Park

 :: VALLEY CITY :: CENTRUM

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Park

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Mar 03, 2013 4:28 pm

***
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Mar 03, 2013 4:31 pm

Czasem dobrze było zapomnieć. Podążyć za instynktem, nie myśląc co się tak naprawdę robi. Dać się ponieść przez prąd wiatru, który akurat poruszał koronami jesiennych drzew stojących w przerwach między budynkami i zrzucających pożółkłe, stare liście na szare chodniki. Czy to nie byłoby bardziej ekscytujące? Czemu w jej głowie wciąć pojawiały się dziwne myśli, stanowiące hamulec- który jak się okazało nawet wciśnięty do oporu nie działał. Dwie natury dziewczyny wciąż toczyły ze sobą zaciętą walkę. Żadna ze stron nie chciała odpuścić. Każda była tak samo silna i uparta. Czasem dłuższy koniec liny był po jednej stronie, czasem po drugiej. Stąd to rozchwianie, doprowadzające do szału. Każdy jeden zmysł pracował zbyt intensywnie. Niemal się przegrzewał. I wszystko szło w jednym kierunku. Jakby do świecącego punktu w czeluściach ciemności, otaczających z każdej strony. Przecież od czasu wyjścia z zaplecza w Małym Johnnie, zaraz po zobaczeniu znajomego kształtu pleców, przebijającego się przez fałdy materiału, nie myślałam praktycznie o niczym innym. Przytłaczające, gubiące, lecz tak kuszące światełko. Czemu więc nie podążyć jego śladem, zamiast pakować się w pogłębiającą się z każdym krokiem otchłań? Oh, głupia Ty. Przecież i tak ta iskierka ma nad Tobą całą władzę. Nie oprzesz się jej i dobrze o tym wiesz. Po co się okłamywać? Jeśli w takiej sytuacji zdrowy rozsądek nie został zgnieciony niczym małe jajko wielkanocne, przez wielkiego zająca, próbującego dopchać się po żonkila- to właśnie teraz by się przydał. Gdy myśli o przyniesieniu kłopotów nie szły w tym kierunku, co zawsze. Gdy choć raz poczuła, że może je kontrolować. Lecz czy to, co w tej chwili robiła choć trochę przypominało kontrolę? Czy gdyby była w pełni świadoma i zdecydowana wobec swoich poczynać, to wspinała by się powoli na palce, by zbliżyć swoją twarz do Deana? Przecież doskonale wiedziała o jakie kłopoty mu chodź. O te, które zawsze za nią chodzą. Są jej nierozłączną częścią, jakby urodziła się z nimi w dłoni. Dla niej nie było to już nic niezwykłego. Szczypało tylko delikatnie skórę, gdy miało zdarzyć się coś złego, co przy okazji przyniesie jej dużo zabawy. Teraz to uczucie wydawało się wzmożone. Tysiąckrotnie.
Pocałunek z Winchesterem. Kto by pomyślał? Usta obydwojga niejednokrotnie wykonywały tą czynność. Lecz co ona znaczyła? W zamyśle przecież ten gest miał być czymś wspaniałym, nadzwyczajnym. Może i był. Lecz nie oszukujmy się. O wielu przypadkach chcieli zapomnieć. Zapewne przeważały one nad tymi, których wspomnienie wywoływało uśmiech na twarzy, lub uścisk w dołku. Zwłaszcza pierwsze były… niezręczne. Bo co dzieciak, rządny dorosłości, mógł o tym wiedzieć? Nie wystarczyło tylko zwykłe połączenie ust. Chodziło o bliskość. O złamanie pewnej granicy? Te czasy i doświadczenia na całe szczęście były daleko za nimi. Doświadczenie robiło swoje. Jednak uczucie towarzyszące pierwszemu pocałunkowi, tak ważnemu dla nas wszystkich, w jakiejś małej części towarzyszyło jej dzisiaj. Jakby właśnie sobie przypomniała jak to jest próbować czegoś, czego nie zna. Czegoś, czego długo wyczekiwała. Co będzie ważne.
Nie, zaraz, zaraz. O czym ona pierdzieli?
A może jednak tak było? Może chciała skosztować aksamitu tych ust? Przez cały ten czas. Odkąd tylko zrozumiała, że chłopak jednak różni się od dziewczyny. Może gdzieś głęboko w jej świadomości cały czas tańczyła taka myśl. Absurdalna, śmieszna, niewiarygodna. Lecz poza tym nie miała innego wytłumaczenia. To nie mogło stać się tak nagle. Takie rzeczy się nie działy. Bo niby dlaczego z dnia na dzień te usta, które teraz smakowała z coraz większą intensywnością wydałyby się jej bardziej kuszące? Czemu jej całe ciało drżało podczas nawet najmniejszego, najbardziej niewinnego dotyku, jego skóry, dopraszając się o więcej? Było tak wiele pytań. A tak cholernie mało odpowiedzi.
Pocałunek coraz bardziej ją pochłaniał. Czuła się dziwnie. Mimo iż w ciągu dzisiejszego wieczoru wyobrażała to sobie co najmniej kilka razy i myślała, że jest przygotowana, że to będzie tylko głupia sztuczka, zabawa na odwrócenie uwagi mężczyzny- zawiodła. Gdy tylko jej gest został odwzajemniony, gdy silne ramiona przyciągnęły ją bliżej siebie miała ochotę pozostać w nich na zawsze. Nie przeszkadzało jej to, że stoją na środku gdzieś na środku chodnika, późno w nocy (choć nie miała pojęcia, która może być godzina), nie przeszkadzał jej jesienny wiatr, ani to, że jest w samej koszulce. Cała się gotowała. Ta bliskość totalnie ją rozgrzewała. Każdy kawałeczek ciała. Na szczęście resztki samokontroli, które na całe szczęście nie zostały przyćmione przez duże ilości alkoholu, pomogły jej w zrobieniu tego, co planowała. Gdy biegła miała naprawdę wielką ochotę zatrzymać się i przyciągnąć tego nieogarniętego idiotę z powrotem do siebie, wracając do czynności o wiele przyjemniejszej, niż nabijanie kilometrów przebierając nogami szybciej, niż w tempie spacerowym. Dużo szybciej. Na kondycję nigdy nie narzekała. Aktywność robi swoje, a tego akurat nigdy w jej życiu nie brakowało. Może teraz taki wysiłek pomoże w oczyszczeniu umysłu? Wiatr przecież ze wzmożoną intensywnością dmuchał jej w roześmianą twarz, ochładzając przy okazji. Może procenty, buzujące w żyłach ulecą szybciej, niż miały zamiar. Choć dystans, jaki przebiegli nie był znowu taki duży. Nie dla nich. I w całej tej ganianinie miała sporo zabawy. Było to jakimś odstępstwem od reguły. Od codziennej rutyny. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie biegła, by uratować tyłek. Czy to swój, czy kogoś innego. Zawsze jednak był w tym wyższy cel. Nie robiła tego po prostu dla zdrowia. Teraz owszem, uciekała. Lecz to było zupełnie coś innego. A gdy w końcu dała się złapać, zanim została pociągnięta w górę i przerzucona przez ramię, obdarzyła Winchestera bardzo zagadkowym uśmiechem, w połączeniu z błyskiem w oku, jaki towarzyszył jej zawsze- już od małego dziecka i w sumie zwłaszcza wtedy- podczas jej najfajniejszych zabaw. Po każdej ucieczce z szafy. Po każdym rzuconym wyzwaniu. Po każdym małym podstępie.
-Zawieź mnie do gwiazd, rumaku!- powiedziała przez śmiech, gdy w końcu wylądowała głową w dół, z pięknym widokiem na tyły Dean’a. Może nie była to zbyt komfortowa podróż- dla obojga, bo ciągłe wymachiwanie nogami i wystukiwanie różnych rytmów na plecach Winchestera nie mogło pomóc w utrzymaniu ciała dziewczyny w odpowiedniej pozycji- lecz miało też to swoje plusy. Takie, o których żadne z nich, przynajmniej jak na razie, nie chciałoby pewnie mówić na głos. Nie wiedziała gdzie zamierza ją zabrać. I szczerze mówiąc nie bardzo ją to interesowało. Dzisiejszego wieczoru postanowiła zadziałać tak spontanicznie, jak tylko się da. Może ze względu na to, że niekoniecznie była w stanie myśleć, lecz na chwilę obecną ani trochę jej to nie przeszkadzało. Przecież to, co teraz robili było o stokroć lepsze od tego, co planowała zaraz po opuszczeniu znienawidzonego pubu. Przez całą drogę obracała kluczyki do legendarnego Chevroleta Impali z niewinnym uśmiechem na twarzy i zastanawiała się jak Dean wykorzystuje cudne 7 litrów tej machiny. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek w nim siedziała. Szczególnie, gdy silnik był w ruchu, a bieżnik zostawał ścierany na czarnej jezdni.
Gdy w końcu dotarli do mety, Iriss uważnie rozejrzała się po okolicy. Niby nic nadzwyczajnego. Ordynarny plac zabaw, nie wyróżniający się niczym spośród miliarda innych. Każde dziecko spędziło tu swój najpiękniejszy okres. Pierwsze zdarte kolana, pierwszy piasek w oczach i we włosach. Pierwsze zabawy w kuchnię, czy tor wyścigowy na piasku. Pewnie zwyczajny człowiek przechodząc obok tego miejsca nie pamięta nawet jak wiele pięknych wspomnień z nim związanych posiada. Odepchnął je daleko od siebie- uważając za nieistotne. Iriss nie miała takiego dzieciństwa. Pamiętała może jedną, czy dwie takie popołudniowe wizyty. Nie były to jednak dobre wspomnienia. Nie potrafiła się tu odnaleźć. Inne dzieciaki nie potrafiły znaleźć z nią wspólnego języka. A ona miała lepsze rzeczy do roboty. Wtedy jeszcze nie doceniała piękna normalności i nieświadomości. Dopiero gdy jej to odebrano zaczęła żałować, że nie wykorzystała tego beztroskiego czasu lepiej. Gdy w końcu została posadzona na chłodnym, drewnianym podeście, znów uśmiechnęła się do Winchestera. Łokciami oparła się o inny podest, który znajdował się kilkadziesiąt centymetrów wyżej. Obróciła na breloczku, wokół palca kluczyki, po czym zamknęła je szybko w swojej dłoni, patrząc na Deana dość wyzywającym wzrokiem, mówiącym przy okazji, że ma nad nim chwilową przewagę. Cały czas lustrowała uważnie jego twarz. Jej oddech wciąż był płytki. Nie ustabilizował się jeszcze całkowicie po stosunkowo długim biegu. Gdy mężczyzna pochylał się nad nią- patrzyła mu prosto w oczy. A gdy jego dłonie dotknęły jej kolan- odruchowo przygryzła wargę. Przyjemnie łaskotało. Powodowało ledwo wyczuwalne, wkurzające, dreszcze. Lecz najbardziej wkurzającą rzeczą w tym momencie, ku zdziwieniu, były jej spodnie, które przeszkadzały w miękkim dotyku. Gdy tylko palce Dean’a wędrowały wyżej, oczy dziewczyny przymknęły się delikatnie. Na chwilę, by potem znów utkwić spojrzenie czarnych źrenicach, ukrytych w cieniu nocy, otoczonych najzieleńszymi tęczówkami, jakie kiedykolwiek widziała.
-Chciałabym zobaczyć, jak próbujesz mi je odebrać, maleńki.- uśmiechnęła się nieznacznie, nie przerywając spojrzenia. Jedynym źródłem światła była świecąca na pomarańczowo latarnia, kilka metrów za nimi, schowana gdzieś za drzewem. Większość okien była ciemna. Prawie całe miasto pogrążone było we śnie. A oni- dwójka dorosłych łowców z apokalipsą w siatce z zakupami- siedzieli na placu zabaw, grając w jakąś dziwną gierkę, której zasad sami nie znali. Teraz, gdy byli całkowicie sami w ciemnościach, miała jeszcze większą ochotę pociągnąć go za kołnierz koszuli i znów posmakować tych lukrowych warg. Lecz raz już to zrobiła. Nie żałowała. Jednak drugi raz nie należał do niej. Wciąż nie była pewna o co chodzi. Czy to nie dzieje się tylko w jej wyobraźni, czy nie dopowiada sobie zbyt wiele. Nie chciała się w nic pakować. Nie są nastolatkami. Nie są normalnymi ludźmi. Dzisiejsza noc pewnie nie powtórzy się już więcej. Gdy tylko alkohol opuści ich organizmy ciężko będzie im na siebie spojrzeć. Choć jak na razie wspomnienie wieczoru zapowiadało się miło- to jeszcze się nie skończył. Trzeba o tym pamiętać. Jeszcze wiele może się wydarzyć. A chowanie pięści, która zaciśnięta była na kluczykach mogło zmienić los wydarzeń. Jak na razie cieszyła się swoim małym zwycięstwem. Nie chciała by Dean prowadził po pijaku. Choć sama robiła to nie raz, czy dwa, będąc nawet w gorszym stanie, niż teraz- chwasty młodości. Jej misja się powiodła. Miała nawet wytłumaczenie, choć wolała ich nie stosować, na wypadek gdyby ktoś miał wątpliwości, co do jej środków. Przecież tylko odwracała uwagę. Nie było w tym nic ponad to… Oh, kogo ona oszukiwała. Oczywiście, że było. Jednak wymówka zawsze się przyda. Sumienie nie gryzie wtedy tak bardzo. A po dzisiejszym wieczorze zamieni się we wściekłego wilka, rozszarpując wnętrze Iriss na kawałki. Była tego niemalże pewna, lecz dalej brnęła w głąb lasu. Przecież tak było fajniej. Ryzykowniej. I jeśli Dean naprawdę chciał kłopotów, to właśnie je dostawał. W czysto fizycznej postaci. Opierał właśnie na nich swoje dłonie i patrzył im w oczy.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Mar 03, 2013 4:33 pm

Zapomnienie było przyjemne i czasem było jedynym wyjściem po ciężkim dniu, pełnym dziwnych rzeczy, które klasyfikowałby go jako pacjenta zakładu zamkniętego, gdyby komuś o tym powiedział. W ramionach uroczej kelnereczki czy przypadkowo poznanej dziewczyny zapomnienie przychodziło szybko, ale i szybko odchodziło, gdy słońce wkradało się przez firanki do motelowego pokoju, budząc mężczyznę i zmuszając go do dalszej drogi, która wcale nie ułatwiała przyswajania na nowo tego, o czym zapominało się całą noc. Najgorzej było po tym jak Castiel wyciągnął go z piekła - wtedy zapomnienie nie trwało zbyt długo, i nawet jeśli Dean chciał zatrzymać je na dłużej, ukołysać się w słodkiej naiwności , to koszmary wyciągały po niego swoje obślizgłe macki i przywracały do rzeczywistości krwawymi koszmarami. Z dnia na dzień się polepszało, zapomnienie trwało dłużej, koszmary ustawały, dając spokój umęczonemu umysłowi. A teraz nawet nie miał na to czasu. Aż dziwnie to brzmi, jeśli chodzi o jego osobę. Pochłonięty poszukiwaniem colta, pełen złości na brata i zmęczony ciągłym ukrywaniem się przed aniołami, które z chęcią przytargałby go przed oblicze jednego z archaniołów, nie miał czasu na to by zapomnieć. Dać ponieść się chwili i odreagować od wszystkiego. Musiał mu wystarczyć tani czteropak i durne filmy przy których zasypiał, jeśli nie kład się od razu na niewygodne łóżko. A kiedy w końcu znalazł jeden wolny wieczór, który zaprowadził go do paskudnej knajpy, los postanowił zagrać z łowcą w pokręconą grę w którą nie grał fair play, dając Winchesterowi zbyt wiele pokus i niszcząc większość tego, co łowca widział i wierzył. Jednak i Dean wyszedł na tym dobrze. Może i zmagał się z myślami, próbował postawić do pionu do póki jeszcze był w stanie się hamować, powtarzając sobie w kółko i w kółko, że Iriss nie jest tą z która powinna występować w przyjemnych wizjach ogarniający zamroczony alkoholem umysł, ale to dzięki obecności pechowej łowczyni, uśmiechnął się szczerze pierwszy raz od tygodni, śmiał beztrosko, flirtował, zapominał. Rano rzeczywistość uderzy w niego boleśnie, przynosząc wyrzuty sumienia i wściekłość na samego siebie, za to że pozwolił sobie aż tak zapomnieć. Zbyt mocno, zbyt intensywnie, zatapiając się w pocałunku który mógłby trwać wieczność, w dotyku kruchego ciała, które tak ufnie do niego przylegało, mieszając w głowie i gotując krew, która dodatkowo napędzana przez tequilę, szumiała przyjemnie w uszach.
A bieg? Bieg był chwilowym orzeźwieniem, spacer podczas którego niósł Sheppard wcale nie pomógł w uporządkowaniu myśli ani dowiedzenia się w tego, co tak naprawdę się działo. Sama łowczyni też nie pomagała swoim zachowaniem czy gestami które wykonywała w jego kierunku.
Przyłączył się do śmiechu, którym na dobrą sprawę mogliby spokojnie pobudzić uśpione miasto. Gdyby mógł, to zabrałby ja do tych gwiazd, o ile nie było to zbyt daleko, bo noszenie nawet tak drobnej istotki jaką była Sheppard, po długim biegu i z nieco zachwianą równowagą nie należało do najprostszej czynności. Na szczęście na horyzoncie pojawił się ten plac zabaw. Jego małe wybawienie. Albo i przekleństwo.
Dean miał kilka dobrych wspomnień związanych z placami zabaw. I to jeszcze były wspomnienia sprzed życia w drodze, kiedy jego matka jeszcze żyła i zabierała go do parku. Gdyby się skupił pamiętałby jak słońce mieniło się w jej złotych włosach, i szeroki uśmiech którym obdarowywała syna kiedy wprawiała w ruch huśtawkę na której siedział. Ojciec nigdy nie zabierał ani jego, ani Sama na plac zabaw, uznając że lepiej wyjdą na ćwiczeniu celności niż na zjeżdżaniu ze zjeżdżali. Tylko Bobby czasem zabierał młodych chłopców do parku, pod nieobecność John’a, ucząc Dean’a rzutów piłką i pozwalając Samowi wyszaleć się z innymi dzieciakami. To było fajne, chociaż Winchester zdawał się o tym nie pamiętać – zbyt wiele wydarzyło się od czasu kiedy miał trzynaście lat by pamiętać takie momenty. Ale to teraz nie było ważne, dziecinne wspomnienia były bezpieczne gdzieś głęboko jego głowy, która teraz była pełna obrazów Iriss. Czy musiała tak reagować? Pokazywać, że to co robił nie było obojętne, ze jego gesty odbijają się echem na jej osobie, a delikatny uśmiech i ciche słowa tylko bardziej prowokowały do działania.
I niech. Przestanie. Przygryzać. Tę. Wargę.
Westchnął ciężko, a dłonie, które bezczynnie leżały na udach, przesunęły się dalej, powoli, robiąc przystanek na biodrach Sheppard by przyciągnąć ją bliżej krawędzi podestu. Dean stał pomiędzy nogami dziewczyny, zmniejszając odległość pomiędzy ich twarzami, nie odrywając wzroku od warg Iriss. Nie pocałował brunetki, mimo że go kusiło. Tak bardzo kusiło by raz jeszcze zatopić się w tych wargach. Nie zrobił jednak tego, mimo że wystarczyłoby aby przysunął twarz jeszcze o kilka, niemal nic nie znaczących milimetrów, by ich wargi się spotkały. Umyślnie tego nie robił, nie do końca pojmując dlaczego.
- Mówisz, masz, maleńka - wymamrotał, naznaczając ciepłym oddechem szyję Iriss. Zabawne, gdyby na trzeźwo zaczęliby sie zwracać do siebie per 'maleńki, maleńka' pewnie trzeba byłoby uciekać gdzie pieprz rośnie, a po kłótni zostałoby niezłe pobojowisko. Zabawne, jak odbiera się takie słowa w zależności od sytuacji. Wystarczyło trochę alkoholu by co do denerwowało, zmieniło sie w coś magicznego.
Lekkie muśnięcie wargami szyi kobiety zrodziło w głowie łowcy dziecinną głupotę, przyprawiając go o uśmiech. Nie mógł złożyć autografu na jej dekolcie, to zostawi inny ślad po sobie. Nie powinien, prawda? Nie powinien, ale i tak już zrobił tyle rzeczy których nie powinien, że jeszcze jedna nie zrobi różnicy. Ujął kark Iriss, przekrzywiając lekko jej głowę w bok, dosłownie przysysając się do bladej szyi, do póki nie został na niej czerwony ślad, który miał przez kilka następnych dni przypominać Iriss o tym, co działo się na tym placu zabaw. Spojrzenie podążało za ręką Dean'a , która przesunęła się z karku na ramie, kontynuując swoją wędrówkę do nadgarstka który tak starannie Iriss chciała ukryć. W końcu chciała zobaczyć, jak próbuje odzyskać to co tam chowała, więc... Nie miał bladego pojęcia co robi, to że trzymał przy ustach zaciśniętą dłoń dziewczyny, przygryzając kciuk jakby miał być on kluczem do skarbu, było jak sen. Taki bardzo realistyczny sen, który powodował lepszy dzień po przebudzeniu. Nie myślał o tym co robi, po prostu działał jak gdyby ktoś nim kierował. Albo coś. Coś co rosło w nim od momentu kiedy Iriss zburzyła idealną wizję małej dziewczynki. Pożądanie. Tak. chyba pożądaniem można było nazwać to 'coś', obijając się całą mocą w jego zielonych oczach.
Używając zębów, delikatnie odciągnął kciuk od reszty palców, i na prawdę miał zamiar zrobić to z pozostałą czwórką, ale wystarczyło jedno spojrzenie na Sheppard. Jedno jedyne, by zostawić palce i zająć sie czymś przyjemniejszym. Ustami. Tak, pocałował Iriss. Tak po prostu pocałował. Zachłannie spijając słodycz i na nowo prowokując do szaleńczego tańca języków, walcząc o dominację. Zapomniał dlaczego to robił. Zapomniał, że w drobnej piąstce ukryte jest wszystko to co posiadał w swoim marnym życiu, napawając się bliskością, smakiem, miękkością. Brnął w to bagno, nie robiąc sobie nic z konsekwencji jakie przygalopują kiedy wszystko wróci do normy. Palce wplecione we włosy pociągnęły je w dół, kiedy druga dłoń błądziła pod koszulką łowczyni, poznając delikatność skóry i twardość mięśni.
To było mało. Za mało. Ubrania nagle stały sie bardzo irytujące, ukrywając pod sobą niezbadane rejony. Chciał poznać, scałować każdy skrawek jej ciała, doprowadzić na skraj kolejnej granicy, której przekroczenie byłby... Co on, do cholery, robił? Był październik, zimny i nieprzyjazny, w dodatku noc, gdzie temperatura była jeszcze niższa a całość dopełniał wiatr, który zawzięcie atakował swoim chłodem, a on, Dean Winchester, był gotowy wziąć Iriss Sheppard tu i teraz, nie zważając na to gdzie byli. I kim byli. Nie, to drugie nie było teraz ważne. Ale miejsce nie było odpowiednie, nie był jakimś napalonym nastolatkiem któremu wystarczyła ciemna brama do tego, by zaspokoić swoje żądze. Iriss nie zasługiwała na bramę, ani na plac zabaw, a sam Dean wolałby żeby to wydarzyło sie w ciepłym, w miarę przytulnym pokoju motelowym, a nie na dworze. O ile w ogóle miałoby się wydarzyć - a patrząc na ich dzisiejsze zachowanie, było to dość prawdopodobne.
- Same kłopoty z tobą, Sheppard - wyszeptał, opierając czoło o jej, wdychając w płuca powietrze przesiąknięte zapachem Iriss, które przyjemnie kuło w nozdrza, wchodząc w te zakamarki umysłu łowcy, odpowiadające za przypominanie o miłych rzeczach w jak najmniej odpowiednich momentach. Kiedyś będzie go to prześladowało, ale to 'kiedyś' teraz było strasznie odległymi czasem.

avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Mar 03, 2013 4:33 pm

Wspomnienia, te dobre, to najcenniejsza rzecz, jaką posiadał człowiek. Bez nich nie bylibyśmy tacy sami. Każde z nich kształtuje nas na swój sposób. Wywiera wpływ, czasem tak wielki, że zmienić jest w stanie całego człowieka. Zapominamy jednak często o tym, co jest dla nas naprawdę ważne. Zakurzone odłamki pamięci przykryte stertą szarości świata-bo przecież tak większość przeżyć kończy- czasem przydają się bardzo przydatne. Choć powodują też ból, to jednak są dobre. Nawet te najgorsze i najmniej przyjemne, które chcielibyśmy wyrzucić. Trudno jest sobie zdać z tego sprawę. Iriss sama nie była o tym przekonana, starając się z dnia na dzień żyć tym co ma teraz, a nie tym, co miała wczoraj, a już w szczególności nie tym, co miała kilkanaście lat temu. Jej dzieciństwo, podobnie jak i Deana było przepełnione krwawymi wspomnieniami, pokrytymi bólem i łzami. Wszystkie złe wydarzenia, które świtały w zakątkach umysłu przyćmiewały intensywnie te, które były dobre, które powinny jaśnieć, stanowiąc promienie słońca w pochmurne dni. Tak jednak nie było. Ludzie nie doceniali mocy tego, co już przeżyli. W każdym, nawet najgorszym dzieciństwie zdarzyło się coś, co może nawet utrzymać przy życiu. Coś, co wywoła uśmiech na twarzy przepełnionej największą goryczą. Coś, co zamieni łzy smutku i rozpaczy, we łzy szczęścia. Chodziło o sentymenty. Było to przecież przyjemne. Posiadać coś, co przypominałoby o dobrych rzeczach. Zwłaszcza w ciężkich czasach, jakie nastały teraz wśród łowców. Gdyby Iriss wiedziała o wspomnieniach Deana. Gdyby wiedziała, że nie mają dla niego praktycznie żadnego znaczenia- naprawiłaby to. Kazałaby mu pamiętać i kochać to, co sprawiało, że jego dziecięca twarz promieniała. Bo to jest ważne. To pomaga. Ona też gdzieś miała przecież swoje małe skarby. Twarz najstarszego brata, gdy uczył ją grać w piłkę, lub gdy tłumaczył jej jak załatwia się sprawy z dzieciakami, które jej dokuczały. Pamiętała jak ojciec czytał jej bajki na dobranoc, które najczęściej nie miały nic wspólnego z tym, co napisane było na stronach kolorowych książeczek. Szybko połapała się, że jej ojciec ma niesamowitą wyobraźnię, gdy co wieczór z jednej małej książeczki wypływała inna historia, a obrazki wcale nie były adekwatne. Pamiętała też dźwięczny śmiech swojej matki, który towarzyszył jej, gdy mała Iriss starała się naśladować bliźniaków, chcąc być trzecim klonem- oczywiście szybko jej przeszło, jednak jako małe dziecko jeszcze nie rozumiała dlaczego jej dwóch braci nie jest jednym, skoro są tacy sami. Myślenie o tym było miłe, choć bardzo bolesne. I właśnie ta mieszanka dodawała jej siły, gdy najbardziej tego potrzebowała. Wiedziała, że ma dla kogo robić to, co robiła. Że ma dla kogo żyć, dla kogo przetrwać. Dla pamięci. Bo tylko to tak naprawdę po nich zostało. A gdyby jej zabrakło, jakaś cząstka ich też by przepadła. Bardzo mobilizujące.
Parki, czy place zabaw jednak nie powodowały, że powietrze nabierało innego smaku. Przynajmniej do tej pory, bo kto wie jak to będzie po dzisiejszej nocy. Po kilku wizytach dziewczyna zaczynała omijać je szerokim łukiem, woląc pobawić się gdzieś indziej. Nie jej wina, że trochę odstawała, a zabawki innych dzieciaków były tak kruche i nie przystosowane do jej wymogów rozrywkowych. Na dodatek matki nie były zachwycone, gdy ciemnowłosa Irisska opowiadała ich synom i córkom o potworach z pod łóżka, wmawiając, że istniały naprawdę. Lub gdy kilka głów plastikowych lalek zostało brutalnie oderwane, a ciała zakopane głęboko w piasku, lub totalnie rozczłonkowane. Lecz to było tylko kilka pierwszych wizyt, których liczbę w sumie można by policzyć na palcu u jednej ręki i jeszcze miejsca by zostało. Po czasie samo spojrzenie na rozbawione twarze sprawiało, że miała ochotę uciec jak najdalej. Wiedziała, że tam nie pasuje. Po czasie zrozumiała, że wcale nie chce pasować. Uniosła więc dumnie swoją małą głowę, odwróciła się na pięcie i poszła we własnym kierunku. Jak się okazało mocno odstającym od reszty społeczeństwa. Na szczęście na swojej drodze spotkała innych świrów, takich jak ona, lub całkiem podobnych. Jednym z nich był Dean. Miała z nim wiele wspomnień. Lepszych i gorszych. Każde jednak, przez tyle lat znajomości, która oczywiście częściej się zacierała, niż rozwijała, wyraźnie wskazywało na to, jak ich relacja wygląda. Przeciętny obserwator nie znający ani jej, ani jego stwierdziłby, że się zwyczajnie nie lubią. Że są skazani na swoje towarzystwo, czy coś w tym stylu. Oni jednak wiedzieli, że wyglądało to trochę inaczej. Lubili się… tylko irytowali siebie nawzajem, jak nikt inny na świecie. Teraz jednak cała koncepcja została zburzona. Jakby pod ich stopy przyjechała ekipa z Discovery Channel, specjalizująca się wysadzaniem największych i najbardziej skomplikowanych budynków i wysadziła pod nimi gigantyczną bombę. Nie zachowywali się jak na co dzień. Alkohol miał w tym swój wpływ. Na pewno więcej tolerowali, a charakterek i zgryźliwość Iriss zostały przekierowane na nieco inny kierunek, lecz to wciąż było zbyt dziwne. Pociągające, kuszące, lecz cholernie dziwne. I to ją tak nakręcało, że momentami miała ochotę rzucić się na Deana, jak jakaś dzikuska.
Drażnił ją. Bardzo ją drażnił. I frustrował, gdy tak przesuwał bez żadnych konsekwencji dłonie po jej nogach, opierając je na biodrach i przysuwając się do niej. Za to powinni karać. Dekapitacją. Publiczną. Jeśli on sądził, że dalej postępując w ten sposób obydwoje wytrzymają do końca nocy, bez zrobienie największej głupoty, jaką tylko mogli zrobić, to chyba się mylił. Jej rozsądek i wszystkie zmysły mówiły, że powinna teraz wstać, oddać mu kluczyki, zamówić dwie taksówki i pozwolić, by każde odjechało w swoją stronę, zachowując jeszcze resztki godności.
Pieprzyć godność. Pieprzyć rozsądek. Pieprzyć wszystko.
Miała dosyć tych dreszczy. Doprowadzały ją do szału. Prawdziwego, dzikiego, pierwotnego szału. A towarzyszyły jej niemalże cały wieczór. Przy każdym geście, przy każdym ciepłym oddechu na odsłoniętych skrawkach skóry.
Może te słowa, którymi obdarowywali siebie nawzajem cały wieczór zmieniły swoje znaczenie dla tej dwójki nie tylko ze względu na procenty buzujące intensywnie w żyłach? Może ich magia przepłynęła przez zniszczony mur, nie mając wcale zamiaru wracać tam, skąd przyszła? Może irytacja Iriss po usłyszeniu tych słów z ust Deana uleci i zostanie zastąpiona zagadkowym uśmieszkiem? Stworzyliby kolejny sentyment, który mimo wszystko, mimo wyrzutów sumienia i trudnościach w spojrzeniu sobie nawzajem w oczy bez towarzystwa dziwnego uczucia, byłby spoiwem. Nitką, klejem, gwoździem, czy czymkolwiek innym. Czymś, co przypomniałoby im o magii, jaka krąży między nimi podczas dzisiejszej nocy. Coś, co przypomniałoby im, że mimo świadomości tego, jak będą się czuć, jak bardzo wszystko spieprzą brnąc w to dalej- robili to. Bo nie mogli się powstrzymać. Bo było to silniejsze od nich. Tak bardzo. Zgniatało ich, jak Monster Truck małego fiata pandę.
Wargi, dotykające powoli, łaskoczące szyję Iriss dosłownie doprowadzały ją do szału. Nie chciała, żeby Dean był świadom tego, jak bardzo na nią działa, Jak każdy taki jego gest przewraca jej wszystkie wnętrzności do góry nogami i jak wielką wojnę podczas tych czynności toczy ze sobą jej umysł. Mimo wielu starań z jej ust wydobyło się ciche westchnienie, którego podmuch skierował się w stronę ucha mężczyzny. Uśmiechnęła się z lekkim śmiechem, gdy uświadomiła sobie co też Winchester wyrabia. Przypomniało jej się jak jej bracia reagowali na wszelkiego rodzaju czerwone plamy, które choć trochę przypominały malinki, znajdujące się na jej ciele. Teraz jednak nie musiała się tym przejmować. Pewnie zanim znów ich zobaczy po pamiątce nie zostanie żaden ślad. Przynajmniej ten widoczny, bo coś jej się zdawało, że zapamięta na długo miejsce, w którym spoczęły usta zielonookiego.
Gdy dłoń łowcy wędrowała po jej ramieniu, Iriss podążyła jej tropem, a jej oddech trochę się pogłębił. Potem patrzyła tylko w oczy stojącego przed nią Dean’a, a kąciki jej ust podnosiły się nieznacznie, nadając jej dość zagadkowego wyrazu twarzy. Uśmiech pogłębił się, gdy tylko jej palec znalazł się w paszczy lwa. Zacisnęła przy okazji trochę mocniej pięść i uniosła brew ku górze. A potem, trochę niespodziewanie nadszedł zbawienny pocałunek. Nie było w nim nic niewinnego, ani grzecznego. Różnił się też od tego, którym Iriss obdarzyła mężczyznę zaraz po wyjściu. Gdyby mogła, to pochłonęła by go teraz całego. Miała wrażenie, że dzięki takim gestom ma siłę na dalsze życie. Jakby były paliwem, którego potrzebowała do dalszej drogi. Lecz teraz czuła się jakby przez wieczność ktoś pchał ją, na pustym zbiorniku, szukając odpowiedniego paliwa, przez wieczność niemalże nie mogąc go znaleźć. Lecz w końcu się udało. Usta Deana, szalony tango ich języków napełniło jej bak, pozwalając na dalszą drogę z pedałem gazu wciśniętym maksymalnie w podłogę, na najwyższym biegu, na najwyższych obrotach. To wcale jednak nie świadczyło o tym, że nie chciała więcej. Oplotła nogi wokół pasa mężczyzny, przyciskając go do siebie bliżej. Bo tego właśnie teraz potrzebowała. Wyprostowała się nieco. Lecz tylko po to, by przenieść ciężar ciała, by móc oderwać łokcie od podestu i przerzucić ramiona przez szyję jej partnera w tym dzikim tańcu. Wolną dłoń wplotła mocno w jego włosy, zaciskając na nich palce. W drugiej trzymała kluczyki. Najważniejszą rzecz w życiu Deana i cały jego dobytek….Oh, mógł być pewien, że będzie u niej bezpieczny. Gdyby tego wymagała sytuacja, to byłaby w stanie bronić ich za wszelką cenę. Choć tak naprawdę nie wiedziała, że aż tyle ten wóz dla niego znaczył. Wiedziała, że był ważny. Nie wiedziała jednak wszystkiego. Nigdy nie rozmawiali ze sobą w ten sposób. I dzisiaj chyba też nie będą. Dreszcze jej ciała, spowodowane dotykiem właściciela Impali, skutecznie by im to uniemożliwiły, nawet gdyby chcieli. To, co robili było zbyt intensywne. Zbyt tego pragnęła. I jej, w przeciwieństwie do niego nie obchodziło to, gdzie są. Ani czy jest zimno, czy pada, czy też nie. Obecnie całe jej ciało było maksymalnie rozpalone. Można by jej użyć jako piecyka. I teraz już wiedziała, że nie spojrzy na żaden plac zabaw tak samo. W szczególności zjeżdżalnie.
Gdy tylko Dean się od niej oderwał nabrała ochoty na zabicie go. W najbardziej brutalny sposób. Oblizała usta, trzymając jeszcze przez chwilę zamknięte oczy. Oddychało jej się ciężko, cholernie trudno. I czuła się jakby właśnie zdobyła Mount Everest.
-Zamknij się, Ty idioto.- wycedziła przez zaciśnięte zęby, wbijając trochę przydługie na to, by były praktyczne w jej zawodzie, paznokcie w jego ramie, o które były oparte, a wraz z nimi kluczyki do Impali. Odetchnęła jeszcze raz, po czym przyciągnęła go do siebie, na powrót wpijając w niego swoje usta. Od tego wszystkiego kręciło jej się trochę w głowie, lecz to nie miało najmniejszego znaczenia. Nic nie miało znaczenia. Poza nim. Poza tymi boskimi ustami, dotykiem ciepłego ciała i jego cholerną obecnością. Oh, jak oni będą tego żałować. Właśnie wszystko zrujnowali. Tyle lat pieprzonej znajomości. Tyle lat rywalizacji między sobą o głupie rzeczy. Już nigdy nie spojrzą na siebie tak samo, nie czując się głupio ze świadomością co się dzisiaj działo. Ale teraz jej to nie obchodziło. Kompletnie. Może tak właśnie miało być? Może tak mieli skończyć? Nie wierzyła w przeznaczenie, ani inne tego typu bzdety. Czasem jednak mogła zrobić wyjątek. Musiała. Potrzebowała tego. Tak samo jak pocałunków, które na chwilę przerwała, w milczeniu patrząc w oczy Deana, znajdujące się tak blisko jej własnych. Zsunęła rękę, opartą o ramię po ciele mężczyzny, po jego klatce klatce piersiowej, biodrze, wkładając do kieszeni jego spodni metalowe, dzwoniące kluczyki, które pozostawiły swój zapach we wnętrzu jej dłoni. Teraz już nie będą mieli wytłumaczenia dla swoich poczynań. Nie będą mogli nikomu powiedzieć, że była to po prostu nieczysta, zboczona walka. Mimo wszystko Iriss nie stchórzyła. Postanowiła dalej brnąć w to przyjemnie ciepłe bagno, składając na jego ustach kolejny pocałunek i zaciskając jeszcze mocniej nogi, oplecione wokół jego bioder. Żałować będzie jutro, czy kiedykolwiek indziej. Teraz potrzebowała dać się ponieść tym emocjom, iskrzącym dookoła tej dwójki. Nie mogła oprzeć się pokusie. Nie potrafiła. Jakby była na to za słaba.


Ostatnio zmieniony przez Iriss Sheppard dnia Wto Mar 05, 2013 1:49 pm, w całości zmieniany 1 raz


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by The Geek Monkey on Pon Mar 04, 2013 7:21 pm

Nie przepadał za wspomnieniami. Wspomnienia rozpraszały. Przynosiły ze sobą uczucia o których chciało sie zapomnieć. Nie czuł potrzeby uciekania w te dobre kiedy było źle. Takie mamienie siebie nie było rozwiązaniem, nie dawało ukojenia a nawet wpędzało w gorsze samopoczucie. Nie było sensu rozpamiętywać, to co było nigdy nie wróci i nie sprawi, że teraźniejszość stanie się łatwiejsza do przełknięcia. Jednak, zdarzały się momenty kiedy pamięć robiła psikusa zmęczonemu człowiekowi i robiąc mu na złość, przywoływała obrazy tego co było zapomniane. Szkoda tylko, że większość to były momenty pełne złości, bólu i rozczarowania. Bo tych było najwięcej. Pamiętał za to wiele sytuacji których przebieg mógł mu jakoś pomóc w danym momencie. Przy polowaniu, by nie popełnić tego samego błędu co kiedyś, przy szukaniu ważnych informacji czy odnajdywania tych, którzy nie chcieli się odnaleźć. Wolał skupiać się na tym. Tak było bezpieczniej.
W przeznaczenie też nie wierzył, a przynajmniej nie dopuszczał do siebie możliwości, że istnieje. A powinien, bo nawet pojawienie się na tym świecie Deana było wynikiem przeznaczenia, jakim byli połączeni jego rodzice. Przez te kilka lat było tyle sytuacji które powinny przekonać go, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że każdy najmniejszy szczegół został zaplanowany po to, by działo się nieuniknione. Nie chciał tego przed sobą przyznać, zrzucając to na głupi niefart albo po prostu umyślnie ignorując jasne znaki. Miał przeznaczenie głęboko w dupie i zrobiłby wszystko, byle tylko nie iść jego ścieżką, chodząc skrótami które nie zawsze okazywały się dobre. Przeznaczenie zawsze dopadało wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewał. A jeśli spotkania Iriss i Deana, dość częste jak na łowców, zbyt rzadkie jak na ludzi, były podyktowane przez Fortunę, i miały większe znaczenie niż mogłoby im się wydawać? W końcu byli w parku, miejscu publicznym, gdzie nawet w nocy zachodzili ludzie albo inne istoty. A dziś w nocy żadnego patrolu, żadnych pijanych ludzi, którzy hałaśliwie by wracali z imprezy, żadnych bezdomnych, szukających chwili wytchnienia na parkowych ławkach. Nikogo, po za dwójką łowców na placu zabaw. Jakby cały wszechświat prowadził ich do tego jednego miejsca w którym wszystko zmieniło swój wygląd o sto osiemdziesiąt stopni i zadbał o to, by nikt ani nic, im nie przeszkodziło. Byli zdani tylko na siebie – na swoje instynkty i pragnienia, które wybuchały w ich ciałach falami gorąca, pobudzając do kolejnych kroków ku przepaści.
Do czego to prowadziło? Bo to, że ich wieloletnia pokręcona relacja zostawała właśnie nieodwracalnie popsuta, było aż zanadto oczywiste. Było coś jeszcze? Prawny kruczek, zapisany drobnym maczkiem na końcu długiej listy przypadków, który zmieni ich jeszcze bardziej niż się wydawało? Cokolwiek to miało być, nie było teraz ważne. Nie kiedy oddechy, w postaci białych obłoczków pary, mieszały się ze sobą a dłonie tak zachłannie badały to, co do tej pory było czymś nieosiągalnym.
Paznokcie wbite w ramie przyjął z cichym pomrukiem, który niekontrolowanie wymknął się z jego gardła, przygryzając dolną wargę Iriss, tak jak chciał to zrobić wieki temu. Nie był napalonym nastolatkiem, tak? Może i te kilka chwil temu tak było, ale wystarczyła drobna dłoń która powoli zsuwała się po jego torsie, znacząc swoją drogę milionami malutkich igiełek, pozostawiając za sobą dokuczliwe swędzenie, by tak się poczuł. Tak jak wtedy , gdy miał siedemnaście lat a dwa lata starsza cheerlederka zaciągnęła go za trybuny po wieczornym meczu… Nie, nie, teraz było inaczej. Wtedy było szybko, bez większego zastanawiania się co i jak, po prostu zaliczyć, dać buziaka na dowiedzenia i zniknąć następnego dnia. Teraz tak nie było. W tym momencie czerpał jak najwięcej, napawając się bliskością, lekko słonawym posmakiem skóry, słodyczą ust i tym, że po prostu była. Nie uciekła, nie rzucała żadnych złośliwości, pociągała go w dół, mieszając w głowie i nie pozwalając się skupić na niczym innym niż ona. Nieświadomie wstrzymał oddech, gdy dłoń Iriss zniknęła w czeluściach jego kieszeni, obciążając ją o klucze do jego samochodu, którego historie może kiedyś pozna, jeśli będą w stanie ze sobą rozmawiać.
Boże, przecież ona mu tylko kluczyki do kieszeni schowała! Tylko. A sam gest wywołał przyjemny dreszcz, rozchodzący się po ciele mężczyzny, wystawiając zmysły na maksymalny poziom reagowania.
Był już bez kurtki. Swoje miejsce znalazła na brudnym piachu, obok bluzek panny Sheppard, która została ich pospiesznie pozbawiona. Koniec bycia gentelmanem, koniec z dbaniem o jakiekolwiek pozory i przejmowanie się tym, co działo się dookoła. Niezbyt delikatnie popchnął Iriss na podest, nie zwracając uwagi na to, że wilgotne drewno nie jest najlepszym miejscem dla rozgrzanego ciała.
W przedzierającym się przez ogołocone z liści drzewa, pomarańczowym świetle latarni karmił spojrzenie widokiem kruchego ciała, zachwycając się jego idealnością naznaczoną bliznami. Jedną blizna. To na niej skupiał się wzrok Deana, zanim jego usta zamknęły się na znamieniu, jakby chciał sprawić by przykra pamiątka zniknęła. Pamiętał, jakby to działo się dopiero wczoraj, jak krew ciekła z głębokiej rany, naznaczając czerwienią wszystko co spotykała po drodze. Flanelowa koszula którą owinął wokół drewnianego kołka wystającego z ciała Iriss, chcąc zatamować krwawienie na niewiele się zdała a po wszystkim nadawała się tylko do wyrzucenia. Mieszanina emocji w której przeważała troska o życie dziewczyny, dekoncentrowała go, sprawiając że zachowywał się bardziej chaotycznie niż zazwyczaj. Nie chciał tego nigdy więcej doświadczać, bo mimo że podobne sytuacje były niemal codziennością, to w tym jednym wypadku było coś innego. Może to chodziło o podobieństwo do śmierci Sama, za którą przepłacił duszą, by brat powrócił do żywych. Było tyle samo krwi, z tym wyjątkiem, że Iriss nadal była przytomna. Nie wiedział na jak długo, ale wiedział że nie pozwoli by umarła. A może chodziło o to, że to by była strasznie bezsensowna śmierć. Mogłoby chodzić o cokolwiek, a Dean i tak nie umiałby powiedzieć co tak naprawdę siedziało mu wtedy w głowie. Nie pamiętał, nie chciał pamiętać.
Migotające obrazy tamtego dnia zakryły się mgłą, przywołując świadomość tego, że przecież łowczyni tutaj była. Z nim. Żyła. W pewnym sensie dzięki Winchesterowi, który na czas pojawił się na cmentarzu – w końcu był jej rycerzem, prawda? A teraz leżała przed nim obnażona, rozpalona, kusząc nabrzmiałymi od pocałunków ustami, zabierając go w odległe krainy zapomnienia.
Dłonie i usta niespiesznie poznawały każdy kawałek ciała kobiety, drażniąc się z nią i ze sobą samym. Pieścił jej ciało, jakby była najdelikatniejszym szkłem, które łatwo zbić, a które z taką łatwością zarysował, kiedy przesunął Sheppard nieco do tyłu. Wspiął się wyżej, okrywając dziewczynę swoim ciałem, opierając dłonie po obu stronach głowy Iriss. Długie, przeciągłe spojrzenie jakim obdarował Sheppard, było ciemne i głębokie, po zieleni nawet nie było śladu. Nie szukał żadnego przyzwolenia, po prostu podziwiał jej urodę, zarumienione policzki i błyszczące oczy, zastanawiając się jakim cudem wcześniej tego nie widział. Jak wiele innych rzeczy, które rozjaśniły się dopiero dzisiaj. Znów warknął, co miało być chyba jakimś słowem, nim po raz kolejny pocałował Iriss – najpierw niespiesznie, niemal z czułością, która powoli przeradzała się w kolejny gwałtowny taniec, nieco brutalniejszy niż poprzednie i bardziej zachłanny, napierając biodrami na jej. I tylko gruby materiał jeansów dzielił ich od popełnienia największego błędu tego wieczoru.

avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by Seestra Road Trip on Wto Mar 05, 2013 9:01 pm

Iriss na pewno nie dopuściłaby do siebie myśli, że połączyło ich przeznaczenie. Że ono w ogóle istniało. Owszem, mogły dziać się rzeczy, których wystąpienie miało miejsce nie bez powodu. Którym przypisany był jakiś większy cel. Jak na przykład cała sytuacja z Winchesterami, o której szczerze powiedziawszy nie miała pojęcia. Nazwałaby to bardziej Niebiańskim spiskiem. Bo czym innym zajmują się te skrzydlate gnidy, jak nie staraniami podporządkowania sobie ludzi. Może i przyjęcie filozofii przeznaczenia było wygodniejsze. Sprawiało, że umysł był czystszy, a fajne rzeczy nabierały jeszcze więcej magii do swojego woreczka, rzucając nią niczym brokat na nasze głowy. Jednak nie było to coś, co Sheppard by kupiła. Trzymała się swoich zasad. Wszystko, co nadnaturalne trzeba wytępić. Jasne, jak słońce. Więc gdyby jednak stwierdziła, przyznała przed samą sobą, że dzisiejszy wieczór jest wynikiem zabaw losu, to czy nie musiałaby zrobić wszystkiego, by to przerwać? Cała jej ideologia padłaby w gruzach. Zupełnie jak mur, dzielący dwójkę łowców od siebie, i po którym już chyba nie było nawet śladu. Wiedziała, że nie byłaby w stanie przerwać tego, co robią. Choćby spróbować to zrobić. Gra, jaką prowadzili była zbyt kusząca. Zbyt nią zawładnęła. A każdy odwzajemniony gest, każde przepełnione pożądaniem spojrzenie, skierowane w jej stronę, sprawiało, że czuła się… oh, to było nie do opisania. Jeszcze przed chwilą sądziła, że to tylko wytwór jej własnej wyobraźni. Że każda jej reakcja była jednostronna. Myliła się. I choć na ogół tego nie lubiła, teraz była nad wyraz szczęśliwa. Mogła to określić wręcz mianem błogosławieństwa.
Mimo wszystko spokój, jaki panował w okolicy był niepokojący. Jakby cisza przed burzą. Bardzo wielką, zrywną burzą, mającą zamiar zniszczyć tyle, na swojej drodze, ile tylko zdoła. Ich między innymi również. Dwoje ludzi, pogrążonych w sobie nawzajem, będących przy okazji skutkiem jej wywołania. Brzmiało niebezpiecznie. Takie było. Tylko kto by się w tym momencie przejmował takimi rzeczami? Gdy każdy jeden zmysł działał bardzo intensywnie i skierowany był w tylko jeden, jedyny punkt. W jedną osobę. Wszystko nadawało na jednej fali, wywołując zwarcie. Szczypanie, które temu towarzyszyło było jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jaką kiedykolwiek mogliby odczuć. Bo nie chodziło tylko o fizyczność. Dobrze o tym wiedzieli, choć chyba woleliby nie mówić tego na głos. Ani nie przyznawać się do tego, nawet przed samym sobą. Zazwyczaj to, co działo się w sercach, zbijało w kłęby uczuć, szalejących w szczelnej klatce, zwanej ciałem, próbujące uciec przy najbliższej możliwej okazji, było najcięższe. Sprawiało, że chciało się schować to jak najgłębiej. Nie pokazać światu. Zapomnieć. Jakby to było coś złego. Coś niewybaczalnego i wręcz nienaturalnego. Pokazanie tego może nie wydawało się złe, lecz… zbyt upokarzające. Nikt przecież nie lubił, gdy grzebało się w jego wnętrzu. Gdy wiedziało się o wszystkich tajemnicach i uczuciach. To była ta strefa prywatności, która trzymana była może i za zbyt szczelnym zamknięciem. Jednak każde drzwi da się otworzyć. Teraz chyba w tych, pilnujących wnętrza Iriss, powstała mała szczelina, wypuszczając na zewnątrz Cała kontrola, jaką nad sobą miała uleciała. Nic już się nie liczyło. Choć gdzieś w jej umyśle pojawiały się myśli, sprawiające, że to, co teraz robią było absurdalne. Mieli robotę do wykonania. Każde z nich. Każde inną. Obie jednak równie znaczące. To, co zbliżało się wielkimi, ciężkimi krokami powinno być ich głównym priorytetem. A w zamian co? Starali się nie wybuchnąć od nadmiaru doznań. Od sprzeczności i niedomówień. Od niepewności, która rozsadzała od środka. Owszem, należało im się wolne. Należało im się zapomnienie, które teraz chłonęli całym ciałem. Lecz co będzie potem? Bo to, wbrew pozorom, cały czas świdrowało się w umyśle dziewczyny. Mimo iż nie chciała, to nie kontrolowała tego. Jak i wszystkiego innego, co się z nią w przeciągu ostatnich godzin, a szczególnie minut, działo. Te chwile oczywiście nie trwały zbyt długo. Myśli ulatywały, rozproszone, jak nie zniszczone, przez cudowne pocałunki, smak ust i dotyk ciała Winchestera, o którym nigdy nie spodziewała się myśleć w ten sposób, pożądać tak bardzo. Pragnąć wręcz. Iriss wolała, by żadnego małego druczku nie było. I tak to, co teraz robią, ta niewyobrażalna bliskość, okaże się później największym dystansem, jaki mógł między nimi powstać. Nie będą już zaczepiali się podczas przypadkowych spotkań. Nie będą już drażnić się ze sobą nawzajem. Może nawet nie będą już siebie znali. Bo czy nie tak się to zawsze kończyło? Nie byli przecież ludźmi, potrafiącymi radzić sobie z takimi emocjami. Owszem, potrafili znieść wiele, byli dorośli, mieli doświadczenie. To jednak nie leżało w ich naturze. Było sprzeczne. Dlatego też trzeba było to oddalić. Tylko czemu ta świadomość nie pozwalała jej przestać? A może to nowy początek? Świerzy start, od którego będą mogli zacząć wszystko od nowa. Będą dla siebie nowymi ludźmi. Jakby Tego Deana Winchestera i Tej Iriss Sheppard już nie było. Jakby zostali zastąpieni czymś innym. Kimś innym. Mogli poznać się zupełnie na nowo. I to, co robili było całkiem niezłe na tą okazję. Nie oszukujmy się. Było w tym coś egzotycznego, drapieżnego. Podobało jej się. Tak po prostu. Różniło się od tego, co przeżywała z przypadkowo poznanymi mężczyznami, od których uciekała gdzie pieprz rośnie, rano brzydząc się nawet ich dotknąć. Teraz może i moralniak będzie większy, bardziej dogłębny. Nie będzie jednak żałować. Nie będzie chciała zastąpić tego czymś innym, mimo konsekwencji.
Jej ciało tańczyło od dreszczy, powodowanych dotykiem Deana. Każdym przygryzieniem wargi, każdym przesunięciem dłoni po jej nagim już ciele. Naprawdę nie przejmowała się gdzie teraz są, ani jaka jest pogoda. Nawet podczas największej ulewy. Poddała się pchnięciu, opadając na chłodny, chropowaty podest, drapiący delikatnie, piachem na nim rozrzuconym, plecy. Usta wędrujące po jej ciele, sprawiały, że gardło wydawało ochrypłe, stłumione pomruki. Zęby wbijały się mocniej w opuchnięte, zaczerwienione wargi, a paznokcie zaciskały mocniej na materiale koszulki mężczyzny. Gdy Dean dotarł do miejsca na jej ciele, z którym obydwoje mieli tyle, niezbyt przyjemnych, a jednak łączących ich ze sobą w pewien sposób, wspomnień, przeniosła dłoń na jego policzek, delikatnie muskając opuszkami jego skóry. W tym geście było coś subtelnego. Bardziej duchowego, niż cielesnego. Nie musieli nic mówić, żeby wiedzieć o co chodzi. Przecież to jemu zawdzięczała życie. Choćby nie wiem jak starała się temu zaprzeczyć- takie były fakty. Podziękowała mu już, choć nie odwdzięczyła w pełni. Był jej rycerzem. Wybawicielem.
Taniec ich ciał był niczym w porównaniu do najwspanialszego tanga. Mimo wyrzutów sumienia i zdrowego rozsądku, próbującego przebić się przez intensywne fale doznań, przejmujące władzę nad umysłem, wszystko było jak z bajki. Nigdy nie wyobrażała sobie „idealnego” kochanka. Nie wierzyła w takie rzeczy. Nie chciała się rozczarować, nie znajdując go. Lecz to, co teraz robili mogło z pewnością zaspokoić wybujałe wyobraźnie niezaspokojonych nastolatek, marzących o rycerzu. Zacisnęła dłonie na koszulce Deana, od strony pleców, pociągając ją do góry, by zaraz zdjąć przez głowę i odrzucić w bok. Pozwoliła, by na nią patrzył, samej chłonąc każdy centymetr jego twarzy, zatapiając się w jego oczach, pozwalając, by dzikość i mrok, których nigdy wcześniej u niego nie widziała, oplotły ją swoimi ramionami, zaciągając do małej, ciasnej klatki. Spojrzenie przeciągało się w nieskończoność. Przepełnione namiętnością i pożądaniem. Znów się coś zmieniło. Oni nie tylko niszczyli mur, jaki powstał dawno temu między nimi. Oni przesuwali granice. Wszelkie, jakie tylko istniały w ich umysłach. Naruszali je, szarpali, niszczyli. I mieli z tego cholerną zabawę. Zanim ich usta znów połączyły się z wielką czułością, od której aż serce zabiło mocniej w klatce Iriss, na jej twarz spadła pierwsza kropla deszczu. Jedna, mała, niewinna. Od naporu, jaki czuła na biodrach, zrobiło jej się gorąco. Westchnęła, nie przerywając pocałunku. Gdy chwyciła klamrę paska przy spodniach mężczyzny, zimne krople, spadające z nieba zagęściły się. Wiatr silniej zaczął poruszać koronami drzew, które tworzyły muzykę. Gdzieś w oddali błysnęła błyskawica, rozświetlając na chwilę cały park. Grzmot towarzyszył rozpinaniu klamry. Byli już cali mokrzy. Ich ciała lepiły się do siebie. Paznokcie zostawiały lekkie, czerwone ślady na ramionach Winchestera. Jej ciemne włosy przyległy do jej twarzy, na którą intensywnie padały krople deszczu. Spodnie, które chciała zepchnąć w dół stawiały opór, jakby powstrzymując ich przed popełnieniem największego głupstwa w ich życiach. Ona jednak się tak szybko nie poddaje. Lekkim pchnięciem przewróciła Deana tak, że teraz on leżał na plecach, a ona siedziała nad nim okrakiem, pochylając się do pocałunków, jakie składała na jego szyi. Odwdzięczyła mu się za pamiątkę, jaką jej zostawił, uśmiechając przy tym lekko. W tej pozycji o wiele łatwiej było jej pozbawić Winchestera kolejnej warstwy opornego ubrania, dzielącego ich od wielkiej przepaści. Dopiero teraz zobaczyła czerwony ślad na jego ramieniu. Owszem, wcześniej czuła, że coś tam jest. Ciało każdego łowcy pokryte jest licznymi bliznami. Ta miała nie być niczym nadzwyczajnym. Lecz gdy tylko światło błyskawicy oświetliło jej otoczenie, zobaczyła. Czerwony odcisk dłoni, pokrywający niemalże cały bark. Złożyła w tym miejscu najczulszy pocałunek, jakby instynktownie wyczuwając, że nie jest ona bez znaczenia. Przejechała palcem, bardzo delikatnie, jakby bała się, że wciąż czuje ból, po jej krawędzi. Nie chciała pytać skąd ją ma. Nie chciała pytać co oznacza. Kiedyś może się tego dowie. Gdy ich relacje nie legną całkowicie w gruzach. Gdy wyjdą na prostą. O ile w ogóle to zrobią. Z każdą chwilą ich namiętność rosła, w miarę rozwoju burzy. Jakby oni ja napędzali. Jakby oni nią byli. Nie można było już ich powstrzymać. Było za późno. Stanowczo za późno.



____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by The Geek Monkey on Pią Mar 08, 2013 8:31 pm

Burza która rozszalałą się nad Valley City była czymś niezwykłym. Nie chodziło nawet o to, że była jesień, powietrze było przesiąknięte chłodem który bardziej przywoływał na myśl mroźną zimę niż potężną burzę. Niezwykłość burzy polegała na tym, że przyszła w momencie kiedy nie potrafili już przestać. Ani on, ani Iriss. Przez co rzeczywiście można było pokusić się o stwierdzenie, że jasne błyski które rozświetlały ciemne, ponure niebo, były stworzone przez łowców. Może jednak, ktoś chciał im przeszkodzić? Przestraszyć potęgą natury, wyprowadzić z równowagi przypominając o tym, gdzie są, zdani na siłę żywiołów. Jakby niebo chciało powiedzieć ‘dość’, że to co się dzieje nie było w planie Aniołów, że kompletnie zszedł z obranej drogi która miała prowadzić Deana do czegoś innego. Z tym, że w tym momencie, i w jakimkolwiek innym, Winchester wolał znajdywać się tu gdzie był, pozwalając na to by ubrania, leżące na brudnym piachu, przesiąkał deszcz, tak samo mocno jak łowcy przesiąkali sobą.
Grzmoty i błyski nie były im straszne – to nie było coś, co mogłoby teraz odwrócić uwagę od
zachłannych pocałunków, paznokci wbijanych w skórę, zostawiające małe pamiątki swojej obecności, i dłoni, które zachłannie błądziły po mokrych od deszczu ciałach, doprowadzając do granic wytrzymałości, które powoli pękały pod naporem szybkich spojrzeń, ciężkiego oddechu i pragnienia, które ogarnęło dwoje bezwstydnych ludzi.
To było złe. Złe. Złe. Bardzo złe. To jak Iriss reagowała na jego gesty, odpowiadając tym samym, z taką samą intensywnością, a może nawet i ciut większą. To jak ich ciała idealnie do siebie pasowały – każde zagłębienie, każda wypustka, wszystko tak cholernie do siebie pasowało. Jakby byli dwiema częściami czegoś większego i dopiero teraz się odnaleźli. Przecież miał tyle kobiet. Imion wszystkich nie pamiętał, ale lista byłaby długa, a przy żadnej nie czuł tego dziwnego, irytującego uczucia, że pomimo bolącej bliskości ciał, chciał być jeszcze bliżej, przeniknąć do wnętrza i zostać tam, bo było dobrze i bezpiecznie. Co było z Sheppard, że różnica była aż tak widoczna? Co miała w sobie ta drobna, irytująca brunetka, którą znał niemal od zawsze, że zaprowadziła go do czegoś nieznanego, zaskakując raz za razem siłą i namiętnością, o którą nigdy wcześniej nie byłby zdolny ją posądzić. Może to tylko wyobrażenia podyktowane przez te resztki tequili, pędzące w żyłach Winchestera, a może tak było naprawdę, tylko strach przed skutkami nie dopuszczał do świadomości tego, że to jest prawda. Że pomiędzy wiecznymi wojnami które między sobą prowadzili, kryło się coś jeszcze, uśpione, czekając aż oboje dorosną do tego, by zdać sobie z tego sprawę. Nikt nie wiedział co to dokładnie jest – a Dean wolał nad tym teraz się nie skupiać, nie zawracać sobie głowy czymś co kompletnie było teraz zbędne, skupiając się tylko i wyłącznie na jednym – na Iriss. Dając tyle ile mógł dać, zachłannie biorąc to co mu oferowała.
Odchylił głowę do tyłu, wzdychając ciężko, nie potrafiąc powstrzymać się przed szerokim uśmiechem, kiedy Iriss odpłacała mu pięknym za nadobne – czerwony ślad na szyi będzie małym przekleństwem, przypominającym o czymś, co zburzyło to, co było dobre i wygodne, budując na tym samym miejscu labirynt niedomówień, nieodgadnionych spojrzeń i poplątanych emocji, które zapewne pojawią się, jeśli kiedykolwiek znów przyjdzie im spotkać się gdzieś w świecie. O ile do tego dopuszczą, przytłoczeni moralnymi wyrzutami, które zaatakują gdy tylko otworzą oczy po przespanej nocy. Albo dniu.
Ale jeśli to przeznaczenie było za nich odpowiedzialne – na przekór wszystkiemu i im w szczególności, znajdzie sposób by dopiec tej dwójce, krzyżując drogi którymi będą podążać. W końcu byli łowcami – łapali się tego samego, chcąc uchronić innych przed tym co kryło się w mroku.
Silny prąd przepełzał po ramieniu mężczyzny, gdy usta Iriss dotknęły czerwonego miejsca na jego barku.
Nie bolało, już od dawna blizna nie dawała o sobie znaku, ukryta pod rękawami koszul. Miała być z nim do końca życia, przypominając że zrobił wiele głupstw w swoim życiu, doprowadzając do tego, co wisiało nad głowami całej ludzkości. Zbyt wiele źle podjętych decyzji które toczyły dalej koło ‘przypadków’, powoli otwierając furtkę nadchodzącej zagładzie. Niektórych żałował, innych nie i pewnie gdyby miał wybór postąpił by jeszcze raz tak samo, starając się tylko by konsekwencje nie były aż tak tragiczne. W przypadku dzisiejszego wieczora nie zmieniłby nic. Nie było sensu zmieniać, a jedyne czego będzie żałował, to tego, że ta zawirowana więź która istniała pomiędzy nim a Sheppard, została bezpowrotnie zerwana. I nawet jeśli zastąpiło ją coś innego, to nie będzie to samo co kiedyś. To ‘coś’ też zostawi bliznę na Winchesterze – nie widoczną jak tą, którą miał dzięki swojemu aniołowi, ale gdzieś tam w jego pustej duszy, zostanie mała blizna, która otwierać się będzie z każdą kroplą deszczu, przypominając o tym wszystkim.
Nie pozwolił Sheppard długo nacieszyć się przewagą, którą uzyskała kiedy zamienili się miejscami. I kiedy tylko pozbawiła go spodni, znów górował, wyginając usta w drapieżny uśmiech, rozsznurowując wysokie buty dziewczyny. Utknęły gdzieś za nimi, w błocie. Ten sam los spotkał ciemne i ciężkie od deszczu spodnie, które przykryły jego, a kawałek materiału, będący ostatnią przeszkodą został brutalnie potraktowany przez Deana – strzępy porwał silny podmuch wiatru, który w zamian przywiał im kolejny błysk rozświetlający ich twarze.
Zanim ich ciała złączyły się w jedno, chciał powiedzieć, że jest piękna. Z tymi mokrymi włosami, lepiącymi się do jej twarzy, z zamglonym spojrzeniem i nabrzmiałymi ustami, które przygryzała doprowadzając Deana do szaleństwa. Była piękna. Ale nie potrafił tego powiedzieć głośno – głos uwiązł mu w gardle i jedynie spojrzeniem mógł wyrazić to, jakie robiła na nim wrażenie. A robiła ogromne, nie będąc tego świadomą. A potem… potem było… Nie dało się tego porównać z czymkolwiek – nawet najgorętsze tango nie mogło się równać tańcowi który pochłonął Deana i Iriss. Nie słyszał szumu wiatru czy kropel deszczu które dzwoniły o metal zjeżdżalni, jedynie coraz szybsze oddechy, mieszające się ze sobą, ogrzewające powietrze wokół nich. Wszystko dookoła przestało istnieć, i nawet jeśli teraz w parku pojawiło się stado demonów, nie zauważyłby tego, skupiony na tym by zasypywać Iriss drobnymi pocałunkami, chcąc być jeszcze bliżej jej idealnego ciała.
Tego było za dużo. Zbyt dużo. Za intensywnie. Nie wiedział już kto kogo pociąga w dół, czy może jednak oboje wznosili się ku górze, szybko i nie zwracając uwagi na to, co czeka ich kiedy opadną. Nie chciał opadać, chciał zostać na górze. Chciał żeby ta noc nigdy się nie skończyła, pozwalając mu zostać z tym błogim stanem już na zawsze.

avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Mar 10, 2013 2:58 pm

Każda kropla deszczu, spadająca gwałtownie na ich rozpalone ciała mijała się nieco ze swoim powołaniem. Ba, działała na nich kompletnie odwrotnie, niż było jej to pisane. Zamiast ocucić ich wrzące umysły, spłoszyć, rozdzielić- sprawiała coś zupełnie odwrotnego. Chcieli siebie tylko więcej, mocniej, bardziej. Jakby świadomie, z pełną premedytacją, i jeszcze czerpiąc z tego ogromną radość i satysfakcję, działali wbrew rzekomemu przeznaczeniu. Jakby chcieli za wszelką cenę postąpić wbrew temu, co było im pisane. Chłodny wiatr i gwałtowne grzmoty wzmagały tylko ich dreszcze, które igrały z nimi tak bardzo, nie pozwalając przestać robić tego, co dotychczas. Lecz czy tak naprawdę by tego chcieli? Czy w ogóle by próbowali? Iriss raczej nie. Choć wiedziała, że to nie powinno było się zdarzyć. Że to wbrew wszystkiemu, oraz że wszystko tym sposobem zniszczyli. Mimo wszystko desperacko pragnęła to kontynuować. I gdyby ją zapytać- chętnie powtórzyłaby to wszystko jeszcze raz. Mieszanka wszystkich uczuć, emocji i doznań, których teraz doświadczali, była jak narkotyk. Tak cholernie uzależniała. Z każdą chwilą, z każdym kolejnym gestem- chciało się więcej. Jakby bez tego nie mogła oddychać. Jakby to dawało jej sercu siłę do bicia. Nie wiedziała czemu tak się dzieje. Czemu tak to wszystko na nią działa. Czemu nagle cały świat wydał się… inny. Może nie lepszy, bo wciąż zza rogu mógł wyskoczyć demon i wykorzystując ich błogie rozproszenie, zabić ich w mgnieniu oka. Lecz teraz to naprawdę nie miało znaczenia. Dawno się tak nie czuła. Może nawet nigdy?
Nie wiedziała co jest takiego wyjątkowego w obecnej sytuacji. Poza porywczością, pragnieniami, pożądaniem i tą dziwną świadomością, że nie powinni, która jeszcze bardziej ich nakręcała. Co jest takiego wyjątkowego w NIM. Przecież znali się tyle lat. Byli sobie raczej obojętni. Może nie do końca, lecz jeśli by trzeba było wpisać Ich relację do jakiejś rubryczki, to pewnie tam by się znaleźli. I nie mieliby nic przeciwko. Aż do teraz. Co się więc zmieniło? Czemu nagle, te kilka miesięcy temu spojrzeli na siebie trochę inaczej? Czemu teraz już się przed tym nie bronili? Oh, jak bardzo chciała znać odpowiedzi na te pytania. Nie potrafiła jednak nawet wystarczająco się na nich skupić. Bo teraz ważny był tylko ON. Zacieśniająca się bliskość, która wciąż im nie wystarczała. Opuchnięte usta, czerwone ślady na ciele, mokre włosy, przylegające do twarzy i strugi deszczu, ściekające tylko sobie znanymi kanałami po ich intensywnie pracujących ciałach. Później będą mogli zaprzeczać, że to coś znaczyło. Że było wyjątkowe. Teraz jednak stanowiło ich cały świat. Jej cały świat. I ta kusząca świadomość, że ich postępowanie nie było prawidłowe. Że nie powinni.
Gra, w którą grali, w której tak bardzo się pogrążyli była ekstremalnie niebezpieczna. Nieczysta. Zwyczajnie zła. Czy jednak któremukolwiek z nich przeszkadzało to choćby z najmniejszym stopniu pochłaniać ciało, tego drugiego i pozwalać by ich ubrania mieszały się z piachem? By do ich nagich, mokrych ciał przylepiał się piach, znajdujący się na podeście. W tym momencie Iriss nie mogła sobie wyobrazić, by znalazła się w tej sytuacji z kimkolwiek innym. Nie próbowała nawet. Nie zmieniało to jednak faktu, że chciała wiedzieć dlaczego. To pytanie odwiecznie ciągnęło się za nią, irytując i nie pozwalając spokojnie spać. Dlaczego nagle poczuła się przy nim tak wyjątkowo? No, cholera jasna, dlaczego?! Przecież mógł być to ktokolwiek inny. Każdy jeden mężczyzna na ziemi. Nawet przy Scott’cie nie czuła czegoś takiego. A przecież… wiele przeszli. Byli sobie bliscy. Z żadnym innym mężczyzną Iriss nie była aż tak blisko. Lecz teraz…. To było coś zupełnie innego. Nie wiedziała co. Nie wiedziała jak. I nie wiedziała dlaczego. Bardzo pragnęła by jej umysł się w końcu zamknął. Lecz między chwilami, w których Dean sprawiał, że zapominała własnego imienia i w jej umyśle pojawiała się czarna dziura, myślała właśnie o tym. Było to ulotne, krótkie momenty, bo jednak całą uwagę poświęcała mężczyźnie, którego ręce tak bosko błądziły po jej ciele. Przez długi czas obydwoje trzymali siebie w pewnego rodzaju klatce, każdy krok wykonując z opóźnieniem, drażniąc się z uwięzionymi w niej umysłami. A wystarczyło tylko małe pchnięcie, by kraty rozleciały się na wszystkie strony z wielkim, głuchym hukiem. Już nie zrzucała winy na tequilę. Nie chciała. Ani na spisek, który rzekomo uknuła, chcąc zabrać Deanowi kluczyki. Nie potrzebowała wymówek. Mogła teraz podpisać się pod tym, co robi, rękoma i nogami. Z pełną świadomością swoich czynów. Chciała tego. Tak bardzo tego chciała. To, co robili niosło ze sobą wielki ciężar, który po przespaniu kilku godzin spocznie na ich barkach. Gdy tylko sobie uświadomią jak cholerną głupotę zrobili. Teraz jednak nie miało to znaczenia. Nawet rozświetlające okolice błyski, będące owocami szalejącej nad nimi burzy nie były w stanie ich powstrzymać.
Oboje przez długi czas będą o tym pamiętać- to była jedyna pewna rzecz, dotycząca ich wspólnej przyszłości. Znamiona, pozostawione na szyjach będą im o tym przypominać. I będą je czuć jeszcze długo po zniknięciu. Bo nawet, gdy fizyczny ślad już zejdzie, w ich świadomości niewielkie plamki nadal tam będą. A razem z nimi wspomnienie tej nocy. Pełnej nieodpowiedzialnego szaleństwa i namiętności, która zdawała się dopiero w nich narodzić, głęboko uśpiona. Wybuchnąć niczym wulkan. W tym momencie chciała dać mu z siebie jak najwięcej. Lecz nie tylko fizycznie. Chciała, nie wiedzieć czemu, odebrać jego ból. Jego zmartwienia. Wszystkie ciemne chmury nad głową, których miał pewnie więcej, niż ona sama. Chciała, by uleciały. Tak samo, jak by na jego ciele, czy duszy nie powstała już ani jedna blizna. A już z całą pewnością ona nie chciała mu jej wyryć. I nie spodziewała się, że to zrobi. Nie była w pełni świadoma, że to wszystko nie jest tylko wytworem jej wyobraźni. Że on odbierał to niemalże tak samo, tylko, że na swój sposób. Nie wiedziała, że nie jest kolejną „zwyczajną” dziewczyną, dzięki której będzie mógł na chwilę zapomnieć. Zgubiła się nieco w tym wszystkim, nie wiedząc już co jest prawdą, a co tylko silnym, destrukcyjnym pragnieniem. Sama siebie też nie poznawała. Wszystko było jej obce, lecz zarazem tak dobrze znane. Jakby czekała na to już długi czas. Lecz czy w rzeczywistości naprawdę tak było? Może byli paradoksem? Dwoma sprzecznymi liniami przeznaczenia, które złączyły się ze sobą, choć nie powinny? Lub po prostu postanowili wziąć sprawy w swoje ręce, pieprząc to, co jest im niby pisane, a co nie. Przecież byli dorośli. Mogli sami o sobie decydować. Ta opcja zdecydowanie bardziej podobała się Iriss, której plecy nagle znów zetknęły się z podestem. Odwzajemniła uśmiech swego kochanka, bo chyba w tej chwili mogła go tak nazwać, wplatając palce w jego włosy i przyciskając go do siebie. Uśmiechnęła się w pocałunku, czując jak ostatnia dzieląca ich część materiału została brutalnie zerwana z jej ciała. Miała ochotę się zaśmiać. Czystym, beztroskim śmiechem, kontrastującym z pogodą, jaką los im zafundował. Sytuacja jednak jej na to nie pozwoliła. Rozpoczęli prawdziwy taniec. Namiętny, pełen pasji. Lekko agresywny. Taki, którego nie przerywa się pod żadnym pozorem. Zapierający dech w piersiach i kontynuowany mimo największego zmęczenia. To, co robili, co czuli, co się działo z ich ciałami i umysłami nie było nawet porównywalne do szalejącej burzy, do ciskających na wszystkie strony błyskawic, a nawet huraganu. Palce wplecione we włosy przeniosły się na ramiona, kurczowo ich trzymając, jak gdyby puszczenie ich miało sprawić, że spadnie w przepaść, nie mającą dna. Znów skrzyżowała nogi na jego biodrach, przyciągając je bliżej do siebie. Jakby jeszcze się dało. Ich ciała były tak rozpalone, że krople zimnego deszczu w zetknięciu z nimi powinny od razu wyparowywać. O dziwo tak się nie działo. Tonęli w łzach niebios, okazując im tak wielki brak szacunku, jaki tylko się dało. Czyż to nie było w jej stylu?
Pogrążyła się w tych drobnych gestach i głębokich oddechach całkowicie. Zapominając o całym świecie, każdym jednym zmartwieniu i syfie, na który się natknęła. Chciała, by to trwało wiecznie. Cały jej świat wirował. Wszystkie kolory, smaki, doznania mieszały się ze sobą. Tworząc jedną, spójną, o dziwo, całość. To wszystko było jak największa pokusa, największy grzech. Było tak kuszące. Na oślep błądzili w głąb tej wielkiej pustki, nie zwracając uwagi na nic innego. Czuła, że się poddaje. Jemu. Temu wszystkiemu. Zostawiając na plecach czerwone ślady po paznokciach, przeniosła ręce w górę, zamykając z nich jego twarz. Pociągnęła ją lekko do góry. Tak, by móc spojrzeć mu w oczy. Ciemnym, przepełnionym dziką namiętnością, będącym na skraju wytrzymałości wzrokiem. Powietrze nie chciało z nią współpracować, uciekając i nie pozwalając oddychać. Przygryzła wargę, z wiele większą siłą niż robiła to poprzednio. Czuła, że spada. Uśmiechnęła się lekko, ledwo widocznie, zanim znów kurczowo zacisnęła palce na zaczerwienionych ramionach Deana, odchylając głowę do tyłu, a z jej ust wydobył się krzyk, któremu towarzyszył grzmot pioruna, jednoczesny z najjaśniejszą tego wieczoru błyskawicą. W końcu mogła nabrać powietrza. Jej płuca piekły, a serce łomotało w piersi, jakby przebiegła co najmniej cały stan. Dyszała ciężko, próbując uregulować wszystkie funkcje swojego organizmu. Umysł był rozdarty na małe strzępy, które rozwiały się gdzieś na wietrze. Alkohol, który krążył wcześniej w jej krwi uleciał chyba całkowicie. Na placu panowała cisza, przerywana przez szum szalejących na wietrze drzew, oraz deszczu obijającego się o ziemię i metalową zjeżdżalnie. Gdzieś za nimi skrzypiały lekko huśtawki, które dały się porwać burzy. Grzmoty wydawały się teraz głuche. Błyskawice rozświetlały ich zaczerwienione twarze. Wcześniej maksymalnie spięte mięśnie Iriss, teraz rozluźniły się. Nagle wszystkie dręczące ją tego wieczoru pytania uderzyły w próbujący zebrać się do kupy umysł. Po jej ciele wciąż tańczyły dreszcze, związane z wcześniejszymi przeżyciami. Wciąż potrzebowała jego dotyku, ale… Właśnie. Było ale. I to „ale” sprawiło, że serce jej się ścisnęło. Uniosła dłoń do góry. Na początku lekko się zawahała, lecz w końcu położyła ją na policzku Deana, ocierając go z deszczu. Uśmiechnęła się blado, spoglądając mu w oczy, choć już teraz było to cięższe, niż się spodziewała. Chciała zapytać „Co teraz?” lecz gardło nie pozwalało jej wydusić z siebie tych słow. Otworzyła tylko lekko usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk, poza cichym westchnięciem. Przesunęła palce nieco wyżej, przeczesując nimi mokre włosy mężczyzny. Uniosła się trochę do góry, jego ciągnąć w dół. Złożyła na najmiększych ustach, jakich do tej pory dotykała delikatny, pełen subtelności pocałunek. Wiedziała jednak, że jest również on ostatnim. Włożyła więc w niego tyle serca, ile tylko zdołała. Oh, był to taki zły pomysł. Nie powinna była… nie powinna. To jednak nie było w stanie jej powstrzymać. Chciała, po raz ostatni poczuć smak jego ust. Zanim wstaną i nałożą na swoje ciała mokre ciała przesiąknięte deszczem i błotem ubrania i ruszą w dwie różne strony, by spędzić resztę tej nocy na walce z samym sobą. Bo tak należało zrobić. Tylko od kiedy, do kurwy nędzy, ona robi to, co należało?!


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by The Geek Monkey on Wto Mar 12, 2013 11:21 am

Miał wrażenie, że trafił do środka wielkiego tornada, które rozpędzało się z każdą kolejną sekundą, wciągając łowcę głębiej i głębiej, mieszając w głowie, zabierając oddech i porywając w najdziksze obszary. Gdyby ktoś mu kiedyś powiedział, że przyjdzie dzień kiedy nie będzie w stanie zapanować nad swoimi odruchami, że potrzeba bliskości będzie tak wielka, że aż będzie boleśnie rozsadzać od środka, chcąc być bliżej i bliżej, to by tego kogoś wyśmiał. A tak teraz było. Może zbyt agresywnie, gwałtownie się tego domagał, chcąc uśmierzyć ten irracjonalny ból, podążając za Iriss nad przepaść w którą spadli oboje. Gwałtowne uderzenie o ziemię, zduszone, pomieszane krzyki które rozeszły się wraz z uderzeniem pioruna echem po parku, napięte mięśnie rozluźniły się, tak samo jak palce zaciśnięte na desce podestu.
Nie wiedział ile tak leżeli, wtuleni w siebie, drżąc z emocji, uspokajając ciała i oddechy. Burza najwidoczniej uspakajała się wraz z nimi, bo z każdą minutą niebo przestało razić swoją potęgą a ulewa przechodziła w niewielki deszcz, który cicho dzwonił, obijając się o parkowe zabawki. Wtulił twarz w zagłębienie obojczyka Iriss, zaciskając mocno powieki, jakby miało to sprawić, że po otworzeniu oczu wszystko okaże się tylko snem. Ale to nie było snem, to było coś prawdziwego – słodki zapach brunetki zmieszany z zapachem deszczu, który drażnił jego nos był realny, tak samo jak dotyk skóry przy skórze, przez którą przechodziły małe elektryczne igiełki. Otworzył oczy dopiero wtedy, gdy poczuł na policzku dłoń dziewczyny. Jedno dłuższe spojrzenie wystarczyło do tego by wiedzieć, że już się zaczęło. Powoli, z kurzu wydarzeń, powstawał dystans ubrany w zmieszanie i obsypywał ich swoim pyłem, zabierając słowa i pomagając myślom dojść do jakiegoś ładu. Ale czy jest to możliwe? W głowie Winchestera i tak panował bałagan – zbyt dużo myśli, o bracie, Bobbim, Colcie, apokalipsie, aniołach, demonach, ojcu i kilku innych sprawa, mieszało się ze sobą tworząc niezły koktajl, który powodował ból głowy i krótki, niespokojny snem. Teraz miała dojść jeszcze osóbka Sheppard, która wpakowała się w ten koktajl z gracją i wdziękiem, dlatego w przypadku Deana nie było możliwe to, by w jego głowie cokolwiek doszło do ładu.
Odwzajemnił pocałunek, przeciągając go tak długo jak tylko mógł, by dłużej trwać w tej bańce którą sobie stworzyli. Bańki mają to do siebie, że łatwo pryskają, a ich nie była wyjątkiem, już i tak została naruszona, więc wystarczył moment by zniszczyć ją doszczętnie, nawet jeśli się tego nie chce.
- Chyba powinniśmy stąd iść – wychrypiał, uwalniając Iriss od ciężaru swojego ciała. Nagle zrobiło się zimno, jakby został pozbawiony czegoś, co chroniło go przed chłodnymi językami wiatru. Jakaś część łowcy chciała zostać, wtulić się w wilgotne, nagie ciało Iriss, i się nie ruszać z tego miejsca nigdzie. Pozostać tak, nie przejmując się chłodem, którego nie czuł aż do tej pory, i nie zwracać uwagi na cokolwiek innego. Druga jego część stanowczo mówiła że nie mógł tego zrobić. Nie można było tego tak ciągnąć, oboje musieli wrócić do rzeczywistości szybciej niż by chcieli, by to bagno w które wpadli nie wciągnęło ich jeszcze bardziej, nie dając żadnych możliwości do zawrócenia. Zszedł z podestu, trafiając stopami w wielką, zimną kałużę. To wszystko było dziwne. Bardzo dziwne. Pomijając to że stał właśnie w błocie, w parku, nago, bo to była chyba najmniej dziwna część tego co się działo. Dziwne było to, co działo się w nim. Nie przepadał za czymś, czego nie rozumiał. Może nie obawiał się tego, ale podchodził do takich rzeczy z dużą dozą sceptycyzmu, starając się w jak najbardziej normalny sposób to wyjaśnić. Teraz nie rozumiał co się w nim działo. Znał siebie, wiedział jak normalnie reagował na takiego typu sytuacje. Dyskretne wymknięcie się z pokoju, zamknięcie za sobą drzwi i nie wracanie do minionej nocy myślami, załatwiało sprawę i nie musiał się nad tym zastanawiać. Tutaj raczej nie dało się dyskretnie wymknąć, zniknąć nim nastanie świt, zostawiając za sobą wgniecenie w poduszce. Musiał się z tym zmierzyć, nie rozumiejąc dlaczego czuje się tak, jakby… był onieśmielony. Na bogów, Dean Winchester onieśmielony! Tego jeszcze nie było, a już na pewno nie w towarzystwie Sheppard. Doprowadzała go do różnych stanów – od rozbawienia po wściekłość, nigdy nie wprawiając w zakłopotanie. Aż do teraz. W sumie, tego wieczoru doprowadziła go do jeszcze kilku innych rzeczy, co było naprawdę przyjemne. Chyba nawet zbyt przyjemne. I tego też nie rozumiał. Wróć. Nie, nie czuł się onieśmielony. Nie miał pojęcia nazwać, czy w ogóle dałoby się jakoś nazwać, to co w nim toczyło wojnę. To było bardziej takie… jakby winił siebie za to, ze mógł się czuć tak dobrze, skoro na to nie zasługiwał. Albo i nie, nie to też źle powiedziane. Naprawdę nie potrafił w tym momencie na chłodno zrozumieć co czuł, bo było tego zbyt wiele. I to dlaczego? A raczej przez kogo? Przez Sheppard. Dziewczynę, z którą nie łączyło go nic większego niż wieczne złośliwości. Wolał spędzać czas z jej braćmi, zostawiając swojego brata na pastwę jej towarzystwa. Młodsi zawsze lepiej się dogadywali. Te kilka przypadkowych spotkań gdzieś na trasie też nie były niczym wielkim, nie sprawiły że Iriss i Dean stali się nagle dla siebie wielkimi przyjaciółmi którzy wiedzą o sobie wszystko. Więc dlaczego to Iriss miała obudzić w Deanie te uczucia o których nawet sam siebie nie posądzał? Bo to nie była wina alkoholu, zmęczenia, emocji, tylko jej. I naprawdę chciałby wiedzieć, dlaczego. Tylko nie dzisiaj. Jutro też nie. Może kiedyś się dowie, jak wszystko inne zostanie poukładane.
Chwilę siłował się ze spodniami, które z oporem dały się naciągnąć na tyłek. Kluczyki były tam, gdzie schowała je Iriss. Cięższe niż kiedykolwiek, albo po prostu tak mu się wydawało. Czy gdyby nie wpadł na genialny pomysł jeżdżenia po pijaku skończyliby tak samo? Ukradkiem spojrzał na Iriss i już znał odpowiedź. Czegokolwiek by nie zrobili tego wieczoru i tak by zakończył się tak samo, może jedynie sceneria byłaby inna. Cieplejsza. Zmarszczył brwi odganiając wspomnienie tego, jak przed momentem było gorąco, zakładając na siebie mokry podkoszulek.
- Nie, czekaj… - pokręcił głową, nie chcąc by dziewczyna brnęła przez rozmokły piach, pozbierał jej rzeczy, nie mogąc się powstrzymać od uśmiechu gdy wylał z jednego z butów deszczówkę. Jego nie były w lepszym stanie, ale mieli co chcieli i musieli jakoś przeboleć mokre i zapiaszczone rzeczy.
Miał ochotę pomóc. Naprawdę kusiło go by ubrać Iriss w mokre koszulki, które w bardzo nieprzyzwoity sposób przylegały do ciała, uwydatniając to wszystko, co z fascynacją poznawał swoimi dłońmi. Westchnął ciężko, odwracając wzrok , skupiając myśli na piasku, który nieprzyjemnie ocierał się o wrażliwą skórę. Nie powinien w tym momencie myśleć o takich rzeczach, powinien przywołać się do porządku i nigdy więcej nie doprowadzać do takiej sytuacji. Jak gdyby przez większość czasu robił to co powinien. Ale nie mógł poradzić nic na to, że jego ciało nadal ciągnęło w stronę Iriss mimo, że rozum w końcu doszedł do głosu i stanowczo mu tego zabraniał. Kiedy już oboje ubrali się, deszcz przestał w zupełności padać, jakby zapięcie klamry od paska było znakiem, że niebo może już przestać się nad nimi pastwić i schować się gdzieś, liżąc rany po przegranej, którą odniosło w starciu z łowcami. Tylko wiatr jeszcze dokuczał, owiewając ubrane w mokre ubrania ciała, sprawiając że odczuwalne zimno było jeszcze większe. Chyba nawet Deanowi lekko posiniały wargi, a ręce trzęsły się gdy podnosił z ziemi kurtkę, otrzepując ją z piachu. Przykryta przez resztę ubrań, które przyjęły na siebie większość deszczu, kurtka była na pewno mniej wilgotna od reszty i dlatego dał ją Sheppard. To było głupie – przecież i tak każda część ich ubioru była mokra, oni byli mokrzy, więc kurtka nie była najlepszym zabezpieczeniem przed chłodnym wiatrem, ale Dean czuł potrzebę zarzucenia jej na ramiona Iriss. Złapał brunetkę za rękę, splatając dłonie, pociągnął w stronę alejki która zaprowadziła ich na plac zabaw. Znowu nie miał pojęcia gdzie idą – wiedział jedynie, że powinni się rozstać, jak najszybciej, oddalić od siebie osobę Sheppard i wszelakie myśli o niej. Jednak puszczenie dłoni było trudne.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by Seestra Road Trip on Sro Mar 13, 2013 1:41 am

Chciała trwać tak wiecznie. Świat mógłby się teraz dla niej skończyć. Mogła spaść w przepaść bez dna. Lecieć ku otchłani bez końca. Byle tylko był przy niej. Byle tylko mogła czuć jego niespokojny oddech na swoim ciele, i dreszcze, które powodował. Nie wiedziała, że tak desperacko potrzebowała jego bliskości. Nigdy tego nie czuła. Teraz pragnęła tylko, by wtulił się w nią jeszcze mocniej. Okrył jej ciało swoim. Czuła się tak krucha, tak delikatna. Jakby miała zaraz rozpaść się na milion kawałeczków. Była jednak bezpieczna. Wiedziała, że tak było. Nie tylko ze względu na swoje umiejętności. One teraz nie miały znaczenia. Chodziło o niego. O inną osobę. Konkretną, namacalną. Nie przeszkadzał jej chłód wiatru. Ani zimne krople spływające po ich splecionych desperacko ciałach. Nic nie miało teraz znaczenia. Chciała tak trwać wiecznie. Bez końca. Zapomnieć o tym wszystkim dookoła. Czemu jednak wiedziała, że to już koniec? Że te ulatujące tak szybko chwile są ostatnimi? Nie było im dane naprawdę nacieszyć się sobą. Mieli tylko to, co skradli przeznaczeniu, kreując swoją własną ścieżkę. Czas się teraz nie liczył. Noc była już głęboka. Nawet wielbiciele nocnych przygód pogrążyli się już pewnie w krainach snów. Pięknych mar, będących odzwierciedleniem najskrytszych marzeń. Oni też śnili. Na jawie, walcząc z rzeczywistością. Nie byli do końca świadomi tego, co najlepszego wyrabiają. Błądzili między światami. Szukali. Docierali. Nie wiedząc tak naprawdę dokąd zmierzają. Instynkt podpowiadał im, że to już koniec. Że właśnie teraz konsekwencje ich czynów zaczną do nich docierać. Świdrować w umysłach, powodując bolesne zaciskanie się powiek, wbijanie paznokci w skórę dłoni, zaciskanie pięści z taką siłą, że aż kostki by bielały. Szczęki zaciśnięte w śmiertelnym uścisku nie pozwalałyby przełknąć śliny. Utrudniałyby wszystko. I to nadchodziło. Wielkimi krokami. Iriss czuła już kłucie w płucach, nie pozwalające jej nabrać powietrza, przesiąkniętego zapachem Deana, zmieszanym z deszczówką i wiatrem. Wtuliła się mocniej w jego ramie, ukrywając w nim twarz. Tak jakby miało jej to zapewnić bezpieczeństwo. Pewnego rodzaju podporę. Mur przed światem. Ściskało ją w dołku. Wszystkie narządy przewracały się do góry nogami. Czuła, że zrobili źle. Że nie powinni byli tak postępować. Wiedziała to, jak nic innego na świecie. Mimo to nie żałowała. Nigdy nie będzie. To wspomnienie nie zostanie określone mianem złego. Będzie po prostu bolesne. Ta mieszanka emocji, którą dziś przeżyli nie mogła pozostawić po sobie nic innego. I będzie się za nimi ciągnęła jeszcze przez długi czas. Depcząc po piętach, przeszkadzając, dekoncentrując. Będzie przypominać o sobie z każdym gestem, każdym słowem, każdym widokiem placu zabaw, mokrej ziemi, deszczu, czy z każdym dźwiękiem wiatru, lub grzmotem. Żadna z tych rzeczy nie pozostanie już taka sama. Pytanie tylko dlaczego. Dlaczego to wszystko było tak intensywne? Tak wspaniałe, a zarazem przerażające? Co w nim było tak innego? Część niej desperacko chciała znać odpowiedź na te pytania, domagała się ich z całą stanowczością. Jednak ta cząstka, która miała nad nią kontrolę wolała nie wiedzieć. Pozostawić pewne kwestie bez wyjaśnienia, pytania bez odpowiedzi. Zachować resztki magii, która ulatywała wraz z cichnięciem burzy.
Ich usta tańczyły razem mozolny taniec. Requiem dla snu. Smutną melodię, lecz tak silnie działającą na człowieka. Ten pocałunek budował na nowo mur. Zupełnie inny. W innym miejscu. Będą musieli też w inny sposób go zburzyć. O ile w ogóle będą chcieli. Czy jednak prosili się o wysadzenie tego, który mieli? To przyszło samo. Nieproszone. Było jednak piękne. Bo Iriss jeszcze nigdy się tak nie czuła. Nigdy się tak nie bała. Nie o drugiego człowieka. O utratę go. Czuła jak z każdą sekundą oddalają się od siebie. Choć ich ciała dalej były tak blisko- umysły uciekały w przeciwnych kierunkach. Bolało. Tak cholernie dziwne uczucie. Pełne dyskomfortu, zakłopotania i bezsilności. Nie przyznałaby się do posiadania takich uczuć nikomu. Nie potrafiłaby. Nawet przed samą sobą.
Zacisnęła mocniej oczy, gdy ich pocałunek został nagle przerwany. Gdy ochrypły głos Deana tak bardzo zakontraktował z ciszą nosy, melodią deszczu i ich oddechów. Chciała go przytrzymać. Chciała złapać znów jego kark i zamknąć w objęciu, przyciągając bliżej do siebie. Ich ciała tak bardzo pasowały do siebie. Stanowiły jedną całość. Niczym dwa zaginione puzzle z kompletu. Gdy byli razem, dopiero wtedy obrazek był widoczny. Dopiero wtedy było widać jego piękno, a autor mógł ogłosić koniec swego dzieła. Nie zrobiła tego jednak. Podniosła się tylko lekko, kuląc z zimna. Nagle zaczęło jej ciążyć. Każda spływająca po jej przemarzniętym, nagim ciele kropla deszczu stała się odczuwalna. Jakby ktoś rysował kształty zimnym metalem, po jej rozgrzanej skórze. Chciała mu odpowiedzieć. Przytaknąć. Bo przecież powinni. To, że nie chciała nie powinno mieć znaczenia. Kruchość, którą wcześniej w sobie odnalazła nagle zaczęła ciążyć. Przypominać o bezsilności. A tego przecież nienawidziła. Przeczesała palcami mokre włosy, opadające jej na ramiona, przyklejające się do policzków. Sen właśnie się kończył. Budzi dzwonił nieustannie w ich głowach, zmuszając do otworzenia oczu. Obserwowała chwilę sylwetkę Deana. Był zaledwie cieniem w ciemnościach. Jednak tak wyraźnym… nie musiała widzieć jego ciała, by znać każde jego zagłębienie. Znała każdą bliznę. Dokładnie ją zbadała. I zapamiętała. Jakby od tego miało zależeć coś ważnego. Wciąż jednak na palcach czuła dotyk tej jednej, największej. Dłoni, odciśniętej na ramieniu. Wryła się w jej pamięć i już tam pozostanie, tworząc pewien mistyczny symbol. On również wiedział o jej ciele więcej, niż powinien. Więcej, niż pozwalała poznać innym. Wiedział o istnieniu jej młodzieńczego hołdu, zbuntowanej dziewczyny dla rodziców. Jednym z jej najmniej taktownych posunięć. Narodzonym, gdy żal był zbyt wielki, by dać mu upust w cywilizowany sposób.
Wiedziała, że on jej ciało również zbadał bardzo dokładnie. Wciąż przechodziły ją dreszcze na samo wspomnienie dotyku. Jego ręce… szorstkie i męskie, a zarazem tak delikatne i subtelne. Ciemności nie pozwoliły mu zobaczyć owoców jej młodzieńczego szaleństwa, które z resztą starała się ukrywać jak tylko mogła, mimo iż w tego typu kontaktach nie zawsze było to możliwe. Czarny atrament na jej skórze pozostanie już tam na zawsze, powodując powstanie pytań, na które odpowiedzi nie udzieli. Obserwowała jak Dean siłuje się z przemoczonymi, brudnymi ubraniami. Mimowolnie uśmiechnęła się, w tym samym momencie, w którym na nią zerkną. Chciała zatrzymać to spojrzenie na dłużej. Zmienić jego tor. Nie było to jednak takie łatwe. Niezręczność między nimi rosła z każdą chwilą. Mimo iż chcieli ją powstrzymać. Była zaciętym wojownikiem. Nie dawała za wygraną. A oni, osłabieni, musieli się jej poddać. Wstała powoli, trochę krępując się nagle nagością. Ona. Iriss Sheppard. Krępowała się. Przecież robiła o wiele gorsze rzeczy. Teraz nie chodziło chyba jednak tylko o fizyczność. Czuła się naga emocjonalnie, psychicznie. Wszystko się sypało. Wiedziała, oboje wiedzieli, że tak będzie. Mimo wszystko świadomie w to zabrnęli. I już chyba żadne z nich prędko nie nabierze ochoty na żarty. Szczególnie dotyczące dzisiejszego wieczoru.
Słowa mężczyzny wybudziły ją z transu. Spojrzała na niego, lekko zdziwiona. Uśmiechnęła się, gdy wręczył jej ubrania. Mimo wszystko wciąż potrafiła to zrobić. Mimo nagłego ciężaru, który spadł na jej serce. Było w tym wszystkim coś śmiesznego. Coś radykalnego. Głupiego. Między cisnącymi się na usta zdaniami typu :Nie powinniśmy”, „To był błąd”, „Co myśmy najlepszego zrobili”, czy najgłupszym, a zarazem najważniejszym pytaniem „Co teraz?” było miejsce na uśmiech. I to on wygrywał. On przedostał się przez tłum. Wyrwał na prowadzenie. To chyba o czymś świadczyło. Wycisnęła wodę z nogawek spodni, po czym spróbowała się w nie ubrać. Nie było to najłatwiejsze zadanie. Pewnie wyglądała śmiesznie. Nie przejmowała się tym jednak. Nie miało to znaczenia. Liczyło się coś o wiele ważniejszego.
Mokry, zimny materiał, przylegający do ciała nie był najprzyjemniejszą rzeczą. Sprawił tylko, że dyskomfort psychiczny przeniósł się również na fizyczny. Porwanej części bielizny nie było nawet co szukać. Czarny materiał zlał się z podłożem. Najwyżej jakieś dziecko kiedyś przestraszy się tego, co znalazło i będzie miało traumę do końca życia. A to wszystko dlatego, że panna Sheppard i pan Winchester postanowili przestać panować nad swoimi instynktami i pożądaniem, które wzrastało w nich od początku spotkania. Buty obcierały, piach, który przylepił się do ubrań drapał. Mogli wybrać inne miejsce. Jednak ta spontaniczność miała w sobie pewnego rodzaju magię. Dyskomfort, z jakim musieli się zmagać był częścią uroku. Tak miało być. Choć nie powinno. Kurtka, która pojawiła się na jej ramionach była zaskoczeniem. Nie spodziewała się tego. Nie po nim. Nie…
Przyjęła ją jednak, wykrzywiając kąciki ust w niepewnym uśmiechu. Włożyła ręce w obszerne, zbyt długie i zbyt szerokie rękawy, które przesiąknięte deszczem ciągnęły ją w dół. Największym zdziwieniem była jednak jego dłoń, która jakimś cudem znalazła się przy jej. Splecione w jednym uścisku. Kurczowym. Mocnym. Iriss spojrzała na ten gest z pewnego rodzaju czułością. Przybliżyła się do ramienia Deana i oparła o nie głowę, gdy szli już alejką, gdzieś przed siebie. Nadchodził czas rozstania. Nagle jednak w jej umyśle pojawiła się nadzieja. Mała iskierka. Że może jeszcze uda im się to naprawić. Może ten nowy mur nie był wcale taki mocny. Może udałoby im się go zburzyć jednym szczerym słowem?
Gdzieś między budynkami niebo zaczynało już jaśnieć. Deszcze jednak wciąż padał z tą samą intensywnością, mimo iż rozszalałe pioruny nie ciskały swym majestatem w ziemię. Przeszli w milczeniu kilka przecznic. Iriss wtulona w ramię Deana. Wyglądali normalnie. Zwyczajnie. Przez chwilę niczym się nie wyróżniali. Mogliby napawać się tym w nieskończoność. Jednak jej myśli zaprzątało coś zupełnie innego. To wyrzuty sumienia. Mieszanka emocji, które eksplodowały od nadmiaru pewnych substancji. Nie mogła się skupić. Zatrzymała się nagle. Placu już dawno nie było za nimi widać. Czuła, że to powinno się skończyć. Tu i teraz. Powinni odejść. Każde w swoją stronę. Rozplotła ich uścisk i stanęła naprzeciw niego, spoglądając mu w oczy, póki jeszcze potrafiła. Położyła dłonie, wystające ledwo z rękawów kurtki na jego torsie, zaciskając palce na mokrej koszulce. Na jej twarzy pojawił się blady uśmiech.
-Powinniśmy iść.-jej głos był cichy, ochrypły. Trochę niepewny. Na chwilę spuściła wzrok, jakby słowa, które wypowiadała sprawiały jej trudność. –Każde w swoją stronę.- znów na niego spojrzała, przenosząc jedną dłoń na jego policzek. Kciukiem zarysowała linię jego ust, na których po chwili złożyła delikatny, lekki pocałunek. Ledwo wyczuwalny. Słodko-gorzki. Odsunęła się, zdejmując kurtkę i wręczając mu ją z powrotem. –Tak będzie dla nas najlepiej.- zmusiła się, by na jej twarzy pojawił się beztroski uśmiech. Znów cofnęła się o kilka kroków, odwracając do niego plecami i ruszając w nieco przeciwną stronę. Odwróciła się jeszcze na chwilę, uśmiechem chcąc pokazać mu, że wszystko będzie dobrze. Ze nic to między nimi nie zmieniło. Że jest w porządku. Że nie żałuje… W jej oczach przecież pojawiły się pewne iskierki, warga znów została delikatnie przygryziona, a włosy odgarnęła z twarzy w ‘ten’ sposób. Na pewno będzie teraz dobrze. Jednak gdy tylko wróciła do powolnego marszu…. Z każdym krokiem uśmiech bladł. Iskierki w oczach gasły, a serce ściskało się mocniej. To były tylko pozory. Okłamywała samą siebie. Okłamywała jego. Przecież nigdy już nie spojrzy w jego oczy tak samo. Bez wspominania dzisiejszej nocy. To na zawsze zostanie w jej pamięci, ciążąc i wywołując poczucie winy. Tak musiało być. To był kolejny urok tego wybryku. Część magii.
Pewna była tylko jednego. Odnajdzie teraz swój samochód w labiryncie uliczek, wsiądzie do niego, włączając ogrzewanie i muzykę i wyruszy jak najdalej stąd, nie zatrzymując się nawet na godzinę snu, aż nie poczuje, że dystans jest odpowiedni. Może postępowała dziecinnie. Może i uciekała. Nie potrafiła jednak inaczej. Jeszcze nie teraz.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by The Geek Monkey on Sob Mar 23, 2013 1:36 pm

Kiedy człowiek myśli, że nie jest w stanie czuć niczego więcej niż gniewu, rozczarowania i ogarniającej beznadziejności, że jego wnętrze jest pozbawione tego czegoś, co sprawiało że każdy kolejny dzień był piękny a głupie, małe codzienne rzeczy przyprawiały o uśmiech, i kiedy jest do tej myśli przyzwyczajony, uderzenie fali emocji i odczuć, które przez dłuższy czas były mu obce, sprawia że czuje się zagubiony. I to przerażające uczucie potrzeby bliskości, tak mocno, tak silnie, że zabierało oddech i wybijało z równowagi. To było za dużo dla Winchestera. Stanowczo za dużo. Jego głowa pękała od myśli, emocji i wcześniej wypitego alkoholu, który nie miał być oskarżony o to co się stało. Jedyni winni tego zamieszania mocowali się ze swoimi ubraniami, chcąc jak najszybciej zakryć swoją nagość.
Zmęczeni, mokrzy, zziębnięci pokonywali kolejne przecznice, wyglądając jak zwyczajna para, takich jakich tysiące ma świecie, gdy tak szli obok siebie, niemal wtuleni w siebie. Ale nie byli zwyczajni. Nie byli parą. Zrobili wszystko źle, ale to ‘źle’ należało do tej kategorii gdzie powtarzałoby się to jeszcze raz, i jeszcze i jeszcze, i tak w nieskończoność, byle tylko przedłużyć ulotne, magiczne chwile które w takich czasach są na wagę złota. Nie zwracał uwagi na otoczenie, na niebo które powoli szarzało, przyciągając za sobą kolejny dzień. Po prostu szedł przed siebie, nie przejmując się wiatrem i deszczem, i tym pisakiem który niemiłosiernie ocierał bose stopy w butach. Zatrzymał się niechętnie, chcąc ciągle iść do przodu, byle jak najdalej od przeklętego placu zabaw. Ale Iriss miała rację – powinni się w końcu rozdzielić, wrócić na swoje drogi i do spraw, które przywiodły ich do Północnej Dakoty. Zostawić to co się działo, przez te kilkanaście godzin, za sobą i wrócić do szarej rzeczywistości. Uścisk skostniałych palców był silny, i w tym momencie Winchester był wdzięczy Sheppard za to, że rozplotła ich dłonie bo on nie był do tego zdolny. Ale i tak to utrudniała. Może nieświadomie, bo nawet Dean nie do końca pojmował, że to przyspieszone bicie serca, które mogła wyczuć pod dłońmi, było podyktowane tym małym gestem który wykonała Iriss. Jego ciało nadal ją chciało, nawet jeśli rozum usadowił się twardo i stanowczo mówił ‘nie’. Ta część łowcy, która tak desperacko chciała pozostać w tym małym świecie, który stworzyli dla siebie, wyrywała się do tego by odwzajemnić delikatny pocałunek, przyciągnąć ją do siebie, ale nie zrobił nic. Stał, z rękoma wzdłuż tułowia, z zaciśniętymi w pięści dłońmi, starając się być obojętnym na to co się dzieje.
-Masz rację – przytaknął, nie będąc w stanie powiedzieć niczego więcej. Bo co miał powiedzieć? Od momentu kiedy świadomość powróciła na swoje miejsce, uzmysławiając mężczyźnie że zrobił coś, czego nigdy sobie nawet nie wyobrażał, nie wiedział co powiedzieć. Serio. On, nie mający słów. Bo ‘było super’ albo ‘no nieźle mała’ jakoś nie pasowały do… tego. Do niej. Do nich. Chociaż, może gdyby jednak tak powiedział to złamałby tą dziwną aurę która oplotła ich swoimi mackami, wprawiając w lekkie otępienie i ciężącą ciszę. Byłoby jak dawniej. Roześmiałaby się, on też, powymienialiby się kilkoma złośliwościami i byłoby po krzyku. Ale to było niemożliwe – coś blokowało takie zachowanie i śmiało się złośliwie z ich wzajemnego skrępowania. Odebrał od dziewczyny swoją własność, skupiając spojrzenie na mokrym okryciu, jedynie słysząc że Iriss odchodzi. Coś ciężkiego opadło na dno jego żołądka, zmuszając by podniósł głowę, wzrokiem odprowadzając oddalającą się sylwetkę łowczyni.
Kiedy odwróciła się, a on stał tam gdzie stał, ściskając w dłoniach mokrą, przesiąkniętą zapachem deszczu i Iriss, kurtkę, odwzajemnił uśmiech w typowy dla siebie sposób, pełen wyluzowania i rozbawienia. Przynajmniej starał się. A potem szybszym krokiem ruszył w jej kierunku, klnąc na siebie w duchu za to co zamierzał zrobić. Za to, że w ogóle się ruszył, zamiast odwrócić się i iść w drugą. Miał pozostać obojętny, ale ten ostatni raz… Naprawdę ostatni raz, póki miał ku temu okazję, która zapewne już nigdy się nie powtórzy. W końcu i tak przekroczyli tyle granic, zburzyli tyle murów, że ta jeszcze jedna wyrwa niewiele zmieni.
Podszedł do brunetki, ujmując jej zaczerwienioną od wiatru twarz w swoje dłonie i pocałował, krótko i namiętnie. Ostatni, na prawdę ostatni raz.
- Uważaj na siebie, Iriss – rzucił, siląc się na ten sam swobodny ton co zawsze, kiedy przychodziło im rozstać się w normalnych okolicznościach. Jakby to miało pokazać, że i z jego strony też nic się nie zmieniło. Że wydarzenia które swoje zwieńczenie miały na piaszczystym podeście wcale nie wpłynęły na ich relacje, że nadal są tym Winchesterem i Sheppard, mimo że ci polegli w wojnie namiętności i pożądania. Nic się nie zmieniło. Oprócz tego, że pierwszy raz od dawana zwrócił się do niej po imieniu, w momencie gdzie nie była narażona na żadne niebezpieczeństwo. Już nie była Sheppard, teraz była Iriss, która z kocią gracją wyłoniła się z pyłu, powalając Deana na kolana. Tak, tak można to nazwać. Postąpił kilka kroków do tyłu, uśmiechając się tak, jakby chciał powiedzieć ‘jeden zero dla mnie, Sheppard’, obracając magię w zwycięstwo wyzwania które rzuciła kilka godzin temu. W końcu nic się nie zmieniło… tylko ten uśmiech zszedł łowcy z ust, kiedy odwrócił się i ruszył do przodu, w swoim kierunku. Nie czuł się wygrany, a bardziej pokonany przez własne słabości.
Widok samochodu był jak zbawienie, czego nie można było powiedzieć o wnętrzu pojazdu, w którym można było wyczuć lekką woń łowczyni. A może po prostu mu się wydawało. Ruszył, skupiając myśli na czymkolwiek innym, niż Sheppard i to całe zamieszanie które przyniosła ze sobą. Ale to znowu nie było takie proste – wydarzenia, zbyt świeże, echem odbijały się w głowie, dekoncentrując, wprawiając w złość na samego siebie i zarazem przynosząc ciepłe uczucie spełnienia i rozluźnienia. Bo nie oszukujmy się, mimo wszystko było fajnie.
Nie miał ani siły, ani ochoty jechać dalej, nie potrzebował uciekać tak jak Iriss. Potrzebował zmyć z siebie cały miniony dzień i noc, pozbyć się tego irytującego piachu, który tylko przypominał o tym, do czego doprowadził. Oni razem. Nie był sam winny, w końcu oboje tego chcieli. Dlatego pierwszy lepszy motel przywitał z radością, tak samo jak długi, gorący prysznic który parzył skórę, rozgrzewając skostniałe ciało.
Potem padł na łóżko, zasypiając niemal od razu, śpiąc krótko, ale spokojnie. Bez żadnych koszmarów.


/zt
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Park

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics
» Park

 :: VALLEY CITY :: CENTRUM

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach