Dom Bobby'ego Singera

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Kwi 14, 2013 1:27 pm

~*~


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by † Castiel † on Nie Kwi 14, 2013 1:38 pm

Po bezowocnej chwili przekonywania bruneta, że zdecydowanie bezpieczniej będzie przemieścić się do domu Bobby'ego jego sposobem, Castiel pojawił się na tylnim siedzeniu Impali w dużym oddaleniu od nieświadomej blondynki. Dean za kierownicą spoglądał co kilka minut chmurnym spojrzeniem w tylne lusterko, gdzie spotykał niebieskie spojrzenie anioła. Ten zaś nie dziwił się jego złości. Z góry założył, że łowca znał dziewczynę jeszcze przed tym, jak sługus piekieł zaczął używać jej ciała jako naczynia, ale oboje wiedzieli, że jest jeszcze druga opcja. I nawet on wiedział, że lepiej będzie to przemilczeć. Znał mężczyznę na tyle, że wiedział jak będzie się czuł, jeśli dowie się, że został oszukany przez demona. Winchester miał wystarczająco dużo trosk na swoich barkach, żeby dokładać sobie kolejną rzecz, o którą mógłby się obwiniać.
Przez dwie godziny, jakie zajęła im droga jego spojrzenie trochę złagodniało. Przynajmniej już cały samochód nie zatrząsł się od trzaśnięcia drzwiami od strony kierowcy. Stary przyjaciel Johna sprawnie przygotował im miejsce na przesłuchanie. Mieli wszystko, czego im było trzeba, choć Castiel miał nadzieję, że nie będą zmuszeni użyć danych rzeczy na kobiecie. Musieli dowiedzieć się gdzie jest Colt. Jeżeli nie od niej, to od któregoś innego, bo póki co jedyne, co mogli zrobić, to stać w miejscu i snuć domysły. Byłoby najlepiej, gdyby udało im się od razu dowiedzieć, kto obecnie broń tą posiada, ale wszyscy wiedzieli, że nie będzie tak łatwo. Żeby w ogóle pójść choć o krok do przodu, potrzebowali informacji.
Sługa Boży pojawił się w środku z ciałem blondynki i posadził je na krześle stojącym pośrodku pułapki. Jego spojrzenie spotkało się z pytającym wzrokiem Bobby'ego, którego zapewne zastanawiały krwawe plamy na płaszczu anioła. Ten miał zamiar uspokoić go kilkoma słowami, kiedy do środka wpadł Dean, cały i zdrowy, z przekleństwami na ustach i strzelbą w dłoni. On sam nie miał na sobie śladu nawet pojedynczej czerwonej smugi. Widząc to, spokojny już Singer stwierdził, że zostawi ich samych, by mogli robić, co do nich należy. Wrócił do kartkowania kilku starych tomów, przerywanego co jakiś czas przez dźwięk któregoś z telefonów i odkładanej raz po raz szklanki, regularnie wypełnianej przez tanią whisky.
Kiedy już Winchester upewnił się, że Cassie jest dobrze przywiązana, pozostało im jedynie czekać aż się obudzi. Nie zajęło to długo.


Castiel
I love pasta. These make me very happy

avatar
† Castiel †

Liczba postów : 81
Join date : 21/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Nie Kwi 14, 2013 2:15 pm

Cassandr... Nie, stop, Bene. To było takie świeże i ożywcze, być znowu tym, kim naprawdę była. Bene, wstrętna mała jędza, która oszukiwała Deana Winchestera tak długo i zapewne oszukiwałaby dużo dłużej, gdyby nie pieprzony anioł. Albo i nie pieprzony. Cassie naprawdę uważała za swój obowiązek zmienić ten stan rzeczy. Już otwierała usta, po krótkim zastanowieniu jaką taktykę przyjąć, miała zamiar wyrzucić z siebie potok słów, ale piękniś w brudnym - dzięki niej - prochowcu, zadecydował inaczej. Tak szybko, że nie zdążyła nawet zareagować. Szlag by to.
Nie dała po sobie pokazać zdziwienia, kiedy otworzyła oczy w nowym miejscu. Nie dała, bo dobrze wiedziała, gdzie jest - dokładnie tam, gdzie kierowała się od czasu telefonu Deana. Złomowisko na obrzeżach Douglas. Dom Singera. Ała. Będzie ostrrrro, proszę państwa!
Od kiedy nie przeszkadzała jej ta opcja?
- Trochę się potłukłam - zaczęła marudzić, kiedy ciało dało znać o paru nowych siniakach. - Nie sililiście się zbytnio na delikatność, co, panowie? - Uniosła wzrok, posyłając najpierw rozbawione spojrzenie Castielowi, który trzymał się raczej na uboczu (i bardzo dobrze), a później Deanowi. Nie miała nic przeciwko temu, żeby to jej ludzki przyjaciel zajął się jej... przesłuchaniem. Nie miała zamiaru się szamotać, ani krzywić, choć obie te opcje doskonale pokazywałyby jej stosunek do sytuacji, w której się znalazła. Cholerny anioł! Wsadzi mu te piórka w dupę, niech no tylko ktoś życzliwy przerwie tę cholerną diabelską pułapkę. Bo tak, nasza bohaterka, złotowłosa dziewica (wykreślić wszystko oprócz: złotowłosa, a ktoś, kto powiedziałby to na głos, może nie udławiłby się od nadmiaru słodkiego fałszu), siedziała na krzesełku - średnio wygodnym, gdyby ktoś ją pytał... a nawet jeśli nie, to chętnie podzieliłaby się swoją opinią - ustawionym w samym środku tego przeklętego symbolu.
- Ktoś przedefiniował przyjaźń, jak mnie nie było? - spytała przesłodzonym tonem, spoglądając ze zdziwieniem na Winchestera. - Ostatnio witałeś mnie piwem. Twój brat zresztą też. Zawsze pija z sokiem? - zdziwiła się grzecznie. - To jego było dziwnie czerwone... - Okej, Bene, słonko, w tym momencie przesadziłaś. Tylko, jak mogła sobie odpuścić? Jak mogła nie pokazać Deanowi Winchesterowi, temu, ach!, wręcz legendarnemu łowcy, jak przechytrzył go zwykły demon? Zwykła dziewczyna z rozdroża, która przerażająąąco nudziła się w czasie Apokalipsy i w przerwach od piłowania paznokci czy szmuglowania artefaktów, szeptała słodkie słówka prosto do ucha Deana.
- Wiem! - zachwyciła się nagle swoim odkryciem. Związane ręce lekko przeszkadzały w klaśnięciu, co byłoby takim ładnym elementem podkreślającym jej geniusz. - Uznałeś, że już czas, żeby przenieść naszą przyjaźń - Ile jeszcze razy powie to słowo? Wystarczająco wiele, by Dean dokładnie zrozumiał swoją sytuację. - na nowy poziom i zdradzasz mi swoje fetysze? A on tu po co? Trójkącik? - Kiwnęła głową w stronę Castiela, a w jej oczach pojawił się mimowolny błysk. Albo bardzo wolny.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Kwi 14, 2013 3:58 pm

Pozwolił Castielowi działać, ufając że jego pierzasty kumpel nie zrobi nic, co mogłoby zaszkodzić kobiecie. A przynajmniej jej ciału, bo Dean nie dbał o to, co w niej siedziało - ten czarny dym, śmierdzący siarką na odległosć, nie mógł liczyć na litość albo współczucie ze strony Winchestera. Jednak, kiedy anioł zaproponował że podrzuci ich do domu Singera swoim anielskim teleporterem, Dean stanowczo odmówił. Nie zostawiłby swojej dzieciny bez opieki, tylko dlatego że Castielowi spieszyło się do przesłuchania demona. I jakaś część podświadomości łowcy obawiała się pozostawić dwójkę nadnaturalnych istot samych sobie, bo nawet jeśli w niewielkim domu na złomowisku czekał na nich Bobby, to raczej nie byłby w stanie ochronić niewinnego wysłannika nieba przed seksowną, demoniczną laską, która próbowała uwodzić swojego odwiecznego wroga. Bóg jeden wie, co by Dean zastał gdyby pojawił się w salonie starego przyciela, dużo, dużo czasu po aniele i demonie.
Dean mimowolnie uśmiechnął sie do swoich myśli, które rozwiały się tak szybko, jak sie pojawiły, a w ich miejsce wskoczyła wściekłość i pewnego rodzaju rozczarowanie. Sobą, dziewczyną i całą tą sytuacją z nią związaną. I to chyba właśnie to rozczarowanie sprawiło, że drzwiczki impali trzasnęły mocniej niż zazwyczaj, a pedał gazu niemal wbił się w podłogę. Droga powrotna zajęła im o wiele mniej czasu, i w spojrzeniu Deana było nieco mniej złości, która przechodziła w chłodne opanowanie. Bo tego teraz mu trzeba było - opanowania. Nie dać się sprowkowować blond dziwce i wyciągnąć z niej stosowne informacje. O to się rozchodziło. O informacje które miały sprawić, że pójdą do przodu, prześcigną konkurencyjne drużyny i będą na wygranej pozycji. A kiedy już wyciagnie zniej to co potrzebuje, wyśle ją tam gdzie jej miejsce, uwalniając blond istotkę od jej ciężaru. Bo nadal tliła się mała nadzieja, że kumplował się z ludzką Cassie, a nie jej demonicznym wkładem.
Bobby już na nich czekał, marudząc coś pod nosem o opieszałości i o czymś jeszcze, czego Dean niedosłyszał, bo jak zwykle musiał zawadzić o framugę drzwi. Z ust mężczyzny wypłyną soczysty potok przeklęństw, skierowany na nic niewinne drewno. Odłożył strzelbę na stos ksiażek stojących na podłodze, zabierając z niej sznur do przywiązania Cassie. Węzły nie należały do najdelikatniejszych, i pewnie spowodują czerwone otarcia na dronych nadgarstkach dziewczyny, ale chyba nie będzie miała mu tego za złe, prawda?
Teraz wystarczyło czekać. Mógłby ją ocucić wylewając na głowę wiadro święconej wody, albo w jakiś inny subtelny sposób, jednak wybrał opcje czekania. W kompletnej ciszy, przerywanej jedynie rytmicznym wbijaniem sztyletu w drewno stołu o który był oparty.
Długo czekać nie musieli- nie minęło nawet dziesięć minut, kiedy niewielki i zagracony pokój został wypełniony słodkim głosem panny Montressor. Dean ignorował to co mówiła, a ta tląca sie nadzieja, że nie dał się nabrać, znikała z każdym kolejnym słowem.
Sztylet wbił się trochę głębiej w porysowane drewno, a w zielonych oczach zalśniłą złość i obawa o brata - ona przychodziła niechciana i trudno było ją ukryć. Nawet jeśli demon łgał, to samo wspomnienie o Samie wywoływało w Deanie potrzebę chronienia małego braciszka, bez względu na to jakim dupkiem on nie jest. Taki odruch bezwarunkowy, wyćwiczony przez lata. W tym momencie miał ochotę lasce poderżnąć gardło, tak samo jak zrobiła to tamtemu facetowi w kapliczce. Bo jeśli tknęła Sama albo on znowu... Przez twarz Deana przemknął cień wściekłości, która wzbierała się w nim na nowo. Ale nie, spokój, Dean pamiętasz? Chłodne opanowanie. Łowca spojrzał na swojego anioła, jakby sam jego widok przynosił ukojenie nerwom. Pewnie to jakieś anielskie super moce, albo po prostu to wspomnienie o trójkącie... najważniejsze, że cheć poderżnięca gardła blondynie zniknęła, tak jak Dean który wyciągnął sztylet ze stołu i ulotnił sie z pokoju.
Wrócił po chwili trzymając w ręku szklankę z jasnozłotym płynem. Dean bywał gościnny, serio. Chciała przywitania piwem, proszę bardzo. Chyba nie musimy dodwać, że chmielowy napój został solidnie rozrzedzony wodą święconą. Dla smaku i zdrowia.
- Za naszą przyjaźń - uniósł szklankę w geście toastu, po czym upił z niej łyk, a nawet dwa, bo sam od dawna nie miał nic w ustach. Smakowało dziwnie, bo rozcieńczone piwo zawsze dziwnie smakuje, ale nie chodzi teraz o walory smakowe a o to, by kochana przyjaciółeczka przymknęła swoje słodkie usteczka.
Podszedł do krzesła na którym posadził ją Castiel i odchylił jej głowę, zmuszajac ją do otwarcia ust by móc do nich wlać zawartość szklanki.
Obojętnie przyglądał się jak strużki piwa spływają po brodzie dziewczyny, a z jej ust zamiast ironii i żartów wydobywało się charczenie. Kiedy ucichła, ukucnął przed nią, obracając w dłoniach sztylet, jedyną dobrą rzecz jaka pozostała po Ruby.
- To skoro sobie pogadaliśmy, to teraz przejdzmy do interesów, dobra?
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by † Castiel † on Nie Kwi 14, 2013 7:41 pm

Castiel nie zamierzał brać czynnego udziału w przesłuchaniu dopóki nie było takiej potrzeby. Dean poprosił go o pomoc w polowaniu, a dalej zapewne bez problemu poradziłby sobie sam. Mimo to anioł nadal pozostawał przy boku swojego przyjaciela. Wolał, by zmęczony i zdenerwowany Winchester nie zrobił czegoś, czego później będzie żałował. Nie było tajemnicą, że anioł czuł się w pewien sposób odpowiedzialny za braci, głównie za tego starszego. Sam wybrał swoją drogę długi czas temu, ignorując wszelkie ostrzeżenia, zarówno ze strony zielonookiego, jak i jego. Nie po to Sługa Boży chodził po ziemi, by zmuszać ludzi do postępowania tak, jak jemu wydawało się to właściwe. Przecież po to Ojciec dał każdemu człowiekowi wolną wolę, czyż nie? Mieli podejmować własne decyzje i rozróżniać dobro od zła na swój własny sposób. Poza tym w tym momencie miał ważniejsze sprawy niż zastanawianie się, co się dzieje z Samem Winchesterem. Chciał pomóc szatyn znaleźć Colta, by mógł zabić nim Lucyfera i tym samym powstrzymać Apokalipsę. Jedyną dostępną dla nich ścieżką, którą mogli dążyć do swojego celu było wydobycie należnych informacji z Cassie. Albo z demona, który się za nią podawał.
Pierwsze słowa po przebudzeniu się sługusa wyrwały go z rozmyślań. Nie bardzo przejmował się tym, że widocznie naczynie zostało delikatnie naruszone przy upadku w kaplicy. Takie niuanse nie zagrażające życiu kobiety w tym momencie były nie ważne. Odebrał rozbawione spojrzenie blondynki ze spokojem. Nie stanowiła dla nich w tym momencie żadnego zagrożenia, dlatego też zastanawianie się nad powodem jej arogancji nie było konieczne. Prawda była taka, że jeżeli nadal będzie w ten sposób prowokowała szatyna, nie wyjdzie jej to na dobre. Co najwyżej przysporzy sobie więcej bólu. Widocznie nie miała nic przeciwko temu. Prowokacja prowokacją, ale wspominanie w tym momencie o Samie było ciosem poniżej pasa. Jak to jest, że nawet kiedy jest przywiązana potrafi zadawać Deanowi ból? To było nie w porządku. Niebieskooki spojrzał na mężczyznę ze współczuciem. Tak, współczuł mu, ale pomimo to nie mógł nie zauważyć w tej sytuacji pewnej ironii. Jeszcze niedawno zarzucał młodszemu synowi Johna zaufanie demonowi i pokładanie w nim wiary. Teraz sam boleśnie przekonywał się, jak złudne i kłamliwe mogą być te stworzenia. Może nie była to bardzo subtelna nauczka, ale Castiel wierzył, że jest to w pewien sposób próba dla Winchestera. Przekonanie się na własnej skórze, jak łatwo czasami dać się oszukać. Bo jak można być podejrzliwym, kiedy osoba, z którą utrzymujemy kontakt ma tyle z tobą wspólnego? Kiedy pomaga ci i robi z tobą uczciwe interesy, będąc przy tym wszystkim przyjaźnie nastawiona, jak można twierdzić, że z tą osobą coś jest nie tak? Może to był właśnie sposób pokazania mężczyźnie, że powinien wybaczyć swojemu bratu. Niezbadane są ścieżki Pana.
Nawiązując z nim niemy kontakt przesłał mu swoje wsparcie i z cichą aprobatą patrzył, jak emocje na twarzy kobiety nieznacznie się zmieniają. Nie zwracał już uwagi na jej niezrozumiałe słowa, bo ewidentnie starała się sprowokować ich bezsensowną paplaniną. Przecież wie, że nic jej to nie da, po co w ogóle się stara? Anioł nadal stojąc w swoim miejscu obserwował, jak jego przyjaciel wychodzi z pomieszczenia. Wykorzystał ten moment na to, by zbliżyć się o kilka kroków do demona, nie spuszczając wzroku z jej oczu. Nie była w stanie całkowicie ukryć kłębiących się tam emocji. Nie ważne, jak wielkie umiejętności aktorskie miała, cała ta brawura i bezczelność, niewątpliwie prawdziwe, nie zasłaniały jej aury i tego, co mógł znaleźć w dwóch czarnych źrenicach. Odsunął się z drogi, kiedy Dean wrócił ze szklanką miedzianego płynu. A więc zaczynamy.
Cała wściekłość i żal przelewające się w jego ironicznych słowach rozbrzmiewały zaraz przed tym, jak z gardła Cassie wydobył się nieprzyjemny dźwięk. Znad jej otwartych ust wydobyła się cienka smużka zamglonego powietrza. Wyglądała trochę jak para wodna, wolno unosząca się nad rozgrzaną powierzchnią asfaltu zaraz po zlaniu jej deszczem. Niewątpliwie nie było to dla niej przyjemne.
Po ostatnich słowach zielonookiego Posłaniec znów zbliżył się do miejsca, w którym siedziała blondynka. Niejednego demona sugestywna zabawa sztyletem Ruby w rękach jednego z braci przekonała już do mówienia. Castiel jednak wątpił, że ją tak łatwo będzie przekonać. Liczyli na załatwienie sprawy szybko, a dostali chyba jeden z gorszych przypadków. Los i jej siostry chyba postanowiły przysporzyć sobie rozrywki i popatrzeć, jak radzą sobie z Montressor.
Po długiej ciszy, jaka rozbrzmiała między nimi brunet przeniósł na nią wzrok, przybierając spokojne, poważne spojrzenie.
- Gdzie jest Colt? - zapytał, postanawiając, że czas przejść do rzeczy. Może drugi z mężczyzn zrobiłby to bardziej subtelnie, ale jemu szkoda było tracić czasu. Im szybciej znajdą broń, tym lepiej.


Castiel
I love pasta. These make me very happy

avatar
† Castiel †

Liczba postów : 81
Join date : 21/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Nie Kwi 14, 2013 9:28 pm

Cassie mimowolnie tworzyła plany na ucieczkę - choć gdyby faktycznie chciała zniknąć z pola widzenia Deana i Castiela Winchesterów, nowego dream team, już dawno by to zrobiła. Słowo "ucieczka" w jej słowniku zapisano by raczej w ten sposób: metoda, dzięki której każdą zaistniałą sytuację obrócisz na swoją korzyść. Cassandra Montressor, słodka Cassie z ciętym językiem i bagażnikiem pełnym cennych przedmiotów, wiedziała o tym aż za dobrze. Wszystko w jej życiu kończyło się na tej specyficznej ucieczce. Zbyt wiele ryzykowała, ciągle naginając granice, by nie umieć zwinnie wyplątać się z uścisku największych kłopotów. Od dobrych paru lat traktowała je jak wiernego kochanka. Kochanka, do którego sama przychodziła, witając go w drzwiach wtedy, kiedy miała na to ochotę. Dzisiaj miała. Dobrze wiedziała, że spotkanie z Deanem Winchesterem rozerwie ją, jednak najwyraźniej niewystarczająco, skoro w drodze do łowcy postanowiła skorzystać z zaproszenia Damiana, by troszkę się z nim zabawić. Została i niech piekło pochłonie tych dwóch nadpobudliwych iditów, jeśli będzie żałować.
Była naprawdę urażona, że żaden z nich - nawet jej ukochany Dean - nie chciał wdać się z nią w słowne przepychanki. A szkoda! Tak liczyła, na jeden z jego ciętych, niczym linijka pierwszoklasisty, komentarzy. Kiedy Dean ruszył w stronę wyjścia z pomieszczenia, żałując, że nie może mu pomachać na odchodne, rzuciła tylko:
- Wróć szybko, żebym nie zdążyła się za tobą stęsknić! - Potrząsnęła głową, starając się odgarnąć z twarzy pasma jasnych włosów. Castiel najwyraźniej uznał nowe zjawisko (co on, demona nie widział? Cassie z chęcią zafunduje mu cały pakiet rozrywek, które przychodziły razem z tą rasą) za na tyle interesujące, by podejść do biednej, pokrzywdzonej dziewczynki. Uśmiechnęła się słodko do anioła i odrzuciła głowę do tyłu, ale włosy nadal uparcie tkwiły na swoim miejscu. - Może byś mi pomógł, pięknisiu? Zasłaniają mi całkiem przyjemny widok. W swojej prawdziwej postaci też jesteś taki śliczny? - spytała, nie mogąc powstrzymać odrobiny rozbawienia. Już kompletne niezrozumienie na jej pierwszy komentarz pozwoliło wyciągnąć Cassie odpowiednie wnioski: anioły były dokładnie tak nieogarnięte, jak głosiła plotka. Montressor nie miała zamiaru pozbawić się tej malutkiej rozrywki. Nawet gdyby śmiać miała się tylko ona. Och, no i Dean, jeśli raczy wrócić. Co nie zmieniało faktu, że jakakolwiek, minimalna reakcja ze strony Castiela byłaby wskazana.
Winchester raczył jednak wrócić, jak na gust Cassandry trochę za szybko. Cóż, zdecydowanie nie umarła z tęsknoty za nim. Za to w towarzystwie swojego cienia Castiel był jakoś mało wygadany. Cass chciała sprawdzić, na ile może sobie pozwolić w obecności anioła. Mała nauka na przyszłość. Eksperymenty od zawsze były jej ulubioną metodą dydaktyczną.
- Za naszą szczerą przyjaźń - uzupełniła z fałszywą radością, bo wiedziała, czego się może spodziewać. Woda święcona, szkaradztwo. Zabawne, że nadal miała piersiówkę pełną tego cholernego płynu w wewnętrznej skórzanej kurtki. Bronienie się nie miało sensu, jednak spojrzenie, które posłała Deanowi zanim wlał w jej usta rozrzedzone piwo, miało w sobie naprawdę mało ciepłych uczuć. Z jej gardła wyrwał się urywany, ochrypły krzyk, kiedy miękkie tkanki rozpuszczała woda. Nie mogła nie zauważyć, że Dean pokusił się o to, by dodać jej do piwa. Zapewne po to, by zadość stało się ironii sytuacji. Jednak Cassandra widziała głębiej. Nie chciał jej skrzywdzić, nie tak naprawdę. Już dawno miałaby nóż Ruby (oczy zalśniły jej niezdrowo na jego widok, tak bardzo chciałaby znowu trzymać go w dłoni) wbity w co ciekawsze części ciała i płaty skóry rozpuszczone przez wodę święconą. Tym razem nie rozrzedzoną. Nadal wierzył, że prawdziwa Cassie to ta w środku? A może sentyment zwyciężał? Cóż, musiała się o tym przekonać. - Szkoda... piwa - wysyczała, bo gardło przed sekundą potraktowane demonicznym substytutem kwasu, nie było skłonne do wydawania z siebie dźwięków. Ze wstrętem wypluła gdzieś w bok resztki płynu, który nadal gromadził się jej w ustach, paląc wrażliwe ciało. Skrzywiła się, żałując, że nie może wytrzeć ust. Skapujące resztki bursztynowego płynu wyglądały mało estetycznie. - Interesów? - zaśmiała się, już nieco mniej chrapliwie. - Trzeba było tak od razu, wiesz, że to moja specja... - Urwała, przenosząc spojrzenie z Winchestera na jego domowe zwierzątko i unosząc brew. Mimowolnie parsknęła śmiechem, już całkowicie odprężona. Chcieli Colta! Colta, mistyczną broń, która mogła zabić każde stworzenie na tej ziemi! Och, to było takie słodkie, bo Cassie wiedziała, że może udzielić im odpowiednich informacji, poprowadzić za rączkę prosto do obiektu ich westchnień. Kiepska sprawa. Wzdychać do spluwy. Desperacją na kilometr bije. - Po to do mnie dzwoniłeś, Dean? Rozwiąż mnie, przerwij pułapkę i możemy porozmawiać, tak jak zawsze. Niby dlaczego coś miałoby się między nami zmienić? - zdziwiła się nieco teatralnie. - Nie możesz mieć mi za złe, że nie chwaliłam się kolorem moich oczu i awersją do solonych frytek. Gdyby nie Apokalipsa prawie bylibyśmy na wyginięciu. Tylko czekać, aż wpisaliby demony do rejestru ras pod ochroną. Słyszałeś o tych durniach z Minnesoty, którzy założyli się, który z nich zabije większą ilość demonów? Tylko, że jeden nie miał zamiaru grać uczciwie, zakopywał prezent z niespodzianką na rozdrożach i egzorcyzmował biedactwa, zanim zdążyły złożyć propozycję. - Urwała na chwilę, marszcząc czoło i wydymając usta, jakby się nad czymś zastanawiała. - Nie żebym żałowała. Moja przyjaciółeczka nieźle wtedy oberwała. Zawsze to o jedną konkurencję mniej - ucieszyła się i obdarzyła Deana kolejnym słodkim uśmiechem. - Och, i osobiście uważam, że to brunetki wyglądają lepiej w czerwieni. - dodała, jakby dopiero sobie przypomniała, że przecież wymieniała Deanowi powody, dla których odrobinkę go oszukiwała. Bo przecież picie piwa ze starym kumplem i jego całkiem niezłym przyjacielem, to idealna chwila na małe anegdotki. Zamknęła oczy, by uświadomić biednego Deana, którego mózg naprawdę ciężko pracował - o ile w ogóle to robił - o co jej chodziło. Kiedy uniosła powieki, szarozielone oczy ustąpiły miejsca czerwieni demonów z rozdroża. Mrugnięcie później, a w dwóch mężczyzn znowu wpatrywały się lekko rozbawione oczy Melissy.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Wto Kwi 16, 2013 6:51 pm

Bezpośredniość Castiela bywała rozbrajająca i momentami wprawiała w skrępowanie, ale w tym wypadku była na miejscu. Nie było sensu kręcić i okrężnymi dróżkami dochodzić do sedna tego miłego spotkania. Oczywiście Winchester wolałby żeby wyglądało ono inaczej - przytulny, mały lokalik gdzieś na obrzeżach, zimne piwo bez dodatków i oprócz rozmowy o interesach, tony żartów i śmiechu, jak to było do tej pory. Wyszło jak wyszło, i zamiast zadymionego lokalu był pokój Singera, w którym unosił się kurz i zapach taniej whisky.
Przysłuchiwał sie temu co miała do powiedzenia, wpatrując się w nią bezwiednie, jakby w ogóle nie słyszał tego co mówiła. Dla łowcy były to tylko słowa wypowiadane, po to by w ogóle coś mówić w beznadziejnej sytuacji. Demony miały to do siebie, kiedy siedziały na 'szczęśliwym' krześle. Mnóstwo słów, które miały odwrócić uwagę łowcy od głównego celu. Z tym, że tamci przeważnie wchodzili na temat Johna czy Sama, sprawdzając cierpliwość Deana. I przeważnie źle na tym wychodzili.
Przekręcił głowę w bok, gdy do ciężko pracującego, zmęczonego mózgu dotarła informacja o zakładzie. Wcale się nie chwaląc, Dean wygrałby taki zakład bez mrugnięcia okiem, gdyby był na tyle głupi jak ci z Minnesoty. I jakoś na prawdę nie było my przykro z powodu masowego wybijania rodzinki Cassie.
- Och, straszne. Zgłośmy to do discovery, żeby zrobili program wołając na pomoc uciśnionym demonom - sztylet przebił się przez brązową skórę buta, raniąc stopę dziewczyny. Nie dbał o to czy zrani ciało, na tyle, że nie będzie w stanie poskładać je do kupy, kiedy pozbędzie się smolistego główna w jego wnętrzu, i dopilnuje, by nigdy więcej nie wrócił. Bo... bo dał się nabrać. Tak po prostu dał się nabrać...demonowi. Pili razem, gadali o samochodach i rzucali rzutkami w opony aut stojących na parkingu, zanosząc się przy tym śmiechem. Pozwalał sobie na chwilę relaksu w towarzystwie blondynki, a teraz wyszło na to że ten relaks był w towarzystwie tego, czym gardził. I jak on miał teraz spojrzeć na Sama? W końcu wygarniał młodszemu bratu jego bliską więź z Ruby, mając świadomość czym dziewczyna jest. Co prawda Cassie i Dean nie mieli aż tak bliskiej więzi, ale sam fakt, że... cholera jasna, przecież Winchester ją lubił! Tak po prostu lubił. Lubił demona. I był gotów wyrzec się brata, tylko dlatego że ten też lubił demona. Dobra, Dean na swoją obronę miał to, że był kompletnie nieświadomy tego kim Cass była. Przecież nie będzie każdej napotkanej osoby częstować wodą święconą, tylko po to by przekonać się że jest ona człowiekiem. Bo oprócz tego musiałby zrobić dziesiątki innych prób, żeby wiedzieć że ta tutaj to na pewno przedstawicielka gatunku homo sapiens, bez dodatkowych udziwnień. To nie wchodziło w grę.
Wyciągnął ostrze ze stopy panny demon, wycierając krew o spodnie dziewczyny. Nie, to wcale nie był odwet za ubrudzenie płaszcza anioła, po za tym krwi było o wiele mniej, a jasny jeans był pod ręką...
Fakt, że była śmieciem z rozdroża, w jakiś sposób powinien ułatwić sprawę. Bella Talbot też miała układy z tymi, którzy kupowali ludzkie, nieszczęśliwe dusze, na zakurzonej drodze. Diamenciki trafiały do Lilith, z którą Talbot miała się dogadać w sprawie swojego wyroku - Colt w zamian za uwolnienie od paktu. Naiwne dziewczę, skoro sądziło że z demony tak łatwo pozwalają sobie na zmianę umów. Teraz demon, który trzymał w swojej dłoni zaprzedane dusze, nie istniał, ale jego fucha pewnie trafiła się komuś innemu. Komuś, komu jest podwładna panna Montressor. Więc to był na prawdę miły zbieg okoliczności. Chociaż... Dean miał swego rodzaju większą niechęć do tych czerwonookich, co pewnie ma swoje podłoże w tym oddawaniu dusz przez Winchesterów.
- Jeśli nie odpowiesz ładnie gdzie jest ten pieprzony rewolwer, to nie będziesz musiała w ogóle martwić się o konkurencje - Łowca wyprostował się, stając ramie w ramie z Castielem, a jakby na dopełnienie swoich słów sztylet gładko wbił się w bark demona.

avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Wto Kwi 16, 2013 8:57 pm

Dean postanowił, że wreszcie pójdzie na ostro. Kiedy ostrze wbiło się w jej stopę, syknęła, zaciskając szczękę. Ból nie był, jeszcze, aż tak zły, Winchester nie wybrał szczególnie wrażliwego miejsca. Zaraz jednak pokazał, że jest zdolny do czegoś więcej, a z ust Cass wyrwał się mimowolny krzyk bólu, kiedy nóż przeszył jej bark. Chwila na odzyskanie opanowania, odesłania precz pulsujących iskierek bólu, uspokojenie oddechu. Dopiero wtedy odezwała się - i nie miała zamiaru kończyć, dopóki nie osiągnie zamierzanego efektu.
- Myślisz, że jestem tak głupia, by nie wiedzieć, że niezależnie od tego czy ci powiem, czy nie, skończę ze sztyletem w sercu? - Uniosła brew, przyglądając się Deanowi z dziwną pustką w oczach. - Jeśli dodać do twojej normalnej nienawiści do demonów fakt, że czujesz się oszukany... - Wzruszyła ramionami, a przynajmniej spróbowała to zrobić. Ani więzy, ani bolący bark nie ułatwiały sprawy. Czego by Dean nie mówił, wiedziała, że czuł się oszukany, czuł się zdradzony i zrobi wiele, żeby wyrzucić to z pamięci. A pierwszym krokiem do tego było wyrzucenie jej, Cassie, z tego świata. Jakby pozbywał się dowodu swojej słabości. Tylko, że na to ostatnie nie mogła pozwolić. Niezależnie od tego, co powiedziała chwilę temu, była szansa na to, by łowca nie zadał ostatecznego ciosu. Jeśli pokieruje odpowiednio sytuacją... Zawsze mogło skończyć się tylko na egzorcyzmie. Spojrzała na sztylet, a w jej oczach pojawił się zachłanny błysk. Ostrze jeszcze chwilę temu tkwiło w jej barku, ale Cassie potrafiła myśleć tylko o tym, jak blisko niej był przedmiot, którego nie mogła nie posiadać. Zmusiła się do tego, by znowu przenieść uwagę na Winchestera.
- Zabijesz mnie tylko po to, żeby zlikwidować swoją słabość. Kwestią jest, czy zrobisz to bezboleśnie, czy po rundce odprężających tortur. Mam rację? - Uśmiechnęła się jakoś smutno, na sekundę, a kącik ust tak szybko jak się uniósł, opadł. - Zdradzę ci pewien sekret. Masz duże szczęście, że zwróciłam na ciebie uwagę, że to właśnie ja siedzę na tym krześle... Prawdopodobieństwo, że złapiesz kogoś, kto oprócz mnie wie o Colcie, jest jeszcze mniejsze niż to, że w normalnej sytuacji złapałbyś mnie. - Nie, o dziwo w jej głosie nie było zarozumiałości czy przekonania o własnej niepokonalności. Nie znaczyło to, że miała zamiar teraz błagać na kolanach (o ile łaskawie by ją rozwiązali), bez przesady, żeby popadać od razu ze skrajności w skrajność. Nie skłamała jednak, nie tym razem. Właściwie to rzadko kiedy naprawdę kłamała, częściej po prostu naginała rzeczywistość. Fakt, że ona wiedziała o ulokowaniu Colta, zawdzięczała tylko Harry, jej skłonnościom do grzebania w rzeczach Wujaszka i tego, że za podwójną porcję lodów i nowego kota, któremu mogła wyrwać łapki, z chęcią zdradzała się z najróżniejszych szczegółów. A skoro nawet jej nie powiedział, że posiada tę broń... Liczba demonów, które oprócz niej wiedziały o tej sprawie, najprawdopodobniej wynosiła jeden. I mieściła w sobie obecnego właściciela Colta. Jeśli dobrze oceniła sytuację, ten miał się w najbliższym czasie zmienić. A Cassie naprawdę miała cholerną nadzieję, że pozostanie w grze, by zobaczyć wypadki, które po tym nastąpią. Och... Może, tym razem, zobaczyć z bezpiecznej odległości. Doszła do wniosku, że minęło wystarczająco wiele czasu, by Dean mógł poukładać sobie wszystko w głowie. Pozostało więc uświadomić mu jeszcze jedno.
- Jeśli myślisz, że torturami wyciągniesz ze mnie informacje... - Westchnęła cicho, jakby jej samej było przykro, że padnie taka a nie inna odpowiedź. - Cóż, masz rację. Ale! Ciężko będzie ich udzielić, kiedy ta ślicznotka straci język. - Podsumowując: możesz mnie zabić, ale znowu wylądujesz w ślepym zaułku. Możesz zmusić mnie do mówienia, ale nie będę miała czym udzielić ci odpowiedzi. Możemy porozmawiać jak kulturalni ludzie - i nieludzie - a wszyscy będą szczęśliwi. Miała nadzieję, że tyle Dean potrafił zrozumieć sam, bez jej pomocy. - Do tej pory dogadywałyśmy się nieźle. Zabawne, najgorsze co przeżyła, doświadczyła właśnie z twojej ręki. Chcesz z nią pogadać, żeby się dowiedzieć, jak bardzo ją przerażasz? - Uniosła brew, jednak nie czekając na odpowiedź Deana, znowu przybrała swój profesjonalny ton i kontynuowała: - Powtórzę jeszcze raz. Rozwiązujesz mnie, przecinasz pułapkę i możemy ustalić szczegóły transakcji. Jeśli boisz się, że ucieknę, skorzystaj z soli. Chyba nie muszę cię uczyć twojego zawodu? - zakpiła mimowolnie, kiwając głową w stronę najbliższego okna. Wystarczyło zasypać szczeliny białym proszkiem, a żaden czarny dym się nie wydostanie. Inna sprawa, że Cassie i tak nie mogłaby tego zrobić, skoro swego czasu zamknęła się w ciele. Ale Dean nie musiał tego wiedzieć.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Kwi 21, 2013 6:44 pm

Zadawanie bólu demonowi wcale nie przynosiło takiego ukojenia jakiego się spodziewał. Głupio zrobił, myśląc że widok małego, pomarańczowego błysku który zawsze towarzyszył wbijaniu sztyletu w ciało demona, sprawi że poczuje się lepiej i będzie mieć głęboko w dupie, to że dał się oszukać. Wcale nie czuł się lepiej, a to co mówiła tylko jeszcze bardziej podsycało rozgoryczenie łowcy. Bo uznał, że się z niego naśmiewa. Pewnie śmiałą się nie raz, z jego naiwności. Pieprzone demony.
Wzrok Deana podążył za spojrzeniem dziewczyny, sprawiając że dłoń w której trzymał sztylet zacisnęła się mocniej na jego rączce. Krew leniwie skapywała z ostrza na brudną podłogę. Każdy demon jaki wpadł w ręce Winchesterów spoglądał na tą nietypową broń widząc w niej zagrożenie ale i coś, co było warte posiadania. Teraz uznał, że dziewczyna się boi. Że jeszcze chwila, a ostrze trafi w takie miejsce, które sprawi że pożegna się na zawsze z tym światem. Na to jeszcze przyjdzie pora, bo jak sama się tego domyśliła, prędzej czy później zimne ostrze odbierze jej życie. Albo pozbędzie się jej jakoś inaczej.
Teraz musiał zadowolić się tym, że da kolejny upust swojej złości przy użyciu dłoni. Pięść uderzyła w twarz, zostawiając po sobie ślad w postaci pękniętej wargi. Jeśli liczyła na bezbolesną wersję, to się dziewczę przeliczyło.
- Masz rację, to jest naprawdę zajebiście odprężające- uśmiechnął się kwaśno, rozprostowując palce i słuchając dalszej części wywodu dziewczyny. Uśmiech zniknął z twarzy ustępując miejsca znudzeniu. Zbyt zmęczony, zbyt pochłonięty aktualną nienawiścią do blondynki i chęcią złamania jej karku, nie zauważał że ton jej głosu nie brzmiał tak jak przeważnie brzmiały głosy demonów, które się czymś przechwalają, wkładając w to pasję którą przykrywały stos łgarstw. No i nie był jak Cas, nie potrafił od tak wyczuć czy ktoś kłamie czy nie. Jak już udawało mu się to odkryć, to tylko dzięki temu że potrafi obserwować a każdy kłamca zdradza siebie drobnymi gestami, których Cassie była pozbawiona. Dlatego jej słowa, każde jedno, było tylko próbą oddalenia od siebie wyroku. Grała na czas, jak każde piekielne zwierzątko.
- Szczęściarz ze mnie, że normalnie bym cię uściskał gdyby nie to, że jesteś związana. Ale ja też ci zdradzę pewien sekret. Słyszałem to już wiele razy, przed tobą na tym krześle siedziało kilku innych skurwieli i śpiewali dokładnie to samo.
Ale! Ale wiedząc doskonale to, jakie rzeczy potrafiła załatwić, co potrafiła przywieść z podróży do nikąd. Teraz wiedział jakim cudem zdobywała kolejne ciekawe przedmioty, ale to nie zmienia faktu że wiedziała gdzie szukać. Wiedziała wiele. Więc może rzeczywiście wie o Colcie? Spojrzał na uwięzioną blondynkę. Nie miał ochoty na konfrontacje z roztrzęsionym, przerażonym prawdziwym wkładem naczynia, bo to nie było nic miłego. Już dawno przestał mieć jakieś większe wyrzuty sumienia z powodu tortur, ale świadomość że gdzieś tam w skórzanym worku pełnym kości i mięśni, oprócz piekielnego główna jest też przerażona jaźń bezbronnego człowieka, którą bez problemu demony mogą wykorzystać, pozwalając by prawdziwy właściciel ciała spojrzał na ciebie wielkimi, przerażonymi oczami... i chcesz ratować człowieka, nie przejmując się tym że demon jest do czegoś potrzebny. Demoniczna Cass była potrzebna, i w obecnej chwili dla łowcy bardziej liczył się rewolwer niż ludzkie życie. Jednak nie miał zamiaru przystawać na warunki Cassandry. Nie mógł jej teraz tak po prostu uwolnić. Nie. Nie potrafił się do tego zmusić, za bardzo rozgoryczony całą sytuacją. Jednak nie powinien myśleć o swoich zranionych uczuciach i kierować się chęcią posprzątania dowodu zbrodni, jaką była przyjacielska relacja z Cassie. Powinien się skupić na tym, co potrzebują. Przyprowadzenie Montressor do domu Bobbiego było tylko częścią planu, mógł to być każdy inny demon.. ale nie, to musiała być ona. I na prawdę nie chciał polegać na dziewczynie. Wolałby ją od razu wywalić tam, gdzie było jej miejsce.
- Skończ z nią Cas, i tak nic nie wie – podszedł bliżej krzesła, pochylił się by spojrzeć dziewczynie prosto w oczy. Wyszło na to, że wysługuje się swoim aniołem do sprzątania brudu który ciągnął za sobą, ale liczył na to, że się przestraszy. Przestanie stawiać warunki i wyśpiewa to co wie, kiedy tylko wizja zginięcia z rąk anioła będzie jak najbardziej realna. Istniała możliwość, że czerwono oka będzie mieć to w dupie i od tak pozwoli na cudowny dotyk Castiela, zamykając się raz na zawsze. Przynajmniej wtedy zrobi Deanowi przysługę, bo jedyne co będzie musiał zrobić to spalić ciało blondynki. – Mam nadzieję, że lubisz ból, bo to podobno boli jak cholera. Dokładnie nie wiem, bo nikt by o tym opowiedzieć. – wyprostował się, odchodząc od krzesła by dać wolne miejsce aniołowi.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by † Castiel † on Sro Maj 01, 2013 6:21 pm

Castiel nie potrafił od razu powiedzieć, czy ktoś kłamie czy nie. Fakt, że udawało mu się zazwyczaj poprawnie oceniać, polegał na tym, że on i jego bracia dostali od Pana w darze lepiej rozwiniętą spostrzegawczość, niż ludzie. Był w stanie odróżnić zachowanie, małe gesty przynależne do konkretnego stanu ducha. Wyraz tęczówek osobnika także dużo mówił. Oczy są zwierciadłem duszy, jak czasami zdarzało mu się usłyszeć od ludzi. Takie podobno było powiedzenie. I, z niewielkim zaskoczeniem, musiał przyznać, że jest całkiem sensowne. W wyrazie metaforycznym oczywiście. Po oczach zazwyczaj można było się dowiedzieć, co czuje dana osoba. Strach, ból, zmęczenie, nadzieja, szczęście... to uczucia, które łatwo było od siebie odróżnić. Grymasy na twarzy czy sposób poruszania też prowadził do konkluzji o stanie psychicznym człowieka, który przed nim stał. Problem w tym, że pomimo, że demony używały ludzkiego ciała jako swojego naczynia i przejmowały po nich niektóre gesty, ich zachowanie było zdecydowanie trudniejsze do rozszyfrowania. Anioł mógł tylko próbować oszacować następny ruch swojego przeciwnika, a i to nie gwarantowało, że zrobi to poprawnie.
W tym przypadku... było to trudne. Nie tylko przez bezczelność istoty przywiązanej do krzesła przed nimi. Nawet nie przez to, że potrafiłaby zagadać każdego polityka w obecnie rządzącej w Ameryce partii. Ponad wszystko, co Castiel zauważył już wcześniej, demon ten był nieobliczalny. Zawsze zdawała się robić lub mówić zupełnie coś innego, niż to, czego mogli się spodziewać. Może była to lekka przesada, ale to prawda, zaskakiwała ich swoimi działaniami. Do dzisiaj nie spotkali jeszcze demona, który dałby się schwytać bez walki. A ona nie tylko zdawała się mieć świadomość, co będzie przeżywać, gdy wpadnie w ręce Winchestera i jego towarzysza, ale też była zupełnie opanowana i zdecydowana, by kontynuować swoje techniki zagadywania ich. Oczywiście, że chciała wydostać się z pułapki. Podejrzewałby ją o szaleństwo, gdyby chciała w niej pozostać. Ale miała swój sposób, by przekonać ich do uwolnienia jej. Jedak pomysł ten wyraźnie nie spodobał się Deanowi. Syk wydobył się z ust Cassie, kiedy sztylet Ruby przebił jej śródstopie. Nie minęła chwila, kiedy szatyn wyprostował się, a czubek ostrza wbił się w oparcie krzesła z cichym, głuchym odgłosem. Powietrze przeciął krzyk bólu Montressor, której mięsień barkowy został przerwany w dwóch miejscach. Nóż idealnie wpasował się pomiędzy obojczyk a staw barkowy i łopatkę. Mógł się założyć, że zimne ostrze obcierające się o kości musiało przynieść falę bólu.
Wydawało mu się, że zielonooki nie chciał zrobić krzywdy dziewczynie. Nie na tyle, żeby człowiekowi uwięzionemu we własnej głowie coś się stało. Widocznie zmienił zdanie. Posłaniec nie zamierzał kwestionować jego decyzji do momentu, aż nie posunie się za daleko. Obserwował jak wyraz twarzy przyjaciela w czasie tych kilku minut zmieniał się z gniewu na zrezygnowanie. W oczach blondynki natomiast teraz zawitała pustka. W obu przypadkach mogłaby to być gra, jak i prawdziwe odczucia. Słuchał ich dialogu w konsternacji, nie wcinając się jednak. Nie znał się na przesłuchaniach, ale ufał, że Winchester wie co robi. Z drugiej strony... nadal był sobą. Nie chciał, żeby niewinni ludzie jak dziewczyna, do której należało ciało ginęli za sprawę, która ich zupełnie nie dotyczy. Pomimo swojego zaufania do mężczyzny musiał zareagować jakoś na jego ostatnią uwagę.
- Dziewczyna umrze, Dean - powiedział ostrzegawczym głosem, licząc, że Dean nie stracił kontroli nad sobą na tyle, żeby nic go ten fakt nie przejął. Spojrzenie, które mu posłał było dość naciskające. Owszem, dowiedzenie się o położeniu Colta było ważną sprawą, ale nie na tyle, żeby szafować sobie życiami cywili. Anioł spojrzał na stwora z pogardą, zaciskając usta.


Castiel
I love pasta. These make me very happy

avatar
† Castiel †

Liczba postów : 81
Join date : 21/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Sro Maj 01, 2013 7:55 pm

To już była desperacja. Tak, desperacja, dotarło to do niej gdzieś między kolejnym trafiającym w próżnię argumentem idealnym, między pogardliwym wzrokiem tego przeklętego anioła, a uderzającą ją obuchem między oczy świadomością, że jest gotowa zginąć, właśnie tu i teraz, byle tylko wyszło na jej. Nigdy nie była głupia, zawsze rozsądna i rozważna, nawet gdy stawiała na szalę wszystko, gdzieś pod spód, gdy nikt nie patrzył, upychała własne życie. Jedna jedyna rzecz, której zaryzykować nigdy nie mogła. Nie mogła, nie potrafiła, nie chciała, jakby świadomość, że tylko to jedno jest naprawdę cenne, przykrywała wszystko inne. Kiedyś wszystko było łatwiejsze. Colt był mityczną bronią, a jako mityczny - łatwo było go wykpić - Ruby nie chwaliła się swoim cackiem, a anioły grzecznie siedziały na chmurkach, jak Tatuś przykazał. Jedyne, co mogło ją spotkać, to egzorcyzm - a przed tym przecież się uchroniła. Może niepotrzebnie ryzykowała. Powinna trzymać się z dala od Winchesterów, od Apokalipsy, wietrzyć zysk z odległości kontrolowanego ryzyka i korzystając z chaosu podwoić liczbę posiadanych dusz. Ale nie, bo Cassie się nudziło, Cassie chciała czegoś więcej, chciała się sprawdzić, ich sprawdzić, wykpić cały świat.
Tak kończą ci, którzy mają za duże mniemanie o sobie, złotko, pomyślała z autoironią. Pomyślałaby, inna Cassie, w innym miejscu, ta, która nawet nie nazywała się Cassie, która zawsze więcej myślała, niż robiła. Pamiętała ją jak przez mgłę, wszystkie dobre wspomnienia tamtej złotowłosej dziewczyny - jasne sploty łopotały na wietrze jak włosy Melissy, czasami, kiedy łapała je kątem oka gdy wiatr wpadał przez okna cadillaca mieszając się z nieprzyzwoicie radosnym śmiechem, zerkała we wsteczne lusterko i lekko kpiący, bardzo wyzywający uśmiech ustępował miejsca zdziwieniu, gdy prawie tak samo zielone oczy odnajdywały niewłaściwe rysy - już dawno zgniótł kurz, pot i ból, dużo bólu, najlepszych piekielnych metod na zapominanie. Tylko jedno zostało, małe wspomnienie pieczołowicie pielęgnowane gdzieś na samym dnie czarnego serca, w jednym miejscu, gdzie ziemia nie była jałowa i cokolwiek mogło wyrosnąć. Jedno uczucie, jedno wspomnienie, jeden kleks niebieskiej nadziei w tym piekle czarnej rozpaczy. Uratowany, odhowany i zakopany, by uchronić go przed zgubą i zachować na lepsze czasy - bo powiedziała tak, wykrzyknęła je szybciej niż cokolwiek innego, gotowa zadać dwa razy więcej bólu, niż otrzymała ona, by zachować tę drobinkę, która jeszcze łączyła ją ze starym życiem. Och, Cassie, Cassie. Chciałaby uśmiechnąć się ze smutkiem i pokręcić pobłażliwie głową (zabawne, jak przyzwyczaiła się do tego imienia, bo Cassie miała jej upór, jej włosy i francuskie nazwisko). Jej małej plamce nadziei już dawno skończył się termin ważności, zapomniała o przeklętej Cassandrze - bo wszystkie Cassandry są przeklęte, tylko głupiec wybiera sobie to imię; głupiec i ryzykant - nie miała pojęcia jak długo utrzymywała ją przy życiu. I po co? Właśnie, po co, Cass, po co było ci to wszystko, skoro już od wieków nie byłaś tą samą osobą. Złudzenia. Dla złudzeń skończysz martwa.
- Wiem - odpowiedziała Deanowi cicho i prosto, i uśmiechnęła się. Bez odrobiny kpiny, bez wyższości, bo wiedziała, że tortury były zajebiście odprężające, każdy kto spędził choć chwilę w piekle wiedział. Zastanowiła się, jak wiele brakowało Deanowi. Ile plamek nadzieli utrzymywało go przy życiu, ile kolorów pochłaniała niekończąca się czerń, ile ile ile, by był taki jak ona. Ciekawe, jakiej barwy był jego ratunek od bycia przeklętym na wieki. Niebieski to kiepski kolor, pomyślała przelotem, skoro i tak skończyła przeklęta. Uniosła głowę, przyglądając się przez chwilę Deanowi, jeszcze sekundy temu tak butna, pełna tysiąca ripost, teraz milczała. Zero uczuć, żadnej nadziei - bo jej oczy były zielone, nie niebieskie, w żadnym wcieleniu nie były niebieskie - może cień znudzenia, jakby zastanawiała się, dlaczego to tyle trwa. Choć trwało sekundy (zbyt wiele myśli, słowa mnożyły się jak oszalałe i wydłużały czas), miała wrażenie, że wydają wyrok przez długie godziny. Parsknęła śmiechem, tym razem naprawdę, rozbawiona własnymi myślami, gdy przed oczami pojawił jej się obraz Deana w todze i siwej peruce, i Castiela, podającego mu sędziowski młotek. Zerknęła na tego drugiego, resztki wesołości ciągle migotały w oczach, w tym chorym, pobitym, krzywym zwierciadle duszy. Z gardła wyrwało jej się krótkie och i roześmiała się jeszcze raz, krótko, urywanie, trochę zbyt chrapliwie. To nie był ładny dźwięk, był zwykły, całkowicie przyziemny, nie poderwałaby na niego nikogo, a jednak miał w sobie więcej emocji, niż kiedykolwiek perlisty śmiech szarpiący idealnymi strunami Melissy. To takie głupie i naprawdę naiwne, dostrzec swoją iskierkę nadziei, swój kolor, swój dawno rozmyty kleks w oczach oprawcy - i znowu miała ochotę się zaśmiać, bo żaden demon nie miał prawa powiedzieć o tym, kto go zabijał oprawca. Byli zbawicielami ludzkości, łowcy, anioły, ci wszyscy zbyt święci, zbyt dobrzy, zapijaczeni, zakompleksieni, nienawidzący siebie bardziej niż czegokolwiek innego, nierozumiejący siebie, gdy rozumieli każdą drobinę wszechświata. To było zabawne, tak. Niebieskie oczy Castiela, poczucie bycia manipulowanym Deana i jej własne wrażenie, jakby była na niezłym haju. Ciągle się śmiała, i miała myśli, jakich nie miała od lat, setek lat, dziwne myśli, bardzo nie jej, jakby przynosiła ujmę prawdziwemu kolorowi swoich oczu. To też wywołało wybuch radości i pokręciła głową, jakby przepraszała Deana, tego drugiego chyba też, za ten wielki brak profesjonalizmu, jakim się wykazała.
- Zginie - potwierdziła i kiwnęła głową. - Ja też zginę. Szkoda. Lubiłam Cassie - przyznała z teatralną skruchą. Bo przecież demony nie przywiązywały się do swoich "przykrywek", swoich nowych osobowości, bo przecież Cassie była tylko po to, by zmanipulować Deana. Bo Dean tak myślał, a w tym pokoju, na tym krześle, w tym kręgu czerwonej jak krew pułapki, to co Dean myślał było jedyną prawdą. - Ostatnie życzenie skazańca. W prawej kieszeni spodni mam kluczyki. Nie pozwól, żeby skończyła jak te złomy za oknem, okej? - Niemrawo skinęła głową w tamtą stronę. Caddie oddana w dobre ręce (kolejna ironia sytuacji, jak bardzo je lubiła), możemy umierać, panno Berengere. Miałaś dobre życie i trochę gorsze umieranie. W dodatku na starość okazało się, że nieźle jara cię dramatyzm, a patos mogłabyś sprzedawać hurtowo. - Aha, jeszcze jedno - rzuciła takim tonem, jakby przypomniała sobie o tym w ostatniej chwili. Spojrzała na Deana, a w oczach migotały jej resztki kpiącego rozbawienia. - Crowley.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Sro Maj 01, 2013 9:58 pm

Chciał zapytać skrzydlatego, od kiedy aż tak bardzo przejmuje się życiem ludzi, skoro sam niejednokrotnie pozbawił ich życia tylko po to, by pozbyć się kilku czarnookich. Dlaczego akurat teraz przejmował się jednym istnieniem, skoro bez zmrużenia oka i jednym ruchem ręki doprowadzał do śmierci grupy opętanych. Winchester doskonale pamiętał widok, który zastał w kawiarni w pierwszy dzień po wyjściu z piekła, pamiętał to, co Castiel zrobił Pameli, albo jak walczył ze swoimi braćmi, gdy chodziło o ukrycie Anny. I wtedy nie przejmował się ludźmi, którzy służyli za naczynia, robił to, co uważał za słuszne. A dziś, mając przed sobą demona, który śmiał się z sobie tylko znanego powodu, anioł był w stanie myśleć o dziewczynie, którą uwięziła Cassie, przywłaszczając sobie jej ciało. To powinien być Dean. To on powinien myśleć o blondynce jak o kimś, kogo mógł uratować – w końcu to robił całe swoje popieprzone życie. Ratował ludzi, a nie doprowadzał do ich śmierci. Tak, nie zawsze mu się udawało, czasem sytuacja była zajebiście beznadziejna, ale dzisiaj spokojnie mógłby uwolnić dziewczynę od demona, nie wysyłając jej na drugą stronę. Wypędziłby Cassie, czy jak ona się tam nazywała naprawdę, z ciała i pomógłby dziewczynie wrócić do rodziny, przyjaciół, którzy pewnie tonęli w morzu rozpaczy i niepewności o tą, na której im zależało. Wszystko przez to, że on sam tonął w rozgoryczeniu, żalu i zmęczeniu. Można było dodać tą jego wieczną wściekłość i egoizm, który wypłynął na powierzchnie, usilnie próbując go przekonać, że zniknięcie Cassie zmaże z jego życiorysu każde spotkanie z jej osobą, jakby nigdy jej nie było, tak by nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Nie myślał o opętanej, myślał o sobie. Tak bardzo, bardzo myślał o sobie, że potrzebował Castiela do tego, by uświadomić sobie to, o co tak naprawdę chodzi. Anioł wykazał się większym człowieczeństwem niż łowca. Niebywałe.
Odszedł od pułapki, od siedzącej na krześle Cassie, i stojącego nieopodal Castiela. Podszedł do stołu, o który opierał się jakiś czas temu. Znowu to zrobił, nie odzywając się, skoro demon powiedział to, co sam by powiedział. Może jedynie zachowałby dla siebie to, że lubił Cassie. Bo nie dało się jej nie lubić. Pewnie, gdyby była to inna sytuacja, a dziewczyna byłaby tym, za kogo ją miał, to miałby świetną zabawę z tego, jak odzywa się do niepojętnego anioła.
Jakie to wszystko było popierdolone. Dość, dość tego miał jak nigdy dotąd. Bagaż, jaki nosił na swoich barkach, był zbyt ciężki i coraz trudniej było go utrzymać. Dean miał ochotę się napić. Czegoś mocnego, czegoś, co zamroczy na dłuższy moment umysł. I jeszcze raz przyłożyć Cassandrze, żeby przestała się śmiać. Śmiech irytował go i nie pozwalał skupić myśli na dłużej, ale sam łowca nie potrafił powstrzymać krótkiego prychnięcia rozbawienia, kiedy powiedziała o kluczykach. Miała przed sobą wizję własnego końca a zamiast o swój tyłek, martwiła się o samochód. Samochód. Ile to oni czasu spędzili na samym wychwalaniu swoich czterech kółek. Nosz, kurwa, Cassie, czemu musiałaś okazać się demonem? Byłaś takim dobrym kumplem.
Którego teraz będzie trzeba potraktować egzorcyzmem, skoro anioł odmawia wykonania egzekucji. I pewnie powstrzymałby Deana przed zadaniem ostatecznego ciosu jakimiś wyniosłymi gadkami. Tylko czy łowca chciał zrobić tą przyjemność demonowi i wysłać do domu, dając możliwość powrotu. Zna może ktoś sposób zabicia demona bez uszkodzenia człowieka?
Odłożył sztylet Ruby na biurku, już czysty, bez krwi, która zdobiła teraz kawałek materiału, który leżał obok. Czas zacząć przedstawienie, pozbyć się chociaż jednego ciężaru, który spoglądał na łowcę rozbawionym spojrzeniem. On był wkurzony i zły, a ona tak roześmiana, że naprawdę miał ochotę ściągnąć ten wyraz z jej twarzyczki. Nawet ruszył w stronę krzesła, ale zatrzymał się przed pułapką, kiedy padło ostatnie słowo z ust demona.
- Crowley? - powtórzył po dziewczynie, spoglądając na nią, jakby samym wzrokiem chciał zmusić ją do dalszego mówienia. - To twoje hasło bezpieczeństwa czy tak nazywasz się naprawdę?
Może jednak plan działania łowcy nie był, aż tak beznadziejny. Bo chociaż Cassie była taką, jaką ją znał – twardą laską, która nie pokazuje swoich słabości nawet w beznadziejnym momencie, to musiała się bać. Demony boją się umierać. Boją się wracać do piekła. Meg aż wróciła z chęcią skopania braciom tyłków za to, że ją tam wysłali. Istniała jeszcze możliwość, że za wcześnie poczuł małe ukłucie satysfakcji, bo to, co powiedziała – imię, nazwa, cokolwiek to było – mogło nie mieć żadnego znaczenia, miało jedynie kupić trochę czasu czerwonookiej. No i kupiło.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Sro Maj 01, 2013 10:37 pm

Obserwowała Deana, tak mimowolnie, zupełnie odruchowo. Uśmiechnęła się, kiedy podszedł do stołu, kiedy musiał się opanować, kiedy przez jego głowę przemykało tysiąc myśli, tak jak przez jej chwilę temu. I chyba to pozwoliło jej się otrząsnąć, zrzucić z siebie tysiąc warstw patosu i mało stylowego dramatyzmu, zacząć myśleć trochę trzeźwiej, choć jej podejście do sytuacji nie zmieniło się nawet odrobinę.
- Zero wdzięczności, Dean - westchnęła ciężko i przewróciła oczami. - Skoro nie mogę liczyć na normalną zapłatę, wysiliłbyś się chociaż na to. - Przekręciła się lekko na krześle, na tyle, na ile pozwalały jej więzy. Miała zamiar mu przypomnieć tyle razy, ile tylko się dało, że pracowali razem. Że załatwiła mu dziesiątki rzadkich przedmiotów przez tych kilka miesięcy, że byli ze sobą sam na sam tyle razy, że właściwie nienaturalnym było, iż Dean nigdy nie został przyciśnięty do ściany. Cóż, w każdym sensie, w końcu był z niego kawał przystojniaka. I może Cassie myślałaby o nim w ten sposób, gdyby nie fakt, że zawsze jakoś... Gdyby nie fakt, że pomimo wszystkich swoich planów, pomimo rozważnego układu sił, pomimo zapuszczania drobnych niteczek wpływów w każdej z możliwych frakcji, lubiła tego nie do końca rozgarniętego łowcę. Był zabawny, a Cassie lubiła zabawnych ludzi. Gdyby tak nie było, nie pracowałaby z całkiem sporą ilością łowców. Pomyśleć, że żadnemu z nich nie dała się postawić w takiej sytuacji jak swojemu kumplowi i jego aniołowi. Jeśli nawet ktoś próbował ją oszukać, nie chciał zapłacić, próbował wyegzorcyzmować, cokolwiek, zawsze radziła sobie z tym bez problemu. Każdy stawał się odrobinę bardziej chętny do współpracy, gdy dowiadywał się, że Cassie nie jest sama, prawie nigdy. Dean też byłby. Tylko, że... Ech, Cassie, znowu wracamy do punktu wyjścia. Tylko ta cholerna anielska niańka Winchestera.
Widziała zaskoczenie i niezrozumienie na twarzy Deana, widziała, że naprawdę się zawahał. A przecież mógł już wbić sztylet Ruby prosto w czarne serce małej zołzy z rozdroża. Wnioski mógł wyciągnąć później, dała mu wszystko, co mogła dać. Adresu Crowleya niech już szuka sobie sam, co za dużo to niezdrowo, a król rozdroży w ramach zemsty - albo po prostu bycia irytującym skurwielem - znalazłby sposób na przywrócenie jej do życia i po swojemu ukaranie za udzielanie zbyt wielu informacji. Kącik ust mimowolnie uniósł się do góry. Pozer. I tak wiedziała, że przekaże Colta Winchesterowi, ufał Gwiazdeczce nie bardziej, niż Cassandra.
- To imię tego, kogo szukasz, kretynie. Naprawdę, gorzej z twoim kojarzeniem faktów, niż ostatnio. Wyspałbyś się porządnie, a może te resztki szarych komórek zaczęłyby z trudem pracować - parsknęła cicho śmiechem i uniosła brew, nie mogąc się powstrzymać od tego ostatniego komentarza. Miała zaraz zginąć, prawda? A jakoś nie uśmiechało jej się umrzeć z imieniem swojego szefuńcia na ustach. Okej, żeby to jeszcze było imię Puszka - to by zrozumiała. Swoją drogą, biedny piesek. Pewnie trafi pod komendę jakiegoś durnia. Tak samo jej piekielny interes, cholera. Dobre imię zbezczeszczone na zawsze. Mogła pomyśleć o tym wcześniej i znaleźć sobie odpowiedniego wspólnika. Z trudem powstrzymała się od śmiechu (choć może nie powinna, skoro tak bardzo wytrącało to Deana z równowagi), kiedy kolejny raz dotarło do niej, w jakim kierunku idą jej myśli. Najpierw samochód, potem ogar, teraz zakłady. Jakby ta cała sytuacja była zbyt nierealna, by naprawdę przejmować się utratą życia. A może wreszcie do niej dotarło, że to będzie nawet lepsze. Co się dzieje z demonem, kiedy naprawdę umiera? Kącik ust kolejny raz powędrował do góry. Ciekawość kiedyś cię zgubi, Chavaillaud. - Naprawdę wyglądasz fatalnie - dodała szczerze, jak to ona i przekręciła lekko głowę przyglądając się Winchesterowi. W zielonoszarych oczach pojawiła się niesforna iskierka. - Chociaż mogę się założyć, że ja zaraz będę wyglądać jeszcze gorzej. Postaraj się, Deany.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Pią Maj 03, 2013 6:18 pm

Pomyślałby kto, że blondyneczka się o niego martwi. To byłoby urocze, gdyby nie dokładała do tego tej swojej złośliwości i błysku rozbawienia w oczach. Zdawał sobie sprawę ze swojego stanu, ale nie zamierzał nic z tym zrobić, dopóki nie zakończy chociaż tej pieprzonej sprawy Colta.
Miał tylko imię. Wyraz składający się z kilku liter, nie musiał być prawdziwy. Chcąc nie chcąc, demonowi na krześle nie ufał z trzy razy mocniej niż zazwyczaj. Ale był w tym pokoju ktoś, komu Dean ufał. Facet w prochowcu, wpatrujący się w ich więźnia z pogardą wypisaną w niebieskich oczach, był aktualnie jedyną osobą, która mogła szczycić się zaufaniem Winchestera. Owszem, to nie było znowu takie do końca, bo Dean nadal w jakimś stopniu obawiał się niebiańskiego posłańca, ale został mu tylko on. I staruszek na wózku, który aktualnie nie miał zbyt wiele do powiedzenia, a Cas miał te swoje anielskie fiku-miku.
- Mówi ci to imię coś? - pytanie zadane cicho, z dala od uszu demona. Dean podszedł pod okno, wpatrując się w cmentarzysko starych samochodów, przywołując do siebie anioła skinieniem głowy. Mógł to rozegrać inaczej, wydobywając informację z Cassie siłą słowa i wody święconej, albo jeszcze innym sposobem, jednak jego niechęć do panny na krześle przekraczała granice (ach, ta urażona duma) i jeszcze by zrobił coś, co miał zamiar zrobić jeszcze parę minut temu przy pomocy anioła. Z tym że zrobiłby to sam przy pomocy nożyka. I chyba potrzebował usłyszeć, że to, co mówi Montressor, ma w sobie chociaż ziarno prawdy. Że ktoś taki jak Crowley istnieje w demonicznym półświatku i tylko czeka, aż Walczy Winchester wraz ze swoim nieustraszonym towarzyszem, Castielem, złożą mu przyjacielską wizytę. Upewniony, że nie trafili na fałszywy trop, mógłby przystąpić do tego, co powinien zrobić już teraz, zamiast szeptać z Casem po kątach.
Odwrócił wzrok od anioła, przenosząc go na Montressor. Ciekawe czy to bolało. Egzorcyzmy oczywiście. Pewnie musiały, bo każdy demon się krzywił, kiedy w jego głowie rozbrzmiały słowa, które miały wysłać go do piekielnej otchłani. W końcu to było jak zaklęcia. Mocne zaklęcia, z którymi demony nie mogły sobie poradzić – były takie, które wydawały się odporniejsze na łacińskie formułki, ale i te w końcu poddawały się śmiesznie brzmiącym modlitwom. Dean, pomimo takich skojarzeń, nie uważał się za czarodzieja. Nie lubił egzorcyzmować – może to dlatego, że przez dłuższy czas miał pewne problemy z wymową niektórych słówek (bo w końcu to Sam był tym, który bez problemu łapał te językowe łamańce, a Dean wolał oblewać wodą święconą i przepytywać takiego demona z informacji, jakie posiadał) a może to dlatego, że egzorcyzm był w jakimś sensie przysługą dla czarnookiego, albo w tym przypadku dla czerwonookiego, - demon mógł wrócić, w nowej odsłonie, z większą nienawiścią, by się odegrać albo unikać cię jak ognia. Ale mógł wrócić. Nie ginął na wieki. Posiedzi chwilę w piekle i gdy tylko nadarzy się okazja, spierdoli z niego ze śmiechem na ustach. Dlatego nie lubił egzorcyzmów. Nie lubił dawać tym popaprańcom drugiej szansy, a gdy nie było innego wyjścia, gdy ma się za plecami anioła, który wpatruje się w tył twojej głowy, co tylko powoduje nieprzyjemne mrowienie, czekając na to, co masz zamiar zrobić i interweniować w razie potrzeby. Miałby dać tej uroczej blondynce, której krew pobrudziła wysłużoną podłogę, której śmiech przyprawiał o ból głowy a fakt, że go wykiwała, budził złość na samego siebie, miałby dać drugą szansę? Wróciłaby. On wiedział, że znalazłaby sposób, by już jutro być z powrotem na ziemi. Taki miała charakter, przynajmniej tak mu się wydawało. A może właśnie to powinno być ceną ich małej transakcji. Druga szansa za więcej informacji. A jeśli dałoby się to zrobić bez tych wszystkich śmiesznych wierszyków? Może to co mówiła wcześniej, o zasypaniu solą każdej szpary którą mogłaby uciec, zostawić ją w pułapce albo nawet wrzucić do schronu Singera... chociaż nie, on by się nie zgodził żeby w dziele jego życia nogę postawił demon.. W końcu schron był przeciwko nim, a wrzucenie tam Montressor wiązało sie z tym, że już nigdy stamtąd nie wyjdzie.
Czy on na prawdę szukał innego wyjścia, szukał gdzieś dalej, mimo że miał proste rozwiązanie pod nosem? Nie mógł zabić, nie chciał wysyłać do piekła, to co miał innego do zrobienia? I nie, nie chodziło o to, że nie chciał się pozbywać demona. Bo chciał. Serio. Przecież go oszukała, zwodziła, no i jest demonem. Ale nie potrafił sie do tego zmusić - przecież nawet Castielem chciał się wyręczyć, zeby samemu tego nie robić! Podświadomie unikał tego, co powinien zrobić. Czy Sam to samo czuł w stosunku do Ruby? Nie żeby Dean miał coś do Cassie, ich znajomość nie była aż tak poplątana jak relacja tamtej dziwki i jego brata, ale... coś było w tym podobnego. Takie miał wrażenie, i pewnie gdyby był tu Sam, to by mu powiedział co o tym myśli, albo rzucał te swoje dziwne spojrzenia, które oddawałby to, co by chciał powiedzieć. Zaśmiał się pod nosem z beznadziejności sytuacji i własnej słabości, bo w tym momencie na prawdę czuł się słaby. Wrócił spojrzeniem do Castiela.
- Znasz może jakieś miejsce gdzie można ją zamknąć? Jakaś puszka pandory albo innej laski? Byle tylko zeszła mi z oczu i nigdy więcej nie pojawiała się przed nim. - propozycja może nie brzmiała zbyt poważnie, ale chyba takie rozwiązanie byłoby najlepsze. A może zakopać ją w trumnie jakieś, na poświęconej ziemi? I odkopywać wtedy, kiedy przydałaby sie jej wiedza - bo jeśli Bobby wiedział wiele o potworach, sposobach na ich zabijanie albo inne rzeczy w tym temacie, to Cassie była istną kopalnią do zdobywania narzędzi do zabijania czy jakiś ludzi, który wiedzieli więcej niż oni i Bobby. A to byłoby przydatne. Informator w trumnie.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by † Castiel † on Sob Maj 04, 2013 2:29 pm

Rzecz nie całkiem tkwiła w tym, że anioł nagle zaczął martwić się o życie niewinnej kobiety, która akurat stanęła im na drodze, opętana przez demona. Tak naprawdę myślał w tym momencie o Winchesterze. Nie chodzi nam tutaj o to, że Castiel czuł się w obowiązku, by dbać o stan psychiczny szatyna. On po prostu wiedział, że gdzieś, po wszystkich rzeczach, które się przeżyło, po życiach, które się straciło, po całej odpowiedzialności, która została położona na twoje barki bez pytania cię o zdanie, gdzieś tam, istniała granica. Czarę przelać mogła jedna kropla. Kolejne życie, które można by oszczędzić - to rzecz, dla której warto się wysilić. Dawno już minęły czasy, kiedy Posłaniec bezmyślnie i bez zastanowienia spełniał wszystkie rozkazy, które zostały mu zesłane. Po czasie, który spędził na Ziemi nauczył się stawiać przed sobą właściwe pytania. Każdy cel przechodził teraz dodatkową weryfikację w jego umyśle. I czuł się z tym dobrze. Od bardzo długiego czasu, dłuższego, niż sam mógł określić, czuł się dobrze ze swoją egzystencją. Wiedział, że robi właściwie. Że tak właśnie należy. Sam nazywał to, co dobre. Wcześniej dostawał krótką listę, której punktów w żaden sposób nie mógł podważyć. Dobrym było to, co Ojciec tym nazywał. Czyż nie tak głosiło Słowo? Księga rodzaju opisywała w jaki sposób Pan stworzył świat i wszystko na nim żyjące. I widział Bóg, że były dobre. Czyż nie tak właśnie nazwał wszystko, czego dokonał? Później jednak wszystko poszło nie tak. Stan, w jakim teraz można zastać było planetę daleko odbiegał od idealnego Edenu jego Ojca. Jego bracia dawno już zatracili się w głoszeniu jego woli i nie wszyscy wiedzieli, co należy robić. Nie prowadzeni już przez Stwórcę sami musieli dokonywać wyborów. Każdy, kto miał choć trochę odwagi stwarzał sobie własną ideę i szedł naprzód, ku przyświecającym mu celom. Patrząc subiektywnie nie każdy potrafił obrać je właściwie. Mimo to, próba przekonania do swojej filozofii była bardzo kusząca i prędzej czy później, spory musiały wyniknąć. W tym właśnie miejscu, w piwnicy Singera, na złomowisku na obrzeżach Douglas, Castiel uświadomił sobie, że jest jednym z tych, którzy myślą na swój sposób. Nie podąża już ślepo śladami swoich braci. Samodzielnie wybiera swoją ścieżkę. Dlaczego? W końcu musiał to przyznać, przed samym sobą.
Jego Ojciec go opuścił.
Może było to chwilowe. Może po prostu był zajęty. Ale obecnie go nie ma. Nie odpowiadał na jego modlitwy. Nie dawał mu żadnego znaku, pomimo że anioł cierpliwie czekał. Musiał radzić sobie sam. Świadomość, jaka nagle uderzyła w niego w tym właśnie miejscu była bolesna. Przez krótki moment, kiedy Dean rozmawiał z demonem i oboje byli zbyt zajęci, by to zauważyć, sługę Bożego owiało poczucie wielkiej, obezwładniającej paniki. Pan nie powie mu już, co ma robić. Nie doradzi w żadnej z trapiących go kwestii. Na nim spoczywa odpowiedzialność za własne decyzje, i konsekwencje, które z nich wynikną. Niebieskooki przełknął powoli ślinę w tak bardzo ludzkim odruchu. Był teraz niewiele więcej niż człowiekiem. Pozostawionym sobie samemu, z wolną wolą i niepodległością żadnej istocie. Strach, który nim zawładnął, zniknął po momencie. Ale gdzieś tam, głęboko w środku, uczucie pustki pozostało. Żal po porzuceniu przez Stworzyciela, którego tak kochał i którego zawsze darzył lojalnością pozostał.
Teraz jednak wiedział, co miał robić. Sam nazywał rzeczy właściwe. I była jedna osoba, której to zawdzięczał. Mężczyzna, który stał teraz u jego boku. Przyjaciel. Teraz naprawdę wiedział, co oznacza to słowo. Dlatego musiał mu się odwdzięczyć i powstrzymać go we właściwym momencie. Powstrzymać przed zatraceniem się w swoim gniewie, złości na to, że dał się oszukać kreaturze, którą powinien rozpoznać przy pierwszym spotkaniu. Żal nie był uczuciem, którym powinien się teraz kierować. Dlatego też Castiel przypomniał mu, po co to wszystko robią. By nie doprowadzić do śmierci niewinnych istnień.
Działania obojga, zarówno Cassandry, jak i Winchestera były śledzone przez uważne anielskie spojrzenie. Jedno słowo, które wyszło z ust Montressor zasiało ziarno niepokoju w umyśle niebieskookiego. Słyszał o nim wiele. Różnie go też nazywano. Ponad wszystkim jednak dominowało jedno imię. Crowley. Król Rozdroży. Jeden z najpotężniejszych demonów. Nie ważne, jak bardzo Posłańcowi nie podobał się ten pomysł, było bardzo możliwe, że to jemu udało się wyprzedzić wszystkich zainteresowanych i wziąć Colta w posiadanie. Zmierzył blondynkę spojrzeniem, po czym przeniósł je na Deana. Poważny wzrok mówił, że kobieta mogła mówić prawdę. Najrozsądniejszą opcją, jaka im pozostała było sprawdzić tą informację, trzymając ją nadal uwięzioną. Brunet odszedł na bok z przyjacielem i odwrócił się w jego stronę.
- Mówią o nim różne rzeczy. Wiele z nich jest tylko pogłoskami. Ale kilka z nich powtarza się w każdej z historii. Jest jednym z najpotężniejszych demonów chodzących po Ziemi. Jeden z najsprytniejszych - powiedział półgłosem, z kamienną twarzą wpatrując się w zielone tęczówki. - Crowley, Król Rozdroży.
Jeżeli naprawdę zamierzali pójść i zdobyć Colta z rąk tak silnego demona, potrzebowali dobrego planu. Musieli być przynajmniej o jeden krok przed przeciwnikiem, by nie być zaskoczonym przez żadne dodatkowe okoliczności. Było to ryzykowne. Ale zarówno Castiel, jak i jego towarzysz wiedzieli, że nie cofną się przed próbą zdobycia legendarnej broni. Zbyt blisko byli, by teraz się wycofać. A skoro miał to być jedyny sposób, na zabicie Lucyfera... Musieli.
- Nie ma takiego miejsca - odparł na słuszne rozmyślania Winchestera. Egzorcyzmy spowodowałyby jedynie ucieczkę demona do piekieł, skąd mogłaby się wydostać i ostrzec obecnego posiadacza rewolweru o ich planie. Zabicie jej sztyletem jednak nie wchodziło w grę, skoro chcieli oszczędzić życie użyczającej jej ciała kobiety. Uwięzienie Cassie było rozsądnym wyjściem, choć nie mógł obiecać, że Dean jej już więcej nie zobaczy. - Można unieruchomić ją tylko na sposoby, które już znasz. Dobrze byłoby też, gdyby Bobby miał na nią oko. Nie wiadomo, co wymyśli - błękitne spojrzenie przeniosło się na moment na siedzącą kilka metrów dalej sylwetkę Montressor. Nie ufał jej. W jego oczach była nieobliczalna i należało podjąć dodatkowe środki ostrożności, by nie wyrwała się z ich pułapki.


Castiel
I love pasta. These make me very happy

avatar
† Castiel †

Liczba postów : 81
Join date : 21/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Maj 05, 2013 9:15 pm

Dobrze. Bardzo dobrze. Skoro Castiel słyszał o kimś takim jak Crowley, to znaczy, że gość istnieje. Że zatruwa ziemię swoim demonicznym gazem i może posiadać to, czego tak, niemal desperacko, poszukiwali. W końcu Król Rozdroży musiał dostać coś w spadku po poprzedniczce, prawda? Tak, Dean próbował analizować to, co usłyszał i to, co wiedział, i jakoś tak mu wyszło, że skoro wcześniej Lilith była najważniejsza i teraz jej nie ma, a to dla niej Talbot ukradła im Colta... Może i próbował sobie wymyślać jakieś dziwne wytłumaczenia czy teorie, ale jak już zostało napisane – desperacko poszukiwali Colta, i był zdolny złapać się najmniejszego tropu, byle tylko go dostać w swoje łapska. A potem tylko znaleźć uciekiniera i zakończyć to marne przedstawienie raz na zawsze.
- Czy to choć raz nie może być jakiś durny demon, który nie ma pod sobą bandy idiotów? I naprawdę nie macie jakiś anielskich więzień dla demonów? Nic a nic? Przecież Lucyfer był w klatce, nie można jej zrobić takiej samej? Najlepiej na Antarktydzie. - trzymanie w domu łowcy demona nie było czymś dobrym. Albo po prostu Winchester nie chciał jej tutaj, jednak skoro nie mieli wyjścia, nie było żadnych tajnych więzień skrzydlatych dupków, musieli jej stworzyć takie więzienie tutaj. Łowca spojrzał na demona. Ile będą musieli ją trzymać? Nie sądził, że wytrzymają z nią jako więźniem jakoś specjalnie długo. Prędzej czy później będą musieli się jej pozbyć, nawet jeśli to będzie równało się z wysłaniem demona do piekła, skąd mógłby powrócić. Nie będą mogli jej trzymać wiecznie, to było pewne, ale na razie wydawało się najsensowniejsze. Chyba że okaże się, że zdradzając, że to Crowley jest posiadaczem poszukiwanego rewolweru, naraziła swoją osobę na jego złość, wtedy wystarczyłoby podrzucić nielojalnego demona w jego ręce. Wymiana? My bierzemy spluwę, ty dostajesz to wredne babsko do zabawy.
Oznajmiając, że idzie pogadać z Singerem, Dean wyszedł z pokoju, zabierając ze stołu sztylet na demony. Zniknął w otchłani kuchni, gdzie wytłumaczył Singerowi sytuację. Nie obeszło się od wyzywania Deana od kretynów i idiotów, kiedy Winchester raczył uświadomić Singera, że z Cassie miał już wcześniej kontakt, i oczywiście bez przypomnienia sytuacji z Samem też nie mogło się obyć, dlatego cała rozmowa trwałą dość długo, zanim doszli do głównego punktu, jakim było zamknięcie Montressor... gdzieś.
A potem coś huknęło. Jakby na podłogę spadły pudła z wielkimi, metalowymi klockami. W sumie to nawet była prawda – kilka ciężkich metalowych, trudnych do zidentyfikowania, przedmiotów zaatakowało Deana, przy wyraźnym zadowoleniu Singera. Na szczęście, żaden nie trafił w głowę i pan łowca mógł kontynuować małe porządki, do których zmusił go Bobby. Skoro miał przystać na to, co mówił Winchester, sam wybrał miejsce i to jak ma wyglądać. A wyglądało nawet nieźle, pomijając pajęczyny, kurz i zapach stęchlizny.
Dean, umazany na czole farbą, wrócił do pokoju, gdzie anioł i demon mieli trochę więcej niż pięć minut tylko dla siebie, dźwigając ze sobą wiadro. Zwykłe, metalowe wiadro. Chyba nie było potrzeby, jeśli spojrzeć na to, że miał pod ręką anioła, ale jakaś zwykła, trochę dziecinna, złośliwość mu kazała wziąć ze sobą pięć litrów czystej, kranowej wody święconej, która z głośnym chlustem wylądowała na blondynce. Mimowolnie na twarzy Deana pojawił się uśmiech, kiedy do jego uszu dotarła rekcja Montressor na kąpiel. To naprawdę podchodziło pod dziecinną złośliwość.
Złapał za oparcie krzesła, pociągnął w dół, wcale nie przejmując się tym, że głowa panny Cassie mogłaby uderzyć w drewno, i szurając po podłodze, przy okazji przerywając namalowaną czerwoną farbą pułapkę, przeciągnął demona z pokoju do holu, gdzie czekał na niego najlepszy pokój dla gości. Niewielki schowek, pełen starych ubrań, książek pani Singer, których Bobby nie potrafił się pozbyć (same romanse, jakieś kucharskie i melodramaty) pozbawiony okna i innych otworów, którymi mogłaby uciec panna Montressor, został dodatkowo ozdobiony o liczne pułapki. Krzesło zaparkowało przed otwartym schowkiem, z hukiem upadając na podłogę.
- To twój szczęśliwy dzień, Cassie – niemal wypluł to imię, stwierdzając, że od tego momentu nie będzie mu się miło kojarzyło. A szkoda, bo do tego dnia, Cassie przywodziło naprawdę miłe uczucie. Trudno, jakoś przeżyje.
- Apartament prezydencki, specjalnie dla ciebie – wyciągnął z kieszeni nóż, którym rozciął węzły na nadgarstkach dziewczyny. Bo przecież nie zmieściłaby się w schowku razem z krzesłem. Niezbyt delikatnie i bardzo dosłownie wrzucił Cassandrę do schowka.
- O, patrz, masz nawet światełko, jakbyś bała się ciemności – łowca pociągnął za sznurek, zapalając żarówkę, która swoim przytłumionym, pomarańczowym światłem rozświetliła niewielkie pomieszczenie. W porównaniu z tym, co by czekało ją po egzorcyzmach tutaj miała luksusy!
Wygodna podłoga do siedzenia, w razie nudy książki, w razi chłodu stary płaszcz. Dobra, demony nie czują chłodu, ale mogłaby sobie po przymierzać ubrania, zamiast się nudzić. Proszę bardzo, jak ładnie dbamy o gości. Dean posłał Cassie ostatni nieszczery uśmiech, po czym zamknął drzwi, przekręcił klucz w zamku, i rozsypał sól pod drzwiami, bo przezorny zawsze ubezpieczony. I ziewnął.
- Cas, spróbuj dowiedzieć się, gdzie ten cały Crowley przebywa. Użyj swojego anielskiego radaru i namierz jego dupsko, a ja potrzebuje kilka godzin przerwy, ale jak tylko na niego trafisz, to wracasz po mnie i idziemy złożyć mu wizytę. Nie rób nic sam, rozumiesz? - Dean spojrzał na swojego anioła, oczekując od niego twierdzącej odpowiedzi. Tu chodziło o coś bardzo ważnego, nie mógł pozwolić na to, by Castiel czuł się w obowiązku wydarcia Colta z rąk demonicznego kozaka. To trzeba było zrobić bardzo delikatnie. I z planem. A plan będzie, jak dowiedzą się, gdzie gość przebywa.


avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Wto Maj 14, 2013 11:59 pm

Cassie zaczynała się nudzić. Nie tego się spodziewała i fakt, że coś działo się nie tak, jak zakładała zdawał się ją... irytować. Żaden z nich, ani anioł, ani łowca, nie zwracał na dziewczynę uwagi. Gdyby było inaczej zapewne krótki i ostry błysk irytacji w zielonych oczach nie umknąłby ich uwadze. Może nawet usłyszałaby wystarczająco inteligentny - no dobra, trochę się zagalopowała - komentarz w odpowiedzi. Tych dwóch prowadziło jakieś dyskusje w kącie - które Cassie oczywiście musiała podsłuchać, bo przecież inaczej nie byłaby sobą - a ona tkwiła przywiązana do krzesła jak ten słup nomen-omen mało fajnej i kiepsko działającej na żołądek soli. Cóż, ona była fajna. I była w tym wypadku stawało się słowem coraz bardziej kluczowym. Mogłoby się wydawać, że jako taka - cholera jasna - znawczyni ludzkiej natury, nie będzie miała problemu z poprowadzeniem tej sytuacji tak, jak chciałaby. Najwyraźniej porządnie nie doceniła Deana Winchestera. Myślała, wtedy w kaplicy, że jeśli ktoś będzie tu kogoś powstrzymywał, to łowca swoje pierzaste zwierzątko. Okazało się, że pieprzony anioł, ha, uratował jej życie. W jakiś równie pieprzony sposób ratowania życia - ogólnie dużo było pieprzenia, jeśli chodziło o ten konkretny przypadek skrzydlatego dupka. Nie znała się na kodeksach honoru, ale gdyby czymś takim w ogóle się przejmowała, pewnie miałaby wobec tej słodkiej twarzyczki jakiś durnowaty dług. Nawet jeśli on tylko odmówił wykonania egzekucji. Ha, dobre sobie. Sumienie gryzło w anielską dupę, a może podcinało skrzydełka? Dobrze, że u nich wszystko było prostsze. A jeśli już skomplikowane - to w ten zabawny sposób. Brak zasad też miał swoje zasady. Po tych wszystkich latach najwyraźniej dowiedziała się, że woda święcona oprócz zmieniania twojego przełyku w wojenny krajobraz, wywołuje coś, co ludzie powszechnie nazywają upojeniem alkoholem. Bo już nikt jej nie wmówi, że nadal w tak idiotyczny sposób działała na nią wizja śmierci. Tym bardziej, że najwyraźniej nikt nie miał zamiaru pozbawić jej słodkiego życia. Wydęła usta, niby oburzona i przekrzywiła głowę, przyglądając się tej dwójce zbawicieli świata. Nie wyglądali na najlepszy materiał do ratowania przeklętej ziemi, ten trzeci, któremu robiło się ciasno w spodniach na sam widok czerwonej cieczy, nie prezentował się lepiej.
- Że kurwa co? - wtrąciła odruchowo i zaśmiała się, jakby nie do końca dowierzała w to, co usłyszała, a kiedy już dowierzyła - jakby nigdy w życiu nie bawiła się lepiej. Kiedy już się upewniła, z niemałą satysfakcją, że ściągnęła na siebie uwagę flirtujących robaczków, wygięła usta w mało sympatycznym uśmiechu. - Crowly to kawał skurwysyna, fakt. Jeśli chodzi o manipulację, skup dusz i zarządzanie interesem, nie znajdziecie lepszego gnoja. Jest sprytny, to muszę dupkowi przyznać, i nie próbujcie wpadać do jego gniazdka machając zabawką kochanej Ruby, ale serio? Najpotężniejszy? - powtórzyła, parskając śmiechem i obdarzyła pobłażliwym spojrzeniem Castiela. - Twój aniołek musi być gorszej kategorii, jeśli tak mówi o moim szefie - przeniosła spojrzenie na Deana, nadal z kpiącym uśmieszkiem przyczepionym do jej twarzy jakby na super glue. Co zrobią z tym, co powiedziała - ich sprawa. Jakoś wątpiła, żeby Dean przełożył jej słowa nad to, co powiedział jego ukochany przydupas. Ale to nie zmieniało faktu, że miała rację. Crowley krył się za tysiącem sigili na murach swojej willi, za plecami dziesiątków pomagierów i za swoim umysłem. Ten miał bystry, nie mogła zaprzeczyć, tak samo jak temu, że szef znał parę sztuczek. Jakoś nie uśmiechało jej się jemu podpaść, nie tylko dlatego, że lubiła zajmować wygodną posadkę. Mimo to... cóż, Winchesterowie mierzyli się z demonami potężniejszymi, niż Król Rozdroży i jakoś wygrywali. Cassie tego nie rozumiała, a jednocześnie nie należała do typów pogardzających tym, czego nie rozumieli. Coś w nich było, może tylko determinacja tak wielka, że dawała im niezłego kopa, jakby całe życie lecieli na dragach, ale... Ale. No właśnie. Z jakiegoś powodu Cassie zdecydowała się w ten a nie inny sposób rozegrać tę partię szachów, tę zatytułowaną Znajomość z Deanem Wu. To przecież mogłoby być takie proste, mogła odstawić go prosto do cioci Lucy, tylko co by jej to dało? Nadpobudliwy diabeł zabiłby Deana, anioły by go wskrzesiły, gra zaczęłaby się od nowa, a ona byłaby pierwsza na liście do zlikwidowania przez łowcę. Cóż, i tak znalazła się na tym chlubnym miejscu, więc jej rachunek musiał gdzieś mieć poważny błąd (w kolorze twoich oczu, Cass, to zawsze jest kolor twoich oczu), ale cóż - nie o to w tym wszystkim chodziło.
- Chcesz skazać biedne pingwinki na moje towarzystwo, Deany? - spytała przesłodzonym tonem, słysząc o zamknięciu jej na Antarktydzie. Nie doczekała się jednak odpowiedzi, a jakże, zresztą trzeba było powiedzieć to sobie szczerze. Dzisiejszy dzień uświadomił ją, że Dean nie był aż tak wygadany, jak sądziła. A może zmęczenie i rozczarowania odcisnęły na nim swoje piętno.
No, zawsze można było zwalić winę na za małą ilość piwa.
- Kupiłbyś mu chociaż ciasto - poinformowała Castiela ironicznie, kiedy łowca zostawił ich samych, najwyraźniej po to, by podpisać za nią umowę wynajmu pokoju. Jakaś miła piwniczka, może nawet pełna szczurów, a jak dobrze pójdzie to nawet karaluchów. Nie wspominając o kiepskim guście dekoratora do malowania wszędzie pentagramów w kole i stawiania solnych rzeźb - a raczej rozsypywania materiału na ich produkcję. Przekrzywiła głowę, przyglądając się Castielowi. Przez sekundę w jej głowie pojawiła się chęć, by mu podziękować. Nie dlatego, że naprawdę była mu wdzięczna, ale po to, by zobaczyć reakcję na twarzy anioła. Może by wprowadzić trochę zamieszania do jego uporządkowanej, niebiańskiej główki. Zaraz jednak pomyślała, że pewnie uznałby to za próbę manipulacji i, cóż, niewiele by się pomylił. I chociaż jej dobra znajoma, zuchwałość, znowu zawitała na jej twarzy i chociaż nie spuszczała świdrującego, może odrobinkę... nazbyt wymownego - choć chyba nie dla niego - spojrzenia, nie odezwała się ani słowem. Bo przecież odzywaniem się nie można było nazwać gwizdania Highway to Hell. A tak, gdyby jednak zdecydowali się na egzorcyzm. Cassie zawsze uważała, że co jak co, ale poczucie humoru posiada - a to, że nie wszyscy je rozumieli, nie było jej cholerną sprawą.
Dean, który wszedł do pokoju jeszcze w trakcie jej koncertu, zapewne nazwał ją zdrowo kopniętą. A każdy sąd spokojnie uznałby ją za niepoczytalną. Jednak melodia urwała się w jej ustach, zamieniając we wściekły, bezsilny krzyk bólu, kiedy skórę paliła jej ta jebana woda święcona. Każda komórka nie-jej skóry rozpadała się na kawałeczki, gdy odczuwała całkowicie-jej ból, a w uszach szumiało jej łaciną - niezła schiza, ale tylko dopełniała to, jak fatalnie, jak okropnie, jak boleśnie czuła się Cassie, i miała tylko nadzieję, że jej krzyk, jej mały wyraz furii i bólu, rozsadzał bębenki Deanowi tak samo, jak jej wyimaginowane linijki łacińskich formułek. Ból ogłuszył ją na parę sekund, może paręnaście, tak bardzo, że nawet nie była w stanie zareagować, kiedy ją przeciągnął. Dopiero kiedy stanęła - wciąż przyczepiona do krzesła - przed swoim apartamentem prezydenckim, a Dean rozciął jej więzy, uderzyła go z łokcia w brzuch. Siła, którą użyła musiała wystarczyć, by choć na chwilę zbić mężczyznę z nóg, tak, by ona sama była w stanie wstać. Kopnęła go jeszcze raz, najpierw z kolana, jeszcze zgięta wpół, potem drugi, a żeby upewnić się, że da jej to parę sekund. Krew na twarzy Deana zadziałała na nią jakoś dziwnie kojąco. To pewnie w ramach zemsty za rozciętego buta. Lubiła te buty. I za to, że zostawił Caddie samą sobie. Jak małe, śmierdzące gnojki spróbują rozebrać ją z części, znajdzie każdego z nich, każdego malutkiego człowieczka, który choćby się do nich dotknął i powiesi za ich własne flaki.
Ale żeby to zrobić, wypadałoby wydostać się z tej nory.
- Huh, lepiej mi - stwierdziła, potrząsając pięścią. Miała zamiar powiedzieć to, co chciała powiedzieć szybko, zanim znowu się na nią nie rzuci. - Nie powiem ci, żebyś mi zaufał, bo to byłoby jednoznaczne z nazwaniem cię idiotą. - Zmarszczyła czoło i uśmiechnęła się sztucznie. - A nie. Tego sobie nie daruję: jesteś idiotą. - To było całkiem normalne, bo Cassie, nawet ta kochana Cassie siedząca na masce samochodu i rzucająca Deanowi piwo, była złośliwą jędzą, która nie raz i nie dwa kpiła sobie z niego tak jak i teraz. - Mogę ci jeszcze się do czegoś przydać. Nie tylko do radzenia sobie z agresją. Skoro i tak nigdzie się nie ruszam... - Przekroczyła próg schowka, bardzo wymownie, dając mu do zrozumienia, że chociaż miała szansę, może i bardzo małą, malusieńką, znowu zdecydowała się poddać. Pewnie, mógł ją nazwać idiotką. Może i nią była, w pewien sposób tak, idiotką i ryzykantką. Ale była też sobą. Cassandrą Montressor, Bene, dziewczyną zmienną jak wiatr i robiącą to, co podszeptywał jej instynkt.
- Wiesz, Dean... Jest jedna rzecz, której nie zrobiłeś. - Umilkła na chwilę i uniosła głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy. A powinieneś odbijało się w zielonych tęczówkach, których kolor był tak słabo widoczny w półmroku schowka. - Nie zapytałeś dlaczego. - Nie musiała mówić nic więcej. Dlaczego bawiła się w tą gierkę. Dlaczego mając tyle możliwości by go skrzywdzić, nie zrobiła tego. Dlaczego mu pomagała. Dlaczego nie uciekła z kaplicy. Dlaczego bez większych spięć powiedziała im to, co wiedziała o Colcie - a co, przy pomyślnych wiatrach, mogło kosztować ją życie, jak nie z rąk jednej, to drugiej strony. Dlaczego jej zaufał. Drzwi trzasnęły z rozbrzmiewającym echem dlaczego.
Wypuszczając z ust powietrze osunęła się po ścianie na podłogę. Wyglądało na to, że czas na twój przymusowy urlop, panno Montressor. Pora się ponudzić.

beznadziejne posty są beznadziejne. ale są też napisane. deal with it. sorry, sorry za to wszystko, but u know, staram się ratować sytuację, no, czy to coś pomogło w ich rylejszyn to już sama stwierdzisz, Agu. a, i nie wiem dlaczego jakoś założyłam, że Dean odprowadził Cassie do schowka bez towarzystwa Casa oO dobra, kończę te wywody, to wszystko przez to, że was nie ma, jak coś to będę kasować, jestem grzeczna, u know that too
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Postać X on Sro Cze 12, 2013 6:41 pm


Mogłoby się wydawać, że dookoła panuje jeden z tych spokojnych, niczym nie zmąconych, jesiennych wieczorów. Rodzice, co poniektórzy, grali ze swoimi pociechami w gry planszowe, oglądali filmy czy robili różne inne rzeczy. Zakochani tonęli w swoich objęciach przy blasku kominka albo przy świecach. Tak, żeby było romantycznie. Samotni czytali książki, towarzyscy siedzieli w towarzystwie swoich znajomych w kręgielniach, kinach, barach, knajpach, gdzie tam ich wywiało. Czy tak nie powinien wyglądać spokojny, jesienny wieczór? Powinien! Ale nie wszędzie było tak słodko. Gdzieś mąż właśnie zbił żonę, lekko szurnięty facet podglądał swoją urodziwą sąsiadkę, sapiąc przy tym jak pies, który przebiegł jakiś maraton. Ktoś kogoś zabił, gdzieś kogoś okradli, ktoś umarł,ktoś się narodził w złym czasie i w złej rodzinie, gdzieś na pustkowi siedział demon zamknięty w starym schowku, a zza drzwi dobiegały do niego dźwięki starego domu i szuranie, pomieszane z przekleństwami właściciela, który sunął na swoim wózku z kuchni do salonu. Nie podobało mu się to. Nigdy nie przetrzymywali demonów. No, przynajmniej nie w ten sposób. On by zabił. Od razu wysłał sukę do piekła, nie zastanawiając się nad tym, czy lalunia może się jeszcze przydać. Tym bardziej, co wywnioskował z zachowania i tego, co mówił Dean, demoniczna blondi zagrała na nosie starszemu Winchesterowi. Co też było zabawne – tyle gadania o tym, że Sam jest straszny i okropny, bo pieprzył się z demonem, a tu proszę... wyszło na to, że nie tylko młodszy braciszek ma tendencje do przyjaźnienia się z piekielnymi pannami. Dean miał o tyle dobrze, że z panną Cassie nie spał. Na bogów, każdej religii, jaka istnieje, co by się wydarzyło, gdyby Winchester przespał się z Montressor, i teraz wyszłaby prawda o jej prawdziwej naturze?! ( W tym momencie, mamy przed oczami scenę z Ace Ventury, kiedy główny bohater dowiaduje się, że pani komendant ma w spodniach małego przyjaciela i z rozpaczą, przerażeniem, obrzydzeniem i innymi takimi zażywa oczyszczającego prysznicu klik)
Na ustach Bobbyego Sinegera pojawił się lekki uśmiech. Darzył Deana sympatią, szacunkiem, ale otępiały przez alkohol umysł, sam podsuwał mu takie myśli, i nie mógł nic poradzić, ze były komiczne. Ap ropo Deana - uśmiech zszedł, a pod wąsami pokazał się na nowo grymas niezadowolenia – wyszedł, a raczej wybiegł, rozbudzony wiadomościami od swojego anielskiego kumpla, zostawiając Singera z tą poczwarą sam na sam, nie licząc brunecika w prochowcu. Castiel, pomimo swoich wyczynów, nie należał do najlepszych towarzyszy. Ani nie wypije, ani nie pogada, a jak już pogada to o takich rzeczach, że nie wiadomo czy uciekać, czy udawać mądrego. Do tego świadomość, że to piekielne gówno siedzi w jego domu, pomiędzy rzeczami jego żony, przy jego książkach, była bardzo, bardzo nie miała. I jeszcze nie mógł jej zabić. Ani egzorcyzmować. Chociaż to drugie... gdyby tylko ten anielski sztywniak zniknął na jakiś czas. Bobby mógłby odrobinkę pobawić się demonem, skoro i tak nie ma nic innego do roboty. Bo co może robić stary, sparaliżowany i lekko wstawiony łowca?! Odbierać durne telefony, od durnych łowców, którzy tylko dzięki głupiemu szczęściu wychodzili cało z polowań. Och, gdyby mógł, to by powystrzelał tych idiotów. Dla ich dobra.
Staruszek nalał sobie szklankę taniej whisky i wyjechał z kuchni,z zamiarem zagadania do brunecika w prochowcu, który miał pilnować i demona, i Bobbyego, by ten nie zrobił nic głupiego ich nowemu zwierzątku, a którego nie było w salonie. Pusto. I żadnej kartki, gdzie spierdzielił tym razem. Jak zwykle. Singer westchnął ciężko, odwracając wózek, by wrócić do kuchni po butelkę – nie pomyślał, że mógł zabrać ją ze sobą od razu.
- Twoje zdrowie Bobby. I tego idioty, żeby wyszedł z tego cało. - bursztynowy płyn zniknął ze szklanki. Z kolejną porcją i jeszcze kolejną, stało się to samo. Tak zniknęło pół butelki, a może i trochę więcej. Singer nie znosił swojego stanu. Nienawidził aniołów, za to, co mu zrobiły. Nie tego jedynego, który, pstryknąwszy palcami, sprawił, że nogi odmówiły posłuszeństwa. Nienawidził całej zgrai, z wyjątkiem tego, który uczepił się Dena. Castiel był na warunkowym. I dobrze by było, gdyby okazało się, że postanowił pomóc Winchesterowi podczas spotkania z tym całym Crowleyem. Dlatego zniknął. Bo gdyby nie ten pieprzony wózek, Bobby sam chętnie poszedłby w teren, tym bardziej że chodziło o coś tak ważnego. O coś, dzięki czemu mogliby wygrać. Chociaż i w to, stary, doświadczony łowca, czasami wątpił.
Odstawił pusta szklankę na stół, spoglądając w okno. Ciemność zawładnęła niebem, dekorując je jasną plamą księżyca. Coś zagulgotało w rurach, echem rozniósł się głośny klakson, kierowcy, który próbował ominąć bezdomnego psa, włóczącego się po okolicy. Bobby rozejrzał się po słabo oświetlonym salonie. Był sam. Myśl o egzorcyzmach dla rozrywki powróciła na nowo, bardziej naciskając na mózg, nie pozwalając myśleć o niczym innym. Tak trochę,dla odprężenia, dla zobaczenia czy się nie wyszło ze wprawy. Wózek zaskrzypiał raz jeszcze i zatrzymał się przed, porysowanymi diabelskimi pułapkami , drzwiami do schowka. Poza tym, dzięki egzorcyzmom mógłby się dowiedzieć czegoś więcej. O czymkolwiek. Skrzypienie znowu rozeszło się po cichym domu. Drzwi zaskrzypiały, błagając o naoliwienie zawiasów, a lekko zasnute pijacką mgiełką oczy, spojrzały na dziewczynę z szafy.




avatar
Postać X

Liczba postów : 11
Join date : 26/11/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Sro Paź 09, 2013 4:05 am

/Caaaaan you feeel the livestream tooonight... *zawywa*/

To nie miało w ten sposób wyglądać.
Jedno jedyne zdanie kołatało jej się w głowie przez jakieś pięć minut, od kiedy huknęły za nią drzwi schowka, jakby Dean wyładował na nich całą tę frustrację, której nie wyładował na Cas, tylko dlatego, że chroniła ją śliczna buźka Melissy. Szybko jednak przeszło jej odrętwienie, a wróciła złość na zmarnowane plany, wściekłość, że teraz będzie musiała wszystko zmienić i może, cholera, jeśli wyjdzie z tego żywo, opowiedzieć się po którejś stronie. Zjechała po ścianie na podłogę i głośno wypuściła z ust powietrze. Pomyślała o Crowley'u, zastanawiając się, jaką on podejmie decyzję. Jednocześnie była przekonana, że odda Winchesterowi Colta - znała swojego szefa zbyt długo, i zbyt dobrze, by nie wiedzieć w jaki sposób oszacowywał ryzyko - z drugiej wiedziała, że dobrowolne pozbawienie się wygód pewnie będzie musiał odbić sobie przynajmniej lekkim poturbowaniem Deana i paroma sarkastycznymi uwagami, które w normalnej sytuacji pewnie zaaprobowałaby uniesieniem kącika ust. Kolejną myślą, która pojawiła się w jej pracującej na wysokich obrotach głowie, było: o czym ona, do cholery, myślała. Roztrząsała sprawę Crowleya, która była bądź co bądź tylko jego biznesem - dopóki nie dorwie się do jej tyłka, a ten na razie był w posiadaniu Winchestera i jego niebieskookiego pieska - wściekała się jak jakaś skończona idiotka, jak człowiek, że wszystko co starannie budowała od paru miesięcy runęło... Kiedy powinna myśleć o tym, jak wydostać się stąd teraz. Pułapka ograniczała jej moce i nie była w stanie powiedzieć, czy anioł ciągle znajdował się w budynku. Bez niego byłoby łatwiej, dużo łatwiej, poradzić sobie z emerytem na wózku potrafiła nawet zamknięta w demonicznej pułapce. Ta myśl, uroczo arogancka, przypominająca jej kim była, kim, cholera jasna, nadal jest, przywołała na jej twarz uśmiech, lekko cyniczny, lekko gorzkawy uśmiech, a jednak nadający jej twarzy lekko rozbawiony wyraz. Ten, który jasno mówił wszystkim dookoła, że tylko jego właścicielka znała dowcip, który tak przednio ją ubawił. Była Bene, Bérengère Chavaillaud, której imię już dawno było zapomniane, była demonem, i była niezniszczalna, tak. Dookoła niej mogło się wszystko walić, piekielne trony mogły mieć nowych właścicieli, a ona tylko uniesieniem brwi podsumowywała toczące się głowy ich poprzedników. Była niezmienna, bo zawsze są tacy, jak ona, jak Crowley, jak inne demony z rozdroży; w każdym państwie, każdym królestwie, każdym reżimie, stali, cisi, niezauważalni, spełniający swoje funkcie, dopóki nie przyszedł ich czas. Rozwijali interes na boku, zwijali tyle dusz, ile się dało bez ponoszenia konsekwencji, powiększali swe własne zapasy, snuli plany, te większe i te malutkie; i trwali, bo zawsze było zapotrzebowanie na takich, jak oni. Czemu właściwie postanowiła grać w trochę większą grę? Z nudów? Bo zwietrzyła łatwą okazję? Deanowi Winchesterowi, który sam zatrzymuje się na twojej drodze, nie można było przecież odmówić. Nie poznałaby siebie, gdyby tak zrobiła.
Podjęła ryzyko - i przegrała.
Ale czy na pewno?
Na razie postanowiła opanować złość, bo na nic jej się nie mogła przydać. Nie zostało jej nic, prócz czekania, aż Winchester wróci z Coltem. Nie spodziewała się innych rozrywek, choć wizyta niebiańskiego pięknisia mogłaby jej uprzyjemnić dłużące się godziny czekania. Powinna uspokoić też swoją chęć prowokowania pana Skrzydlatego, ale nie mogła nic poradzić, że na sam widok jego kamiennej twarzy czuła potrzebę wyprowadzenia go z równowagi. Małostkowe i dziecinne, ale cóż mogła poradzić na to, że taka właśnie była? Podobno to grzech, a grzeszyć lubiła piekielnie.
Na razie jednak nie dane jej było otworzyć gęby do nikogo, zzuła więc buty - teatralnym wydęciem warg i pociągnięciem noskiem kwitując fakt, że jeden z nich nie nadawał się już do niczego, po przebiciu go ostrzem; a tak lubiła te kozaczki! - rozwaliła się na tej malutkiej przestrzeni tak, że całe nogi dotykały jej do ściany i siegnęła po pierwszą książkę ze stosu. Potem drugą. Trzecią. Czwartą. Przy piątej - choć żadnej z nich nie skończyła - znalezionym gdzieś w stertach śmieci ołówkiem zaczęła poprawiać opisy na bardziej pikantne. To ją rozbawiło - troszeczkę, choć wystarczającą, by na jej twarzy pojawił się uśmiech. Gdy drzwi się otworzyły, nie zmieniła pozycji, jedynie wydęła usta i skreśliła kolejne zdanie. Dopiero wtedy przekręciła głowę w stronę drzwi z miną, jakby naprawdę nie rozumiała, dlaczego ktokolwiek śmie odrywać ją od tak bardzo inspirujących zajęć.
Och. Jednak emeryt, nie piękniś w prochowcu. Trudno. W tym przypadku przynajmniej była pewna wygranej - bo cóż to za problem wyprowadzić z równowagi sfrustrowanego starca?
- Niezły masz gust, dziadku - skomentowała, unosząc lekko książkę, by nie pozostawić miejsca na wątpliwości, o cóż jej chodziło. Choć zdecydowanie chodziło jej o ogół. O ten schowek. O wystrój domu ogółem. O kurz i smród stęchlizny też. Może i była demonem, ale swoje wymagania miała. Nie po to wyrywała się z piekła, żeby skończyć w takiej norze. - Chłopcy zostawili dziadka samego, więc dziadek postanowił sprawdzić, czy jeszcze się do czegoś nadaje? Śmiało, nie krępuj się. A może pamięć masz równie kaleką, co ciało? - mówiła spokojnie, powoli, choć z nutą pobłażliwego rozbawienia. Zacmokała parokrotnie i westchnęła ze smutkiem. - Jestem dobrą dziewczynką, pomagam starszym i niepełnosprawnym. Exorcizamus te, omnis immundus spiritus... - zaczęła śpiewnie i uniosła brew w niemej zachęcie.
Jeśli kiedyś marzyliście o tym, by zobaczyć coś tak kompletnie absurdalnego, że nigdy wcześniej nawet byście o tym nie pomyśleli, to proszę - demon zaczynający recytować egzorcyzm.
Cóż z tego, że wiedziała, iż nic Singerowi to nie da? Że ona ciągle będzie w swoim ślicznym, blondwłosym ciałku? Musiało to wyglądać komicznie. Ooooch, prawie czuła się jak stara, dobra Cassie! Roześmiała się radośnie, choć nikt normalny nie nazwałby w ten sposób jej śmiechu. Był szalony, gdzieś z czającą się w tle złowrogą nutą i niewypowiedzianym: wiem coś, czego ty nie wiesz.
I pewnie z dodanym na końcu: dziadku.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Paź 27, 2013 5:52 pm

/zakładam, iż, że, Bobby był bardzo miły dla Cassie i zadbał o to, by przez te półtora dnia, kiedy nie było Deana, miała zawsze świeży prysznic wodą święconą i trochę rozrywki, kiedy jej ciałem targały egzorcyzmowe słowa, które może i nie wyrzuciły jej z blond ciała, ale trochę pomęczyły na pewno. No i Bobby się wkurzył tym, że nie może wysłać jej do piekła, że ona mu tak złośliwe gada i grozi, i gada i denerwuje tym słodkim głosem, i jest wściekły że nie może sam poszukać pieczątki, więc częstotliwość pryszniców była duża... Bo ja naprawdę nie czuję boba ;c/

Żwir zatrzeszczał pod kołami Impali, kiedy wjechała na złomowisko Singera. Kierowca, zmęczony, głodny, nieco siny na twarzy i... nawet sam nie wiedział, jaki jeszcze, bo tak wiele się wydarzyło w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin, że nie potrafił do końca się sprecyzować.  Jedyne, co wiedział na pewno to, to, że koniecznie musi się odlać, bo inaczej jego pęcherz wybuchnie. Albo coś w tym stylu. Następnie pozbędzie się demona ze schowka, tak jak sobie życzył tego Crowley, a potem... a potem porządnie się wyśpi. Tak jak nigdy wcześniej – i nawet jeśli miałby do tego użyć cały zapas Bobowej whisky, to zużyje, byle tylko zasnąć szybko, twardo i bez żadnych beznadziejnych snów, które tylko bardziej mąciły w głowie Deana. Bardziej niż dziwne spotkanie Iriss i tego całego Scotta z bonusem w postaci rezolutnej, gadatliwej Brady. Nie, nie chciał wcale przypominać sobie o tym, jak wyglądała brunetka w ramionach tamtego dziwnego Irlandczyka, to samo mu się pojawiło przed oczami, kiedy wchodził do domu Singera. Na szczęście wizja rozmyła się dzięki głośnemu i przerażająco przerażającemu krzykowi, który rozszedł się po domu z prędkością światła, raniąc uszy i każąc sobie wyobrazić najstraszniejsze rzeczy.
- Co tu się do cholery dzieje? - niemal krzyknął, kiedy znalazł się przy schowku, w którym zamknął Cassie. Powódź na podłodze, wściekła twarz Bobby’ego i jeszcze bardziej wściekłe spojrzenie Cassie, której woda święcona spływała po twarzy, nie świadczyły o niczym dobrym.
- Rozmawiamy sobie – warknął staruszek, odkładając na kolana pusty baniak, kiedy odwrócił się w stronę Winchestera – Poznaliśmy się lepiej, lubię wiedzieć, jakie świństwo siedzi pod moim dachem – dodał z uroczym grymasem na ustach, prawie przejeżdżając wózkiem po stopach Deana, kierując się w stronę kuchni. Łowca w porę odskoczył, podążając wzrokiem za staruszkiem.
- Gdzie jest Cass?  - o, to bardzo chciał Dean wiedzieć. Nie było go tutaj, co było bardzo widoczne, bo nie sądził, że Castiel pozwoliłby Bobbiemu na takie zabawy z demonem a na... modlitwy Deana też anioł nie odpowiadał, więc chciał wiedzieć, gdzie jest. Chociaż nadzieja, że Castiel powiedział cokolwiek Singerowi, zanim zniknął była znikoma.
- A czy ja wyglądam jak niańka tego anielskiego tyłka? Wystarczy, że mam demona w domu, który....Co ty do diabła robisz?! - Singer zatrzymał się w progu kuchni, patrząc na Deana jak na wariata, szaleńca, idiotę, dupka, cokolwiek, kiedy chłopak zdrapywał sztyletem farbę z podłogi, tym samym niszcząc diabelską pułapkę, która skutecznie trzymała Montressor w schowku.
- Uwalniam Cassie – łowca spojrzał na demona wzrokiem wcale nie szczęśliwym, że musiał to zrobić. Ale umowa to umowa. Miał to, co chciał mieć, bezpiecznie ukryty we wewnętrznej kieszeni jego kurtki, przypominając o sobie ciężarem, więc musiał dopełnić swoją część umowy. Nawet jeśli nie do końca mu to pasowało. Nie. Wcale to nie tak, że mu nie pasowało. Ale nie przyznalby się do tego, że umowa z Crowleyem tylko rozwiązała jego problem co z nią zrobić, bo do tej pory sam nie wpadłby na pomysł co zrobić. Bo wiedział, że zabijać nie chciał. I nie lubił tej wiedzy. Przynajmniej jeszcze jej nie lubił.  - Wychodź, zanim zmienię zdanie – uśmiechnął się krzywo, chowając ostrze do buta. Singerowi wyjaśni wszystko później, kiedy będą sami, co pewnie stanie się za moment, na co w sumie liczył. Idź Montressor, jesteś wolna.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Nie Paź 27, 2013 9:02 pm

- ...naprawdę mógłbyś zmienić repertuar, święcona zaczyna mnie nudzić - nie dane jej było skończyć, bo nic sobie nie robiąc z jej słów, przestarzały łowca chlusnął jej w twarz wodą. Niezliczony raz w ciągu ostatniej dobry wrzasnęła, przeraźliwy ból mieszał się z wściekłością, że w żaden sposób nie mogła powstrzymać tortur. Albo inaczej. Mogła, ale nie chciała. Miała zamiar się stąd zmyć, zanim pojawi się Winchester, ale zmieniła zdanie. Kolejny raz postanowiła zaryzykować. A może zwyczajnie nie mogła sobie darować miny Deana, kiedy pojawi się w domu Singera z Coltem w kieszeni kurtki. Otworzyła oczy, patrząc pomiędzy strużkami pary i krzywiąc się na myśl, że ulatywały one od jej ślicznej buźki.
- Dean. Tęskniłam - wydusiła z siebie słabym głosem, specjalnie słabszym niż powinna (choć bardzo wiarygodnym), bo choć tortury torturami pozostawały, woda święcona paliła jak najgorsze skurwysyństwo, a słowa egzorcyzmu próbującego wbrew woli pieczęci wyrwać ją ze zgrabnego ciałka męczyły, nie było z nią aż tak źle. Jednak nie mogła darować sobie tej wściekłości w oczach, tak kontrastującej z jej wymęczonym głosem. Zresztą, ten krzyk sprzed chwili dał Winchesterowi chyba wystarczający ogląd na sytuację. Wujaszek Bobby nie miał zamiaru się mitygować i przez ostatnie dni zapewnił Cassandrze niezapomnianą rozgrywkę. Czy to ludzkie ścierwo w ogóle sypiało? Biorąc pod uwagę, że kąpiele solne odbywały się wręcz z niezdrową regularnością, Montressor szczerze w to powątpiewała. - Nie większe niż jego właściciel - skomentowała odpowiedź Singera, spluwając mu pod nogi (a raczej koła). Oparła się o ścianę, kiedy mężczyźni odeszli od schowka. Rzucanie się za nimi nie miało najmniejszego sensu, jedynie podjudziłoby jej frustrację, gdy siła pułapki odrzuciłaby blondynkę z powrotem do wnętrza. Brew uniosła się, zupełnie niezależnie od jej tymczasowej właścicielki, kiedy Cassie podpisałaby się pod słowami Singera. Brew powędrowała jeszcze wyżej, gdy Montressor usłyszała wyjaśnienie łowcy. Spojrzenie natychmiast powędrowało na jego twarz, szukając w niej odpowiedzi. Te przyszły natychmiast, wywołując odrobinkę zaskoczenia, a odrobinę sentymentalnego rozbawienia.
- Byłam częścią umowy? - upewniła się nie kryjąc rozbawienia w głosie i pokręciła powoli głową. Głupcy. Obaj. Nie wątpiła, że Crowley ofiarując jej "wolność" chętnie położy teraz na niej swoje łapska i spuści łomot większy niż ten, o jaki kiedykolwiek mogła postarać się ta dwójka łowców. Może ich anioł... Ale o tym nie chciała myśleć. Pierzaste zabaweczki nieba nadal były zbyt nieznane i... przerażajace, by chciała myśleć o tym, ile bólu i w jakiej postaci mogły zapewnić nawet najbardziej wytrwałym w piekielnych męczarniach. A Bene nigdy do tych wytrwałych nie należała.
Nie w tej dziedzinie.
Przestąpiła krok do przodu, niepewnie, jakby miała wrażenie, że Dean wcale jej nie uwalnia - choć przecież nie miała co do tego wątpliwości. Nawet jeśli jej krok nie był szczególnie stabilny, to jej twarz nie wyrażała najmniejszych wątpliwości, maska obojętności z lekko kpiącym uśmieszkiem i ogniem w oczach. Drugi krok. Trzeci. Uśmiech się poszerzył, posłała buziaka Singerowi i ruszyła w kierunku drzwi. Przekroczyła próg i tyle ją widzieli - przez najbliższą godzinę. Były pewne priorytety. Jedną z nich był samochód, nadal zaparkowany na obrzeżach dymiącego kościółka. Nie udało jej się ukryć weschnięcia ulgi, kiedy zastała cadillaca w takim stanie, jakim go zostawiła. Otworzyła bagażnik, szybko przeglądając rzeczy, które miała przy sobie. Nie chciała udawać się do Dallas. Nie teraz, kiedy miała wrócić do Winchestera, a ten przy odrobinie bezczelności mógł chcieć przeszukać jej dobytek i go zarekwirować. Wykazałby się wtedy skończonym idiotyzmem, bo Bene potrafiła chronić swoją własność, nawet tę umieszczoną w bagażniku cadillaca. Nie mogła jednak pozwolić sobie na... ryzyko. Tylko, że frustracja pojawiła się w jej oczach, kiedy dotarło do niej że nie ma przy sobie nic, nic, co mogło wyrównać jej szansę w starciu z aniołem. Musiała załatwić sobie anielskie ostrze. Jak najszybciej. Z wściekłością zatrzasnęła drzwi bagażnika i usiadła za kółkiem, wciskając do oporu pedał gazu, nie zawracając sobie głowy rozpędzeniem i zajeżdżając skrzynię biegów. Dokładnie czterdzieści pięć minut później znalazła się na obrzeżach Douglas. Wkroczyła do domu jak do swojego, kierując się bezpośrednio do kuchni. Tak jak się spodziewała, zastała w niej Singera. Ułamek sekundy później miała w dłoniach nóż, zwykły, kuchenny nóż należący do właściciela tej ruiny, a w następnym - wbijała go w jego wątrobę, uśmiechając się słodko. Odwróciła się w stronę Deana z zakrwawionym ostrzem w dłoni. Deana najprawdopodobniej zaalarmowanego hałasem, bo kto wie, co zdążył zrobić przez tę prawie godzinę.
- Rozmazał mi makijaż - powiedziała głosem wypranym ze wszystkich uczuć, oprócz nuty okrucieństwa i w kolejnej sekundzie znalazła się przy zlewie, spokojnie obmywając nóż z krwi jego właściciela. Potrząsnęła nim i wytarła w ścierkę, zanim odłożyła na miejsce, z którego go zabrała. - Och, daj spokój, Deany. Ma parę godzin zanim się wykrwawi. Bardzo bolesnych godzin. Do tego czasu wasz aniołek się znajdzie. - Oparła się o szafkę przyglądając mężczyznom. Bobby przestał ją interesować, a Dean na razie nie wyglądał na szczególnie niebezpiecznego. Nie wątpiła, że będzie wściekły przez to, co zrobiła jego wujaszkowi, ale Cassie nie mogła darować tego kalekiemu łowcy. Nie mogła darować dwóch dób bardzo mało innowacyjnych tortur, godzin bólu, rozkładającego się ciała i naprawiającego dzięki jej demonicznym mocom. Nie musiała się tłumaczyć i nie miała zamiaru. Jednak pewne rzeczy są stałe na tym świecie. Nie przechodzisz do porządku dziennego nad tym, że ktoś z przyjemnością by ciebie zabił, a przynajmniej próbował - gdyby trafiła do piekła teraz, po tym, jak sprzedała Crowleya, jej los był bardziej niż niepewny. Jednak Crowley dał Deanowi Colta i wraz z chwilą użycia go przez Winchestera, sam stanie się zbiegiem. Nie wątpiła, że jej czerwonooki szef już spakował manatki, zabił swoich pomagierów i zaszył się w jakimś paskudnym miejscu, gdzie nikt nie potrafiłby go znaleźć. A Cassie? Co zostało Cassie? Mogła teraz polecieć do Lu albo... zostać tutaj. Zająć stronę Winchesterów. Nie było trzeciej opcji. Nie teraz. Później... Wszystko zależało od przebiegu sytuacji. - Zjesz coś? I tak nie zaśniesz, dopóki ten stary skurwiel nie poczuje się lepiej. W międzyczasie możesz mi opowiedzieć, jak masz zamiar dorwać Gwiazdeczkę - rzuciła, otwierając lodówkę i krzywiąc się na widok jej zawartości. Wielkie nic. Gdyby wiedziała, po drodze po samochód wpadłaby do jakiegoś spożywczaka. Może nawet nie okradłaby go, tylko zapłaciła. Jak człowiek.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Pon Paź 28, 2013 9:41 am

Kiedy demon opuścił posiadłość Singera, Dean uciszył dłonią staruszka, który nie przestawał narzekać, klnąc i wyzywać Winchestera od idiotów, i zrobił to, na co miał ochotę od dobrych parudziesięciu minut. Toaleta. Bo są priorytety i priorytety, prawda?
W ciągu godziny, która nie wydawała się przynieść niczego złego, Dean zdał raport Bobbiemu z tego, co działo się w Kansan, pomijając nieoczekiwane spotkanie z Sheppard i Tennysonem, skupiając się na osobie Crowleya, na Colcie, którego łowca ściskał mocno w swoich dłoniach, w zamian dostając informację o tym, czego dowiedział się Bobby podczas regularnych hydroterapii swojego gościa. Czy Dean był tym zdziwiony? Trochę na pewno. Mało który demon bawił się w takie coś, a to... to mogłoby być nawet w jej stylu. To było w stylu Cassie. Jednak nie rozwodził się pan Winchester nad tym, bo w tym momencie to nie był już jego problem. Aktualnie głowę blondyna zaprzątała chęć prysznicu, kolejny telefon do brata (nie ustąpił, a nawet zaczynał się martwić o młodego. Mimo wszystko nie dawał znaku życia, pomimo tylu wiadomości, co było niepokojące dla Deana, który prawie całe swoje życie poświęcił na opiece nad bratem) i to spanie, długie spanie, które miało być upragnionym i zasłużonym odpoczynkiem po tych kilku, beznadziejnych dniach. I nic, nic a nic nie miało prawa tego idealnego planu popsuć...
Wychodził właśnie z łazienki, pachnący, czysty, rozluźniony, mniej obolały i w ogóle, kiedy bluzgi i krzyk Bobbyego dotarły do niego, stawiając łowieckie instynkty w pełnej gotowości. W kuchni był chwilę po tym, jak Cassie wyjęła z Bobbyego nóż. Krew barwiła koszulę staruszka szybko, wyciekając pomiędzy jego palcami, które starały się uciskać ranę. Cały arsenał przekleństw pod adresem demona wyleciało z szybkością karabinu maszynowego z ust Deana, który rzucił się do Bobbyego, by ocenić szkody, jakie wyrządziło to przebrzydłe, okropne, nieczułe i do tego irytujące babsko
Chwilowe rozproszenie Cassandry spowodowane oględzinami zawartości małej, Singerowej lodówki, wykorzystał Dean, by złapać mocno za te blond włosy i uderzyć głową dziewczyny o kuchenną szafkę i to nie raz, nie dwa a kilka razy, wyładowując na niej frustrację dnia poprzedniego, marząc jedynie o tym, by się jej pozbyć. Raz na zawsze. Żałował, tak bardzo żałował, że nie skończył z Cassie wtedy, kiedy miał do tego okazję. Tak po prostu, czysto, bez żadnych sentymentów. Sztylet w serce, w gardło, gdziekolwiek, gdzie by unicestwił to małe, wredne piekielne ścierwo. A tak, to miał na sumieniu wykrawającego się Bobby’ego, który charczał pod nosem przekleństwa pod adresem demona, coraz słabiej przyciskając do rany ścierkę. Strach o staruszka, wściekłość na Montressor spotęgowana do bilionowej liczny, o ile się tak dało, spowodowała krwawe plamy na kuchennym blacie, garść wyrwanych jasnych włosów w dłoni Deana i mordercze spojrzenia, którymi wymieniał się łowca z demonem. Gdyby w tej chwili miał przy sobie sztylet, ten sztylet, to już dawno tkwiłby w piersi blondynki. Ale nie miał, na szczęście dla niej, na nieszczęście dla siebie. Nie spodziewał się przecież, że demon wróci. Właściwie, to miał nadzieję, że więcej jej nie zobaczy, że Crowley, a nawet nie on, tylko jego pomagierzy, dorwą się do niej przy pierwszej lepszej okazji i zrobią porządek. Zamiast tego, wpada tutaj, jak do siebie, rozsiewając wszędzie paskudny zapach siarki, raniąc Bobby’ego i z całą demoniczną klasa, bezczelnością wylewającą się z jej ust, gestów i, na bogów i wszystkie ciasta na świecie, jak Dean w tym momencie, w tym jednym, w kuchni Singera, jak on jej nienawidził. Ciężko oddychał, jakby przebiegł dobre kilkadziesiąt metrów, patrząc jak, Montressor podnosi się z podłogi, na którą upadła, kiedy puścił jej włosy.
- Exorcizamus te, omnis immundus spiritus...
- Niee...nie możesz – ochrypły i słaby głos Singera nie przebijał się przez szumiącą w uszach Deana krew, kiedy kolejne słowa egzorcyzmu opuszczały usta łowcy, mimo że tak, wiedział, że nie mógł, że Cassandra była zapieczętowana w ciele Melisy, ale teraz był w takim stanie, że nawet o tym nie myślał. Liczyło się tylko to, by się jej pozbyć... Nie. Teraz liczyło się tylko to, by uratować Bobbyego, który wykorzystując ostatnią siłę, jaką miał w sobie, rzucił w kierunku Winchestera ‘idiota’, zanim stracił przytomność. To nieco ostudziło łowcę, wyrwało z szaleńczej wizji rozerwania Cassandry własnymi rękoma i zmusiło do tego, by w końcu zrobił to, co powinien zrobić od razu – zająć się Bobbym.
- Castiel, do kurwy nędzy – warknął w przestrzeń kuchni, krzywiąc się, nie z obrzydzenia, a z własnej niemocy, kiedy nieporadnie próbował przycisnąć kuchenną ścierkę do rany staruszka. To nie tak miało być. Nie. Wszystko szło nie tak, jak sobie to zaplanował, przecież to miał być spokojny wieczór. Jeden spokojny wieczór. Czy on za dużo oczekiwał?!
- Bobby trzymaj się, słyszysz stary draniu – szepnął kilka razy, mając nadzieję, że jakoś dotrze do Singera. Na twarzy tego młodszego mężczyzny malowało się przerażenie pomieszane ze złością, kiedy zawołanie po raz kolejny anioła na nic się nie zdało. Singer umierał i to przez niego, nawet jeśli to nie on wbił ten cholerny nóż, to i tak czuł się winny. Jedynym wyjściem, o ile za sekund parę Castiel nie ruszy swojego tyłka do kuchni Singera, będzie wezwanie pogotowia, co wiązało się z tłumaczeniami co, jak i dlaczego, co nie było wskazane. Bardzo niewskazane.
- Przysięgam, że rozerwę cię własnymi rękoma. Nie ważne, gdzie uciekniesz, znajdę cię i wypatroszę – warknął, posyłając gniewne spojrzenie Cassandrze, w duchu cały czas nawołując Castiela, pokładając w nim całą swoją nadzieję.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Pon Paź 28, 2013 2:10 pm

Nie powinna się odwracać się tyłem. Winchester był bardziej nieprzewidywalny i targany wściekłością, niż sądziła. Dawała sobie jeszcze minutę... dwie... zanim łowca oderwie się od załamywania rąk i ronienia łez nad staruchem. Pomyliła się, na swojej nieszczęście, gdy głowa uderzyła w blat stołu. Nie była jednak bezwolną kobietką, odepchnęła więc Winchestera gdy jego uścisk na jej włosach po drugim czy trzecim uderzeniu osłabł, posyłając mężczyznę w kierunku stołu i rozwalając mebel doszczętnie. Pierś unosiła się i opadała, ukazując dowód ciężkiego oddechu, ale twarz Cassandry znaczył szeroki uśmiech, nie zwiastujący niczego dobrego. Otarła usta z drobiny krwi i strząchnęła dłoń. Krwi powstałej, gdy Dean raz po razie uderzał jej głową o szafkę, nietrudno było o rozcięcie wargi o jej brzeg. Pokręciła głową, cmokając dezaprobująco, gdy usłyszała pierwsze słowa egzorcyzmu. Krok stał się wolniejszy, przymknęła na chwilę oczy, ale nie przerwała swojej wędrówki w stronę Winchestera, jedynie krzywiąc się gdy egzorcyzm walczył z pieczęcią. Nie zdążyła jednak przywalić mu z pięści w buźkę, bo Winchester sam przerwał, rzucając się w stronę omdlewającego Singera. Już? Cienias. Złapała się ręką za brzeg szafki, tej samej, o którą tak niedawno uderzała głową. Kolejna próba wyrzucenia jej z ciała była bardziej dewastująca, niż Cass kiedykolwiek mogła podejrzewać. Nie pozwoliła łowcy zająć się dziadkiem, zamiast tego niby od niechcenia posyłając go na przeciwległą ścianę.
- Powiedziałam... że... w międzyczasie... możesz opowiedzieć... jak chcesz... dorwać... Gwiazdeczkę. - Centymetr wyżej. Kolejny. Słowa cedzone przez zęby znaczyły powolną drogę Deana wzwyż po ścianie. Przekręciła dłonią, a głowa mężczyzny wygięła się do tyłu. Przez chwilę przyglądała się jego szyi, tak perfekcyjnie odsłoniętej, patrzyła na pulsującą żyłę, którą wystarczyło przeciąć jednym prostym ruchem. Tak blisko i tak daleko. W głowie Cassandry rozgrywała się partia szachów i w przeciwieństwie do Deana, nie miała problemu z odrzuceniem sentymentalizmu. Nie była słabym człowiekiem, już od wielu wieków nie, i nawet jeśli jej zachowanie... zbyt często zahaczało o granice człowieczeństwa, to była tylko kwestia przyzwyczajenia. Skłonności do grania postaci, zawierania umów z tymi śmieciami, spędzania zbyt wiele czasu w ich otoczeniu. Teraz spokojnie przesuwała pionkami po szachownicy, niewzruszona, palcem rozmazując plamę krwi, swojej krwi-nie, krwi Melissy, zdobiącą kuchenny blat.
- Nigdzie się stąd nie ruszam, Deany. - Wraz z tymi słowami Winchester opadł na podłogę. W razie konieczności, przy każdym gwałtowniejszym ruchu, wyląduje na ścianie znowu. Dzieliła ich cała szerokość kuchni, a Dean nadal był tylko człowiekiem. Nie mógł zaatakować jej bez ostrzeżenia. Nie teraz. - Nie przejmuj się tym... nim. Powiedziałam, że przeżyje, to przeżyje. Chcę wiedzieć, jak masz zamiar zabić Lucyfera. Crowley nie uraczył cię miłą przemową? Nie? To pozwól, że ja to zrobię...Stój tam - Dean próbował przestąpić krok w jej stronę, gdy Cassie machnęła ręką a siła znowu przycisnęła Winchestera do ściany. Nie uniosła go, jedynie znowu na parę chwil pozbawiła władzy nad ciałem. - Nie mam zamiaru stać po przegranej stronie, Dean. A już na pewno nie po tej, która ma zamiar mnie zabić, kiedy przestanę być potrzebna. Kiedy wszyscy przestaniemy być potrzebni. Wiesz, podobał mi się świat sprzed Apokalipsy... a ta sytaucja nie cieszy mnie bardziej, niż ciebie. Nie odtrącaj pomocy, kiedy tkwisz po uszy w gównie. Myślisz, że poradzisz sobie sam, z kalekim starcem i zbuntowanym aniołem? Bo Sam nadal się nie odzywa, prawda? - Uniosła brew, jedyny znak jakichkolwiek... 'emocji' w tej tak bardzo pozbawionej jakichkolwiek uczuć przemowie. - Pomyśl, co to może oznaczać. - Wzruszyła ramionami. Wszyscy wiedzieli, kim był Sam Winchester i dlaczego tak bardzo zależało na nim Lucyferowi. Cass zdawała sobie sprawę z tego, że nie powiedział Szatanowi "tak", ale nie przeszkodziło jej zasugerować tego Winchesterowi. Wszystkie wnioski, błędne wnioski, wnioski sugerujące że siedzi po uszy w gównie - piękny kolokwializm, swoją drogą, sprawiały, że chętniej podejdzie do propozycji sojuszu. Bene wiedziała, że może się im przydać... bardziej, niż łowca mógł podejrzewać. Mógł nie chcieć współpracować z demonem, szczególnie takim, który przed chwilą poćwiartował wątrobę jego cudownego wujaszka, ale... wiedział do czego była zdolna. Och, a poza tym... Elementarna zasada. Nie odtrącasz pomocy od kogoś, kto trzyma cię w szachu.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Lis 10, 2013 4:55 pm

Wściekłość. To chyba jedna z niewielu emocji, która od jakiegoś czasu nie opuszczała go ani na chwilę, zawsze będąc w pogotowiu, by móc wybuchnąć, rażąc swoją siłą i odbierać jasne myślenie. Tak jak tu w kuchni, gdzie na wózku bezwiednie siedział wykrwawiający się Bobby, gdzie Dean nie mógł się ruszyć, bo kompletnie zapomniał w chwilowym amoku, z kim ma do czynienia. I to zapomnienie skutkowało przybiciem do ściany niewidzialną, piekielną siłą, której nikt nie dał rady się oprzeć. No, może nikt oprócz Sama. Inna bajka.
Wściekłość wypełzła na jego twarzy, czerwonej od złości, wysiłku, bólu i wykrzywionej w wyrazie frustracji. Nie znosił tanich sztuczek demonów, nie znosił tego, że Bobby nie pomyślał, by cały dom naznaczyć piekielnymi pułapkami, które uniemożliwiłby takie zagrywki, nienawidził siebie, za to, że doprowadził do takiej sytuacji. To była jego wina. Wielki łowca po raz kolejny wziął na swoje barki odpowiedzialność za zło całego świata, wyrzucając sobie, że nie zabił jej kiedy miał możliwość. Jeszcze przed pójściem po Colta. A teraz nie mógł. Bo umowa z Crowleyem mu na to nie pozwalała. Bo był przyciśnięty do tej pierdolonej ściany, i nawet jeśli teraz czuł pod stopami podłogę, to i tak było to cholernie wkurwiające, a dokładając do tego słodki głosik Montressor, który rozchodził się po zdezelowanej kuchni, wkurwienie rosło o jakieś dwadzieścia punktów.
- Myślisz, że tak po prostu powiem ci, jak mam zamiar ubić sukinsyna? Serio? A potem pójdziemy, napijemy się piwa i pogadamy o samochodach, jak za dawnych dobrych czasów. Możemy jeszcze wymienić się kosmykami włosów na przypieczętowanie przyjaźni na nowo - jeśli Cassie liczyła, że przemówienie, które zafundowała Deanowi, przekona go do tego, że jest po ich stronie, to się przeliczyła. Nie dał sobie tego wmówić, nie zamierzał nawet przez chwilę myśleć, że jej słowa są prawdą. Już raz się poślizgnął na takich gównianych mowach, więcej razy nie zamierzał tego robić. A to wszystko dlatego, że w tym momencie, w tych słowach, które blondyna wypluwała, zauważał więcej Ruby niż Cassie. Nie powinien porównywać, nie powinien łączyć obu demonów, ale to samo prosiło się o to. Nawet jeśli Cass była... inna niż Rub, to nie można było jej ufać tak samo mocno jak tej drugiej.  Nawet jeśli to właśnie urocza blondynka pomogła mu w odnalezieniu Colta, to i tak o niczym nie świadczyło. Ruby też im pomagała, też się podkładała, by na końcu ukazać swoją prawdziwą, parszywą mordę. Z Cassandrą mogło być podobnie. I nawet jeśli miał po swojej stronie tylko niepełnosprawnego starca i anioła, który był kompletnie głuchy na jego modlitwy, nie czuł się jeszcze tak zdesperowany, by uciekać się po pomoc do bestii z czerwonymi ślipiami. Bo gdzieś tam był jeszcze Sam, w którego Dean mimo wszystko wierzył, bo to był Sammy, jego mały braciszek, który w końcu by się opamiętał i porzucił dumę, tak samo jak zrobił to Dean wydzwaniając do niego co jakiś czas. Wierzył i dlatego, gdy dziewczyna wspomniała o młodszym Winchesterze, na twarzy Deana pojawiło się jeszcze większe skrzywienie. Nie podobała mu się ta pewność w głosie demona, jakby wiedziała dlaczego... jakby wiedziała, dlaczego jego brat milczy. A pierwszy powód, jaki mu przyszedł do głowy, to ten, że Sam wrócił do nałogu. Nieświadomy tego, że Sam jest drugim naczyniem. Nie wpadł na to, nie zastanawiał się, mimo że było to logiczne. Skoro on jest pierwszym naczyniem, starszego Michała, to Sam... ale nie, w tej chwili myślał tylko o tym, że jego mały braciszek znowu ćpa tą brudną krew i bawi się w superbohatera. Była jeszcze opcja, że Cassie próbuje go jeszcze bardziej wkurzyć, bo przecież demony kłamią. Niemal tak samo dobrze jak anioły.
- O czym ty pierdolisz? - zmrużył oczy, próbując jakoś oderwać się od ściany, bez efektywnie oczywiście, bo Cass nadal nad nim panowała. Dziwka.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Pon Lis 11, 2013 1:03 am

Obserwowała go uważnie, choć wydawać by się mogło, że od kiedy Dean wylądował na ścianie, a Singer zemdlał, nic w tym domku nie wydawało jej się interesującego. Może oprócz Colta i sztyletu, ale to zupełnie inna kategoria. Gdyby nie była bardzo uporządkowana w podejmowanych przez siebie decyzjach i nie zmieniała ich, o ile nie miałaby naprawdę poważnych powodów (związanych z jej życiem, zawsze i wyłącznie), kusiłaby ją myśl o zabraniu Winchesterowi tych broni i zniknięciu, zanim zdążyłby się pomodlić. Bo to robił, prawda? Prosił w myślach swojego anioła, żeby ruszył swój pierzasty tyłek (wręcz słyszała jak Dean wypowiada te słowa, co wywołało malutką, mimowolną falę rozbawienia) i uratował starca. Cassandra mogłaby powiedzieć, że w swojej opinii uczyniła Singerowi przysługę. Rzadko kiedy widywała tak zgorzkniałych, nieszczęśliwych, żałosnych ludzi jak on. A widywała ich wielu – stanowili siedemdziesiąt procent jej petentów, zostawiając trochę miejsca karierowiczom, spragnionych władzy, pieniędzy i splendoru.
Widziała wściekłość szamoczącą Deanem. Nawet nie kłopotał się, by ją przed nią ukryć. I dobrze. Mniej męczenia się z czymś, co i tak było niemożliwe do ukrycia. Nie mówiąc o tym, że nie miał do tego żadnych powodów. Oboje wiedzieli, jak wyglądała ta sytuacja. Cassie wiedziała nawet, jak się ona skończy.
- Właściwie wolałabym kawę – wtrąciła, rozglądając się po kuchni i otwierając szafki w poszukiwaniu ciemnego proszku. – Masz ochotę na kawę, Dean? – spytała z przesadną kurtuazją, odwracając się w stronę mężczyzny i potrząsając puszką. Zaśmiała się nawet, nieco szalonym, bardzo zimnym śmiechem. Wymienianie kosmykami włosów. Dobry dowcip, Di. Naprawdę dobry dowcip. Wargi wygięły się ku górze, gdy jej spojrzenie powędrowało na blond pasma wśród rozmazanej krwi. Naprawdę dobry dowcip. Westchnęła cicho, żałując, że Deany nie był kobietą, by mogła posłać teraz w jego stronę nóż, zgrabnie, bardzo teatralnie obcinając kosmyk jego włosów. Tak mogła narazić go na przypadkową bliznę. Szkoda by było.
Mówią, że wszystkie demony są takie same. To zasadniczo prawda. Różniły je małe szczegóły, dla ludzi i łowców nieznaczące. Kolor oczu był najwyraźniejszą, pozycja w piekle, ilość wpływów, miejsce zamieszkania. Każdy kto był tutaj, na ziemi, radośnie panosząc się w mięsnym garniturku, był o klasę wyżej, niż skłębione, czarne dusze na dole. Nic dziwnego, że Bene nie wzbudzała w Winchesterze pozytywnych uczuć, ani chęci rzucenia się jej w ramiona, by zawrzeć przymierze krwi. Demony z natury były sadystycznymi, podstępnymi skurwielami i Cassie nie pokazała mu nic innego. Nie miała zamiaru kłócić się z tą etykietą, twierdzić, że jest inna niż reszta. Bo była dokładnie taka sama. Była demonem… Demonem interesu, żeby być dokładnym. I czuła się z tym zajebiście.
Zawierała umowę i to samo miała zamiar zrobić z Deanem. To miał być czysty układ biznesowy. Ona pomaga im, oni kończą kwestię apokalipsy raz na zawsze. Mogłaby rozwinąć własny interes. Po co komu dostarczanie dusz do piekła, skoro lepiej zatrzymać je pomiędzy, czerpiąc z nich siłę? To był dobry pomysł, do tej pory bardzo niemożliwy do zrealizowania. Gdyby Winchesterowie zlikwidowali Lucy… Cóż. Kto wie, jak wtedy będzie wyglądała sytuacja w piekle, pozbawionym już wszystkich przywódców. Ta hydra mogła upaść po odcięciu ostatniej głowy. Kto wie.
Winchester nie wiedział na pewno jednego. Zaskoczyło ją to tak bardzo, że z jej ust wyrwał się śmiech. Winchester nie wiedział.
- Ty naprawdę nie masz pojęcia – powiedziała powoli, z niemogącą umknąć nutą zachwytu w głosie. Podeszła bliżej, ignorując czajnik wody, który właśnie zaczął się gotować, skacząc po płycie. – Nie wiedziałeś, że twój brat jest naczyniem Lucyfera – powtórzyła z fascynacją. – Myliłam się. Ty nie tkwisz po uszy w gównie. Ty cały jesteś nim zakryty – dodała rozbawiona, uśmiechając się lekko i odwracając, by zalać kawę. Nie powiedziała nawet słowa więcej. Sam poprosi o informacje. Dean Winchester wreszcie zrobi się rozmowny. Nie wątpiła w to.
Znała go, prawda?[/i]
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach