szwy puściły po dość uroczym uścisku ojca, który dobitnie pokazał mu kto tu rządzi, i nie potrafił tego zrobić teraz. Mimo, że minęło tyle czasu, tyle razy się spotkali, to nadal twarz Iriss była jedną wielką zagadką. Tyle, że dopiero teraz zaczął się nad nią zastanawiać. Co takiego było w tej piosence, że dziewczyna umilkła, wlewając w siebie alkohol jakby miał on coś ugasić… Albo podsycić. To drugie było by ciekawsze.
- Pójdę po jeszcze – rzucił krótko wskazując butelkę, którą opróżniła Iriss. Skoro miałoby być ciekawej, to trzeba by było tego przynieść więcej. Chyba że chodzi o ugaszenie jakiegoś wspomnienia związanego z utworem. Szkoda, że nie miał pojęcia co też rodziło się w jej głowie, oj szkoda. Może powinni być bardziej szczerzy wobec siebie i podzielili się swoimi wizjami, i… to byłoby… to byłoby… na pewno dziwne. I niebezpieczne. Jak ta noc.
Przepchał się przez tłum wijących się ludzi, by krzykiem i kilkoma bluzgami które wyleciały z jego ust automatycznie po tym , jak jakiś baran nadepnął mu na stopę, zamówić jeszcze jedną butelkę dzisiejszego gościa specjalnego. Czekając aż barman ogarnie się i poda mu butelkę, odwrócił się plecami do baru, obserwując ludzi którzy tańczyli jak zahipnotyzowani, by zatrzymać w końcu spojrzenie na łowczyni.
Jak to możliwe, że do tej pory tego nie zauważył? Tego jak wygląda, tego że naprawdę nie jest dzieckiem, co usilnie próbował sobie wmawiać gdzieś na początku tego wszystkiego. Na próbach się skończyło.
Zbyt zajęty ratowaniem tyłka Sheppard, nie widział jaki jest zgrabny. Zbyt pochłonięty dokuczaniem jej, nie zwracał uwagi na to jak się uśmiecha i jak się śmieje, czy złości kiedy powie się coś co się dziewczynie nie spodoba. Normalnie takie rzeczy zauważał od razu, kiedy tylko jego zielone ślipia znalazły się na jakieś dziewczynie. Normalnej dziewczynie, a tutaj teraz był z Sheppard, dziewczyną którą widział pierwszy raz w koszulce z troskliwymi misiami, z czego nie była raczej zadowolona. Pokręcił głową, przez co trochę mu się w niej zakręciło – może i łeb miał mocny, ale im więcej picia tym gorzej z utrzymaniem koncentracji i jasnego myślenia.
Odebrał zamówienie, płacąc za nie od razu, tak żeby nie wykłócać się z Sheppard o rachunek, i wrócił do swojej towarzyszki. Odstawił butelkę na stolik, rzucił swoją kurtkę na krzesło, i zamiast na nim usiąść by kontynuować pijacki wieczór zrobił coś, czego pewnie nie zrobiłby, gdyby nie dzisiejsze wydarzenia. Nie pozwoliłby sobie na to, tylko siedział przy tym stoliku i drażnił się z Sheppard, rzucając w nią skórkami limonek i orzeszkami. Jednak dziś wiele się zmieniło, dziś nie będzie orzeszków i skórek, chociaż drażnienie zostanie, przynajmniej na jakiś czas. Stanął obok brunetki, kładąc dłoń na jej odsłoniętym karku, by krótkiej chwili przesunąć dłoń na ramię dziewczyny.
- Chodź – by przebić się swoim szeptem przez głośne dźwięki, nachylił się nad Iriss, wypowiadając krótkie słowo wprost do jej ucha. Od razu uderzył w nozdrza łowcy zapach Sheppard - mieszanka tequili, potu, dymu papierosowego i czegoś jeszcze, może mydła, może perfum, czegoś co było przyjemne.
Znów pokręcił nieznacznie głową, jakby próbował pozbyć się natrętnych myśli, co na niewiele się zdało. Dotarli do takiego punktu, przynajmniej Dean dotarł, że trudno było mu teraz wrócić do poprzedniej wizji panny Sheppard. A nie, ta wizja już nie istnienie, przecież sama ją zniszczyła. I nie ważne, czy to działo się naprawdę, czy nadal było tylko zabawą sukinsyna z tamtego domu, czy czymkolwiek innym, Dean Winchester nie będzie w stanie spojrzeć na Iriss tak jak kiedyś.
Nie czekając na reakcję dziewczyny, złapał ją za rękę i pociągnął na parkiet, gdzie każdy obijał się o każdego. Gdzie wiele osób najwyraźniej aż za bardzo łączyło piosenkę z serialem o niewyżytych wampirach, sprawiając że ich taneczne ruchy były dość znaczące. Dean przez dłuższą chwilę obserwował jak młodziutka blondynka z błogim uśmiechem wolno zatacza koła swoimi biodrami, a potem przyciągnął do siebie Iriss, zamykając ją w swoich ramionach, nie pozwalając uciec. Może to była dalsza część ich dziecinnej zabawy? Kolejne wyzwanie któremu mieli podołać oboje. Grali w dość niebezpieczną grę, której zasady nie były zbyt jasne, a finisz może kosztować ich ogromny ból głowy i napiętą atmosferę pomiędzy nimi. Bo może teraz, po tej całej tequili i piwie, wydawało się Dean’owi to o wiele prostsze, ale jutro może być trudniej. Ale może też być znacznie łatwiejsze, prawda? Nic nie jest przesądzone.
Zsunął dłonie na biodra Iriss. Nie był jak John Travolta, nie potrafił zawojować całego parkietu, ale kiedy była taka potrzeba, Dean ujawniał swój mały, taneczny talent. O ile jego ruchy można było nazwać tańcem, bo nawet jeśli nie wyglądał żałośnie to i tak wiele brakowało mu do scenicznych ruchów Iriss.
Piosenka wydawała się nie mieć końca, jakby zapętliła się specjalnie, by mógł dłużej popatrzeć jak jego partnerka się rusza. By mógł dłużej katować swój wstawiony umysł, niewybrednymi wizjami, nozdrza zapachem Iriss, który wbijał mu się głęboko w umysł, rozpraszając ostatnie niepotrzebne myśli. Dłonie co jakiś czas zmieniały swoje miejsce, jakby chłonęły sobą postać łowczyni. Co było... dziwne, bo już dotykał Iriss, i to nie raz. Niósł ją na rękach, przerzucał przez ramie, trzymał za rękę podczas biegu, ale w tańcu to było coś innego. Dotyk był inny. Zbyt inny.
- I co, podołałem? – spytał, uśmiechając się półgębkiem, spoglądając w oczy panny Sheppard, gdy muzyka ucichła, a przez lokal przedarła się fala oklasków dla kapeli. - Tequila czeka – rzucił, kierując się w stronę stolika, nie przejmując się tym czy Iriss odpowie na jego pytanie, czy też nie. Bo gdyby odpowiedziała przecząco, gdyby spojrzała na niego wyzywająco, to on byłby gotowy pokazać jej, że jest w stanie ją zadowolić. Naprawdę zadowolić.


avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Seestra Road Trip on Pią Lut 22, 2013 1:29 am

Równowaga widocznie musiała zostać zachowana. To, co odprężało jedno z nich- sprawiało, że drugiego paliły z gorąca drżące ręce, nie pozwalając się skupić. Gdyby to był normalny dzień, w towarzystwie jakiegoś pierwszego lepszego faceta, który nie byłby Winchesterem- Iriss na pewno nie naszłyby takie emocje. W ogóle by się tym nie przejmowała. Dałaby popis, jak zwykle, szastając swoimi dźwiękami przed jakimś mężczyzną, który padłby ofiarą jej łowów. Lecz teraz… teraz było inaczej. Nie robiła tego dla zabawy. Już nie. Bo coś się zmieniło. Tak nagle. Na szklanym murze, który stał między nimi pojawiła się rysa. Początkowo była niegroźnym zadrapaniem, zniekształceniem, na które nawet nie zwracało się uwagi, zaburzającym jedynie poczucie estetyki. Skaza ta jednak zaczęła się powiększać, pękać coraz mocniej, powodując, że ściana stawała się niestabilna. Rodziło gałęzie, które rozprzestrzeniały się po całej gładkiej, lśniącej powierzchni. Wystarczyło jedno pchnięcie, by wszystko runęło. Tylko pytanie teraz co zastaliby po drugiej stronie. Tego Iriss nie była pewna. Cholera… nie była pewna już niczego. Cała jej śmiałość uleciała gdzieś daleko. Nie wiedzieć czemu. Nie czuła się tak… Chyba nigdy się tak nie czuła. Miała ochotę porównać to do pierwszych dni, spędzonych ze Scottem, lecz to było coś całkiem innego. Ona była inna, to co między nimi było- również nie znalazło porównania w obecnej sytuacji. Czuła, że jej normalne zachowanie w podobnych zachowaniach teraz jest… nieodpowiednie. Nagle zaczęła się przejmować. Lecz przecież na tym polegały ich spotkania… na drażnieniu się ze sobą, na docinkach. I to wszystko gdzieś tam było. Zbyt powierzchowne, robiące tło do czegoś zupełnie innego. Wszystko stało się tak… nieświadomie. Przecież nie robili tego specjalnie. Miało być inaczej. Miało być zwyczajnie. I przecież tak było. Przez jakiś czas, póki w jej głowie nie zaczęły pojawiać się dziwne myśli, wątpliwości. Sumienie zaczęło wbijać w jej kark swoje ostre jak szpilki, małe ząbki, powodując dyskomfort. A to utrudniało skupienie się. Przez chwilę nawet poczuła się jak dziecko, które dopiero co otworzyło oczy po długim śnie i zorientowało się, że jest w zupełnie nowym, nieznanym sobie miejscu. Dreszczyk pozytywnych emocji, związanych z chęcią poznania sytuacji, przemieszany z tym nieprzyjemnym, przypominającym lekko strach przed nieznanym, powodował dość przyjemne, lecz niepokojące mrowienie. Nie wierzyła, że takie właśnie dziwne odczucia towarzyszyły jej w obecności Deana, na dodatek dotyczyły jego osoby. Wciąż tłumaczyła się, że to zmęczenie, te nieprzespane noce, połączone ze stresem i nerwami, oraz nieudana próba ukojenia ich alkoholem. Przecież trzeba było na coś zrzucić winę. A tequila przecież nie zaprzeczy.
-Kąty są przytulne, byle była dobra widoczność.- jej uroczy uśmiech krył tym razem coś bardziej drapieżnego, przypominając to, co Dean nazwałby „miną tancerki z klubu go go”. Wyzwania wyzwaniami, bardzo chętnie je przyjmowała, mając z tego przy okazji niezłą zabawę, lecz umilała dostrzec, gdy intencje wykraczały poza zwykłe „zobaczmy kogo na więcej stać”. Chyba trochę jej to schlebiało. To zainteresowanie jej ukrytymi talentami, których rąbek uchyliła dziś już nie raz. Cholera jasna… gdzie to wszystko ich prowadzi? Lepiej było się nad tym nie zastanawiać. Nie w jego obecności, nie gdy tak na nią patrzył. Choć może miała urojenia? Może wcale jego wzrok nie była taki, jakim jej się wydawał. Może jej wyobraźnia znów płatała jej figle, wzmocniona przez meksykańskiego demona, krążącego w jej żyłach. Ta opcja chyba byłaby najbezpieczniejsza. Lecz chyba nie najprzyjemniejsza.
Parsknęła, gdy usłyszała odpowiedź łowcy. Beztalencie…? Co jak co, ale takie określenie akurat do niej nie pasowało. Swoje talenty odkrywała bardzo intensywnie i rozwijała je jeszcze mocniej. Nie było to, jak w zwyczajnym świecie bywa, żadne malowanie, czy śpiew. Chodziło o coś zupełnie innego. Szkoda tylko, że większości wstydziła się używać przy ludziach. Oczywiście mowa tu o tym, co by się przydało podczas polowań. Choć rewelacyjna w tym fachu nie była, to dawała sobie radę. To jej wystarczało. Inne asy w rękawie zostawiała na specjalne okazje. Jeśli jednak chodziło o jej wszechobecnego pecha, który krążył na nią jak czarne chmury nad postaciami z kreskówek… nie mogła zaprzeczyć. Taka była po prostu prawda, z którą pogodziła się lata temu. Dziwne moce prześladowały ją i każdego, kto znalazł się w jej towarzystwie, rujnując wszystko przy okazji. Przez tyle lat przyzwyczaiła się, że każda rzecz, której się dotknie zaraz wybuchnie w powietrze, robiąc przy okazji wielki hałas, a wszędzie tam, gdzie pójdzie- czekają ją kłopoty. Nie raz jej to mówiono, czy wytykano. Jakby jednak nie było ten pech, kroczące za nią nieszczęście nie były rzeczami, które należały do najprzyjemniejszych i o których rozmawiać lubiła. Dean pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak mocno trafił w sedno swoimi słowami. Powiedział po prostu to, co było prawdą. Prawdą, której Iriss nie znosiła. Patrzyła na niego jeszcze przez chwilę, po czym przeniosła wzrok gdzieś indziej, uśmiechając się blado. Tylko na moment, bo zaraz wróciła do poprzedniej miny, by ukryć emocje. Czyli coś, co robiła przez większość czasu. Nie czyniło to z niej oszustki. Tylko osobę, która walczy sama ze sobą. Która nie potrafi stawić czoła temu, co w niej siedzi, choć cały czas walczy z czymś, z czym cały świat nie dałby sobie rady. Może nie przejmowałaby się tym tak bardzo, gdyby osoby, które przebywały w jej towarzystwie też na tym nie ucierpiały. To nie odbijało się tylko na niej. Niestety. Odłamki jej zaczarowanego pecha kaleczyły każdego, kto w danym momencie choćby na nią patrzył. Musiała się z tym pogodzić, lecz nie było to takie łatwe, jakby się wydawało.
-Myślałam, że mój pech Ci nie przeszkadza i lubisz bawić się w rycerza na białym koniu.- w sumie dziwił ją fakt, że jeszcze są cali i zdrowi. Co prawda wieczór jeszcze się nie skończył. Wiele przed nimi. Jednak z szalonej iluzji Pianisty wyszli cało… teoretycznie, w barze nie rozpoczęła się żadna bójka, a oni po prostu siedzieli, pili, rozmawiali i rzucali sobie wyzwania, które były nawet zabawne. Rzeczywiście nie było to spotkanie, jakiego wcześniej mogli doświadczyć. Mimo starań poprowadzenia tego wszystkiego właściwym, niewinnym torem- coś stawało im na przeszkodzie. Lub znowu była to zbyt wybujała wyobraźnia Iriss.
-Chyba więc zasłużyłam na karę. Lanie, czy szlaban?- jej twarz przybrała znów ten zaczepny, dobrze wszystkim znany wyraz. Lekko wyzywający, pełny tajemnicy. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie piosenka, której dźwięki rozprzestrzeniały się po całym lokalu ze sceny. Czy mogła pójść tam i zamordować tych pseudoartystów gołymi rękoma? Czuła, że cały wszechświat działa właśnie przeciwko niej. Nie mogła nawet nad sobą zapanować. A przecież to tylko głupia piosenka. Nawet jej za bardzo nie lubiła. Ona zawsze po prostu… była. Dzisiaj jednak postanowiła dotrzeć do tych części umysłu dziewczyny, do których nie powinna. W towarzystwie Deana. Czuła się zmieszana, niepewna i… sama nie wiedziała jak nazwać te uczucia. Cały jej organizm walczył ze sobą. Było w niej zbyt wiele sprzeczności. Kiwnęła głową, pocierając czoło, gdy Winchester wstał od stolika i skierował się do baru. Czas leciał teraz tak wolno. Każda sekunda zdawała się być minutą. Nuty utworu dopiero co dotarły do jej uszu, a przez jej głowę już przeleciało tyle myśli. Z całych sił starała się nie wieźć wzrokiem za mężczyzną, który stał przy barze. Jej wola jednak nie okazała się tak silna. Gdy spojrzała w jego stronę napotkała na drodze jego zielone oczy, wpatrzone w nią. Uśmiechnęła się lekko, delikatnie. Tak zwyczajnie. Bez żadnych udziwnień, bonusów, czy dodatków. Nie była pewna, czy kolejna butelka trunku wyjdzie im na dobre. Czy jednak kiedykolwiek się tym przejmowała? Najwyżej zaśnie na stole, zamiast znów na nim zatańczyć, a Dean będzie miał do końca życia temat do drażnienia i wypominania. Szczerze mówiąc to wolałaby tego uniknąć. Może ze względu na dzisiejsze przełamanie barier, a może po prostu nie chciała kolejnej kompromitacji. Nie zdążyła się nad tym zastanowić, bo poczuła na szyi zimny, wilgotny dotyk. Na stole przed nią stała butelka trunku, ozdobiona w odciski dłoni i ślady po spływających po szronie kroplach, które pojawiły się na szyjce. Dłoń na jej karku lekko ją zdziwiła. Ślad, jaki zostawiła na jej skórze, wędrując w dół po ramieniu, spowodował, że zadrżała lekko, odwracając się i spoglądając w górę, z niepewnością i niedowierzaniem w oczach na Winchestera. Naprawdę nie wiedziała co zamierza. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek dożyje tego dnia. Nie, żeby o nim myślała, jednak już jako dziecko rzucała to wyzwanie Deanowi, a on nigdy go nie przyjął. Aż do dziś. Tylko czy aby na pewno miało to ten sam charakter co zawsze? To kolejna rzecz, której nie była pewna. Ciepły oddech, który pojawił się na jej skórze wraz z dźwiękiem głosu rozproszył ją skutecznie. Nie zdążyła nawet zareagować, pomyśleć, uświadomić sobie co robią (co zapewne spowodowane było ostatnim kieliszkiem tequili), a jej delikatne palce splecione były z szorstkimi i mocnymi mężczyzny, który ciągnął ją w sam środek tańczącego tłumu. Jej zdolność postrzegania rzeczywistości została zagłuszona, przyćmiona. Nie tylko przez palący gardło płyn. Wystarczyła sama obecność jej partnera w tańcu, który dopiero co się rozpoczynał. Nie sądziła, że zabawy, które tak często prowadziła z mężczyznami zwrócą się przeciwko niej. Teraz najwyraźniej tak się właśnie stało. Wiedziała, że rano, gdy jasne, drażniące promienie słońca, wdzierającego się poprzez hotelowe zasłony obudzą ją- wszystko będzie wydawało się… niewłaściwe. Jeszcze bardziej niż teraz. Ten dreszczyk, przyjemny, pobudzający, zniknie, a jego miejsce zajmą wyrzuty sumienia, które będą gryzły i drapały, nie pozwalając spojrzeć po raz kolejny na zielonookiego, którego dłonie zsuwały się coraz niżej po jej talii, do kołyszących się lekko, zwinnie bioder. Nie panowała nad swoimi ruchami. Nad tańcem, który prowadzi. Postanowiła zdać się na instynkt, zatracając się lekko w sytuacji, która była tak absurdalna, że pewnie po przebudzeniu nie uwierzy w jej obecność. Jej ciało przejęło nad nią kontrolę, co znów zrzuciła na buzujące intensywnie w jej żyłach, napędzające bicie serca procenty. Dłonie dziewczyny początkowo znajdujące się na karku łowcy, przeniosły się na jego klatkę piersiową. Palce zacisnęły się lekko na materiale koszulki, która dzieliła ich skórę od dotyku. Oczy miała zamknięte, twarz schowaną przy szyi mężczyzny. Ich policzki czasem ocierały się o siebie. Zapachy nagle stały się intensywniejsze. Nie raz przecież jej twarz znajdowała się w tym miejscu, zazwyczaj, gdy znienacka szeptała od tyłu do jego ucha słowa powitania, co bardzo lubiła. Teraz jednak nawet ta dobrze jej znana woń wydawała się inna.
Z tego dziwnego transu wyrwały ją słowa Deana. Spojrzała mu w oczy, rozluźniając uścisk i powoli zdejmując ręce z ciała rozmówcy. Kącik jej ust uniósł się, w uśmiechu. Niezbyt intensywnym, lecz widocznym i odzwierciedlającym to, co właśnie czuła.
-Wiesz, że kobietę trudno zadowolić. Jeden, krótki taniec na wiele się nie zda, tygrysie.- zaśmiała się krótko, pogłębiając uśmiech i unosząc znacząco brew do góry. Oczywiście tylko się z nim drażniła. To, co przed chwilą zrobił w zupełności jej wystarczało. No… może nie do końca, jednak jak na dzisiejszy wieczór doznała już wielu wrażeń. Oczywiście nie pogardziłaby czymś więcej. O nie. Jednak jej najśmielsze oczekiwania wobec tego mężczyzny i tak zostały już przełamane. Dostała więcej, niżby chciała. Może nawet więcej, niż była w stanie przyjąć. To jednak w pewien sposób uzależniało. Sprawiało, że chciała więcej. Przygryzła tylko wargę i podążyła za zielonookim ku stolikowi, dalej wątpiąc, czy kolejne kieliszki tequili nie zaszkodzą jej bardziej, niż mogłoby się to wydawać. Nietypowość tego wieczoru chyba mimo wszystko brała nad nią górę i robiła z nią co chciała. Ciekawe tylko jak skończą. To naprawdę było ciekawe. A wizje w głowie ciemnowłosej… sama nie wiedziała, czy ją przerażają, czy wręcz przeciwnie.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by The Geek Monkey on Pią Lut 22, 2013 9:25 pm

    Szkoda by było, gdyby to wszystko co działo się podczas ich spotkania było tylko i wyłącznie zabawą pianisty. Chociaż nie, nie byłoby to jego zabawą. To jak się zachowywali wobec siebie było tylko i wyłącznie ich zasługą. Gość mógł wymyślić im krajobraz, dać jakieś przeszkody, ale to oni tutaj odgrywali najważniejsze role i mogli nimi kierować jak tylko chcieli. Uczucia, emocje, myśli były wynikami ich własnych reakcji i zachowań, więc nie będzie na kogo zwalić winy. Zostaje alkohol, tak, jak zawsze, tylko jego nie da się obić po mordzie. Gościa z tamtego domu już prędzej. Aż dziwne, że tak łatwo ich sobie odpuścił. Nie, nie ważne to teraz.
    - Lubię - przytaknął, opierając ramiona o blat stołu - z tym, że gdybyś była mniej irytującą lubiłbym jeszcze bardziej
    Pomijając ostatni raz, gdzie nie było miejsca na irytacje bo trzeba było tamować krew, to w większości wypadków, pomiędzy nimi dochodziło do spięć, spowodowanych różnicą zdań i paplaniem dziewczyny, która chciała mu coś udowodnić. Wtedy na prawdę go irytowała, i wielokrotnie żałował że nie przypinał jej kajdankami do samochodu, nie zostawiając nic, co mogłoby pomóc wydostać się. Na szczęście były i takie spotkania, które pokazały im, że nie muszą tylko na siebie warczeć. Chociaż, kajdanki może i by się przydały...
    - Myślę, że kilka klapsów załatwiło by sprawę – odpowiedział swobodnym tonem, kryjąc w tych słowach, nieświadomie, coś co można było nazwać małą obietnicą. Chciał to zrobić? Należało by się jej, nie tylko za to co robiła tu i teraz, ale za te wszystkie razy kiedy doprowadzała go do szału swoją osobą. I jeśli dawniej powstrzymywał się od tego by nie przyłożyć dziewczynie, mając świadomość że jest ona nietykalna ze względu na swoich braci, to teraz nie miałby oporów. Uśmiech Iriss zdradzał, że nie miałaby nic naprzeciw. Bo to zdradzał, prawda? To nie było błędne rozczytanie na pozór niewinnego gestu z jej strony? A może jednak błędne? Sam już nie wiedział co tak naprawdę się działo pomiędzy nimi. Zatarła się granica. Wszystko wyglądało inaczej, wszystko nabierało nowych kształtów.
    A kiedy tańczyli? Powietrze wokół nich było przesycone napięciem, seksem który emanował od innych tańczących, otaczając parę łowców niewidzialnym kokonem, próbując na dobre zamknąć ich w swoich sidłach. Gdyby piosenka trwałą nieco dłużej, zapewne udałoby to się. Przynajmniej w przypadku Dean’a , który był skłonny poddać się temu bez najmniejszych oporów. Muzyka jednak ucichła, zabierając ze sobą magiczną bańkę która zostawiła na obojgu ślad. Uśmiech Iriss i słowa, które odczytywał jako dalszy ciąg wyzwań, nie pomagały w oderwaniu myśli od ust Dlatego między nimi się odwrócił i wrócił do stolika. Rozlał kilka kolejek, już rzadszych niż przy pierwszej butelce, starając się zachować na pozór normalną rozmowę, przesyconą drobnymi aluzjami do czasu aż, przypomniało się Dean’owi, że oprócz piwa miał być hamburger, a że nie było to wychodzi na to, że oboje piją na puste żołądki. Musiał coś zjeść. Może jak zje to jego umysł się trochę rozjaśni? Co z tego, że był już środek nocy, a w takich miejscach jedzenie nie było serwowane non stop. Spróbować nie zaszkodzi. Zaczepił kelnerkę, która przechodziła obok ich stolika z tacą pełną pustych szklanek, a której mordercze nie zrobiło najmniejszego wrażenia na mężczyźnie.
    - Chcemy zamówić specjalność zakładu.
    - Przykro mi, kuchnia już jest nieczynna – burknęła kelnereczka, posyłając Dean’owi wymuszony uśmiech, który był nie odłącznym rekwizytem jej pracy. Może gdyby nie późna godzina i zmęczenie dziewczyny, zauważyłaby uroczy uśmiech Dean’a i jego wzrok który lustrował ją z góry na dół.
    - Ale proszę spójrz na nią – ruchem głowy wskazał na Iriss - Ta kobieta głodzi mnie, dając do żarcia jakieś durne warzywa, więc chce, póki mam… okazję – spojrzał na Sheppard, milknąc na dłuższy moment i zapominając o obecności kelnerki, która stała nad nimi. Miał okazję do tego, by przekonać się co Iriss ukrywała przed nim przez te wszystkie lata. Nie znał jej od tej... drapieżnej, kobiecej strony, a teraz miał ku temu okazję. I na prawdę mu się to podobało.
    - Dobra, facet nie przynudzaj, zobaczę co się da zrobić - kelnerka zniecierpliwiona milczeniem Dean'a, przypomniała mu o swojej obecności wzdychając ciężko i z wielką łaską przyjęła zamówienie. Szkoda że nie była to Debbie. Pewnie bez problemu Winchester dostałby to, czego by sobie zapragnął. W tym momencie było to wielkim zestawem frytek i hamburgera, który wyglądał jakby w życiu nie miał do czynienia z prawdziwą, amerykańską bułą z mięsem.
    - I to niby miało być spacz… smaczniejsze, tak? - ruszył palcem wystygłą bułkę, posyłając Iriss rozczarowane spojrzenie. – Okłamałaś mnie, Sheppard. Zasłużyłaś na porządne lanie, niegrzeczna dziewczynko. Chyba, że udowodnisz że to jest jadalne, to kara cię ominie.
    Nie byłoby znowu tragicznie, gdyby dziewczyna nie miała mu ochoty czegokolwiek udowadniać. Mogłoby być nawet zabawnie, ale póki co musiało mu wystarczyć przystawienie krzesła obok Iriss, przez co siedział ramie w ramie z łowczynią. Tacka z jedzeniem znalazła się bliżej nich, a Dean wyglądał jakby naprawdę dobrze się bawił , maczając frytkę w czerwonej plamie keczupu.
    -Otwieramy buziee – próbował trafić frytką w usta Iriss. Naprawdę próbował, ale nie można oczekiwać że zrobi to tak po prostu. Bez żadnych problemów. Oczywiście nie zrobił tego celowo – po prostu zamiast trafić w usta, trafił w brodę, kropkując ją czerwoną mazi i wybuchając przy okazji śmiechem, który tonął w spokojnych tonach muzyki, która teraz leciała z barowych głośników. A żeby tego było mało, trzymana w palcach frytka zniknęła w czeluściach dekoltu dziewczyny, znacząc keczupem swoją drogę. Miło by było, być teraz frytką. Odchrząknął, mając jeszcze tą odrobinę kontroli, która nie pozwoliła mu wypowiedzieć tych słów na głos.
    - Om, cóż, katastrofy się zdarzają – wymamrotał po tym jak w końcu uspokoił swój śmiech, co trwało chwilę. Czerwony ślad keczupu kontrastował z jasną skórą Iriss i gdyby tak… Winchester wciągnął powietrze, bardzo się starając żeby nie zrobić tego, co zaświtało w tej jego głowie. Ograniczył się jedynie do tego, by wyciągnąć zza dekoltu panienki Iriss, niesforną frytkę która swój żywot skończyła zmiażdżona zębami łowcy. Keczup został tam gdzie wylądował.
    - Mhym… dobre – wymruczał, sięgając po kolejne ziemniaczano podobne wyroby i zajadając się nimi, oblizując palce z soli. Przez cały czas nie ściągając spojrzenia z dziewczyny. Sam nie wiedział czy to przez alkohol, który podsuwał mu od dłuższego czasu interesujące obrazy, czy po prostu dlatego że chciał to widzieć, ale… Iriss ewidentnie patrzyła na niego inaczej. Twarz dziewczyny mogła nie zdradzać wiele, bo przecież policzki raczej zaróżowiły się od alkoholu i ciepła lokalu, niż przez niego, prawda? Ale jeśli nawet twarz była niewzruszona, to oczy mówiły wiele. Nie przez przyczyny mówi się, że oczy to zwierciadła duszy, nie? Dobra, nie ma co oszukiwać, Dean nie należał do romantyków którzy uciekają w takie tanie brednie by zaimponować dziewczynie. Ale też nie należał do tych, którzy nie zauważają. Był dobrym obserwatorem, co było przydatne w zawodzie łowcy, i nawet po obaleniu tequili potrafił rozpoznać różnicę. Albo… tak, znów zrzucimy winę na trunek którym się raczyli, bo gdyby nie on, pewnie nie rozgrzałby ich krwi i wyobraźni do tego stopnia, by pozwolić łowcy wyobrażać sobie coś, co normalnie nie miało mieć miejsca.
    Wypił swój ostatni tego wieczoru kieliszek tequili, i nim zdążył pomyśleć, zastanowić się nad tym co tłukło się w jego głowie, nie mając już ani grama kontroli nad swoim językiem, spojrzał na Iriss trochę takim zagadkowym wzrokiem, pozwalając na to by usta wypowiedziały na głos, to o czym myślał od dłuższej chwili.
    - Idziemy stąd?
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Lut 23, 2013 1:36 am

Ich relacja, do dzisiaj, opierała się na wzajemnej irytacji. Prawdą było, że nic więcej ich nie łączyło. Poza przyjemnością, jaką sprawiało im granie na nerwach tego drugiego. Zaczęło się od dziecięcych zabaw, dogryzania, wywyższania. Czasem między nimi pojawiały się prawdziwe spięcia i pewnie gdyby nie to, że Iriss zawsze była młodszą dziewczynką, oberwałaby nie raz. To jej wtrącanie się w nieswoje sprawy, upartość, zawziętość i wiele innych cech doprowadzały do wrzenia krwi nie tylko jej braci. Mówi się, że ludzie się zmieniają. W jej wypadku też w pewnym sensie tak było. Lecz czy aby do końca? Czy mała siostra bliźniaków Sheppard już nie istniała? Kiedyś była po prostu dzieckiem, którym zawładnęły lęki i koszmary, z którymi starała się walczyć na własną rękę. Nigdy nie lubiła się dzielić tym, co spędzało jej sen z powiem. Może dlatego taka właśnie była? Irytująca. Trzeba było jednak też przyznać, że wyrosła z pewnych rzeczy. Dojrzała. Na niektóre sprawy patrzyła nieco inaczej. Nigdy jednak nie mogła odmówić sobie uprzykrzania swoją obecnością życia innych ludzi. Teraz cała ta otoczka, cała złość i nerwy jakoś im nie towarzyszyły. I co dziwniejsze nawet się na to nie zanosiło. Cały czas się uśmiechali. Jak na swój obecny stan, można by rzec nawet, że promienieli. I było to zasługa tylko i wyłącznie towarzystwa, jakim darzyli siebie nawzajem. Normalnie działałoby to odprężająco. Wprowadziłoby niewinną błogość w zakamarki umysłu, pozwoliło nieprzyjemnym myślom ulecieć gdzieś w nieznane, zostawiając miejsce na przyjemne wspomnienia, które dopiero co się rodziły. Dzisiejszy wieczór był przełomem w ich znajomości. Nigdy wcześniej nie zachowywali się przy sobie w ten sposób, nie donosili tak do siebie, nie patrzyli takim wzrokiem w głąb oczu drugiego. Lecz dzisiaj też Iriss zaczęła się zastanawiać. Ten mór, który tak fajnie im się niszczyło sprawił, że spojrzeli na siebie inaczej. Tak nagle. Czy to podjęcie przez Deana wyzwania, jakie rzuciła Sheppard stanowiło młot, rozbijający do końca granicę, jaka między nimi stała? Często patrzyła przecież w oczy łowcy. Zielone, głębokie, błyszczące pewnym mrocznym, udręczonym blaskiem. Lecz nie dostrzegała ich głębi. Nie tak naprawdę Teraz tonęła w tym spojrzeniu. I było jej z tym faktem dziwnie, lecz z drugiej strony przyjemnie. Czuła się, jakby przed nią siedział zupełnie nowy człowiek. Miała wrażenie, że wcale go nie zna, choć przez tyle czasu zarzekała się, że jest inaczej. Jakby poznawała go na nowo. Z zupełnie innej strony. Wiedziała, że to złe i niewłaściwe. Ale nie mogła się powstrzymać. To wprowadzało jej zmęczony umysł w stan, nad którym nie umiała panować. Myśli dryfowały jej jak chciały. Nie miała nad nimi żadnej kontroli, nie mogła ich powstrzymać, ani przekierować na inny tor. Musiała się im poddać. Położyć się spokojnie na tafli i dać falom zaprowadzić się tam, gdzie chciały. Wiedziała, że to ryzykowne, że nie przyniesie nic dobrego. Co jednak miała do stracenia? Oczywiście gdzieś na szarym końcu, odepchnięta mocno, pojawiała się myśl, że to tylko jej wyobraźnia. Że tylko ona widzi tak tą sytuację, lub że jest zbyt pijana. Może i tak było. Nie wiedziała, czy tego właśnie chce. Mimo wszystkich sprzeczności w głowie, które doprowadzały ją do szału. Mimo dezorientacji i niepewności. To było przyjemne. Słuchanie jego głębokiego głosu, który mieszał się z dźwiękami muzyki, rozmowami innych ludzi, stukotem naczyń, czy krokami. Wszystko tworzyło jakąś harmonię, która wprowadzała Iriss w trans. Niebezpieczny trans, prowadzący ją na krawędź, czegoś co stoi bardzo wysoko nad powierzchnią ziemi. Jeden niewłaściwy krok, a wszystko zostanie zniszczone. W jej obecności… prawdopodobieństwo, że pójdzie nie tak, jak trzeba wzrastało stukrotnie. Czemu jednak mieliby nie zaryzykować? Powodów przeciw było chyba więcej niż za. Iriss też sama nie wiedziała do czego to wszystko prowadzi. Czuła, że wszystko wymyka się spod kontroli. Musieli zdać się na łaskę losu i tego, co im zgotował.
Jak na razie wszystko było… fajne. Tak po prostu. Mimo całego mętliku w głowie i niepewności związanego z nową sytuacją. Ta beznadziejna piosenka, pobudzająca zmysły trochę też je oczyściła. Mimo, że taniec wydarł się spod jakiejkolwiek kontroli. Było w nim coś dzikiego. I Iriss nie wiedziała co spowodowało, że tak właśnie to odebrała. Słowa wyśpiewywane przez niezbyt dobrego wokalistę? Fakt, że Dean naprawdę porwał ją do tańca? Jego ruchy? Jej ruchy? Ich bliskość? Wszystko było tak cholernie dezorientujące. I gdy muzyka ucichła przez chwilę żałowała. Mimo iż minuty wydłużały się efektownie, to i tak trwały zbyt krótko. Podczas ich małego pokazu wszystko dookoła nagle przestało istnieć. Nic nie miało znaczenia. Jedynym, co trzymało Iriss na nogach było to coś, wiszące na cieniutkiej, mieniącej się nitce między nimi.
Czuła się tak głupio… chwilami zdawało jej się, że ktoś lub coś sobie z niej drwi. Że wszystko jest tylko głupim żartem, wybrykiem, który miał ją zbić z tropu. A ona, naiwna, dała się nabrać. Wpadła wprost w sidła wielkiego pająka, który teraz w drwiącym geście zrobi sobie z niej obiad. Potrzebowała potwierdzenia. Czegokolwiek, że to, co się dzieje nie jest tylko wytworem jej wyobraźni. Gubiła się. Jak zawsze, w takich sytuacjach. Nigdy nie brała niczego na poważnie. Zawsze tylko się bawiła. Teraz czuła, całym ciałem, że ten dziwny pociąg do Winchestera, jaki pojawił się wokół niej, to coś zupełnie innego. Strach przed nieznanym trochę ją dopadł. Trawił powoli. A ta cholerna tequila mu w tym pomagała.
Westchnęła, patrząc na oddalające się plecy Deana, zmierzającego do stolika. Stała tak przez chwilę. Krótką, wpatrując się w kołyszącą się lekko sylwetkę łowcy. Przetarła twarz dłońmi i ruszyła przed siebie, wychodząc z największego tłumu, zanim kapela rozpoczęła granie kolejnej piosenki.
-Chcesz mnie upić i wykorzystać, czy jak?- zapytała rozbawionym głosem, siadając na swoje miejsce, zanim Winchester zaczepił kelnerkę „mam-zły-dzień-patrz-jaka-jestem-zła”. Musiała przyznać, że nie myślała nawet o jedzeniu od… kilku godzin. Jakimś sposobem jej myśli zajęte były zupełnie czymś innym. Nie była nawet pewna, czy jest głodna i czy jej żołądek będzie na tyle łaskawy, by coś przyjąć. Słysząc oskarżenia, rzucone w jej stronę odwróciła gwałtownym ruchem głowę w stronę łowcy, otwierając usta, by coś powiedzieć. Napotkała jednak na przeszkodzie jego dość intensywne, jak jej się zdawało, spojrzenie i utkwiła w nim na moment, zapominając o czym w ogóle była mowa. Pięknie. Po prostu pięknie. Jeszcze tego brakowało. Zdziwił ją jednak fakt, że Dean nie wykazywał jakiegoś większego zainteresowania dziewczyną, stojącą z poirytowaną miną przy stoliku. Była przecież całkiem ładna, wysoka, zgrabna. A on nie uśmiechał się do niej nawet w ten swój markowy sposób. Zamówienie pojawiło się szybciej, niż mogli się spodziewać, co wcale dobrze nie wróżyło. Iriss spojrzała na tacę krytycznym wzrokiem, nie będąc pewną, czy to w ogóle nadaje się do jedzenia. Zaśmiała się , zasłaniając ręką usta, na widok reakcji Winchestera na jedzenie.
-Dobra, masz mnie. Kłamałam. Wybierz karę.- wyszczerzyła się szeroko, ukazując swoje zęby. –Na Twoim miejscu bym tego nie jadła- dotknęła palcem zimnej bułki.-Musisz jednak przyznać, że jest tu o wiele lepiej, niż w Małym Johnnie.- wszędzie było lepiej, niż tam. Przynajmniej dla niej, bo generalnie knajpa nie była najgorsza. Przyglądała się Deanowi, który przysuwał się bliżej niej. Gdy ich ramiona się zetknęły poczuła przyjemne ciepło. Nie nacieszyła się nim jednak długo, bo stwierdziła, że alkohol chyba zbyt już namieszał w głowie zielonookiego, obserwując jego zabawy z keczupem. Nie zdążyła nawet zareagować na jego słowa, gdy została obsmarowana czerwonym sosem, a frytka wylądowała w jej dekolcie. Posłała mu mordercze spojrzenie. Naprawdę mordercze. Jeszcze tego brakowało. Bitwy na jedzenie. Choć nie miała zamiaru do tego doprowadzić. Nie dziś. Naprawdę starczy im już wrażeń. To nie powstrzymało jej jednak przed zamoczeniem w konsystencji imitującej pomidory palca i przejechaniu nim po policzku Deana, ze złośliwym uśmieszkiem. Teraz mogła zająć się doprowadzaniem swojego ciała do poprzedniego stanu. Sięgała właśnie po serwetkę, ignorując śmiech mężczyzny, gdy poczuła jak wyciąga frytkę z jej dekoltu. Popatrzyła na niego lekko zmieszana. Starała się o tym nie myśleć. Wymazać z pamięci delikatne muśnięcie jego palców, po którym jeszcze zostało delikatne mrowienie. Oblizała usta i przygryzając wargę zajęła się ścieraniem keczupu z twarzy, a potem z klatki. –Masz szczęście, że nie pobrudziłeś mi ubrań.- burknęła, jednak na jej ustach czaił się lekki uśmieszek. Nie potrafiła się chyba w tym stanie złościć. Zwłaszcza, po wlaniu w siebie kolejnych kieliszków tequili. Cały czas czuła na sobie intensywne spojrzenie Winchestera. Przez większość czasu je odwzajemniała. Gapili się więc tak na siebie, w trakcie jedzenia frytek. Mega seksowne. Chociaż teraz właściwie tak właśnie było. Cholera… kiedy ona zaczęła o nim myśleć w ten sposób?!
Jego pytanie zbiło ją trochę z tropu. W głowie pojawiło się milion myśli i obrazów. Jej oczy pewnie powiększyły się na moment ze trzy razy, jednak po chwili wszystko wróciło do normy. Spojrzała na niego.-Czemu nie. A co proponujesz?- szczerze powiedziawszy, to Iriss totalnie nie zaplanowała dzisiejszego wieczoru. Jej samochód zostawiony był na drugim końcu miasta, w którym miała zostać tylko kilka minut i ruszyć dalej w trasę. Nie miała wynajętego pokoju w żadnym tanim motelu na obrzeżach, a na dodatek obydwoje byli pijani i żadne z nich nie nadawało się do prowadzenia samochodu. A gdyby tylko Dean spróbował, to związałaby go sznurem, który pewnie miał w bagażniku i zamknęła tam. Choć wolałaby pewnie wykorzystać sytuacją do innych celów. Wstała powoli od stolika, nakładając na siebie bluzkę, którą zdjęła podczas tańca na stole. Nie będzie zbyt wielkim zabezpieczeniem przed chłodnym powietrzem jesiennej nocy, jednak nie przejmowała się tym zbytnio. Odeszła kawałek i gdy tylko Winchester się do niej zbliżył chwyciła go za rękę. Znowu. Tym razem nie czuła się aż tak dziwnie i nie puściła jej od razu. Ciągnęła go za sobą, rozluźniając uścisk dopiero, gdy wyszli z baru. Świeże powietrze, jakie od razu w nich uderzyło było naprawdę zbawienne. Odetchnęła głęboko, na chwilę zamykając oczy, by nacieszyć się chłodem, który jeszcze nie przeszkadzał, po czym znów spojrzała na swojego towarzysza, uśmiechając się do niego delikatnie i czekając aż poprowadzi ich tam, gdzie mu się marzyło.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Lut 24, 2013 10:13 pm

A może właśnie łączyło ich o wiele więcej niż myśleli? Tylko drobnymi krokami musieli dojść do tego by przekonać się że w pewnym sensie są do siebie podobni. Uparci, zamknięci w sobie, nie dopuszczali do siebie kogokolwiek. Było jeszcze sporo podobieństw które napędzały odwieczny konflikt na lini Dean - Iriss, i chociaż niektóre wypalały się, dając miejsce bardziej dojrzałemu rozumowaniu to i tak gdzieś ta dziecięca chęć dokuczania zawsze się czaiła. I czaić będzie zawsze, bo z tego to nigdy nie wyrosną. Tak miało po prostu być, ale to dobrze bo dzięki temu nigdy nie było nudno przy ich spotkaniach. Przeważnie to były burze, pełne gwałtowności i hałasu o nic. Irytowali siebie nawzajem, a w tym jednym Winchester ustępował miejsca Sheppard - nikt inny tak jak ona nie potrafił zirytować człowieka. Doprowadzała go tym do szału, i na prawdę tylko fakt że jest dziewczyną powstrzymywała go od tego, by jej nie przywalić. A dziś to zniknęło i mogłoby się więcej nie pojawiać, zostawiając pomiędzy łowcami swobodną przestrzeń w której potrafili się dogadać.
- Wydało się - uniósł dłonie w geście poddania, robiąc wielce zbolałą minę - Teraz jeszcze muszę cię spić tak, żebyś niczego nie pamiętała, żebym mógł ci wmówić, że wykorzystałem cię do niecnych celów.
Oczywiście nie zamierzał nic takiego robić, nawet o tym nie pomyślał, ale skoro Iriss już wspomniała o wykorzystywaniu... Impali przydałaby się porządna kąpiel z woskowaniem. Oczami wyobraźni widział brunetkę w skąpym bikini, na samochodzie pełnym piany... nic więc dziwnego że wdzięki kelnerki zostały zignorowane. Miał przed oczami ładną dziewczynę, która ujawniła swoje kocie ruchy, mąciłą mu w głowie śmiechem, co było czymś kompletnie nowym w jej towarzystwie, więc po prostu się temu poddawał, nie zwracając uwagi na resztę. Dobra, jeszcze jedzenie dostało swoje pięć minut, ale to tylko dlatego że wyglądało dość nieciekawie.
- Pomijając jedzenie, jest lepiej. Zdecydowanie lepiej - przytaknął, nie widząc sensu w zaprzeczaniu nawet dla głupiego droczenia się. W 'Pod Bluszczem' działy się o wiele ciekawsze rzeczy niż tam, w Johny'm, było zabawnie, spontanicznie. Mógł się poczuć jak zwykły facet który wyskoczył do baru z dziewczyną, a dawno się tak nie czuł. Z tym całym burdelem na głowie zapominał, że można dobrze się bawić. Iriss mu to dziś przypomniała, pokazała że raz na jakiś czas można się odciąć by odprężyć sie i naładować baterię. Powinien jej za to podziękować, i możliwe że kiedyś to zrobi, jak tylko przestanie spoglądać na niego zabójczym wzrokiem, który zamiast strachu przyprawił Dean'a o kolejną falę śmiechu. Umilkł czując zimną, lepką maź którą Iriss zdobiła jego policzek
Keczupowa wojna? Z tym, że Dean nie zrobił tego specjalnie, tylko przypadkiem, a Iriss z pełną premedytacją roztarła mu na twarzy czerwoną mazie, sprawiając ze skóra w miejscu gdzie przejechał palce mrowiła... od zimnego keczupu, prawda? Nie zastanawiał się nad tym długo, szukając jak najlepszego sposoby by odpłacić się dziewczynie. Złapał nadgarstek Iriss i przez krótką chwilę próbował utrzymać groźny wyraz twarzy. Nie do końca mu to wychodziło, bo kąciki ust automatycznie wyginały się do góry. Wzrok utkwiony w szczupłym palcu Iriss na którym było jeszcze odrobina keczupu. wystarczyło tylko trochę przysunąć rękę by... zrobił to. Tak po prostu, bez skrępowania, oblizał palec Iriss, przenosząc spojrzenie na twarz dziewczyny. A potem, jakby nigdy nic puścił rękę brunetki i sięgnął po serwetkę by wytrzeć swój policzek. To co zrobił było kompletnie nie na miejscu. I jak najbladziej w jego stylu. Chciał tego i nie chciał. Nie mógł się powstrzymać, naruszając tym kolejny fragment muru. Na ustach łowcy majaczył złośliwy uśmieszek, który bardziej zdradzał ze to miało być zrobione na złość dziewczynie a nie dlatego, że po prostu miał ochotę to zrobić. Rzucił brudną serwetkę na stolik, powracając spojrzeniem na łowczynie. Jeśli ktokolwiek kiedyś powiedziałby mu, że kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji z Sheppard, to wyśmiałby go. Szczerze i głośno. Prędzej podejrzewałby się, że dojdzie do czegoś takiego z Jo Harvelle a nie z Iriss Sheppard. A jednak, życie było ciągle zaskakujące. Po tylu wydarzeniach, ciągle coś go zaskakiwało. Iriss go zaskakiwała, pozwalając poznać się na nowo. W końcu nigdy nie wpadłby na to że Mały Pyskacz potrafi się tak bawić.
- Zawsze mogłabyś je ściągnąć - mruknął, nim zapchał usta ostatnimi frytkami które zgarnął z papierowego talerzyka. Nie miałby nic na przeciw, może nawet i by pomógł dziewczynie. Oczywiście nie tutaj. I może to właśnie te słowa popchnęły go do zadania tego pytania? Słowa, spojrzenie które odwzajemniała Iriss, gesty i tequila. Mieszało mu to w głowie i dlatego dopiero po chwili dotarło do niego, to o co pytał. Takie pytanie nie powinno być niczym dziwnym i zawsze znaczyło tylko jedno. Większość jego spotkań z kobietami kończyło się w ten sposób, w dodatku po pytaniu pojawiał się uśmiech, który mówił wszystko. Dziś nie było uśmiechu, tylko spojrzenie utkwione w Iriss i wzruszenie ramionami w odpowiedzi na pytanie dziewczyny. Nie planował nic, nie miał żadnych ciekawych propozycji którymi mógłby rzucić. Albo i miał tylko wypowiedzenie tego na głos przetarłoby na amen granicę, która niknęła z godziny na godzinę. A po tym jego numerze z palcem, granica była ledwo widoczna. Dlatego bez słowa rzucił na stolik kilka zielonych papierków i ruszył za dziewczyną, zakładając po drodze swoją kurtkę.
Jesienne, chłodne powietrze było bardzo przyjemną odmianą po dusznym barze pełnym papierosowego dymu, słodkich perfum i innych zapachów, które tworzyły specyficzną mieszankę w takich miejscach. A wiadomo, że zapachy potrafiły skutecznie mieszać w głowie – zdał sobie z tego sprawę w momencie kiedy siedział ramie w ramię z Iriss i jeszcze wcześniej, podczas tego ich tańca. Iriss naprawdę zasłużyła na karę. On sam też powinien sobie coś zrobić. Dlaczego nie mógł wziąć się za Debbie i zmienić wydarzenia tego wieczoru? Coś ewidentnie się dziś na niego uwzięło – bo to nie było możliwe, żeby ot tak nagle działo się to wszystko. Fakt, pogodził się z tym że nie zobaczy już w Iriss tej dziewczynki z kucykami, bo jej miejsce zastąpiła seksowana kobieta , ale to co rodziło się w jego głowie z tego powodu… to nie powinno nastąpić. Ale działo się i nikt nie potrafił tego powstrzymać. Nawet on sam.
Dean spojrzał na Iriss gdy ta zamknęła oczy. Pomarańczowa poświata latarni dodawała dziewczynie magicznego uroku, nie pozwalając odwrócić oczu od kości policzkowych, nosa… Wzrok zatrzymał się na ustach, rodząc w głowie chęć poznania ich miękkości i smaku, przegryzienia ich tak samo jak robiła to Iriss. Chęć która spowodowała u łowcy głęboki wdech, i lekko zmieszany uśmiech, gdy ciemne oczy Sheppard spojrzały na niego. Poczuł się jakby ktoś przyłapał go na podglądaniu, a przecież nie robił nic złego.
Rozejrzał się po pustej ulicy, zastanawiając się co dalej. Takie stanie i patrzenie na siebie nawzajem nie było najlepszym wyjściem. Już spoglądanie na siebie w barze doprowadziło do kilku dziwnych sytuacji, i to przy ludziach a tutaj byli sami. Nikt ich nie podglądał ani nie oceniał zachowania. Śmiałość Dean’a mogłaby tylko się powiększyć i doprowadzić do czegoś poważniejszego niż oblizanie palca.
Włożył dłonie do kieszeni kurtki, natrafiając w jednej na kluczyki od Impali. Wyciągnął je i podrzucił do góry, rzucając krótkie spojrzenie łowczyni.
- Mały kurs po mieście w poszukiwaniu kłopotów? Z twoim szczęściem pewnie na coś się natkniemy.
Naprawdę miał zamiar usiąść za kółkiem chevroleta. Nie jednokrotnie siadał za kierownicą po jednym czy dwóch drinkach, więc nie widział problemu po wypiciu ich trochę więcej. Był dobrym kierowcą a swój samochód znał bardzo dobrze – tworzyli razem dobrany duet, który rzadko kiedy zawodził. Problemem bardziej było nieznane miasto niż pijany kierowca. Przynajmniej tak sobie wmawiał. Podrzucił jeszcze raz kluczki w dłoni, uśmiechając się do Iriss trochę tak złośliwie a trochę tak zabawnie. Chwilowe poczucie dyskomfortu spowodowane natrętnymi myślami o ustach Iriss i przyłapanie go na przyglądaniu się jej, uciekło ustępując miejsca temu przyjemnemu odprężeniu, a myśli zajęły się szukaniem jakiegoś błyskotliwego żarciu o brunetce. A przynajmniej tak sobie wmawiał.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Seestra Road Trip on Pon Lut 25, 2013 11:06 pm

Zdanie sobie sprawy z tego, że wiele ich łączy, że w ogóle coś ich łączy i nie jest to na poziomie zwykłej dziecinnej znajomości, pełnej przepychanek, docinania i sielanki będzie dla Iriss ciężkim orzechem do zgryzienia. Dziewczyna całe życie odpychała swoje prawdziwe emocje na bok, nie chcąc dać się im ponieść. Nie na większą skalę. Nigdy nie zawierała większych przyjaźni. Było kilka wyjątków, lecz byli to ludzie z jej otoczenia. Ci, którzy wiedzieli co się dookoła dzieje. Walczyli, jak ona, z nocnymi koszmarami, spędzającymi spokojny sen z powiek. Dean jednak nigdy nie należał do grona jej przyjaciół.
Zakochana, jeśli można to tak nazwać- choć sama się do tego zbytnio nie przyznaje, odpychając naturalne uczucia jak najdalej od siebie- była tylko raz. Intensywnie, szybko, młodzieńczo, szalenie. Dobrze wspomina ten okres. Dobrze wspomina osobę, którą darzyła tym cholernie dziwnym uczuciem, sprawiającym, że krew w żyłach płynie szybciej. Miała więc porównanie. Zakochana w Deanie też nie była.
Wszystko było tak dziwne. Zakręcone, poplątane. Fale zimna i gorąca, na przemian, uderzające w jej drżące ciało, za każdym razem, gdy na nią spojrzał. Co raz- inaczej. Co raz- intensywniej. Nie wiedziała co to znaczy. Nie wiedziała czego to zapowiedź. Była zagubiona. Potrzebowała odpowiedzi. Całym ciałem, komórką, skrawkiem skóry, każdym wdechem i wydechem. Bez tej odpowiedzi jej serce dalej będzie obijać się o żebra, starając się je rozsadzić, lub przedostać przez przestrzeń między nimi, by uciec od niej jak najdalej. Bo czuła się zagubiona. A z tym uczuciem na barkach, ciążącym tam bardzo- nie potrafiła funkcjonować. Powietrze stawało się zbyt gęste, nie chciało dotrzeć do płuc, lecz gdy już pokonało tą ciężką, zawiłą, zawężającą się drogę- przylegało do ścianek delikatnego narządu, lepiąc się i drapiąc. Nie było w tym nic przyjemnego. Paradoksalnie Iriss czuła, że potrzebuje więcej. Lgnęła do tego, brnęła w głąb bagna, z którego może już nie wyjść z uśmiechem na ustach i błyszczącym spojrzeniem- trochę z ekscytacji przed nieznanym, trochę z intensywności, trochę ze strachu. Brnęła w coś, czego w głębi duszy nie chciała. Bała się, że to złudzenie. Choć miała nadzieję, że nim jest. Pragnęła zobaczyć Dean’a takim, jakim widziała go jeszcze kilka miesięcy temu- czyli jako zarozumiałego dupka, z syndromem bohatera, któremu trzeba pokazać, że wcale nie jest najwspanialszy- choć to, jak teraz na niego patrzyła, jak świecił jasnym promykiem, niby aureolą, co jest dosyć przerażającym i dziwnym porównaniem, też jej się podobało. Jedna, wielka, cholerna sprzeczność. Nie wiedziała na czym stoi. Po prostu. A w jej profesji, z jej przyzwyczajeniami i wrodzoną ostrożnością na grunt pod nogami było to dość konfudujące, dezorientujące. Zawsze ciągnęło ją do tego, co zakazane. Co niedostępne. Nigdy jednak nie pomyślałaby, że poczuje iskierkę tego pociągu do niego. Zielonookiego bohatera, który uratował ją niczym damę z opresji tygodnie temu. Czy to było tym czymś, tym impulsem, który sprawił, że zmieniła postrzeganie jego osoby? Bo gdyby teraz cofnąć się pamięcią… po raz pierwszy utkwiła w zupełnie inny sposób, niż zazwyczaj w intensywnej głębi jego oczu, po raz pierwszy zastanowiła się jak smakują jego usta, jak miękkie są i jak drapie jego lekki zarost na policzku, gdy niósł ją na rękach, krwawiącą i przeklinającą, by złożyć jej bezwładne, omdlewające ciało na tylnej kanapie swojego świętego samochodu. Jakby to otworzyło jej oczy. Sama nie wiedziała, czy chce w to brnąć. Jednak dziecinna naiwność, zmieszana z ciekawością, świeżość sytuacji, brak świadomości jej istoty i powagi, uśmiech Dean’a, to, jak na nią patrzył i co przy tym czuła- nie pozwalało trzeźwo myśleć. Pewnie wszystkiego tego pożałuje. Wszystkich tych myśli i gestów, które dziś przy nim wykonała. Lecz to wydarzy się rano. Gdy nie będzie już przy nim. Gdy obudzi się z wielkim bólem głowy, będącym nagrodą za wypicie dużej ilości tequili.
-I ty, skarbie, łudzisz się, że to takie łatwe?- przyjemnie było jej z nim rozmawiać. Wsłuchiwać się w jego głos, choć jeszcze nie była w pełni tego świadoma. Po prostu dawała się wieść temu dziwnemu, kuszącemu prądowi, który robił z nią dziwne rzeczy. Myślała o konsekwencjach, bała się ich, lecz i tak podążała za tym dzikim instynktem. Każde czułe słówko z łatwością przepływało przez jej zaciśnięte gardło, łaskocząc delikatnie. Czuła się, jakby robiła coś zakazanego. Łamała jakąś z góry zapisaną regułę, której nie powinna była tykać. Mur, który burzyli… sprawiało jej to nie lada przyjemność. A temu wszystkiemu towarzyszyła dezorientacja, zmieszanie, niepewność i sprzeczność. Mieszanka wybuchowa, zlewająca się w całość gdzieś w ich wnętrzach. Czyż to nie było kuszące? Naruszyć kolejne warstwy kruchej powłoki, stanowiącej bariery przyzwoitości i dopuszczalności. Te dreszcze wzdłuż kręgosłupa chyba mówiły same za siebie. Popędzały, by zrobić kolejny krok. Niby mały, a tak znaczący. Odwracający losy tej dwójki, które i tak już stały pod wielkim znakiem zapytania do góry nogami. Całe otoczenie. Wszystko, co działo się wokół nich… to wcale nie przeszkadzało. To pomagało. Pchało ich ku sobie, by z każdym słowem nachylali się ku sobie coraz bardziej, gdy szum rozmów gdzieś za ich plecami zagłuszał wypowiadane drżącym głosem sylaby. Ta spontaniczność i gwałtowność, dążenie za intuicją było czymś nowym. Oczywiście tak w większości wyglądało całe życie dziewczyny. Nigdy nie planowała, nigdy nie interpretowała i nie analizowała. Jednak czasem było trzeba. Obecna sytuacja, mimo powtarzania wielokrotnie znanych obydwojgu schematów… była nowa. Nieznana. Jakby dopiero co ją odkryli i pierwszy raz tego doświadczyli. Przynajmniej z perspektywy Iriss, która funkcjonowała obecnie tylko dzięki idei, która pojawiła się w jej głowie, że to, co się dzieje to tylko iluzja. A może aż iluzja? Zagubienie znów wzięło nad nią górę.
Obdarzyła Deana jednym z tych ciepłych uśmiechów, mówiących podświadomie, że nic, co na zewnątrz się nie liczy, dającym nadzieję i pewnego rodzaju podporę. Jej patrzące na niego intensywnie i nieświadomie, oczy świeciły w blasku przyćmionych lamp i reflektorów, rozmieszczonych w kątach baru. Jej czarne źrenice, wpatrzone w skąpaną w głębokich cieniach twarz mężczyzny, rozszerzyły się, gdy jego usta zamknęły się na jej palcu. Dziwny dreszcz przeszedł jej wzdłuż kręgosłupa, sprawiając, że zadrżała lekko, przygryzając wargę i zaciskając na chwilę powieki. Nie było to uczucie, którego teraz chciała doświadczać. Nie przy tak rozszalałych zmysłach. Nie… z nim. Choć nie wyobrażała sobie w tej chwili nikogo innego w tej roli. Żadnych innych warg, zamkniętych wokół jej smukłego palca. Jego spojrzenie w czasie trwania tego gestu, tak pobudzającego, wzmocniło tylko intensywność sytuacji. Złamało kolejną barierę. Z muru już prawie nic nie zostało. Chwiał się lekko, niczym targany przez huragan, którego wcale tam nie było. To tylko delikatne podmuchy, wywołane przez ich płytkie oddechy. Na jej i tak już zaczerwienionych policzkach pojawił się niekontrolowany rumieniec. Uśmiech jednak, lekko tajemniczy, zadziorny stanowił dla niego skuteczną maskę.
-Mogłabym, to prawda. Ale coś za coś.- jej wzrok powędrował wzdłuż ciała Dean’a lustrując każdy jego skrawek. Nie spieszyła się, robiła to dokładnie, powoli, jakby miała na to całą wieczność. Pewne fragmenty szczególnie przykuły jej rozproszoną i przyćmioną alkoholem uwagę. Lecz najdłużej zatrzymała się na oczach. One były kluczem do wszystkiego.
Wyjście z baru było jak wyjście z klatki. Cała ta zamknięta przestrzeń, kręcący się dookoła ludzie- wszystko drażniło. Stanowiło też hamulec, lecz za razem nakręcało ich. Bo co by się z nimi stało, gdyby byli tam sami? Od początku? Mogłoby się nie stać nic. Mogliby się sobą znudzić. Ciągły ruch za plecami, ciągłe spojrzenia rzucane w ich stronę, szum, śpiew, głośna muzyka- wszystko tworzyło niby nieistotne tło. Bez niego jednak nie tak by się to skończyło. Wieczór byłby taki, jak reszta. Zwyczajny, nudny, mimo iż od początku dzień nie zapowiadał się na zakończenie, jak zazwyczaj. Teraz nagły, gwałtowny podmuch wiatru, zaraz po wyjściu z zatłoczonego, przesyconego zapachem papierosów, alkoholu, potu i tanich perfum, był niczym zbawienie. Balsam dla duszy i umysłu, ocucający go i oczyszczający z myśli, które nie powinny były się tam znaleźć. Jakby te jesienne podmuchy miały rządzić ich losem. Tylko ten jeden raz. Tylko dzisiaj. Jakby chciały przejąć kontrolę nad sytuacją. I skutecznie im się to udawało. Napotkane spojrzenie, zaraz po wypuszczenia powietrza, zaciągniętego głębokim wdechem, po chwili delektowania się nim, było spokojne. Mętlik, kręcący się uparcie w umyśle Iriss, ryjący nim boleśnie ścieżki, którymi uparcie chciał przejść, powoli ulatywał. Dla niej w tym momencie nieważne było co się z nimi stanie. Postanowiła. Pójdzie za instynktem. Tym najgłębszym, najbardziej niebezpiecznym, wypuszczanym tylko w skrajnych sytuacjach. Może teraz właśnie taka była? Nie wiedziała. Czuła tylko, że to słuszne. Zrobiła kilka małych, acz śmiałych kroków w stronę mężczyzny stając naprzeciwko niego. Kąciki jej pełnych ust były lekko uniesione do góry. Zagrodziła mu drogę swym ciałem, patrząc na unoszące się szybko do góry kluczyki do samochodu, słuchając jak, spadając i obijając się o dłoń łowcy, wytwarzały przyjemne dzwonienie.
-Jeśli chcesz kłopotów mogę Ci je dać. - życie łowców jest ciężkie. Zasady moralne różne, niż u zwyczajnych ludzi. Prowadzenie w stanie krytycznym- rzeczą normalną. Dziś jednak Iriss nie miała zamiaru pozwolić, by któreś z nich siadło za kółkiem. Byli zbyt rozproszeni. Nie tylko procentami, buzującymi przyjemnie w ich krwi i sprawiających, że w głowie błogo szumiało. Jej uśmiech poszerzał się z każdym krokiem w stronę mężczyzny. Wyciągnęła przed siebie delikatnie dłoń, kładąc ją na jego klatce piersiowej. Teraz odległość ich dzieląca powodowała, że dziewczyna, chcąc wciąż utrzymać kontakt wzrokowy musiała zadzierać lekko głowę do góry. Przygryzała mocno wargi, wciąż powstrzymując się przed zrobieniem największej głupoty tego wieczoru. Pokusa tak wielka, tak ryzykowna. Nie wiedziała co się stanie, gdy podąży za instynktem. Lecz czy konsekwencje były ważne? Powstrzymała dreszcz, symbolizujący zdenerwowanie. Lekkie, przyjemne. Uniosła się lekko na palcach, przenosząc powoli spojrzenie na sprawiające wrażenie tak miękkich, wargi. Całe jej ciało walczyło teraz ze sobą. Z umysłem. Oddychała ciężko, zaciskając palce na materiale koszulki Dean’a. Ściskając ją jedną ręką coraz mocniej. I zrobiła to. Z początku delikatnie, niepewnie, ledwie muskając swymi ustami jego. Zamknęła oczy, przybliżając się do niego jeszcze bliżej, pogłębiając pocałunek, nabierając pewności. Smakował tak, jak sobie wyobrażała. A nawet lepiej. Po chwili gwałtownie się od niego oderwała. Usta jej mrowiały. Przygryzła je, patrząc mu intensywnie w oczy. Szybkim ruchem ręki, wykorzystując sytuację i bliskość, jaką osiągnęli wyrwała z jego dłoni, kluczyki, które ściskał. Jej spojrzenie zmieniło się. Na twarzy pojawił się uśmiech. Pełen zadziorności, przepełniony chytrością.
-Złap mnie.- Powiedział cicho, do jego ucha, po czym oddaliła się, najpierw cofając się do tyłu, dość powoli, nie odrywając spojrzenia. Po chwili Dean mógł już tylko zobaczyć jej oddalającą się coraz szybciej sylwetkę. W powietrzu wciąż tańczył jej śmiech, odbijający się echem od ścian budynków. Nie mogła przecież pozwolić, by prowadził po pijaku.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by The Geek Monkey on Pią Mar 01, 2013 3:05 am

Jeśli kiedykolwiek dojdą do tego, że to co istniało pomiędzy nimi nie jest tylko pozostałością po dziecinnej złośliwości, że jest w tym coś większego, Winchester będzie mieć pewne problemy z przyswojeniem tego. Bo jak to możliwe, żeby ta mała, irytująca zołza mogła stać się na przestrzeni czasu kimś, z kim łączy go więcej niż myślał? Kiedy to się stało? A może to po prostu tak było – większość łowców zachowywała dystans, nie pozwalając na to by poniosło ich zbyt wiele emocji. Takie podejście było prostsze, kiedy byli zmuszani do tego, czym trudnili się na co dzień. Gdy nie miało się zbyt wiele do stracenia pójście na polowanie przychodziło z łatwością. Owszem, byli racy co ryzykowali. Każdy w końcu miał moment w którym ryzykował, Dean znał kilka par łowców którzy w końcu wpadali w pułapki własnych uczuć, musząc wybierać co jest dla nich ważniejsze. Czasem, widząc takich ludzi, zastawiał się czy gdyby czas popłynął inaczej, przynosząc inne wydarzenia, jego rodzice byliby jedną z tych par, które walczą nie tylko o życie nieznajomych, ale i o sobie. Jak Sheppardowie, którzy byli przykrym dowodem na to, że w końcu to co kochamy staje się celem tego, na co polujemy. Najlepiej uderzyć przez tych, na których nam zależy. Dean mógł się tego przekonać wielokrotnie, dlatego chciał być jak najdalej od brata, by udaremnić demonom czy aniołom, dotarcie do niego przez tego młodszego.
Jeśli chodzi o miłość, to Winchester pomimo licznych flirtów i romansów, zakochał się raz, uznając teraz to za przejaw młodzieńczej naiwności. Większość wspomnień, tych dobrych, o Cassie przyćmiewało uczucie bolesnego rozczarowania które wżarło się w jego duszę, pozostawiając po sobie nieprzyjemny smak. Więcej nie próbował, nie chciał, nie potrzebował. Jednonocne przygody były wystarczające, pozwalając odreagować cały ten burdel w którym się znajdował. Do przyjaźni też nie ciągnął, wiedząc że najlepszy przyjaciel może z czasem stać się dla ciebie wrogiem. Nie miał nikogo komu mógłby zaufać, tak naprawdę, bo nawet własnemu bratu, który przez wiele lat był jego jednym przyjacielem, nie potrafił teraz ufać. Nie warto było ufać komukolwiek. Sobie też nie powinien ufać. Nie, kiedy pił za dużo a umysł uwolniony od ciężkich myśli, wyłączał się pozostawiając Dean’a samego sobie, zdanego na łaskę ciemnych oczu, które tego wieczora wwiercały się w niego. To było takie zakazane – i właśnie to sprawiało że magia ich spotkania była tak intensywna. Przekraczali bariery o których istnienia jeszcze kilka tygodni temu nie miał pojęcia. Zdawał sobie sprawę z tego, że Sheppard nie należała od grona dziewczyn które martwią się o swoje paznokcie, że nie była z tych łatwych, którym wystarczyło jedno spojrzenie by paść u twych stóp. Wychowanie przez dwoje starszych braci nadało dziewczynie
I naprawdę nie sądził, że kiedyś zlustruje go spojrzeniem w taki sposób, jaki zrobiła to moment temu w barze. To było takie… podniecające. Dean nie był dłużny, karmiąc spojrzenie wdziękami Iriss kiedy prowadziła go do wyjścia. Spojrzenia, gesty, uśmiechy… było tego za dużo, by móc o tym pomyśleć na spokojnie, i dobrze, przynajmniej Winchester mógł tak po prostu, bez zbytniego zastanawiania oddać się temu zapomnieniu które dostał przy Iriss.
- Właśnie o to mi chodzi, Sheppard. Właśnie o to – przytaknął, uśmiechając się złośliwie. Chciał jakichkolwiek problemów, które by przyciągnęła osoba brunetki. Cokolwiek. Byle tylko zająć umysł czymś innym, czymś co nie ma … ale nie takich kłopotów. Nie z jej strony. Miała je przywołać a nie powodować, jednak było już za późno by się wycofać. Spojrzenie ciemnych oczu przybiło go do chodnika, przygryzione wargi skupiały na sobie wzrok, i chociaż dzielił ich materiał koszulki, to miejsce na którym oparta byłą dłoń Iriss stało się nadzwyczaj czułe na dotyk. Czekał, by przekonać się czy brunetka to zrobi. Gdyby mógł to założyłby się sam ze sobą o to, czy go pocałuje, do czego ewidentnie dążyła. Stchórzy? Obróci w żart? I mimo, że w jakimś maleńkim stopniu był przygotowany na to że do tego dojdzie, to i tak był zaskoczony posunięciem Sheppard. Znowu go zaskoczyła, wprawiając w osłupienie, nie pozwalając wykonać żadnego gestu. Dlatego stał z przymkniętymi oczami, pozwalając Iriss by go całowała. Ona jego. Ile będą musieli wypić, by mógł jej to wypominać ze śmiechem niezliczoną ilość razy?
Dopiero kiedy Iriss pogłębiła pocałunek, odzyskał panowanie nad swoim ciałem, odwzajemniając się tym samym. Na krótki moment, zanim zorientował się że to wszystko było tylko częścią nikczemnego planu zabrania mu kluczyków od samochodu, oczy Dean’a nabrały ciemniejszego koloru a każda, nawet ta najmniejsza komórka jego ciała, chciała więcej. Dużo więcej. Po granicy, murze, czymkolwiek co sprawiało, że powstrzymywał się od niektórych rzeczy, nie było śladu. Zniknęło pod naporem miękkich, ciepłych warg. Ramie mężczyzny oplotło Iriss przyciągając ją bliżej, nie zostawiając żadnej wolnej przestrzeni. Pomimo chłodnego wiatru, czuł niesamowite ciepło przepływające pomiędzy nim a Iriss. Przyjemne, zaskakujące, znowu, uczucie. Nie był pewny, czy to wszystko naprawdę się dzieje, czy był to wytwór jego chorej wyobraźni, ale było w tym coś, co chciałby zatrzymać na dłużej. Chcieć mógł, ale to nie tylko od niego zależało. Ciepło ustąpiło gdy wymknęła mu się, pozostawiając przyjemny dreszcz na karku spowodowany szeptem i lekki niedosyt tego, co miało miejsce. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie na rozbawioną twarz dziewczyny, by wszystko to co w nim obudziła schowało się w kąt, podglądając ukradkiem z nadzieją, że jeszcze będą mogły się ujawnić. Póki co próbował przybrać poważna minę, niemal gniewną, co kontrastowało z błyszczącymi oczami łowcy.
- Oddaj - wyciągnął dłoń w kierunku Iriss, idąc powoli w jej kierunku i zatrzymując się, gdy ta ze śmiechem na ustach zaczęła biec przed siebie. Przez myśl przeszło mu, żeby pozwolić jej uciec. Gdziekolwiek. Bo gdy ją złapie nie mógł ręczyć za to, co z nią zrobi. A ustąpienie niewidzialnej ściany pomiędzy nimi naprawdę dawała dużo możliwości. Ale czy to wtedy nie znaczyłoby że on stchórzył? W pewnym sensie zapewne tak i pewnie tak byłoby lepiej, bezpieczniej. Ale gdyby zawsze obierał te bezpieczniejsze drogi byłby tym kim jest? To co się działo było ciągłym wyzwaniem, które mimochodem zostało rzucone przy butelce piwa, a że miało w sobie dozę niebezpieczeństwa i zakazanego smaku tylko dodawało mu dreszczyku. Po za tym, Iriss miała jego kluczyki. A włamywać się do własnego samochodu nie zamierzał, dlatego zrobił to, co zrobiłby każdy na jego miejscu – ruszył za dziewczyną.
Jeśli było się łowcą trzeba było umieć biegać i to najlepiej szybko, jeśli chciało się ujść z życiem albo złapać paskudną kreaturę, która uciekała przed błyskiem srebrnego noża. Dlatego nie powinno nikogo zdziwić to, że nim Winchester dopadł Sheppard minęli kilka przecznic, raz zwiększając dystans pomiędzy sobą, raz zmniejszając. Zabawa w ganianego po uśpionym mieście, nieważne jak przednia, musiała mieć swój koniec. Dean przyspieszył w końcu przeganiając Iriss, zagradzając dalszą drogę swoim ciałem.
Złapał dziewczynę w pasie i przerzucił ją przez ramie, tak jak to robił kiedy byli młodsi, gdy mała dziewczynka usilnie przeszkadzała nastolatkowi w robieniu wyjątkowo ‘ważnych’ rzeczy. Tyle, że dziś nie było szafy do której mógłby schować Iriss i zamknąć ją, łudząc się że tym razem nie wymknie się tak szybko jak poprzednio. Nie było też powodu, dla którego miałby ją zamykać. Chociaż, może dla jej własnego dobra powinien to zrobić, trzymać ją z dala od siebie
- I co ja mam teraz z tobą zrobić, mała? – spytał rozbawiony, trochę zdyszany po gonitwie, idąc przed siebie wolnym krokiem, trzymając mocno nogi dziewczyny. Nie miał pojęcia gdzie iść, co robić, i chociaż w głowie kołatały się różne myśli i wizje, a chęci spełnienia któreś z nich odbijały się boleśnie w jego wnętrznościach, to nie było na to miejsca. Jedyne, które mogłoby się nadawać było w posiadaniu Iriss, co było w tej chwili zbawienne dla nich obojga.
Mały skwerek pomiędzy szarymi budynkami, gdzie dzieciaki mogły wyładować swoją energię na niewielkim placu zabaw, nagle stał się celem podróży Winchestera, który ani myślał postawić Sheppard na ziemi. Przynajmniej nie miała pojęcia, gdzie ją niesie. Plac zabaw był jak jeden z wielu – kilka huśtawek, jakaś piaskownica z porzuconymi szpadelkami , zniszczona przez bandę idiotów karuzela, zjeżdżalnia do której prowadził niewysoki drewniany podest, noszący na swoich deskach wyznania licealistów. Tam, na zimnym i nieco wilgotnym drewnie posadził Iriss. Niezbyt przyjemne miejsce, ale przynajmniej mu stąd nie ucieknie. Stanął naprzeciw brunetki, uśmiechając się nieznacznie, kierując wzrok na jej usta – posmakowałby ich jeszcze raz i jeszcze, zatrącając się w ich miękkości. Machinalnie oblizał swoje wargi, jakby chciał sprawdzić czy słodycz Iriss nadal tam jest, spoglądając prosto w oczy Sheppard.
- Daj – wyszeptał, opierając dłonie na kolanach Iriss – Albo sam wezmę - przesunął dłonie powoli do góry, aż zatrzymały się na udach kobiety. Niby zwykłe słowa dotyczące prozaicznej rzeczy, a wypowiedziane na głos, sprawiły że to co chowało się kącie nieśmiało próbowało wrócić na scenę.




avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Bar "Pod Bluszczem"

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: VALLEY CITY :: CENTRUM

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach