Dom Bobby'ego Singera

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by † Castiel † on Nie Gru 08, 2013 10:37 pm

Po tym, jak dwa dni temu Dean dowiedział się od Montressor, że broń, którą szukają od długiego czasu może posiadać Król Rozdroży, wraz z aniołem postanowili spróbować swoich sił w dowiedzeniu się prawdy. Kiedy tylko Castielowi udało się odnaleźć kryjówkę Crowleya, wiedział, że nie będzie w stanie pomóc Winchesterowi. Dopiero kiedy mężczyzna dostanie się do środka, będzie mógł zniszczyć enochiańskie symbole, którymi to miejsce było strzeżone. Jednak ku ich zaskoczeniu, demon dobrowolnie oddał Colta starszemu bratu i stwierdził, że chce, by powstrzymali Lucyfera. Postawił jedynie jeden warunek. Demon, którego zatrzymali w domu Bobbiego Singera musiał uzyskać wolność. Casowi nie podobało się to rozwiązanie. Nie wiedział dlaczego kreatura chce jej wolności ani do czego będzie mu potrzebna i ta niewiedza właśnie nie podobała mu się. Nigdy nie należało ufać żadnemu słowu tych piekielnych pomiotów. Mimo to, że zdążył się już przekonać, że jego rodzina, za którą do niedawna podążyłby bez żadnych pytań nie była lepsza, to jego opinia dotycząca demonów nie zmieniła się. Był pewien, że blondynka powiedziała im o rewolwerze tylko i wyłącznie w akcie desperacji, rzucając ostatnią kawę przetargową na ławę. Chyba tak właśnie ludzie nazywali takie zachowanie.
Chciał oszczędzić śmiertelniczkę, w której siedziała demonica. Nadal był całkowicie przeciwny poświęcania życia niewinnych osób dla ogółu. Nie po to prowadzili tą wojnę. Nie dlatego sprzeciwił się rozkazom. Istnienia, które nie pchały się świadomie w środek walk należało ocalić. Wydawało się też, że Dean, nie będąc pewien z kim wcześniej był zaznajomiony, nie chciał krzywdzić dziewczyny. Castiel jednak obawiał się, że naczynie używane jest przez nią już tak długo, że nie można było mieć nadziei ani na ocalenie człowieka, ani na to, że wcześniej Winchester rozmawiał z prawowitą właścicielką tego ciała. Powstrzymał się jednak przed informowaniem o tym zielonookiego. Priorytetem było zdobyć legendarną broń.
Ponieważ w głowie szatyna nadal rozbrzmiewało 'anielskie radio', jak przyzwyczaił się zwać to jego towarzysz, nie mógł nic poradzić na to, że usłyszał o śmierci proroka. Chuck Shurley był ostatnim ujawnionym profetą, lecz za każdym razem, gdy prorok ginie, jedno z pozostałych ludzi wyznaczonych do tego zadania zostaje obdarzone jasnowidzeniem. Tego właśnie chciał się dowiedzieć Castiel, zanim wróci do domu Bobby'ego Singera. Pomimo że Dean postanowił znów jechać swoim samochodem, do celu dotarł o wiele wcześniej. Anioł zjawił się około godziny po jego przyjeździe, a na miejscu zastał chaos. Blondynka najwyraźniej w jakiś sposób wydostała się z pułapki i raniła starszego mężczyznę. Niebieskooki prosił Winchestera, by nie wypuszczał Cassie zgodnie z życzeniem Crowleya przed jego powrotem, ale nie wiedział czy mężczyzna będzie miał na tyle opanowania, by postąpić słusznie. Cała ta sytuacja wyprowadzała zielonookiego z równowagi.
Brunet w prochowcu pojawił się znienacka w rogu pomieszczenia, a obserwując zaistniałe zdarzenia przez sekundę poczuł lekki dyskomfort gdzieś w tułowiu jego naczynia. Czy tak ludzie odczuwają zaskoczenie? Strach? Nie był pewien, ale chyba to właśnie odczułby człowiek zastając na miejscu taką scenę. Upewniając się, że Dean nie odniósł żadnych poważnych obrażeń zmiótł dziewczynę z nóg swoją siłą woli. Była na tyle zaskoczona, że mężczyzna tkwiący pod sufitem opadł na ziemię, a jemu dało to wystarczająco dużo czasu, by zając się człowiekiem na wózku. Przyłożył dłoń do jego boku i zasklepił wszystkie jego rany, likwidując ryzyko jego śmierci. Bobby jednak pozostał nieprzytomny, ponieważ Castiel sądził, że ten tymczasowy stan będzie bardziej przydatny w sytuacji. Gdy starszy z braci Winchester podniósł się z podłogi, demon zaczął robić to samo. Tym razem więc skrzydlaty sprawił, że została przyparta do ściany bez opcji ucieczki. Nie wiedział, co mają z nią zrobić. Król Rozdroży w zamian za Colta zażądał, by została natychmiast wypuszczona. Anioł spojrzał na jego towarzysza w oczekiwaniu, z nadzieją, że poda on jakieś słuszne rozwiązanie tej sprawy.


Castiel
I love pasta. These make me very happy

avatar
† Castiel †

Liczba postów : 81
Join date : 21/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Czw Sty 09, 2014 7:16 pm

W końcu. W końcu Castiel ruszył ten swój anielski, cholerny, tyłek i się pojawił. Łaskawie. Szkoda, że nie poczekał jeszcze parę minut, byłoby zabawniej. Ale dobrze, że się pojawił, uratował Singera przed śmiercią i uwolnił Deana od ściany i tylko słowa, które powiedziała Cassandra chwilę przed pojawieniem się pierzastego gościa, uratowały ją od dalszego wyrywania włosów. Albo powrotu do domu, Winchester nie mógłby się zdecydować, co by było przyjemniejsze i czy warto dla niej narażać mały pakcik pokojowy z Crowleyem. Chociaż, nawet jeśli złamałby słowo, to czy demon byłby w stanie teraz mu odebrać Colta? Przecież Dean chronił go bardziej niż własny tyłek i pewne było, że zrobił wszystko, by demony nie mogły go dosięgnąć. Colta, nie jego tyłek, rzecz jasna.
Oddychał ciężko, jakby stoczył walkę ze stadem demonów, a nie jednym z nich. Jeśli można to, co działo się w kuchni Singera nazwać walką, bo właściwie wyglądało to bardziej na przepychanki przedszkolaków... dość brutalnych przedszkolaków.
- Cas to prawda? - Dean nawet nie spojrzał na pierzastego, wpatrując się w Cassie (a przyjemnie się patrzyło, kiedy role były odwrócone. Wygodna ściana, panno Montressor?). To co mówiła było, cholera, logiczne, prawda? On, Dean Winchester, wielkie i najlepsze naczynie dla pieprzonego Michałka a jego braciszek, pierdolony Lucyferek, miał dostać tyłek Sama. Logiczne. Bardzo. Tak zaprzątnięty poszukiwaniem Colta, problemem z bratem i... i tym, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich kilku tygodni, a czego nie chciał nazywać po imieniu, bo nadal czuł na karku tamto palące, gniewne spojrzenie, które miało go prześladować przez najbliższe noce, tak tym wszystkim był zaoferowany, że nie pomyślał. Nie wpadł na to, że skoro on ma być pionkiem, to młodszy też. Castiel też nie kwapił się, by powiadomić Deana o tym. Teraz przynajmniej potwierdził słowa demona, zapewniając łowcę, że Sam się nie poddał, że tak z jego ust nie padło i dobrze się ukrywa, bo nawet on nie może go znaleźć. Dean chciał mieć tę nadzieję, że skurczybyk się po prostu dobrze ukrył. Poza tym chyba by wiedzieli, gdyby Sam się poddał. Dean by wiedział.
Nie zrobili nic Cassie. Nie pozwolił na to, chcąc wysłuchać dalej tego, co miała do powiedzenia, kiedy tak uroczo robiła za obrazek na ścianie. Dopiero po wszystkim Castiel ją puścił, jednym dotknięciem wyleczył zranienia łowcy, i został w kuchni, gdy mężczyzna i demon zawierali ze sobą umowę. Nie taką o duszę, zapieczętowaną pocałunkiem. Zwykłą, umowę pomiędzy dwoma sojusznikami, którzy stoją po jednej stronie w beznadziejnej wojnie. Dean nie chciał, jakiejkolwiek współpracy z demonem. Ale miała rację – był zdany tylko na siebie. Bobby był doświadczonym łowcą, pomagał, jak mógł, z tym że Dean nie mógł go zabrać ze sobą na   polowanie, akcję, cokolwiek. Castiel? Był. Wtedy kiedy chciał, to był. Pomagał, leczył, znajdywał, robił dużo, ale potrzeba było kogoś, kto mógł więcej. Dużo więcej. Potrzebował kogoś, kto zrozumie od razu, co do niego mówi, bez potrzeby tłumaczenia, co tylko zabierało czas. Castiel był dobrym kumplem, ale niekiedy trudno się z nim funkcjonowało. Inni łowcy? Nie. Odpadali na dzień dobry – Dean nie zamierzał pakować w to gówno więcej ludzi niż potrzeba. Nie chciał mieć na sumieniu kolejnego życia, nawet jeśli miałoby ono być stracone w imię większego dobra, w imię powstrzymania apokalipsy. Nie. Nie po to palił za sobą mosty, by teraz wracać do zgliszczy. Ale potrzebował kogoś jeszcze. Brat nie dawał znaku życia, a to była jedyna osoba, która mogłaby iść ramie w ramię z Deanem, by posprzątać bałagan, jaki zrobili. Jedyna osoba, której jakoś ufał, chciał ufać, miała go głęboko gdzieś.
Nie chciał tego robić. Naprawdę nie chciał. Powinien go ktoś powstrzymać, walnąć w łeb i powiedzieć, że jest skończonym idiotą, że w ogóle pozwolił sobie, by pomyśleć o tym, że mógłby współpracować z demonem. Może gdyby Bobby był przytomny, bardziej zdrowy niż był, nie pozwoliłby na to Winchesterowi. Na pewno by nie pozwolił. Pytanie tylko, czy pomimo walnięcia w łeb i nazwania idiotą, Dean zmieniłby zdanie. Pewnie nie. Castiel też nie był z tego powodu szczęśliwy, uważnie, cały czas uważnie przypatrując się blond demonicy, by móc zareagować w odpowiednim momencie, gdyby dziewczyna chciała coś zrobić, ale nie negował decyzji łowcy. Chociaż on jeden.

Kilka tygodni. Ile dokładnie, Dean nie potrafiłby powiedzieć, dla niego dni zlewały się ze sobą, nie było poniedziałku, czwartku, soboty, było tylko rano i noc, wszystko wyglądało niemal tak samo, i niemal codziennie było tak samo beznadziejnie. Zero planu, zero śladu Lucyfera, zero śladu Sama, tylko coraz częstsze ataki demonów, coraz więcej aktywności innych stworzeń, które wyczuwając zbliżające się wydarzenie, wychodziły z ukryć by... właściwie łowca nie interesował się tym, czemu wychodziły ze swoich śmierdzących dziur, ważne było tylko to, że mógł się na nich wyżyć, obciąć głowę jednemu czy drugiemu, czy wbić w serce kołek. To pomagało na chwilę, moment, przynajmniej dzięki temu nie miał ochoty mordować Montressor na każdym kroku, przynajmniej na początku, potem... potem było łatwiej znosić jej towarzystwo, nie było tak jak kiedyś, zanim się dowiedział, kim jest naprawdę, ale odbywało się bez warczenia i co chwilowego patrzenia sobie na ręce, a gdy do tego dochodziła osoba Castiela, Dean nie potrafił już udawać, że nie śmieszy go to, jak Cassie próbuje zwrócić na siebie uwagę anioła. I reakcje tego anioła na jej komentarze. Jedyny dobry element każdego dnia, coś, co potrafiło momentalnie rozluźnić napiętą, przez brak wiadomości o bracie i nowym proroku, atmosferę. Z tym że to działało tylko na chwilę. Krótką chwilę, po której na nowo uderzały w niego śmieci, które dookoła wyrastały w straszliwie szybkim tempie. Nic dziwnego, że coraz częściej myślał o tym, by dać sobie spokój. By to zakończyć w jeden, prosty sposób. Myśli były zaraz przepędzane, ale gdzieś tam w środku, na dnie jego poharatanej, zwęglonej przez piekielny ogień, duszy, rósł powoli węzeł, który coraz częściej  podpowiadał takie rozwiązanie. Z każdym kolejnym dniem węzeł powiększał się, zaciskał mocniej, zabierając cenne godziny snu, które przyprawiał koszmarami i wspomnieniami wściekłych, ciemnych oczu, zapachu krwi i potu i wszystko wydawało się tak prawdziwe, że po pobudce, zastanawiał się chwilę czy aby na pewno się to nie zdarzyło, by zaraz odetchnąć i zrzucić winę za te sny na aniołów, które ze złości, że nie mogą go znaleźć, wkradały mu się do głowy i mieszały w niej, budząc w nim to, czego obawiał się najbardziej.  
Właśnie klął pod nosem na te niebiańskie sukinsyny, rozcierając sztywny, od spania w niewygodnej pozycji na fotelu, kark, kiedy w salonie nagle pojawił się Castiel, tyle że nie wyglądał jak typowy Castiel. Szeroki, błogi uśmiech na jego twarzy sięgał intensywnie niebieskich oczu, które błyszczały teraz jak gwiazdy w bezchmurną, mroźną noc. Nie miał na sobie płaszcza, tylko zwiewny szlafrok podkreślający kolor jego oczu. Najgorsze było to, że szlafrok był rozwiązany, a pod nim nie było nic, co mogłoby ukryć czerwone ślady na torsie anioła. Dean przez moment, krótki, zastanawiał się czy to malinki, czy ślady po ugryzieniach. Mogło to być to i to. Równie dobrze mogłyby to być ślady po torturach, i właśnie ta myśl, że anioł mógł paść ofiarą jakiegoś kata, wyrwała Deana z zapatrzenia na te ślady. Czy czym one były.
- Castiel? - zagaił, wstając z fotela, bo gdy stał, wzrok nie padał mu prosto na krocze przyjaciela. Zachowanie anioła było dość niepokojące. Bardzo. Niepokój w Deanie wzrósł do maksimum, kiedy Cas spojrzał na niego, nieobecnym, szczęśliwym wzrokiem, zauważając go dopiero po dłuższej chwili.
- Cześć Deaaaan – brunet wyszczerzył się, podchodząc do łowcy z wyciągniętymi ramionami, jakby chciał go przytulić – Myślałem, że jesteś teraz w Miami i prażysz tyłek w słońcu. Co tu robisz? Ooo Caasssie – uśmiech na anielskiej twarzy się poszerzył, kiedy obok niego pojawiła się demon z lekko sfrustrowanym, ale i rozbawionym wyrazem twarzy. Też miała na sobie szlafrok, tym razem zawiązany (jakąś część Deana jęknęła na to niedopatrzenie), włosy, zwykle dobrze ułożone, były w nieładzie, w takim seksownym nieładzie, a jej dłoń władczo zacisnęła się na Castielowym ramieniu.
- Znowu zrobiłeś sobie podróż w czasie, przysięgam, od dziś nie pijesz ani kropli mszalnego wina. To, że robimy sobie rundkę po kościołach i pieprzymy się w zakrystiach, nie upoważnia cię do wy...o Lady Di – blondynka w końcu zauważyła łowcę, który – nie będziemy ukrywać – wyglądał jakby ktoś porządnie mu walną w łeb, albo cofnął się w rozwoju do śliniącego się niemowlaka, który nie ma pojęcia co widzi przed sobą. Bo kompletnie nie miał pojęcia co się dzieje – pojawia się Castiel w szlafroku, dziwny, jakby naćpany, po nim pojawia się Cassie i pieprzy coś o podróżach w czasie i... pieprzenie w zakrystiach!? Dobra, to kolejny, dziwny, pokręcony sen, prawda? Ten z tych, które wydają się niezwykle realne, tak realne, że nawet szczypanie boli.
- Nie powinieneś nas zobaczyć, to Cas, jak wypije za dużo to mu... nie ważne, który mamy dzisiaj dzień? I rok. Hej, pierdoło łowiecka, słyszysz mnie? - Cassandra pomachała Deanowi przed twarzą, mając ubaw z jego miny, zdezorientowanej miny, bo zdawała sobie sprawę, jak mogło to wyglądać. Pewnie jeszcze wczoraj był świadkiem, jak ona próbuje sprowokować anioła a teraz to.
- Grudzień, dwutysiączny dziewiąty rok – wymamrotał, niezdolny do głośniejszych słów, bo Castiel właśnie wdychał zapach włosów Cassie, opierając głowę na jej ramieniu, szczerząc się zadowolony. - Czy... Co wy robicie? - w końcu odzyskał mowę, przyodział twarz w krzywą minę, pełną zdziwienia, odrazy i... sam nie wiedział czego jeszcze.
Blondynka zdawała się tego nie widzieć, głaszcząc po policzku Castiela, zastanawiała się na czymś, a gdy się odezwała, nie raczyła odpowiedzieć na pytanie łowcy. Oczywiście, że nie odpowiedziała na pytanie łowcy,
- Jak się nie mylę, to za jakieś kilka minut będziesz mieć gości, więc trochę posprzątaj ładnie, żeby nie mówiła, że weszła do obory. I puść muzykę – blondyna spojrzała na radio, które zaczęło grać – mimo braku podłączenia do prądu – przeklętą piosenkę, która kojarzyła się łowcy tylko z jedną osobą. Spojrzał groźnie na demona i już, już coś chciał powiedzieć, kiedy w salonie pojawiła się... Cassie. Druga Cassie.
- Oh, cześć skarbie, nieźle wyglądasz – rzuciła ta pierwsza, spoglądając na swoje lustrzane odbicie, i zniknęła razem z półnagim Castielem. Dean stał. Nadal stał tam, gdzie stał, patrząć na Cassie, zastanawiając się, czy to naprawdę ona, wmawiając sobie, że to sen, i tylko ta przeklęta piosenka w głowie mu grała i...zestrzelił radio. Nic nie dało. Everett nadal śpiewał o złych rzeczach, a żołądek Deana przewracał się do góry nogami, na samo wspomnienie innych, złych rzeczy, smakujących tequilą, cytryną i deszczem.
Nim którekolwiek stworzenie znajdujące się w salonie zdążyło się odezwać, drzwi domu Singera otworzyły się gwałtownie, podmuch zimnego, grudniowego powietrza przepełzał po nogach łowcy, pobudzając do baczności każdy, pojedynczy włosek na jego łydkach. Hałas, jaki towarzyszył wchodzącym do środka, nie wskazywał na nic dobrego, tak samo jak mina Cassie, która wpatrywała się w korytarz z lekkim niedowierzaniem, że widzi to, co widzi.
- Czy ktoś mógłby mi pomóc?
Znał ten głos. Doskonale znał ten warkot, tą złość i zmęczenie w głosie. Nie. To nie mogło... Powinien się już obudzić, budź się Winchester do cholery jasnej! Ale się nie budził. Nie wiedział, kiedy znalazł się w korytarzu, odpychając na bok demona. Spojrzenie zielonych oczu padło na dwójkę przybyszy, krzyżując się z tym ciemnym, tym samym, które prześladowało go co noc, a teraz wpatrywało się w niego naprawdę, tu i teraz, i zapomniał, że przed chwilą w salonie wydarzyło się coś dziwnego, bo... ona tu, nie powinna, i wtedy cichy, bolesny jęk zwrócił uwagę łowcy na towarzysza Iriss, wielkiego, barczystego faceta, którego kurtka była śliska od krwi, kapiącej przez palce na podłogę.
- Sam!
Już Dean był przy bracie i Iriss, już pomagał jej zanieść go do salonu, już rozrywał kurtkę i ubranie, by sprawdzić jak poważna była rana i tylko na moment, krótki moment, spojrzał na Sheppard, bo Sammy znów stęknął z bólu, brudząc i tak brudną kapę kanapy Singera.
- Trzymaj się Sammy – rozkazał, jakby te słowa miały powstrzymać młodszego Winchestera od umarcia w salonie – Cassie, Cas, znajdź Castiela -  rzucił szybkie spojrzenie na demonicznego sojusznik, nie przestając uciskać krwawiącej rany brata – Sheppard, w kuchni jest apteczka, w któreś szafce – nie, teraz na nią nie patrzył, zbyt zaoferowany stanem brata, ale... jej obecność jakby tylko powiększyła węzeł, jakby coś ciążyło mu na sercu, nie miał czasu teraz o tym myśleć, nie chciał, teraz liczył się tylko Sam.



Ostatnio zmieniony przez Dean Winchester dnia Czw Sty 09, 2014 10:34 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Seestra Road Trip on Czw Sty 09, 2014 10:05 pm

Wiele tygodni, tygodni zlewających się w jedność. Tak dziwną i burzliwą jedność, niczym morskie fale podczas sztormu. Niby wyrywały się przed szereg, siejąc zamęt i zniszczenie, a jednak wciąż tworzyły jedną gładką masę, z której nikt nie potrafiłby wyłowić tej właśnie jednej konkretnej fali, która zniszczyła komuś statek, bo wszystkie wyglądały tak samo, łączyły się ze sobą i tworzyły jedność. Tak więc powodzenia dla tych, którzy chcieliby wyciągnąć jakieś wnioski z życia Iriss Sheppard w czasie bliżej dla niej nieokreślonym, lecz orientacyjnie kreślonym się na ten, zawierający się pomiędzy rocznicą śmierci jej rodziców, a teraz. W sumie to dziewczyna nie zdawała sobie szczególnej sprawy z tego, jaki mamy dzisiaj dzień tygodnia. Po prostu starała się żyć, jak dawniej, mając już dosyć swojego pierdolonego zagubienia i tego, co ze sobą robi. Postanowiła skończyć użalać się nad sobą. Życie wciąż trwało, wciąż było tak samo popieprzone, więc czemu do cholery miałaby w ogóle się czymkolwiek przejmować? Spaliła wszystkie myśli, wszystkie postanowienia, całą siebie, oraz dnie i tygodnie i godziny oraz minuty, z których się składała do chwili zapukania do Scottowych drzwi. Tam nastąpiła mała rewolucja, bo wulkanik rozpaczy, buzujący w duszy łowczyni, wybuchł, w postaci eksplozji ekstazy, a jego lawą były łzy. Czyli generalnie nic fajnego. Dziękowała wszystkim siłom świata i wszechświata, wszystkim bogom, bożkom, losom i innym skurwysynom, że tam została, że Tennyson jakimś cudem jakoś, nie wiedziała jak, nie bardzo pamiętała, choć pijana nie była, nie pozwolił jej wyjść i naprawił wszystkie jej zepsute klocki w układance, zwanej umysłem. Gdy wyjechała od niego w stanie jeszcze nijako niewiadomym i pozostawiającym zastanawiające zmartwienie, zaczęło jej się w tej łepetynce rozjaśniać. A potem już nie wiedziała, bo wróciła stara, dobra ona, co tak naprawdę jej pomogło? Łzawy, niespodziewany, dosyć intensywny, no i nie oszukujmy się, wspaniały seks, czy zwykłe oparcie, jakie znalazła w swoim kochanym orgazmatorze. Obie opcje jej się podobały, więc zostawiła je w stanie takim, jakim je zastała, czyli zagadkowym. Bo przecież każda zagadka jest fajna, do chwili, w której jej się nie rozwiąże. A nie chciała sobie psuć tej właśnie jednej szczególnej. Pogodziła się z wieloma faktami swego nędznego żywota. Na przykład tym, że Scott miał córkę. Jak ona teraz żałowała, że nie mogła jej poznać normalnie! Że była złą ciotką. Bo tak, była ciotką i w końcu nabrało to pozytywnego znaczenia. Przynajmniej tak jej się wydawało, bo czasem gdy życie zbyt nagle zmieni swój kontrast i nasycenie, to wszystko wydaje się przejaskrawione. Lecz Iriss nie byłaby sobą, gdyby nie skakała z krawędzi na krawędź, wliczając w to swoje życie emocjonalne. Z tym trzeba było się oswoić, bo niestety, ale inaczej się z nią nie dało. I czasami naprawdę zastanawiała się jaka ona jest. Ta mała  istotka, której w sumie dobrze nawet nie widziała. Może i patrzyła na nią, lecz nie intensywnie. Nie tak, jak patrzy się na coś przed sobą. Patrzyła na nią intensywnie, jak na fakt, kopiący dołek w jej umyśle, by wsadzić do niego kilka swoich nasion, by przypadkiem żadne się w płynie mózgowym nie utopiło. Potem pogodziła się z faktem, że Dean Winchester miał ją w dupie, jako kobietę. Serio, z tym też czuła się głupio i trochę śmiesznie. Wybiła go sobie z głowy. A przynajmniej miała taką nadzieję, której kurczowo się trzymała. W sumie nie miała czasu na takie zabawy, były polowania, było ratowanie świata, do którego przecież miała się nie wtrącać. Ha, jeszcze czego. No i na tym by się jej przemyślenia na dany temat kończyły, bo jakby sobie bardzo nie wmawiała, że zwyczajnie jej to nie obchodzi, to jednak coś z tego zostało i nieprzyjemnie szczypało, szczególnie, gdy przejeżdżała obok placów zabaw w deszczowe wieczory, albo gdy upijała się tequilą, choć robiła to tylko sama. Nigdy nikomu nie pozwoliła postawić sobie tego trunku. Nie i koniec, patrzcie jaka ja jestem uparta. Raz spróbowała, ale skończyło się na tym, że podbiła swemu towarzyszowi oko, bo nie podobało jej się jak ją pił i jak na nią patrzył. Pewne rzeczy niestety zostawiły po sobie zbyt intensywne ślady i trzeba było się z tym pogodzić, a potem zająć sprawami bardziej istotnymi. No i najlepsza nowina, wróciła do polowań. Czystych, prawdziwych, cholernie krwawych i intensywnie szukanych polowań. Czuła się z tym dobrze. Tak, jakby wróciła po latach do domu. A odcinanie głowy wampirom było jak zlizywanie kremu z ciasta mamy. Tęskniła za tym, cholera, i to strasznie. Zadzwoniła nawet kilka razy do Bliźniaków, dając im o sobie znak życia. Ci jednak byli na drugim końcu świata. Bo co oni do cholery robili w Europie?! I jak się tam dostali?! Wkurzyła się na nich tylko, ze nie zabrali jej ze sobą, ale argument, że to ona nie dawała się znaleźć, gdy szukali jakoś do niej przemówił i okiełznał złości i żale. Typowe. To zawsze w końcu była jej wina. Wszystko. Całe życie. Zbaraniałe Barany.
No cóż, pogodziła się już z faktem, że ich drogi biegną w dwóch różnych kierunkach i kontakt z nimi będzie miała głównie telefoniczny. Ale zaraz, zaraz... przecież sama tego chciała. Całe swoje życie. Może trochę tęskniła i teraz ich potrzebowała, ale nie powie im przecież, że sama nie daje sobie rady. Dawała. Po prostu tylko zbyt dawno nie widziała tych głupich twarzy. A od tego się lasuje w głowie. Złapała kolejną sprawę i włóczyła się po największych zadupiach stanów, w których  czaiło się zło. I tak właśnie siedząc sobie w pewnym motelowym pokoju, jak zwykle zresztą, bo innego miejsca do spania nie miała, przeglądając stertę archiwów w poszukiwaniu ducha, usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości. Chwilę jej zajęło, zanim wygrzebała się, nie psując przy okazji harmonii tego papierzastego chaosu, i odczytała ją. Treść, jak i nadawca trochę ją zaskoczyły. Sammy. Jej kochany Sammy. Przekaz był dosyć jasny. Potrzebował jej, zaledwie dwie godziny drogi stąd. Skąd wiedział, że była tak blisko? Oczywiście wiele nie napisał. Jedynie współrzędne geograficzne, jakby nie mógłby to być po prostu adres i rzeczy, które powinna ze sobą wziąć. A konkretniej maczetę. Dużą, ciężką maczetę do odrąbania dużej ilości, już nie tak ciężkich, bo całkowicie pustych, wampirzych głów. Czyli mieli gniazdo, nietrudno było się domyślić. Tylko... Czemu ona?  Wątpiła by Dean, bawet w tak ekstremalnej sytuacji, czy jakiejkolwiek innej, zechciałby jej pomocy. Nieważne jak mocno przyparty byłby do muru i jak wiele ostrzy sztyletów i innych broni przyłożone byłoby do jego krocza. Nie poprosiłby o jej pomoc. No, chyba, że rozsądek Sama wziął górę i ten postanowił zrobić bratu niespodziankę. Była też opcja, że młodszy łowca nie miał o niczym pojęcia, bo też nie wydawało jej się, żeby Dean się bratu zwierzał. Szczególnie z tego, co pomiędzy nimi zaszło, czy też niezaszło. Nie zastanawiając się jednak nad filozofią tej sprawy, spakowała manatki, porzucając sprawę dla innego łowcy, któremu przy okazji wysłała smsa, że ma tu dla niego niespodziankę i ruszyła na pomoc przyjacielowi. Takim tez sposobem znalazła się nieopodal Douglas. Dziękując Bogu i całej reszcie tego całego syfu z reszty świata, że technologia jest tak cudownie pomocna i wymyśliła GPS w telefonie, odnalazła z kilkoma problemami, bo pani mówiąca przez głośniczek była bardziej tępa, niż jej zabawkowe sztylety i prowadziła nie tak, jak trzeba. Dotarła jednak, chowając wspomagacz kilkaset metrów od celu, by przypadkiem nie zagłuszyć ciszy czymś niespodziewanym. Chwyciła mocniej rączkę maczety i wbiegła w samo serce rzezi, uśmiechając się do Sama, wymachującym zacięcie ostrzem i powalającym wampiry, które zbiegały się ze wszystkich stron świata. Radzili sobie nieźle, ale było ich tylko dwoje. Więc... bracia jednak ze sobą nie pracowali. Gdyby miała czas, pewnie by się nad tym zastanowiła, ale zbyt koncentrowała się na unikaniu śmierdzącej paszczy wampa. Potem wpadł jej do głowy pomysł, że może Sam ją wezwał, bo Dean był ranny? Nie. Ta myśl wywołała nieprzyjemne uczucie w brzuchu, jakby robiło jej się niedobrze. To pewnie głównie od smrodu tych niemytych robali. Nic mu nie było, pewnie nawet nie chciało mu się ruszyć dupy z baru, albo obracał właśnie jakąś długonogą blondynkę. I dobrze. Oni mieli coś pożytecznego o zrobienia.
Głowy latały jedna za drugą. Dobrze osłaniali siebie nawzajem, więc żadnemu nic nie groziło. Liczba przeciwników się zmniejszała. Cóż, w tym momencie Iriss cieszyła się, że Sam do niej napisał, że mogła mu pomóc. Sam nie dałby sobie rady. Pijawek było zwyczajnie zbyt wiele. Więcej, niż normalnie. Gdy już wydawało im się, że to koniec- dopiero zaczęło robić się ciekawie. I naprawdę niebezpiecznie. Dwa pozostałe wampiry, o których istnieniu nie wiedzieli, rzuciły się na Sama. Nie używały zębów, a noży. Udało jej się w końcu zdjąć te dwa przebrzydłe robaki z łowcy i pozbawić je głów. Widziała jak walczył, więc nawet nie przypuszczała, że coś mu się poważnego stało. A jednak. Gdy tylko pozbyła się ciał, leżących na nim, odpychając je po prostu w bok, zobaczyła jak bardzo się myliła. Mężczyzna wstał o własnych siłach. Był cały we krwi i już sama nie wiedziała ile z niej jest z ofiar, a ile wyciekło z jego ran. Był cały pocięty. Bez szycia w większości miejsc się nie obejdzie. Poza tym wydawał się cały. Nic, co zagrażałoby życiu. Uśmiechnęła się na tą myśl, pomagając mu iść do samochodu i próbując nawiązać z nim rozmowę. Zamilkła jednak w połowie odpowiedzi na jego błahe pytanie co u niej, gdy stracił równowagę i niemalże upadł na twarz. Podtrzymała go, używając do tego całej swojej siły i ledwo dając radę. No niestety, ale lekki to on nie był. Ta kupa mięśni nie mogła ważyć mniej, niż sto kilogramów. Przeraziła się. Naprawdę serce podeszło jej do gardła. Przecież sekundę temu wszystko było dobrze. Debil nawet nie powiedział, gdy go zapytała, że jedna z pijawek wbiła mu nóż w brzuch. Na szczęście był w stanie ustać jeszcze na własnych nogach. Teraz jej głównym celem było dotarcie do samochodu, a potem do szpitala. Lecz gdy tylko Sammy się o tym drugim wariancie dowiedział od razu zaprzeczył, mamrocząc jej do ucha miejsce, w które ma się udać. Już tam była. Z raz, czy dwa z bliźniakami i mimo iż było to lata temu, pamiętała drogę.
Gdy tylko dotarli do samochodu od razu opatrzyła go na tyle, na ile mogła i ułożyła na tylnej kanapie Czołgu. Jak dobrze, że był duży. A potem dała gaz do dechy, ciągle niespokojnie patrząc we wsteczne lusterko, które ustawione miała nie na drogę, a na łowcę. Tracił dużo krwi. Zbyt wiele. Ten samochód przeżył już nie jedno. Nie martwiła się o to, że zostaną ślady. Miała to naprawdę gdzieś. Martwiła się o życie Sama. Na szczęście nie byli tak daleko od miejsca docelowego. Zaparkowała gwałtownie, nie spuszczając nogi z gazu do ostatniej chwili i wybiegła z samochodu, by wyjąć z niego mężczyznę. Gdy tylko otworzyła tylne drzwi i chwyciła Sama usłyszała huk. Wystrzał. Na pewno ktoś był w domu, jak miło! Nie miało to teraz znaczenia. Nic, co się tam dzieje. Zaczeka. Kopniakiem otworzyła niedomknięte drzwi wejściowe, ledwo mogąc utrzymać opadającego z resztek sił Winchestera. Cała była we krwi, jej koszulka była podarta, bo musiała użyć jej kawałka, tak samo jak i tej sama, by zrobić opatrunek. Nie miała czasu zakładać kurtki, którą miała w samochodzie, a na dodatek nie odczuwała teraz zimna. Wręcz przeciwnie, było jej gorąco. Łowcy apteczkę mają dość pokaźnie wyposażoną, ona również. Tym razem jednak nie starczyło jej zasobów bandaży, a na zszywanie nie miała warunków, ani alkoholu. Miała nadzieję, że znajdzie to wszystko w domu Singera.
-Czy ktoś mógłby mi pomóc?- zawarczała. Trochę ze złości, trochę z ciężaru, trochę z mieszaniny innych emocji, a w szczególności strachu. Spojrzała kątem oka na jakąś blondynkę, a potem skierowała całą swoją uwagę na Deana, wlepiając w niego wzrok. A jednak... nie pomyliła się wiele z teorią o stukaniu. Pięknie. Gdyby nie fakt, że osoba, którą zna prawie od urodzenia umierała, zawieszona na jej ramionach pewnie by się tym przejęła. Lecz mimo wszystko poczuła ten dziwny dyskomfort. Nie ma na to czasu, Sheppard. Weź się w garść. Nie mogła jednak uciec od tego dziwnego mrowienia, którego obecności unikała i które udawało jej się już stłumić. No pięknie. Chyba jednak spojrzenie tych kurewsko zielonych oczu przełamało się przez jej wszystkie zapory. Dzielnie jednak trzymała fason i powagę, skupiając uwagę na ratowaniu Sama, a nie na obecności blondynki, której twarzy nawet dobrze nie widziała, a już zdążyła wpisać ją na czarną listę. Głupia. Wykonała polecenie Deana, odczuwając coraz większą niezręczność tym, że musi przebywać w jego towarzystwie. I jej. I ich razem. Ale życie Sama jest ważniejsze. Przekopała nerwowo wszystkie szafki, znajdując tę odpowiednią i nie bawiąc się w wyjmowanie poszczególnych składników apteczki i jej zawartości walających się dookoła, wyjęła całą szufladę i postawiła obok Deana, wciąż unikając jego spojrzenia, i wyjęła to, co było jej potrzebne i zaczęła opatrywać dokładniej rany, zszywając je i przemywając alkoholem, oraz cierpiąc na każdy dźwięk bólu i majak odpływającego łowcy. Gwałtownie zabierała rękę, jakby się parzyła za każdym razem, gdy jej skóra zetknęła się z tą Deana. Odwracała wzrok i odpowiadała skrótowo. Im mniejszy kontakt- tym lepiej. Łatwiej będzie jej wrócić do tak ciężko wypracowanej obojętności na jego osobę. Szkoda tylko, że nie sprawdzało się to w praktyce. [/i]


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Pią Sty 10, 2014 8:50 am

Zaczynało się od wypominania przeszłości. Przemykających szybko dni, zmieniającej się daty w kalendarzu, tych wszystkich ludzkich bzdur – i pewnie ubawiłaby się przednio wiadomością, że nawet ludzie mieli je gdzieś. Dla Bene były tylko dwa znaczące fakty minionych tygodni. Pierwszym był fakt zawarcia z Winchesterem czegoś, co Dean zwykł nazywać „sojuszem”, a ona „umową, kotku”. Nawet jeśli nie była przypieczętowana pocałunkiem – przypomnienia o czym nie omieszkała sobie darować, niewinnie dodając, że jego przyjaciel może go w tym wyręczyć – nawet jeśli w zamian za swoją pomoc nie otrzymywała później duszy, tej skatowanej, wymęczonej, połamanej równie co jej, duszy Deana Winchestera. Co dostała w zamian? Spełnienie własnych ambicji? Może. W pewnym sensie. Jeśli spojrzeć na to w ten sposób. W rzeczywistości żaden nie był możliwy, jakby się nie wgłębiać, ile godzin nie poświęcić by na chore rozważania, nie doszłoby się do prawdy – bo była tylko Bene, Cassie, demoniczną suką, nazywaj ją jak chcesz, i tak znaczy to samo. Podstawiona pod ścianą, doprowadzona tam przez samą siebie, przez swoją arogancję i dumę, wybrała jedno z dwóch możliwych wyjść, jednocześnie nie zamykając sobie drugiego… A jednak podświadomie wiedząc, że tak naprawdę zmiana jej pozycji nie jest teraz możliwa. Kiedyś najwyraźniej przychodził ten moment, kiedy nawet Cassandra Montressor mówiąc A, musi dopowiedzieć B. Koniec z wykręcaniem się. Ucieczkami. Na chwilę. Na parę dni – tak myślała najpierw – tygodni – teraz – miesięcy – oby nigdy. W końcu jeśli ktoś mógł uciec z tonącego statku to tylko ona. Jeśli wszystko, co planował Winchester – a gówno planował, oprócz pięknej i jakże wzniosłej wizji zabicia Lucyfera nie aż tak mityczną bronią w tej ślicznej główce nie było nic, żadnych kurewskich konkretów, i była przekonana, na chwilę czy dwie, kiedy to do niej dotarło, że zatłucze go wtedy na śmierć – miało okazać się tylko patetycznym niewypałem, tylko ona miała szanse z tego się wykręcić. Nic jej z ich sprawą nie łączyło, nie było żadnych logicznych podstaw do tego by w tym tkwiła (gratulacje, Cassie, więc co tu jeszcze robisz?), przekonanie o tym, że tylko się bawiła trudne nie było, w końcu cóż było Gwiazdeczce po starszym z braci, to młodszy stanowił upragniony cel. Nawet jeśli wysunięte przez nią argumenty były logiczne, sama nigdy by w nie nie uwierzyła. A jeśli nawet ona miała problem z kupieniem swojej wymówki, nie miała zamiaru stawiać się z nią przed kimkolwiek, kto mógłby w ciągu sekundy zetrzeć ją z powierzchni tego świata, bo nie stanowiła żadnej wartości. Zdawała sobie z tego sprawę, w przeciwieństwie do wielu jej podobnych. Nie było to dla niej ujmą, raczej… wskazówką, przypomnieniem, by wartość mieć. A wartość miała imię i nazwisko, i całkiem niezłe ciało. Dlatego, nawet jeśli siedziała razem z Winchesterem na tyłku, nawet jeśli poświęcała każdą wolną chwilę – a tych miała od cholery – na denerwowanie Singera, nawet jeśli bawiła Lady Di i nie mniej samą siebie odruchowo rzucanymi w stronę Castiela uwagami, gdzieś tam tkwiła druga Cassie, ta planująca i otwierająca sobie furtkę. Ta zaczynała się od sprawdzania telefonów Deana, kiedy ten tylko odłożył go na sekundkę, czy nie było żadnej wiadomości, od rozpoczęcia własnych poszukiwań, wykorzystując tych wszystkich, którzy jej cokolwiek zawdzięczali i swojego ogara – bo jeśli ludzie myśleli, że piekielne ogary były tylko bezmózgimi zwierzętami, mylili się po całej linii; najlepsi przyjaciele demonów z rozdroża nie tylko doskonale nadawali się do rozrywania na malutkie strzępy dłużników, ale i ich lokalizowania. Wystarczyło tylko bezgraniczne posłuszeństwo, a mogło przekonać je się do znalezienia nie tylko tych, których z piekłem wiązała umowa. Idealni kandydaci do przeszukiwania całego kontynentu. Zabawne, że nikomu wcześniej nie przyszło to do głowy (niedopatrzenia, niedopowiedzenia, umknięcie podstawowych faktów, brak skłonności do wyciągania wniosków – to wszystko, czym żywiła się Montressor).
Drugim faktem, który się dla niej w tych minionych tygodniach liczył było to, że nie robili nic. Nawet jeśli nigdy nie miały przestać ją bawić próby wyprowadzenia z równowagi Singera, bo stary, zgorzkniały łowca był tak prostym celem dla kogoś takiego jak ona (a pomysłów miała całe mnóstwo, dziecinnych, małostkowych, tak bardzo jej odpowiadających), nawet jeśli towarzystwo Winchestera, postawionego w obliczu apokalipsy również, było niezgorsze, co zrozumiała już dawno temu. Nie miała zamiaru tkwić w tej śmierdzącej dziurze, czekając na jakiś jebany cud. Mieli jeden cel – zabić Lucyfera – i mieli ku temu środki – cholerny Colt tkwił gdzieś, ukryty przed nią, jakby Winchester ciągle myślał, że Cassie zabierze go i ucieknie (i pojawiała się w jej głowie pełna pobłażliwego rozbawienia myśl, czy uważał, że zabawi się w samobójczego wyzwoliciela świata, pojawi w piekle i strzeli Gwiazdeczce w czoło – absurd tej wizji bawił ją przez dobrą godzinę, irytując Deana tym, że zanosiła się cichym śmiechem za każdym razem, gdy na niego spojrzała). Przynosiła więcej informacji, niż powinna, nie naruszając pewnej granicy – tej dobrego smaku także. Nawet jeśli nie pojawiała się tam, nie mogła stronić od innych demonów. Nigdy nie była zamkniętym w sobie typem, zbyt wiele powiązań i interesów łączyło ją z innymi jej podobnymi, by mogła zniknąć całkiem niespodziewanie. Rozwiązywała je powoli, zamykała sprawy, dokończała umowy, jednocześnie żywiąc się tym, co smakowało jej najlepiej – informacjami. Tymi, których cholerny Winchester nie umiał później wykorzystać (o tak, zwalanie winy na niego sprawiało jej satysfakcję, chorą, popieprzoną satysfakcję, rozciągającą wargi w krzywym uśmiechu). Pierwszym prawdziwym impulsem była informacja o zniknięciu Crowleya. Wiedziała, że zniknie, że zwinie interes, zaszyje się w najmniejszej dziurze – lepszą kryjówkę znalazła chyba sobie tylko ona, szukanie demona w domu łowcy nie wpadłoby do głowy żadnemu z piekielnych geniuszy – wiedziała, że kiedyś te informacje rozejdą się po ich światku. Wiedziała, że to w jej kierunku padną pierwsze pytania. Zbyła więc je, z udawanym lekceważeniem chłonąc przy okazji wiadomości o następnych wypadach czarnookich, o tych snutych z zapamiętaniem przez Lucyfera odprężających planach wojennych. Wiedziała, że musi się dowiedzieć jak najwięcej, bo następnej szansy nie będzie miała (i do jej ulubionej litanii, modlitwy, obok jebany Winchester dołączyło też jebany Crowley). Przez tydzień, a może tylko parę dni, kiedy nie ruszyła się z zatęchłej, śmierdzącej ruiny Singera zastanawiała się, kiedy w końcu Deany pęknie i każe – tym swoim pieprzonym tonem dowódcy, jakby faktycznie mógł jej wydać jakikolwiek rozkaz – zejść na dół. Było wiele rzeczy, które Cassandra Montressor zrobiłaby dla dobrej rozrywki, interesów, własnego widzimisię. Odwiedzanie piekła stało na ostatnim miejscu.
Zaczynała więc się nudzić. Sfrustrowana, wściekła, coraz bardziej przekraczając granice, specjalnie powodując spięcia między nią a Singerem, między nią a Winchesterem, między Winchesterem a Singerem, z wielką przyjemnością wciągając w nie pojawiającego się co jakiś czas anioła. Zaczynała robić to, przed czym broniła się jeszcze tydzień i dwa wcześniej – czekała na jebany cud.
Ten zwiastował tylko hałas na dole, kiedy przerzucała rzeczy żonki starucha, szukając czegoś, czym mogłaby ponownie go zdenerwować, jakby paradowanie w jej obrzydliwych ciuchach nie wystarczyło jej na jeden dzień. Hałas i głosy, i to ostatnie sprawiło, że wiedziona ciekawością zostawiła swoje małostkowe plany, dochodząc do wniosku, że to nie Winchester rozpieprza swojemu wujaszkowi chatę, jakby parę kopniaków w przestarzałe meble mogło pogorszyć stan tej obleśnej nory. Znalazła się na dole w odpowiedniej chwili, by nawet jej pozbawioną uczuć, których nie życzyła sobie tam widzieć, twarz mogło zaznaczyć umiarkowanie zaskoczone uniesienie brwi i błąkający się leniwie uśmieszek. Przed Deanem widziała śliczną Melissę, w całkiem stylowym szlafroczku; Melissę zachowującą się w sposób nie pozostawiający żadnych złudzeń, że tam w środku ciągle była ona. Jeśli Winchester uważał to za kompletnie zryty sen, ona odruchowo zaczęła widzieć w tym zagrożenie. Ktoś mieszał im w głowach, nie tylko jej, ale i Winchesterowi, och, to raczej logiczne, Winchesterowi było przecież łatwiej zamieszać w głowie, niż jej. Dopiero po paru długich sekundach jej spojrzenie padło na drugiego gościa. Usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, a w oczach pojawił błysk zrozumienia. Oczywiście.
- Ty też całkiem nieźle. Jeszcze nie zmieniłyśmy buźki? – odpowiedziała, bo jakże mogłaby nie odpowiedzieć samej sobie, jedynej wartej uwagi rozmówczyni, odruchowo dostosowując się do sytuacji, łapiąc w ciągu sekundy już wszystko i nie potrzebując nawet odrobiny wyjaśnień. Zaśmiała się zaraz na swoją własną odpowiedź („ta mu się podoba”, dopełnione pełnym władczości gestem wobec rozanielonego aniołka i zniknięciem). Nie mogła ukryć, że zabawnie było obserwować tę scenkę, a jeszcze zabawniej Deana, który strzelił do radia, akurat wtedy, kiedy zaczęła śpiewać razem z nim. – Pojebało do końca, Deany? A może to zazdrość w dupę gryzie? – Zaśmiała się z wyższością, nawet nie kryjąc tego, że reakcje Winchestera były naprawdę rozbrajające, a ta złość, która wręcz piętrzyła się w nim, nie wiedzieć czemu, tylko dopełniała ten śliczny obrazek. Obrazek przerwany kolejnym hukiem, tym razem otwieranych drzwi. Aż szkoda, że niebieskooka ptaszyna rzadko kiedy używała tego sposobu, szczególnie w tak agresywny sposób. Kompletne niezrozumienie Castiela wobec jej sugestii ubawiłoby ją teraz jeszcze bardziej, niż wcześniej. Zamiast tego zajrzała na korytarz, bo Winchester, najwyraźniej nadal w szoku po tym jak zobaczył swojego aniołka w takim stanie, nie miał zamiaru iść bawić się w pana domu. Faktyczny pan tego chlewu – bo domem nazwać się tego miejsca nie dało – najwyraźniej zaszył się gdzieś i zanudzał w tych przefałszowanych księgach. I bardzo dobrze. Ledwo zdążyła dojrzeć wpakowującą się do środka kobietę, ledwo usłyszała jej komentarz, kiedy została pchnięta na bok przez Deana, któremu najwyraźniej się odwidziało i postanowił prawić grzeczności. Miała zbyt dobry humor – szczerze, naprawdę dobry humor – żeby się z nim kłócić albo dosadniej dać mu do zrozumienia, że takie traktowanie odrobinkę jej nie odpowiadało. Zamiast tego znalazła się w salonie, nie wychylając się, pozwalając łowcy zająć się… Och. Jebane cuda, proszę państwa, najwyraźniej się zdarzały. Sam Winchester. Niekoniecznie cały, nie do końca zdrowy. Ale jednak, tutaj, na wyciągnięcie ręki. Nawet nie udawała przejęcia jego stanem, nonszalancko oparta o regał, z nogą zgiętą w kolanie i ramionami założonymi na piersi. Przy spanikowanym Winchesterze, przy przejętej kobiecie nie wyglądała szczególnie autentycznie – i bardzo dobrze, bo autentyczna nie miała zamiaru być, a im dłużej Sam pozostanie nieprzytomny, tym lepiej dla niej. Nie bała się konfrontacji z młodszym z braci, w żadnym wypadku, nie przejmowała się też tym, że starszy mógłby zerwać ich umowę – bo nie zrobiłby tego. Jednak chwila na podjęcie odpowiednich decyzji zawsze była przydatna. Na wybadanie, kim była ta czarująca brunetka, i ile miała zamiar zostać w tym miejscu. Przez chwilę przypatrywała się uważnie tej dwójce. Oboje czegoś rozpaczliwie pragnęli, to było jasne i wyraźne, stanowili naprawdę niezły materiał na kupców; ale Dean sam w sobie był kumulacją miliona emocji, a umierający na kanapie w obskurnym salonie Sam Winchester stanowił dość jasną podpowiedź, czego oboje w tym momencie najbardziej chcieli. Pomyśli nad tym później – o ile będzie miała okazję, a jednak wolałaby nie, bo tłok nie był jej szczególnie na rękę (i taki zabawny fakt, bo Cassie doskonale radziła sobie z mężczyznami, ale z kobietami – już nie tak bardzo; nie wiedzieć czemu od kiedy tkwiła w tym garnuszku wszystkie zdawały się jej wybitnie nie trawić). – Po tym co widziałam? Z przyjemnością – mruknęła bardziej do siebie, niż do Winchestera na jego, kolejny, rozkaz, rzucając brunetce nieprzeniknione spojrzenie i wychodząc jeszcze przed nią z pokoju, a potem domu. Nie chciała ostentacyjnie znikać przy niej. Sama nie wiedziała dlaczego – chyba stęskniła się za graniem, za udawaniem łowcy, za Cassandrą z bagażnikiem cadillaca pełnym najróżniejszych artefaktów. Pojawienie się kompletnie obcej osoby było jak wciśnięcie odpowiedniego guzika, tego oznaczonego „show must go on”, a Cassie nigdy temu jednemu rozkazowi nie odmawiała. Wyszła tak jak stała, w bluzce na grubych ramiączkach, przetartych jeansach, szpilkach, nie przejmując się tym, że na zewnątrz panowała minusowa temperatura, a śnieg ciągle sypał. Wystarczyła chwila, by obok niej pojawił się Puszek. Uśmiechnęła się półgębkiem, przypominając sobie reakcję Deana, kiedy któregoś razu przekroczył próg salonu Singera, a ona siedziała na ziemi, oparta o kanapę, i ostentacyjnie drapała powietrze – a raczej piekielnego ogara, dla łowcy przecież niewidocznego. To był pierwszy raz, kiedy myślała, że naprawdę złamie umowę. Nieszczególnie przejęła się kategorycznym zakazem trzymania zwierząt w domu. Zresztą, pan Puszek i tak miał ważniejsze rzeczy do roboty, niż przeciąganie za jego pomocą naprrrawdę cienkiej struny. Teraz także – wysłała go na szybki zwiad po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś osamotnionego aniołka. Nie tylko demony w czasie apokalipsy pałętały się bezpańsko po ziemi. Jak szybko zrozumiała, pierzaści skurwiele też mieli do tego tendencje, a od kiedy wymusiła jako punkt umowy otrzymanie przez nią anielskiego ostrza (oczywiście, Winchester nie pozwolił, by było tak pięknie i kazał jej zdobyć je samodzielnie, tak cholernie z siebie zadowolony, pozwalając jej pożyczyć to należące do Castiela – więc obdarowując łowcę porządną wiązanką przekleństw, nie siląc się na grzeczność korzystając z chwili zaskoczenia przeszukała anioła, znikając z jego sztyletem na godzinę czy dwie. Kiedy wróciła włosy miała trochę rozczochrane, a w obu dłoniach ostrza – jedno z nich znaczyła krew, którą wytarła o prochowiec, nie mogąc powstrzymać ani powtórzenia tego gestu, ani lekkiego uśmieszku, kiedy wręczała aniołowi jego własność) stanowiło to dla niej podstawę niekończącej się przyjemności. Każdy powinien jakoś radzić sobie ze swoimi fobiami. Ona wybrała tę agresywną metodę. Czekając na powrót ogara wyjęła z bagażnika Caddie anielskie ostrze, przez chwilę przyglądając się błyszczącej broni i zatrzaskując drzwi, nie myśląc o tym, jak bardzo zaniedbała swój samochód. Sekundy mijały powoli, aż wreszcie jej twarz zaznaczył nie zwiastujący niczego dobrego uśmiech. Znikła. Tylko na ziemi, tuż przy samochodzie, zostały dwa ślady, które chwilę później ukrył śnieg.
Nawet jeśli udało jej się zaskoczyć anioła – słodką kobietkę wyglądającą tak niewinnie i porządnie, że rzygać jej się chciało – nie znaczyło to, że było łatwo. Nie było. Zaułek jakiejś zapyziałej ulicy zapyziałego miasta zaraz pokryła zawartość przewróconych śmietników, błysnęły ostrza, włosy znowu były potargane, razy wymierzane, przewaga zyskiwana i tracona. Dopóki w ciągu sekundy sytuacja się nie zmieniła, a ona krępowała anielicę. Pchnęła ją, by upadła na ziemię, sztylet znalazł się przy jej szyi, naginając gładką powierzchnię skóry, wywołując maleńki uśmiech (trzeba było czegoś więcej, by go powiększyć).
- Włącz swoje anielskie radyjko, ptaszynko – wycedziła słodkim, przesiąkniętym chorą czułością głosem, śmiejąc się, kiedy mała dziwka próbowała protestować i się bronić. Ostrze zawędrowało w bok, przebijając jej rękę, bo wymierzony dla jej własnej satysfakcji kopniak potrzebował towarzystwa. Nastąpiła na dłoń, próbującą sięgnąć w stronę odrzuconej wcześniej drugiej broni, sztylet podwijający przesadnie elegancką bluzkę przestał wędrować tworząc fantazyjne wzory po jej brzuchu i klatce piersiowej, znajdując się znowu na szyi, tu w tym jednym miejscu, gdzie idealnie wchodził, przebijając się na drugą stronę i zabierając życie. – Włącz swoje anielskie radio – powtórzyła nachylając się. – I przekaż, proszę, że pewna blondynka nie może się doczekać powrotu swojego pączusia, bo ona i jej przyjaciel nie mogą sami poradzić sobie z pewnym wielkim problemem. – Castiel był beznadziejny w kodach, ale nazywała go pączusiem tyle razy w ciągu ostatnich tygodni, że do jego anielskiego, niekontaktującego łba mogło to w końcu dotrzeć. Nie miała jednak żadnej gwarancji, że anielica faktycznie to zrobiła (bo wyraz jej oczu nie mógł być wystarczającą gwarancją i aż westchnęła cicho, że tym razem trafił jej się tak miękki tak… nie stanowiący żadnego wyzwania materiał), ani że Cas zrozumie. Nie było dobrego miejsca w którym można by szukać anioła, szczególnie takiego jak piękniś w prochowcu. A jednak miała jeszcze kilka metod i nie zamierzała spocząć po wykorzystaniu tylko jednej z nich. Jeśli anielica myślała, że przez to, iż spełniła jej prośbę, Cassie ją puści… Cóż. Była tylko Cassie. Nie podpisana umowa nie miała żadnej wartości.
Ostrze wniknęło głębiej. Dla jej własnej przyjemności, objawiającej się w błysku światła, przez chwilę odbijającym się jeszcze w porażającej jasności anielskiej broni.

/nie bijcie, nie bijcie, nanana, zbudziłam się z tą wizją, więc powstała, i nawet na wszystkie non-kanony (chyba wszystkie..) mam wytłumaczenie, ha! No i teraz – albo a) jeśli Majek chce pisać, to może ślicznie napisać jak to Kesi znalazła miłość swojego życia, bo ja szczerze mówiąc nie mam pomysłu (chyba, że później na coś wpadniemy na czatboksie, to ja chętnie uzupełnię or sth), b) Kesiak może wrócić sama i cierpliwie czekać, to już też jakoś zaznaczycie w swoich postach, c) wnioskuję jednak za krótszymi postami xD DUŻO krótszymi postami/
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Pią Sty 10, 2014 9:59 pm

Zapomniał. Zapomniał, że przed kilkoma minutami w salonie doszło do czegoś dziwnego, dziwniejszego niż dotychczas. Zapomniał, że Cassie zareagowała na to, jakby było to coś naturalnego, jakby zdarzyło się jej to nie raz. Zapomniał, że sądził, że to tylko sen, kolejne papranie mu w głowie. Zapomniał, że dziewczyna, którą wysłał do kuchni po medykamenty i opatrunki, nie miała pojęcia, że ta druga, którą poprosił, a nie rozkazał, bo jego głos raczej nie był stanowczy i twardy, tylko lekko łamiący, bo to przecież Sam znowu, znowu!, wykrwawiał się mu na rękach, jest demonem i zapomniał, że tej dziewczyny z kuchni w ogóle nie powinno tu być. Zapomniał, że w głębi domu, za skrzypiącymi drzwiami gabinetu, siedział Bobby, zapewne klnąc pod nosem na hałasy, za które odpowiedzialność zrzucił na Deana i tą piekielną dziwkę, uznając, że pewnie się znowu kłócą. Nie trudno było o tym wszystkim zapomnieć, kiedy patrzyło się na bladą, nieprzytomną twarz, tego potężnego idioty, którym miało się ochotę potrząsnąć i wygarnąć mu jakim jest sukinsynem, może nawet przyłożyć dodatkowo, za to ignorowanie, bo mógłby już przestać, kiedy Dean natrętnie próbował się z nim skontaktować, przecież pokazał, że pokonał dumę i wyciągnął rękę, ale nie, ten Łoś musiał robić mu na złość, musiał.
Skupiając się na bracie, nie zarejestrował momentu, w którym Cassie opuściła dom, odgłosy gwałtownie otwieranych szafek i szuflad zdawały się do niego nie docierać, kiedy spomiędzy palców, które uciskały ranę, sączyła się lepka krew. I tylko na moment przed oczami pojawiło się wspomnienie innej rany, na innym brzuchu i równie lepka i ciepła krew, która zdawała się wylewać litrami spod kawałka drewna. Stukot stawianej szuflady na podłodze obok kanapy rozproszył wspomnienie, sprowadził z powrotem do salonu Singera, do Sama i do Iriss, wykładającej z szuflady potrzebne rzeczy.
Współpracowali właściwie bez słowa, bo podaj mi nożyczki czy inne tego typu zwroty nie należało zaliczać jako rozmowy. Nie było miejsca na pogaduszki, i tak nie mieliby o czym rozmawiać, po tym, jak załatwił ją przy ostatnim spotkaniu. Musiał się skupić, nie mógł rozpraszać się myśleniem o tym, jakie to dziwne uczcie się pojawiało, kiedy przypadkowo dotknął dłoni Sheppard, o tym, że atmosfera jest napięta, inna, nienaturalna, jakby coś wisiało, ale nie potrafił powiedzieć co. Skupiał się na Sammym i to było dobre. A uścisk w żołądku był spowodowany tylko stanem młodszego brata.
Przynajmniej tak sobie chciał wmawiać Dean.
Kończył owijać bandażem poharataną dłoń Sama, gdy uświadomił sobie, że od paru minut patrzy na to, jak Sheppard cerowała Lucyferowe naczynie. Szyła z precyzją zawodowego chirurga. Ręka nie drgnęła jej ani razu, kiedy igła przechodziła przez skórę. Nic dziwnego, skoro już jako dzieciak szyła rany swoim braciom i jemu. Jemu też szyła. Bo tamtej ranie nie było ani śladu, żadnej blizny, zniknęła dawno temu, rzucając w przepaść fakt, że to właśnie mała Iriss cerowała mu ugryzienie, aż do, teraz kiedy już nie drobne, dziewczyńskie rączki a silne, kobiece dłonie, sprawiały, że paskudna rana nie wyglądała już tak groźnie, jak na początku.
Odwrócił wzrok, lekko zmieszany, jakby został przyłapany na czymś niemoralnym, a nawet przyłapany nie został. Posprzątał to, co było do posprzątania, uprzejmie (aż dziwne, że potrafił tak, skoro kilka tygodni temu zapomniał, że coś takiego jak uprzejmość istnieje) proponując Sheppard, by skorzystała z łazienki. W końcu sama nie wyglądała najlepiej, krew miała na dłoniach, ubraniu, a nawet twarzy. Dean też, ale jemu się nie spieszyło, wolał siedzieć przy Samie i przeklinając Castiela w duchu, za to, że znowu olewa jego modlitwy i nie raczy mu pomóc, kiedy potrzeba. I wcale nie przypadkiem przypomniało mu się, że wcześniej był tu inny Cas, w szlafroczku i była też Cassie i... nie, to byłoby niemożliwe. Tak bardzo niemożliwe, że zaśmiał się cicho pod nosem. Jeszcze wyjdzie na to, że Iriss i Sam to tez wymysł jego mózgu. Nie, nie mózgu. Aniołów. Wszystko mogło się okazać wielkim, popierdolonym snem, w którym przesadnie odczuwał obecność kobiety w pokoju, słysząc jej oddech, jej każdy niewielki ruch i zapach mydła, jaki roznosiła za sobą, po tym jak wróciła z łazienki. Węzeł się zacisnął mocniej. I  mocniej.
Bobby pojawił się na moment, dopytując się o stan Sama, o to gdzie jest ‘ta dziewczyna’ – Singer dyplomatycznie założył, że Sheppard nie ma pojęcia z kim brata się Dean, więc starał się demona nie nazywać po swojemu – i dlaczego jeszcze nie ma Castiela. Winchester też chciałby to wiedzieć.
Staruszek opuścił salon, nie mogąc znieść tego, co wisiało w powietrzu – a nie był taki głupi, jakby się wydawało, widział to, jak Dean patrzy na Iriss, z mieszaniną wściekłości i zdziwienia, że w ogóle tutaj jest, to jak Iriss unikała spoglądania na łowcę. Głupie dzieciaki wymamrotane pod nosem, kiedy wózek przejechał przez próg, zostawiając łowców samych. Nie licząc nieprzytomnego Sama.
Nie wiedział, ile czasu minęło od chwili, kiedy Iriss zjawiła się na progu, dźwigając na ramieniu jego brata. Czas wlókł się niemiłosiernie wolno, Sam nadal był blady, nadal rozpalony, nadal oddychał płytko, a spółki C&C jak nie było, tak nie było. Siedzenie i czekanie irytowało Deana. Nie lubił bezczynności, dlatego przecież ciągle polował, szukając w międzyczasie jakiegoś planu na pozbycie się Lucyfera. Dlatego co chwila zmieniał zimny okład na czole brata, dlatego poszedł do kuchni po szklanki, dlatego wracając, zatrzymał się w progu, wbijając spojrzenie w Iriss.
Siedziała na fotelu, trochę nieobecna, i wyglądająca inaczej. Nie wiedział jak inaczej, co się zmieniło, nie dostrzegał tak widocznego szczegółu, może to ze zmęczenia, a może dlatego, ze zbyt krótko na nią patrzył, ale coś w wyglądzie Iriss było innego. Zastanawiał się nad tym, rozlewając do dwóch szklanek alkohol, szybko porzucając te rozmyślania, bo były bezsensowne. Cokolwiek by się zmieniło, nie miało to znaczenia. Nie mogło mieć znaczenia. Z jednej szklanki wypił jednym łykiem zawartość, pozwalając, by niesmaczny napój rozlał mu się po żołądku, niszcząc trochę ten węzeł w nim. Znaczy, chciał, żeby zniszczył, ale tylko pogorszył sytuację, kiedy z nowa porcją dla siebie, i tą drugą dla Iriss, podszedł do niej, stając z boku, by móc patrzeć na brata, a nie na nią. I
- Dzięki – mruknął cicho, ostrożnie, byle tylko nie dotknąć palców, podając łowczyni szklankę z tanią whisky, której Bobby miał pod dostatkiem. Należało podziękować Iriss. Musiał. Za to, że przyprowadziła tutaj Sama, za to, że mu pomogła go opatrzyć. - Gdzie go spotkałaś? - nie pytał w celu potrzymania, jakiejkolwiek rozmowy, tylko z ciekawości. Musieli być niedaleko, skoro Iriss zdążyła przywieźć Sama tutaj, na złomowisko. Może Sam chciał przyjść do domu Singera, ale po drodze coś go zaatakowało? Zmarszczył brwi. Machinalnie, kiedy dotarło do niego, że Iriss mogli razem na coś polować, przypadkiem, przecież takie rzeczy się zdarzają. A jeśli Sheppard i jego brat komunikowali się ze sobą już wcześniej, byli cały czas w kontakcie? Od zawsze się lubili. Od zawsze Iriss wolała towarzystwo Sama. Dean wypił zawartość swojej szklanki jedynym łykiem, tak jak za pierwszym razem. Co jeśli, Iriss i Sam... co jeśli uznała, że skoro starszy brat jest sukinsynem, to weźmie się za tego drugiego? Nie chciał tak myśleć. Przychodziło to samo, razem z ciężkim uczuciem zazdrości. Bezsensownej zazdrości o to, że Iriss od zawsze wolała towarzystwo Sama. Od zawsze.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Sty 11, 2014 2:26 am

Gdyby nie Sam wszystko wyglądałoby inaczej. Gdyby nie ciążąca na drobnych ramionach Iriss kupa wykrwawiających się, więdnących mięśni- dostrzegłaby. Zobaczyłaby każdy jeden szczegół, znajdujący się w tej ruinie, zwanej domem. Zwróciłaby większą uwagę na blondynkę, oh... poświęciłaby jej bardzo wiele uwagi. Więcej, niżby dziewczyna mogła sobie życzyć. Choć i teraz w jej głowie pojawiały się pytania, mimo iż powinna zajmować się rzeczami ważniejszymi. Kim jest? Łowcą? Przypadkową dziewczyną? Demonem? Wilkołakiem? Czy czymkolwiek innym? Nie mogła jej umiejscowić w tej sytuacji. Była niepasującym puzzlem. Podobnie zresztą, jak i Sheppard. Ona też tu nie pasowała. Nie powinna była się tu znaleźć. Gdyby nie Sammy... wykrwawiający się Sammy, pewnie byłaby bliska rozwiązania zagadki ducha dwie jazdy drogi stąd. Nie musiałaby znosić przytłaczająco ciężkiej obecności. Nie musiałaby wykorzystywać całej swojej siły woli, żeby nie zrobić czegoś głupiego, by opanować emocje, walczące o uwagę i prawo głosu. Nie, nie podda im się tak łatwo. Nie pozwoli zrujnować tego, nad czym tyle pracowała przez widok tego wiecznie wystawionego na jej widok, zamiast oczu, karku. Liczył się Sam. Bo właśnie przez niego nie żałowała, że się tu znajduje. Mimo, iż przez niego tu była. Chciała go uratować. Zawsze odczuwała tą silną potrzebę, która dominowała wszystkie inne. Nie było u niej „ratuj siebie”, nie było „walcz”. Te stwierdzenia i milion im podobnych, zawsze, ale to zawsze zastępowane były tym jednym, najsilniejszym z nich wszystkich i najważniejszym. „Ocal”. Teraz szczególnie ten instynkt dał o sobie znać. Nic więcej się nie liczyło. Reszta mogła poczekać. Musiała odepchnąć te wszystkie emocje na bok. Wszystkie obawy, wszystkie lęki i dziwne ciśnienie wypełniające jej ciało, oraz przerażenie związane z tym, co może przynieść- bo nie wiedziała, tak cholernie nie wiedziała, a wolałaby wiedzieć, wtedy by się przygotowała, obroniła, a nie mogła. Nie zwracała uwagi na otoczenie. Nie zwracała uwagi na innych w pomieszczeniu, o ile jeszcze w ogóle jacyś inni tu byli. Nie patrzyła, nie widziała, nie słyszała, jak wychodzi nieznajoma. Myślała, że wciąż jest gdzieś w pobliżu i boi się ubrudzić rączki. I dobrze, bo Iriss nie chciała, by miała jakikolwiek wkład w ratowanie Winchestera. Ona... oni, ona i Dean świetnie dadzą sobie radę sami. Byli wprawieni. Zaszywali już dużo gorsze rany. Leczyli już dużo większą utratę krwi. A byli wtedy jeszcze dziećmi. Sheppard doskonale pamiętała swoje pierwsze szycie. Swoją pierwszą poważną ranę. Widok pierwszych cięć, leczonych jej ręką, na skórze starszego z braci. Pierwsze ratowanie tyłka Scotta. Pierwsze poważne rany bliźniaków, które doprowadziły ją do histerii, związanej ze strachem przed utratą ich. To wszystko ją przerażało. To wszystko też ą wzmocniło. Nicią chirurgiczną i igłą posługiwała się lepiej niż długopisem. Każdy łowca to potrafił. Każdy łowca byłby w stanie naprawić zniszczone ciało. No, przynajmniej w przypadkach podobnych do tego, który leżał przy niej. Nie mogła ukryć jednak zaskoczenia, że Dean pozwolił jej sobie pomóc. Nie spodziewałaby się tego po ostatnim spotkaniu, po jego słowach. Lecz może strach przed utratą Sammiego zbyt nim wstrząsnął. Teraz nieważna była duma. Teraz ważne było zdrowie syna Johna.
Przez cały czas, gdy zasklepiała rany oddychała ciężko. Nie dlatego, że nie mogła się skupić- była skupiona jak nigdy dotąd. Nie dlatego, że nie miała sił- miała ich, jak nigdy wcześniej, nabuzowana adrenaliną. To przez jego obecność, która odbierała jej powietrze. Zbyt blisko, zbyt intensywnie. Nie mogła sobie jednak pozwolić na myślenie o tym. Uczucie towarzyszące elektryzującym prądom jego skóry kumulowała w jednym miejscu. Później się tym zajmie. Nie teraz.
-Trzeba dać mu coś na sen. Znieczulić go. Niech prześpi najgorsze.- powiedziała do Deana, lecz nie patrząc na niego. Odgarniała mokre od potu i krwi włosy Sama z jego twarzy i przemywała ją wilgotną ściereczką, którą wzięła z kuchennej szafki. Było już po wszystkim. Zrobili, co mogli. Teraz musiał spać. Musiał nabrać sił. Musiał się otrząsnąć, obrażeń było zbyt wiele, by pozwolić mu się wybudzić z ogłupiającego szoku. Dopiero teraz zauważyła, że nikogo poza nimi nie było w pokoju. Zgodnie z poleceniem Deana poszła się umyć, dziękując za udostępnienie łazienki. Co innego miała powiedzieć? Co innego miała zrobić? Musiała odetchnąć. Musiała nabrać powietrza i oczyścić, chociaż odrobinę, przeciążony umysł. Pomieszczenie było niewielkie, ciemne, a mimo to było w nim więcej tlenu, niż w dużo większym salonie. Nie musiała go z nikim dzielić. Miała swoją własną działkę. Przejrzała się w niezbyt przejrzystym lusterku i odgarnęła włosy z twarzy, by zmyć z niej i z nich pozostałości krwi, zmęczenia i emocji. Umyła resztę ciała, ściągając koszulkę. Nie nadawała się już do chodzenia. Nie było jej szkoda. Miała to gdzieś. Problemem było tylko to, co teraz na siebie założy. W samochodzie miała ubrania, lecz nie pójdzie po nie w samej bieliźnie. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu rozwiązania i znalazła je. Chwyciła czarny materiał i nałożyła go na siebie. Koszulka była na nią za duża. Pachniała nim. Skurcz gdzieś w podbrzuszu, a może w żołądku, czy też nerkach pojawił się nagle, powodując, że niemalże nie zgięła się w pół. Przestań o tym myśleć. I nagle pojawiła się obawa przed wyjściem z łazienki. Odetchnęła i pchnęła drzwi , pocierając niepewnie ramię. Wróciła do salonu, było w nim o wiele cieplej niż w łazience. Widok Bobbiego był zaskoczeniem i zarazem nim nie był. Mężczyzna nie zmienił się wcale od chwili, gdy ostatni raz widziała go przez samochodową szybę lata temu, gdy to jeszcze bliźniacy twierdzili, że muszą zmieniać jej pieluchy. Może poza tym, że jeździł na wózku, choć o tym fakcie wiedziała. Uśmiechnęła się do niego niepewnie, nie mówiąc ani słowa. Nie wiedzieć czemu, ale jego osoba ją onieśmielała. W taki dziwnie nieprzyjemny sposób. A potem zostawił ich samych i jej serce znów zabiło mocniej, niepewnie. Wodziła wzrokiem po pomieszczeniu, analizując jego kawałeczki. Każdy zakurzony mebel, każdą pajęczynę wysoko w rogu, czy każdą książkę leżącą nie na swoim miejscu. Każdą plamę na dywanie i odcisk na posadzce. Każde rozdarcie na kanapach, krzesłach i fotelach. Rozwalone, dymiące się radio. Wszystko, byle tylko nie patrzeć w jego stronę. A potem usiadła, wlepiając wzrok w Sama. Tak było bezpieczniej. Mimo wszystko słyszała go i czuła jego obecność. Zbliżał się do niej. A gdy był już zbyt blisko spojrzała na niego. Krótko i tchórzliwie, lecz zrobiła to. Zacisnęła usta i zmusiła się do uśmiechu, biorąc od niego szklankę z trunkiem. Tak, to akurat był dobry pomysł. -Nie musisz mi dziękować. Nie zostawiłabym go.- powiedziała, po czym nabrała do ust odrobinę trunku i przełknęła ją powoli, by dodać sobie odwagi. Może i alkohol był tani, lecz przywykła już do picia gorszych rzeczy. Ważne, że będzie miał swoje działanie, które równie dobrze mogłoby pomóc, jak i zaszkodzić. -Niedaleko stąd, jakieś dwadzieścia minut. Zadzwonił po mnie...A raczej napisał mi wiadomość.  Byłam niedaleko, więc przyjechałam. Natknęłam się na dosyć niespotykanych rozmiarów gniazdo wampirów. Było dosyć krwawo, jak można się domyślić.- zawiesiła na chwilę głos, opuszczając wzrok na dół i pociągnęła kolejny łyk.- Myśleliśmy, że to już koniec, ale ocalała dwójka wyskoczyła znienacka, nie zdążyłam dobiec wystarczająco szybko. Były rozwścieczone...- na usta cisnęło jej się pytanie. Dlaczego. Dlaczego nie byli razem. Dlaczego do cholery pozwolił mu iść tam w pojedynkę?! Ale nie zapytała. Nie zrobiła nic. Odetchnęła i dopiła zawartość szklanki, wlewając ją do gardła. Wciąż nie mogła na niego spojrzeć, mimo iż miała na sobie jego koszulkę, która sprawiała, że czuła ten przeklęty zapach dwa razy mocniej. Zacisnęła pięści i w końcu się odważyła. Spojrzała na niego z wyrzutem, całym, jaki do niego miała, przykrytym miękką kołderką o imieniu Sam.-Gdzieś Ty do cholery był, gdy Cię potrzebował?- nie ukrywała, że jest na niego zła. Ukrywała tylko dlaczego. Wstała z fotela, odchodząc kilka kroków i zaczęła kręcić się po pokoju. Odstawiła gdzieś szklankę i podeszła do okna, opierając o niego przedramię, stanowiące podpórkę na czoło, oraz osłonkę przed kontaktem z zimnym szkłem. Nie powinna była zaczynać. Nie powinna była. Nie. On nie chciał tego słuchać, przecież wiedziała. Nie musiał się też tłumaczyć. Nabrała powietrza i odwróciła się do niego, by całkowicie zmienić temat, czyli zrobić to, co umiała najlepiej. - Szukacie go, prawda? - znów czuła, że się wtrąca. Lecz tym razem musiała. A on musiał zrozumieć, że ta sprawa nigdy nie przeszłaby obok niej obojętnie. Podobnie jak wszystko inne, co się teraz działo. Może właśnie teraz był dobry moment na wytłumaczenia i wprowadzenie do sytuacji? Coś jej się obijało o uszy, za każdym razem. A nie była aż tak głupia, by nie zauważyć co się świeci, o kogo chodzi i co się dzieje. Zwłaszcza, że to właśnie oni byli w to zamieszani. Winchesterowie. -Lucyfera.- spojrzała na niego. Oczekiwała choć odrobiny wyjaśnień. Należało jej się. Nie mogła być wiecznie niedoinformowana. Otrzymała kilka informacji od braci, jednak wciąż brakowało jej elementów. Tylko Dean mógł jej teraz rozjaśnić w głowie. O ironio- przecież robił zupełnie na odwrót.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Sro Sty 15, 2014 10:23 am

Musiał poprosić ją o pomoc. Musiał. Mógł zawołać Singera, ale tutaj potrzeba było jasnego umysłu, niedrżących od nadmiaru alkoholu i złości palców, które zwinnie będą łatać dziury w ludzkim mięsie. Dlatego Iriss. Nie zastanawiał się nad tym, czy może to zrobić, czy po tym, co jej wykrzyczał mógł prosić ją o coś takiego. Ale tu nie chodziło o niego czy o nią. Chodziło o Sama. Zbyt wyrośniętego kujona, który dla obojga był kimś ważnym. I jeśli chodzi o życie kogokolwiek bliskiego, duma musiała poczekać, aż stan się polepszy, albo gdy wszystkie rany będą zasklepione. A kiedy już wszystko wydawało się pod kontrolą, kiedy oddech Sama był już spokojniejszy, rany wydawały się mniej krwawić, krew zniknęła z rąk, brudne bandaże i szmaty wylądowały w koszu, okazało się, że tak, naprawdę wydawało się Deanowi, że wszystko jest pod kontrolą. Nie było. Wystarczyło, że wróciła z łazienki, by wcale nie taki mały salon, wypełniła całą swoją osobą. Bobby miał rację, uciekając od nich, od ciężkiego powietrza, które ich otoczyło mackami, bo gdyby nie Sam, Dean też zaszyłby się gdzieś indziej, nie zwracając większej uwagi na gościa, starając się ignorować jego obecność. Może wtedy by wyszła, zdając sobie sprawę, że nic tu po niej. Zamiast ucieczki, dał jej się napić, nie odpowiadając uśmiechem na uśmiech, dał jej mówić i o dziwo, słuchał uważnie ani razu nie patrząc w kierunku łowczyni, dopóki nie dotarła do niego złość zawarta w jednym pytaniu. Też chciał spytać o to samo. Ale nie Iriss, tylko brata. Gdzie byłeś, kiedy cię potrzebowałem? Spojrzał na nieprzytomnego brata, milcząc długą chwilę. Nie twój interes, Sheppard cisnęło mu się na usta zaciśnięte w jedną linię, by powstrzymać się przed powiedzeniem tego na głos. Dobrze wiedział, jakby to brzmiało: opryskliwie, nieprzyjemnie a przecież właśnie pomogła mu poskładać dzieciaka do kupy. Nie zamierzał się też tłumaczyć, wyrzucać z siebie słowa, które domagały się wypowiedzenia, by zmniejszyć swój ciężar i przenieść to pełne wyrzutu spojrzenie Iriss, od którego po karku Deana przeszły nieprzyjemne dreszcze, na Sama.
- Rozdzieliliśmy się i przez ten czas nie miałem od niego wiadomości – w głosie można było usłyszeć trochę złości zmieszanej z troską o tego durnia, który dochodził do siebie na kanapie Singera. Wolał zawiadomić Sheppard, nie wiedząc czy zdoła mu pomóc, czy jej na tyle blisko, by wyruszyć z odsieczą, zamiast zadzwonić do brata, który przecież był niedaleko i od kilku tygodni próbował się do niego dobić i czekał tutaj, z wyciągniętą na zgodę dłonią. To wina Sama, że Deana nie było przy nim. Razem rozprawiliby się z tymi wampirami bez problemu, bez większych obrażeń, tak, na pewno. Teraz piliby piwo i szukali sposobu znalezienia tej pieprzonej Gwiazdeczki, jak to Cass lubiła nazywać w ich rozmowach Lucyfera. Tylko młodszy Winchester wolał młodszą Sheppard niż starszego brata i teraz oburzony przeciwbólową chemią spał jak dziecko, nie czując i nie śniąc, nie mając jak odeprzeć oskarżenia pod swoim adresem. Nie, wcale Dean nie pomyślał o tym, że Sheppard jak zwykle sprowadza małe kłopoty na każdego, kto znajdzie się w jej pobliżu i nie uśmiechnął się do tej myśli lekko, niezauważalnie, kręcąc do tego głową, by wyrzucić z niej przemyślenia. Bo to nie tak, że ją oskarżał o to, co się stało, zrzucał na nią winę, bo tego nie robił, nie mógłby być na nią zły za to, że próbowała pomóc Samowi. Po prostu Iriss i kłopoty... To było dla Deana coś naturalnego. Może brzmiało to tak, jakby Sheppard była złym talizmanem, nie, nie była, bo nie zawsze kłopoty zwalały się na łowców, ale... to te problemy zawsze, za każdym razem, sprawiały, że on i ona, że oni, byli zdani na siebie nawzajem, i za każdym razem relacje między nimi ulegały zmianie. Szkoda tylko, że w ostatnim czasie, zamiast iść w górę, spadli w dół.
Słowa, a raczej pytanie, które zadała, kiedy uciekła od niego pod okno, dając im odrobinę wolnej od siebie przestrzeni, podziałało szybciej niż kręcenie głową. Zmarszczył brwi, rzucając szybkie spojrzenie łowczyni. Wiedział, że łowcy się domyślali. Słyszał plotki i opowieści, które krążyły w ich półświatku. Co sprytniejsi i mądrzejsi łowcy dodawali dwa do dwóch i wiedzieli, że ciąży nad nimi apokalipsa. Niektórzy byli nawet w stanie dokopać się do tego, kto się do tej apokalipsy przyczynił, stawiając sobie braci łowców jako punkt pierwszy na liście do zlikwidowania – na szczęście nikt jeszcze nie trafił ani na Deana, ani na Sama, bo to byłoby nieprzyjemne spotkanie. Winchester był głupi, skoro sądził, że jak nawrzeszczy na Iriss, jak da jej do zrozumienia, że nie powinna wciskać nosa w nie swoje sprawy, odpuści. Nie dało się tego odpuścić, on pewnie by tego nie zrobił na jej miejscu, szukając czegokolwiek na własną rękę. Tyle że nie chciał, coś w nim niepokojąco mocno nie chciało, by Iriss czegoś szukała. By się w to wpakowała, a przecież powinien zdać sobie sprawę z tego, że już i tak się to wpakowała – przez niego, przez jedną zbyt długą noc. Powinien sobie zdać z tego sprawę, nim będzie za późno.
- Tak – kiedy poczuł, że na niego patrzy, niezwykłym przedmiotem do obserwacji stała się szklanka w jego dłoniach. Nie była najczystsza, ślady smug i kurzu się na niej znalazły, należało jej się porządne mycie i polerowanie, ale kto by się przejmował stanem szklanki, kiedy za oknem szaleje stado wampirów, a i tak szkło było bezpieczniejszym obiektem obserwacji niż brunetka. Chwila. Moment. Zielone oczy po raz kolejny zwróciły się ku kobiecie, tym razem zatrzymując się na niej na dłużej, starając się odkryć to, co mu umykało, od momentu, gdy wróciła z łazienki. Włosy. Zmieniły kolor – teraz gdy stała przy oknie, w świetle, widział ich nową barwę, krzywiąc się, nieświadomie, bo... bo wolał tamte. Prawdziwe. Ciemne. I miała na sobie jego koszulkę, którą rano rzucił na stos podobnych w łazience. Jego, na pewno jego. Była za długa na Iriss, bo przecież nie miała tutaj żadnych rzeczy, które mogłaby założyć. Uścisk w żołądku był silny, mocniejszy i Dean żałował, że szklanka już jest pusta. W tym momencie wolałby wypić całą butelkę, nie bawić się w małe porcyjki, byle tylko przestać myśleć o tym, że wyglądała dobrze w tej koszulce, a bez n iej wyglądałaby jeszcze lepiej.
- Zostaw to. To nie jest dla ciebie, Sheppard. Dzięki za Sama, za pomoc, ale lepiej będzie, jak już pójdziesz – subtelne to, to nie było. Nie było sensu owijać w bawełnę i bawić się w grzeczności. Im szybciej łowczyni pójdzie, zniknie z zasięgu wzroku, przestanie być na wyciągnięcie ręki, zabierać mu powietrze, tym szybciej porzuci tą bezsensowną zazdrość, nie będzie czuć... Nie będzie czuć niczego. A przynajmniej będzie o wiele łatwiej dusić w sobie to wszystko, co budziło się w łowcy, kiedy zielone spojrzenie skrzyżowało się z tym ciemnym. Złość, dużo złości, zazdrość, potrzebę zanurzenia nosa w tych jej nowych włosach, sprawdzenia czy pachną tak samo, jak te, w które wplatał palce. Chęć przytulenia, zniknięcia w drobnych, ale silnych ramionach. Ucieknięcia od tego, co go przytłaczało, a może nawet podzielenia się tym z nią, tak jak kiedyś, dawno temu, wtedy pomogło... nie. Musi wyjść, musisz Iriss stąd wyjść, zanim Dean zrobiłby coś, czego będzie potem żałować. Wstał, by zapalić lampę stojącą niedaleko kanapy, zalewając pokój, przyćmionym zakurzonym abażurem, pomarańczowe światło. Wziął koc, by przykryć nim brata. Stanął plecami do kobiety, nalewając sobie kolejną porcję taniej whisky, nasłuchując kroków, które wskazywałyby na to, że poszła. Idź. Wyjdź. Iriss, nie bądź uparta. Wyjdź do kurwy nędzy, wyjdź i nie pakuj się w kłopoty. Alkohol palił przełyk, darował sobie szklankę i tak jak chciał, pociągnął zdrowo z gwinta. WYJDŹ
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Seestra Road Trip on Sro Sty 15, 2014 1:13 pm

Pomogłaby zawsze. Pomogłaby nawet, gdyby jej nie pozwalał, gdyby próbował zamknąć ją w jakiejś szafie i zastawić stołem, żeby tylko nie mogła się do tego dostać- pomogłaby. Bo znalazłaby sposób, żeby się stamtąd wydostać, choćby miała paznokciami wydrapać sobie wyjście. Nie musiał nawet prosić, nie musiał nic robić. Wystarczyło, że ją dopuścił- to już znaczyło bardzo wiele. Choć nie łudziła się, że coś zmieniło. Wciąż było tak samo. Obydwoje tylko udawali. Grali. A wszystko, by uratować Sama. Bez niego nie mieliby tu racji bytu. Nie wytrzymaliby nawet minuty w tym pomieszczeniu pozbawionym powietrza. Bo Sam teraz produkował im tlen. A gdyby go nie było- udusiliby się. I to dość szybko, mimo iż nawet pod wodą byliby w stanie wstrzymać oddech na dłużej. Ale nie tu, nie teraz. Nie w takiej sytuacji, nie po tym, co się stało.
Przez wiele dni łudziła się, że to nie miało na nich wpływu. Że są dorośli i potrafią się tak zachowywać. Błąd. Cholerna pomyłka. Było gorzej. Było znacznie gorzej. I co dawała ta świadomość? Wyrzuty sumienia? I to jeszcze jakie. Poczucie winy? Większe niż kiedykolwiek.
Bo mogło być, jak kiedyś. Wszystko mogło pozostać bez zmian. I wtedy cała ta sytuacja wyglądałaby inaczej. Bo zamiast walczyć o każdy jeden oddech, przekomarzaliby się ze sobą, kłócili o błahostki, ale z uśmiechem na twarzy- bo tak naprawdę te kłótnie kłótniami by nie były. Tylko zabawą.
Lecz teraz... teraz wszystko wyglądało inaczej. Teraz ściany pomieszczenia się zmniejszały. Parły na nich i to dość szybko. Sufit się obniżał. Niedługo zostaną zmiażdżeni przez siebie nawzajem. Chciała to wyjaśnić. Chciała wszystko naprawić. Postąpili głupio, nie powinni. Chciała mu powiedzieć, że nie ma mu tego za złe, że nie ma o to do niego pretensji- bo przecież to nie jego wina. Odpowiedzialność za tą noc spoczywała na ich barkach. Bo oboje w niej uczestniczyli. Bo oboje czerpali z niej wtedy tak wiele. Byli tak samo winni. Lecz czy to musiało tak wiele zmieniać? Czy to musiało ich dusić? Ona wciąż nie rozumiała dlaczego. Dlaczego tak ciężko jej o tym myśleć. Dlaczego wciąż czuła na ciele ślad po tej głupiej malince, choć nie było jej już od dawna.
Miała ochotę wyjść. Wsiąść do Czołgu i pojechać na drugi koniec tego pieprzonego świata. Ale nie zrobi tego. Bo nie byłaby wtedy sobą. Bo pokazałaby słabość, bo stałaby się tą słabością. Bo przyznała, że i on nią jest. A przecież to nieprawda?
Prawdą był jednak fakt, że bracia Winchester znów się rozdzielili. Ostatnio było o nich głośno. Plotki, pomówienia, błazenady- tak właśnie nazywała to Iriss. I za każdym razem, gdy usłyszała coś takiego wybuchała nieopanowaną złością. Bo nikt nie powinien się wtrącać. Groźby obcięcia języka, noże przy gardłach, strzelby przy skroni i jedno, małe „stul pysk”. Tylko po co to robiła? Nie wierzyła? Bo nie zrobiliby czegoś takiego? Lecz przecież mogli... nie musiało to jednak znaczyć, że specjalnie. Nie chciała o to pytać. Nie chciała w to wnikać. Bo to już na pewno nie jej sprawa. Może żyć bez tej świadomości, bo ona niczego nie zmieni.
Poczuła lekkie ukłucie poczucia winy. Więc dlatego zadzwonił do niej. Zaryzykował własnym życiem, by tylko nie wybrać numeru brata. Spojrzała na niego. Na Deana. Z wyrazem troski? Zrozumienia? Z potrzebą wsparcia? Nie wiedziała co kryło się w jej oczach, choć próbowała nie dopuścić do nich żadnej z kłębiących się w niej emocji. Nie odezwała się. Nie śmiała się odezwać. Bo to też nie była jej sprawa. Wpatrywała się tylko w tył jego głowy, mając tak cholernie wielką ochotę podejść i położyć mu dłoń na barkach. Nic więcej, tylko ten jeden gest. Ale zamiast tego zacisnęła tylko powieki i wróciła do wpatrywania się w złomowisko za oknem, co było rzeczą o wiele łatwiejszą. Choć może to by boś naprawiło? Może tak pokazałaby mu, że znów może być jak dawniej? Nie, była głupia, myśląc tak. To już nigdy nie wróci. Nigdy nie będą się razem śmiać. Będą tylko walczyć o oddech, gdy będą w pobliżu siebie nawzajem. Bo tacy już byli, że nie wyrzucali łatwo z pamięci. Że się obwiniali.
Ale ucieszyła się, gdy jej odpowiedział, choć spodziewała się czegoś innego. Może... może to nie była najlepsza wiadomość. Może lepiej by było, gdyby usłyszała zaprzeczenia i cała sytuacja okazałaby się bujdą. Ale przecież nie była. Każdy łowca wolałby, żeby to, co się teraz dzieje w ich świecie znalazło jakieś prostsze rozwiązanie. Nikt nie chciał igrać z diabłem. To ryzykowne, nawet bardzo. Jej spojrzenie powędrowało za tym jego. Na szklankę. Choć może bardziej patrzyła na jego dłonie. Dłonie, które kiedyś tak intensywnie, co teraz szkło, badały jej ciało. I na to wspomnienie aż zadrżała. Nie mogła tego opanować. Objęła się na chwilę ramionami, jakby było jej zimno, choć tak naprawdę umierała z gorąca. Zaczęła krążyć po pomieszczeniu, szukając odpowiednich słów. Takich, które zasugerowałyby delikatnie Deanowi, że ona tu jest i pomoże. Takich, po których nie powtórzyłby tamtych słów. Milczała. Milczała długo i pożałowała, że nie ma przy sobie albo jakiejś strzelby, żeby mogła narobić trochę huku, który być może oczyściłby jej umysł i pozwolił wziąć się w garść, albo porządnego alkoholu. Dużej ilości alkoholu, który zrobiłby z jej umysłu jeszcze większą siekę. Podeszła do radia. Roztrzaskanego. Zastanowiła się co też mu się stało, że tak straszny los go spotkał. Dotknęła delikatnie jego szczątek i przejechała po nim palcami. Pewnie, że mógł ją pieprznąć prąd. Doskonale o tym wiedziała, tylko.. teraz to nie miało jakoś większego znaczenia. Aż w końcu nie odetchnęła, znalazłszy język w gębie. Już miała się odwrócić. Już miała oznajmić, że nie obchodzi ją jego zdanie i pomoże... lecz ją wyprzedził. Wyprzedził ją w tak piękny sposób.
Złość. Nie, to za mało. Wściekłość. Nie, to wciąż nie to. Bo tego nie dało się opisać. Gdyby to było możliwe- jej oczy pewnie zaświeciłyby na czerwono. Ich czerwień byłaby tak głęboka, jak gotująca się w kotle krew trzystu wojowników. Powinna to zrobić. Miał rację, ale... nie mogła. Nie chciała, może to byłoby lepsze określenie. Zacisnęła dłonie w pięści. Mocno, by zdusić chęć uderzenia go. Popchnięcia na tą brudną ścianę i uduszenia. Odwróciła się spokojnie, lecz w tym spokoju nie było nic z opanowania, Była na pieprzonej krawędzi. Szczęki zaczynały ją piec, od zaciskania ich z całej siły. Oddychała ciężko, choć na jej ustach widniał uśmieszek, który jednak nie miał nic wspólnego z radością. - Ty dupku.- patrzyła mu prosto w oczy, skupiając w nich całą swoją wściekłość.-Ty zapatrzony w siebie skuinsynu.- jeden krok, równał się jednej obeldze, która zamiast łagodzić negatywne emocje, tylko je zaostrzała.- Nie, nie pójdę sobie, nie zostawię was, bo tak Ci się podoba, bo postanowiłeś pokazać, jak samodzielnym chłopcem jesteś. I nie powiesz mi znowu, że to nie moja sprawa. Bo. To. Kurwa. JEST. Moja. Sprawa.- zbliżała się do niego coraz bardziej, coraz mocniej zaciskając dłonie w pięści i wbijając w nie paznokcie. Nie krzyczała. Mówiła cicho, powoli, lecz w jej głosie było tyle jadu, że z powodzeniem powaliłby największego na świecie słonia, albo wieloryba. -Nie wiem jakie durne pomysły rodzą się w tej twojej chorej głowie, ale NIE zostawię was do cholery. Możesz jeszcze raz się na mnie wyżyć. Możesz jeszcze raz wygarnąć mi całe moje życie i kazać wyjść, ale ja tego nie zrobię.- uderzyła pięścią w jego klatkę piersiową. Nie mocno, tylko tak, by poczuł, by lekko odepchnąć go do tyłu. Światło lampy zaczynało ją drażnić. Żarówka, którą widziała kontem oka raziła. Mimo wszystko starała się nie zwracać na to uwagi. Nie pozwoli mu samemu się w tym babrać. Choćby miał ją znienawidzić. Choćby mieli już nigdy więcej się do siebie nie odezwać, a każde jedno spotkanie równałoby się czymś milion razy gorszym, niż to, z czym mieli do czynienia dzisiaj. -Czy możesz choć raz. Jeden pieprzony raz, zapomnieć o tamtej nocy i przypomnieć sobie, że też jestem łowcą? - patrzyła mu prosto w oczy. Choć było to ciężkie, nie ulegnie. Nie odpuści. Nie tym razem. Miała zbyt wiele do stracenia. -Może Ci się wydawać, że jest inaczej, ale potrzebujesz mnie.- nie potrzebujecie, potrzebujesz, a nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Mówiła już trochę spokojniej. Jakby zaczęła nad sobą panować. I teraz zauważyła jak blisko siebie są. Bardzo blisko. Bliżej, niż jest w stanie znieść. Ale nie ruszyła się. Nie odskoczyła do tyłu, jak po oblaniu wrzątkiem. Zacisnęła tylko mocniej pięść. Żadne więcej słowo nie chciało jej przejść przez gardło. Cała ta złość postanowiła znaleźć jedną drogę ujścia. Jedną i najgorszą. -Nigdzie nie pójdę.- powiedziała to tak, jakby od tego zależało nie tylko jej, ale i jego życie. I miała to ochotę powtarzać jeszcze milion razy, jednak odwróciła się od niego. By nie mógł tego zobaczyć. By oszczędzić mu widoku jej szklistych oczu. Wyszła z pokoju. Uciekła. Prosto do kuchni, gdzie mogłaby w końcu odetchnąć. Nabrać powietrza i oczyścić płuca. Nie będzie przecież płakać. Nie teraz. Nie tu. Nie przy nim. Nie przez niego. Nie sądziła nawet, że jej potrzeba bycia blisko niego, osłaniania jego pleców i łatania jego ran była tak silna. Nie chciała, by ktokolwiek inny to robił. Bo to było jej zadanie. To musiała być ona. I tak bardzo chciała, żeby on też tak czuł. Choć ten jeden raz.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Czw Sty 16, 2014 12:24 am

Stał dalej, tak jak stał, upijając kolejny łyk z butelki, czekając, aż się ruszy, aż kroki zadudnią mu w uszach, wyryją się w mózgu i będą się powtarzać rytmicznie co noc. Liczył na to, że to zrobi, że go posłucha... ha, liczył, jasne. Już po pierwszych paru sekundach od swojej wypowiedzi, zdał sobie sprawę z tego, że to wcale nie będzie takie proste jakby chciał. To była Sheppard. Z nią nigdy nie było prosto, zawsze musiały być jakieś ostre zakręty. Albo słowa, na które odwrócił się momentalnie. Złość, tak pięknie wymalowana na twarzy Iriss przygniotła go do podłogi, nie pozwalając się ruszyć, każąc słuchać tego, co dziewczyna miała do wygarnięcia.
- TO NIE JEST TWOJA SPRAWA. I nigdy nie była, nie masz pojęcia, co za gówno to jest, nie chcesz mieć pojęcia – starał się nie krzyczeć, ale ton sam się podniósł, kiedy nogi nie miały gdzie postawić kroku w tył – za Deanem była już tylko ściana i nic więcej. Przed sobą miał zburzoną  Sheppard zamachującą się na niego i kiedy oczekiwał uderzenia w twarz, uderzył plecami o ścianę. - Czerpiesz jakąś masochistyczną radość z tego, że jesteś tam, gdzie cię nie chcą? - chciał złapać ją za nadgarstki, wykręcić ręce, zrobić krzywdę, cokolwiek, co by sprawiło, że by go znienawidziła jeszcze bardziej, by nie mogła wytrzymać z nim i wyniosła się, zostawiając po sobie jedynie krwawą szmatę, która kiedyś była jej koszulką. Nie zrobił nic, nie mogąc się do tego zmusić. Może był zbyt zmęczony, może to dlatego, że to była Iriss i tak naprawdę nie chciał jej robić krzywdy.
Pozwolił na to, by wygłosiła cała swoją tyradę do końca, nie przerywając, tylko uśmiechając się lekko kpiąco, do momentu, aż został sam w salonie. Przywalił głową o ścianę, klnąc pod nosem. Jeszcze mu tego brakowało. To wina Sama. Dean mu to wygarnie, kiedy tylko będzie miał do tego okazję. Gdyby nie Sam, Iriss by tu nie było. Ale nie miał prawa mieć do brata pretensji, przecież on nic nie wiedział co się działo między Deanem a Sheppard przez ten czas, kiedy udawał, że nie istnieje. Mógł mieć jedynie pretensje do siebie i do niej, że pozwolili sobie na to wszystko. Czekał na trzaśniecie drzwi, które miało nie nadejść nigdy. Przecież wyraźnie zakomunikowała, że nigdzie nie idzie. Niewiele myśląc, wyszedł za nią do kuchni, wściekły na siebie i na Iriss, że ciągle to przedłużała, uparcie chcąc postawić na swoim.
- Zrozum w końcu, że cię nie potrzebujemy – warknął, stawiając krok do przodu. Nie umknęło mu to, że on potrzebuje jej. Po prostu to zignorował. On przecież już miał wszystkich tych, których potrzebował. Sam dojdzie do siebie, jak tylko Castiel wróci i stanie u jego boku, w towarzystwie anioła i demona. Idealna grupa do pokonania apokalipsy, na piątego już nie było miejsca.  Tak to widział Dean i nie zamierzał tego zmieniać. Nie i koniec. – Nie potrzebuję kogoś, kto przy pierwszej lepszej okazji potknie się i zjebie cały plan, bo był nieostrożny.  Jesteś łowcą, świetnie, zadźgaj kolejne gniazdo wampirów, bo przynajmniej z tego wychodzisz cało, chyba że Sam oberwał, bo przyjął na siebie cios skierowany na ciebie – warczał dalej, podchodząc jeszcze bliżej Sheppard, ale zachowując minimalną odległość od niej, na wypadek, gdyby miała ochotę mu przyłożyć. - Nie potrzebujemy łowców takich jak ty, który tylko będą nasmniedekoncentrować. - jeśli chce mu przyłożyć, proszę bardzo, w tej chwili miałaby idealną okazję, bo stał tak blisko kobiety, że czuł jej ciepły oddech na szyi. Wpatrywali się w siebie nawzajem, ze złością, a on znowu pozwolił sobie pomyśleć, że złość w jej oczach była pociągająca, tak jak ona cała, gdy się złościła.
- Nie. Potrzebuję. Cię. - wycedził przez zaciśnięte usta, oddychając ciężko, zanim twarz Iriss nie znalazła się w jego szorstkich dłoniach. Wargi momentalnie się odnalazły, stęsknione za sobą, parzyły, połączone w pocałunku, który niewiele miał wspólnego z tymi, którymi raczyli się wtedy. Teraz to był pokaz siły. Ja tu rządzę, to ja jestem ten silniejszy, to ja to kontroluje i w każdej chwili mogę to przerwać, jeśli tego będę chcieć. To miało ją wystraszyć. Pokazać, że na nim to nie robi wrażenia, że tamten listopad nic nie zmienił, że przecież on i tak zapomniał, nie rozpamiętywał, bo nie było nic do zapamiętania. Jak bardzo siebie w tym momencie Dean okłamywał? Nie wiem czy istnieje taka miara, która by to pomieściła. Wcale tego nie kontrolował, może na początku, przez chwilę, kiedy agresywnie miażdżył jej wargi, ale później...nie wiedział, czy gdyby nie potrzeba powietrza, w ogóle by przestał. Nie chciał tego zrobić. Naprawdę nie chciał jej całować, szukając usprawiedliwienia tego czynu w chęci pokazania, że Iriss jest tą słabszą stroną. Oboje byli słabi. - Nie mogę cię mieć przy sobie. - wyszeptał, bardziej do siebie niż do Sheppard, opierając czoło o jej, przymykając na moment oczy. Nie mógł. Mógł ignorować swoje uczucia, mógł udawać – z bardzo dobrym skutkiem – że ich nie ma, że ma na wszystkich wyjebane i że liczy się tylko to, by ubić piekielnego sukinsyna, ale nie mógł ignorować świadomości, że Iriss chcąc nie chcąc, należała do tego grona ludzi, dla których, jak i on, jak i Sam, gotowi by byli rzucić wszystko i pędzić na ratunek. Znali się od dziecka, różnie między nimi bywało, ale oboje rozumieli się nawzajem – do pewnego czasu, co prawda, ale rozumieli, jak to jest, jak nie ma się tych, za którymi się tęskni. Jak ktoś, kto powinien być twoim opiekunem, przewodnikiem, zachowywał się kompletnie inaczej. Rozumieli siebie nawzajem, jak ciężko jest wędrować od stanu do stanu, kiedy ma się te kilkanaście lat i nigdzie nie zagrzało się miejsca na dłużej niż tydzień, by nawiązać bliższe przyjaźnie. Nigdy na głos tego nie powiedzieli, nigdy nie oczekiwali od siebie wystawienia ramienia do wypłakania, bo im wystarczył telewizor, bezsenna noc i wyreżyserowane mordobicie śmiesznie poprzebieranych facetów. Bo nie chodziło tylko o tą jedną noc. Chodziło o wszystkie inne noce, kiedy burzyli chwilowy mur nienawiści do siebie i zachowywali się jak przyjaciele. Chodziło o te noce, kiedy osłaniali siebie nawzajem, klnąc jedno na drugie i odwrotnie, bo inaczej nie mogli się ze sobą porozumieć. O te noce, kiedy bluzgi przeszły w śmiech i o te wszystkie momenty, w których mogli na siebie polegać. O tamtą noc, kiedy zburzyli wszystko, co tak pieczołowicie budowali przez lata, budując na szczątkach coś nowego i niepewnego, coś, czego się obawiał bardziej, niż tej całej apokalipsy. To wszystko jak puzzle składały się w całość, układając w jedno słowo: bezpieczeństwo. Coby się nie działo, zawsze chciał by Iriss była bezpieczna. A gdyby była z nim, ramie w ramie, nie mógłby zapewnić jej tego. Nie byłby w stanie jej uchronić.
Ale miała też rację. Potrzebował jej. Nie do zaszywania ran czy do krycia pleców w walce. Po prostu potrzebował. Każdym fragmentem swojego ciała, którym przylegał do niej, potrzebował jej, bo nie wiedział co robić. Nie miał pojęcia co robić. Nie przyzna się jednak do tego. Tak samo, jak do tego, że dopuścił do siebie, na moment, na ten krótki moment, kiedy jego ramiona otoczyły jej osobę, przyciskając ją do siebie, te wszystkie uczucia, które w nim budziła, pozwalając im na wybuchnięcie i rozlanie gorąca do każdej, nawet tej najmniejszej, komórki. Tylko na kilka minut. Nie więcej nie mniej. Bo oprócz niego, wiedziały o tych uczuciach anioły. Każdy kolejny nocny koszmar mu to wmawiał. One wiedzą i wykorzystają to byle tylko do niego dotrzeć. Bo przecież Dean zawsze idźcie po swoich. - Nie mogę, Iriss – ciche słowa, imię tak rzadko wypowiadane na głos, i spojrzenie zmęczonych, zielonych oczu, niemal błagające niemo, żeby ten jeden, cholerny raz go posłuchała.- Wyjedź, daleko, bardzo daleko, do braci. Nie chce cię tu – a jak nie posłucha, bo zapewne właśnie tak się stanie, Dean wiedziałby co robić. Miał plan, który już tworzył się w tyle jego głosy, wypychając na dalszy plan to gorąco, które było zbyt przyjemne, by mogło trwać dłużej. By mogło być prawdziwe. Kilka minut minęło. Puścił ją, pozbawił twarz emocji i głos też, który brzmiał teraz tak strasznie głucho. - Zrobisz mi tylko przysługę tym. Mnie i sobie. I innym – tyle że ci inni powinni już tu być. Od dawna. Nie, żeby denerwował się jakoś przesadnie, ale kiedy masz w drużynie demona, nigdy nie wiesz, co może się stać. Cas. Jak mnie słyszysz, rusz się. Sam wrócił. Wyszeptał w duchu, stawiając kilka kroków do tyłu. Mógł wcześniej pomyśleć o cichej modlitwie, zamiast wysyłać po anioła Cassandrę. Jeszcze jeden krok w tył i był gotów wyjść z kuchni, zniknięcia z zasięgu ciemnych oczu, by złapać oddech. Potrzebował powietrza, przy Iriss go nie miał, a Sama nie można było nosić ze sobą jak aparatu tlenowego. Musiał wyjść, ale musiał się tez upewnić, że Iriss go posłucha. Wolał, żeby posłuchała, bo naprawdę, nie chciał robić tego, co wymyślił dla niej.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Seestra Road Trip on Czw Sty 16, 2014 4:35 pm

Nie nienawidziła go. Nie potrafiła. Nigdy nie mogłaby go znienawidzić. Choć bardzo by chciała. Bo to byłoby przecież łatwiejsze, prostsze... ale tak nie może być. Życie nie należy do sielanek. Nie ich. Więc mimo tych słów, słów które godziły prosto w jej serce, słów ostrych jak brzytwy, słów, które raniły ją, jak nie potrafiła żadna broń na tym niesprawiedliwym świecie, nie nienawidziła go. Czy była głupia? Pewnie tak. Na pewno była. Teraz i zawsze. Pchała się tam, gdzie nie trzeba, ciągnąc za sobą kłopoty. Ale czy to coś złego? Że jej zależało? Że postawiłaby świat do góry nogami, żeby tylko mieć w sobie tyle sił, by móc te słowa zabić.
Na początku to była po prostu złość. Zwykłe pretensje, normalna, może tylko trochę bardziej zacięta kłótnia. Ale gdy uciekła do tej kuchni, z głupią i jakże naiwną nadzieją, że za nią nie pójdzie, że pozwoli jej zostać. Ten jeden raz. Ale myliła się. Znów się myliła. A każdy jego krok w jej kierunku, gdy ona cofała się do tyłu pod naporem jego złości- choć bardzo tego nie chciała- tylko pogarszał sytuację. Znów zabierał jej to pieprzone powietrze.
Ale przecież tak chyba miało być zawsze. Ciągła walka. Ciągłe nie chcę Cię tutaj, a ona i tak zostawała. Za każdym razem. Każdej nocy, gdy wyganiał ją z kanapy, twierdząc, że to on ma do niej większe prawo. Każda kłótnia o pilota- a to przecież tylko błahostki. Tego było więcej. Tego było dużo więcej i gdyby musiała zliczyć wszystkiego razy, gdy to powiedział, to spędziłaby na to resztę swojego życia. Bo tak naprawdę nie miał tego na myśli. Nie na serio. On tylko... był na nią wściekły. Bo znów się go nie słuchała. Bo znów robiła po swojemu, bo znów zabierała mu przestrzeń. Ale on przecież robił to samo. Oko za oko.
A teraz stał tak blisko niej, nie mogła się już cofnąć. Zacisnęła tylko dłonie na kuchennym zlewie, który miała za sobą, który odgrodził jej drogę ucieczki. Zacisnęła je tak mocno, że aż kostki jej zbielały. Gdyby mogła, wbiłaby w niego paznokcie. Przedziurawiła.
Słowa ostre jak sztylety, wbijające się nie tylko w jej umysł, ale i ciało, jak w masło. Jakby była bezkształtną masą. Fizyczny ból, spowodowany tak łatwo. A przecież prawie jej nie dotykał. Zbliżał się do niej, jak tygrys do swojej głupiej ofiary, jakby miał ją zaraz rozszarpać. Ale ona nie uciekała. Już nie dlatego, że nie miała gdzie. Bo gdy wszystkie wspomnienia związane z osobą, która wymierza w Ciebie swoją wściekłość, przelatują nagle przez twoją głowę- coś się zmienia. Nie ważne, czy to te pozytywne, czy negatywne- bo i w nich znajdziesz w końcu coś dobrego, jakiś sens, którego wcześniej nie było się w stanie dostrzec. Dodają Ci jakiejś siły, pewnego rodzaju determinacji. Mimo iż wcześniej zadane rany właśnie posypywane były solą.
Może miał rację? Może to była jej wina, może wcale nie pomogła Samowi, a zaszkodziła. Może gdyby była zbyt daleko, by do niego dojechać teraz byłby cały i zdrowy. Może ktoś inny by mu pomógł. Może zwróciłby się do Deana... może, może, może... zbyt dużo, zbyt szybko, zbyt intensywnie, zbyt boleśnie. Mimo to nie przestawała patrzeć mu w oczy, nie przestawała walczyć z tymi pieprzonymi łzami, cisnącymi się do jej oczu. Nie pozwoli sobie na to, nie teraz. Coraz mniejszy dystans- coraz mniej powietrza. Tego w płucach, tego w zacieśniającej się przestrzeni. Był tak blisko. Był zbyt blisko. Uderzyć? Nie, nie chciała. A może chciała zbyt mocno? Może, gdyby teraz sprzedała mu policzek to nie mogłaby już przestać? Może tak właśnie znalazłaby ujście jej złość. Agresją. Czystą, niepohamowaną agresją. Ale to nie było dobre rozwiązanie. „Nie potrzebuję Cię.” A może nie chce?
Tyle emocji kłębiło się w jej głowie, tyle sprzecznych emocji. A ona tylko mocniej zacisnęła palce na zlewie. O ile to było jeszcze możliwe. A potem? Potem nagle rozpętała się apokalipsa. Jej własna apokalipsa. Jego dłonie na jej twarz- huragan, sztorm, tsunami. Jego usta przyciśnięte do jej- wybuch wszystkich wulkanów, cały świat pokryty lawą. A potem wszystko ucichło. Wszystko się skończyło. Zostali tylko oni. Nie liczył się nikt więcej, bo nikogo więcej już nie było. Oddała się pocałunkowi, oddała się walce, przenosząc uścisk dłoni ze zlewu, na jego ramiona. Wszystko było gwałtowne, szybkie, mocne, agresywne. Nie przerywaj. Nigdy nie przerywaj. to groźba śmierci. Miała ochotę go gryźć, zedrzeć z niego te głupie ubrania, ale nie o to tu chodziło. To nie doprowadziłoby do niczego. Walczyła ze sobą, walczyła z nim. Walczyła z otaczającym ich światem. Byle tylko niczego nie pogorszyć. To było wręcz chorobliwe. Ta potrzeba. Więcej. I teraz już wiedziała, wiedziała na pewno. Mimo iż przez chwilę, podczas szczytu swojej złości i niechęci do dalszego upokorzenia, które tak bolało, miała ochotę się go posłuchać. Zostawić go. Zostawić ich. Zostawić to wszystko. Znowu. Miała ochotę zedrzeć z siebie jego przeklęta koszulkę i wyjść na mróz półnaga. Ale tego nie zrobiła i tego nie zrobi. Bo teraz już wiedziała. Teraz już była pewna. Zostanie. Choćby miał dalej na nią krzyczeć. Choćby dalej miał wylewać na nią swoją wściekłość, nieważne czego by dotyczyła. Tu było jej miejsce. W jego ramionach. Tu poczuła pewien spokój, o ile można było go w tym wszystkim odnaleźć. Nie zostawi go. Nie odjedzie. Jeśli będzie trzeba, to przykuje się kajdankami do kaloryfera. Byle tylko być bliżej tego zapachu. Byle być bliżej jego. Bo potrzebowali siebie nawzajem, mimo iż nie chcieli. Mimo, iż tak dzielnie temu zaprzeczali. Ale to był fakt. I ona teraz to wiedziała. A ta przeklęta świadomość nie pozwalała jej przekroczyć progu tych drzwi bez niego. Bo to byłby błąd. Błąd, który zniszczyłby wszystko, co mieli. Co miała. Błąd, którego nigdy by sobie nie wybaczyła.
Jego ramiona, takie spokojne, takie stabilne, to było w tym momencie wszystko, czego mogła kiedykolwiek chcieć. -Dean- Dean, nie Winchester, a Dean. Bez żadnego cynizmu, bez żadnej ironii, bez sarkazmu, złości, wściekłości, bez pogardy, bez żadnego innego gówna z tej dziedziny. Wypowiedziała to imię, jakby było magicznym zaklęciem, jakby miała zawrzeć w nim nadzieję, która jest głównym pokarmem dla dziecka, którym teraz się czuła. Niczym najpiękniejszą z bajek, jaką kiedykolwiek słyszała z ust swojej matki. Jakby od tego, jak to imię, które było w tym momencie czymś znacznie więcej, niż tylko imieniem, zabrzmi zależały losy świata. Jakby to miało powstrzymać apokalipsę, przywrócić światu równowagę. Jedno, krótkie, jego imię. Wypowiedziane prosto w jego twarz, która była tak blisko jej. Chciała powiedzieć coś więcej. Chciała powiedzieć, że nie chce zostać, by być kulą u nogi. Chciała zostać, by być przy nim. Mogła uciekać od tej myśli, czy czym było to coś, kłębiące się w jej wnętrzu. Mogła, ale do niczego by to nie doprowadziło. Nie uciekłaby od tego na długo. Już raz próbowała. A może nawet i więcej, niż raz? Może kiedyś, gdy byli jeszcze gówniarzami coś podobnego się w niej obudziło? Wtedy udało jej się od tego uciec, stłumić, lecz nie zabić. To wracało i będzie wracać. Dlatego nie mogła teraz odejść. I jeśli naprawdę chciał jej się pozbyć, musiał to zrobić siłą. Bo ostre słowa nie wystarczały. -Ja nie odejdę. Wiesz o tym, prawda? Ja nigdy nie odejdę. Tak było zawsze i tak jest teraz, prawdopodobnie tak też będzie. Nie odejdę. Zostanę przy was. Przy tobie.- Chwyciła jego twarz w dłonie, delikatnie, patrząc w jego zielone oczy. Nie wydawało jej się, że robi coś złego. To wydawało się wręcz słuszne. Jedyna odpowiednia opcja. Pozwoliła chwili trwać trochę dłużej. Pozwoliła jego ramionom przycisnąć ją mocno do siebie. Pozwoliła, bo tego potrzebowała. I on też tego potrzebował. Lecz pozwoliła mu też rozluźnić uścisk, wypowiedzieć każde kolejne słowo, oddalić się. Ale nie pozwoliła mu wyjść. -Nie możesz, ale musisz. Musisz, Dean.- znów to imię, tym razem wypowiedziane po prostu cicho. Miała argumenty. Takie, które przekonałyby go, co do tego, że jej pobyt tu to dobry pomysł. Tylko nie chciała ich użyć. Nie o to w tym chodziło. Znów. Mogła powiedzieć, że wie o innych łowcach, o polowaniu na głowy Winchesterów. O tym, że teraz, czy tego chce, czy nie też jest narażona. Bo oni wiedzą. Każdy z nich wie kto jest po czyjej stronie. A ona była po ich i nie miała zamiaru tego zmieniać. Zawsze będzie osłaniać ich plecy. Bez względu na wszystko. Pewne sprawy, choć może słuszniej byłoby powiedzieć: pewni ludzie, byli warci nawet największego poświęcenia. Bez wahania oddałaby za nich życie. Za niego, za Sama. Bo to było słuszne. -Nie chcę odejść.- powiedziała to prosto w jego plecy, od których nie dzielił jej prawie żaden dystans. -Jeśli naprawdę chcesz się mnie pozbyć będziesz musiał zrobić to siłą.- oparła opuszki palców na jego łopatce, nie mogą zebrać się na odwagę, by zrobić coś więcej. Nie była pewna jak zareaguje. Znów się wścieknie? A może po prostu odejdzie? Tyle niewiadomych, kręcących się wokół jednego człowieka. Tego konkretnego człowieka, który zabierał jej powietrze i paradoksalnie był jej powietrzem. Powinna zrobić coś więcej, cokolwiek. Lecz zwyczajnie nie była w stanie. Nie mogła panować nad niczym. Jej ciało, jej umysł nagle przestały do niej należeć. Wiedziała, że będzie chciał ją zranić, zrazić do siebie. Lecz jeśli jego słowa byłyby naprawdę tak obojętne, na jakie starał się jej wykreować, to nie pocałowałby jej przy tym zlewie. Nie tak. Nie w ten sposób. Dlatego wciąż tu była, choć przez jeden mały moment, którego teraz tak bardzo nienawidziła, była w stanie wyjść. Zacisnęła powieki i zabrała rękę. Na jedną krótką chwilę, tylko po to by okrążyć go i stanąć do niego twarzą w twarz, by położyć ją na jego torsie i pchnąć go z powrotem do kuchni. -Zrozum to wreszcie, że nawet jak wyślesz mnie w kajdanach na syberię, to ja i tak wrócę. Nie proszę cię byś mnie pilnował. Nie potrzebuję tego, cholera, nie potrzebuję. Proszę cę tylko o to, byś przyjął moją pomoc. Bo mogę ci ją dać.- patrzyła w jego oczy tak intensywnie, jak tylko była w stanie. Ona naprawdę nie miała zamiaru się nigdzie ruszyć. Nigdy nie miała zamiaru. A może jego nalegania to spotęgowały? Teraz to nie miało znaczenia, bo była zdecydowana wziąć na klatę wszystko, co pan szanowny władca piekieł (małe litery celowe) dla niej przygotował i koszty nie miały znaczenia. Nie tym razem.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Sty 19, 2014 9:00 pm

Musiała być tak uparta? Musiała? O wiele łatwiej byłoby, gdyby przestała. Ten jeden, jedyny raz, dać za wygraną i wyjść stąd. Daleko. Bardzo. I szybko. Tak, żeby nawet nie zdążył pomyśleć, by wylecieć za nią i jednak... Nie. Nie zrobiłby tego. I gdyby wiedział, gdyby przewidział, że ten pocałunek, zamiast ją wystraszyć, zniechęcić, przekona ją o słuszności swojego wyboru, też by do niego nie doprowadził. Teraz było już za późno – już ciepło się rozlało, już chęć trzymania jej w ramionach i zostania tak na wieki, pojawiła się, panosząc się ze swoją jasnością podsycaną kolejnymi słowami Sheppard. Jej słowa. Jej... nie powinna ich mówić głośno, nie powinna, bo one tylko budziły nieporadną nadzieję, która przyciągała za sobą niewyraźne wizję tego, że to mogłoby się udać. Oni. Razem. Zawsze, idąc ramie w ramię, gdziekolwiek i z kimkolwiek mieliby się zmierzyć. Zawsze razem. Nie. Nie wolno mu.
- Nic nie muszę – pokręcił głową, próbując nie zwracać uwagi na to, jak jego imię brzmiało w jej ustach. - A już na pewno nie muszę się użerać z tobą – i znowu ten sam ton, który miał ranić. Uciekł od niej, bo inaczej nie dało się nazwać chęci wyjścia z kuchni. Ucieczka. Jak najdalej od niej, od jej argumentów, które zapewne nie trafiłby by do niego, gdyby je wyłożyła i poparła logicznymi wyjaśnieniami. On miał swoje argumenty przeciwko jej i za cholerę nie chciałby ich popierać żadną logiką. Ale nie potrafił wyjść z kuchni. Iść do brata, sprawdzić jak się czuje, czy z nim lepiej, czy gorzej. Stał przed progiem, wciągając mocniej powietrze w płuca, kiedy Iriss stanęła za nim. Ciepło, które nadal panowało nad jego wnętrznościami, wybuchnęło mocniej, a to przecież był tylko delikatny, niemal niewyczuwalny dotyk. Ale czuł go mocno. Napięte mięśnie reagowały na jej palce, zaczynając parzyć, paląc skórę i koszulkę, wypalając dziurę w jego głowie, w umyśle i duszy. Kolejna dziura, którą trudno załatać.
- Jakoś nie bardzo mnie interesuje, czego chcesz – wychrypiał, chcąc się do niej odwrócić, przerwać ten pożar albo wzniecić jeszcze większy, znieważając na to, że za ścianą leżał Sam, a kilka metrów dalej był Bobby.  Castiel i Cassie mogli się pokazać w każdej chwili. I może by to zrobił – odwróciłby się, złapał tą cholerną kobietę i próbowałby zrobić coś z tym ogniem, który w nim obudziła, ale całe szczęście, że przerwała połączenie. Zabrała rękę. Mógł na chwilę rozluźnić ramiona, ale tylko na chwilę, bo zaraz wyrosła mu przed oczami Mało brakowało, a uśmiechnąłby się na widok determinacji w jej oczach, na jej pewność siebie i upartość, które zawarła w szybkich słowach. Mało brakowało, a powiedziałby tak. Powiedziałby, że chętnie przyjmie jej pomoc. Bo przecież jej też ufał, może nawet bardziej niż Samowi w tej chwili. A on potrzebował kogoś, komu mógłby zaufać, tak naprawdę zaufać. Tylko ta dłoń na jego torsie przegoniła tą chęć powiedzenia tak. Bo to byłoby głupsze niż ponownie zaufanie Samowi. Niż zaufanie Cassie.
Zacisnął palce na nadgarstku Iriss. Delikatnie. „-Jeśli naprawdę chcesz się mnie pozbyć będziesz musiał zrobić to siłą.”, tak?... Odciągnął spojrzenie od dłoni Sheppard, by spojrzeć w jej oczy.  To działo się szybko, to jak przerzucił ją przez ramie – mogła wierzgać, walić go pięściami po plecach, ale nie sprawi, że Dean zmieni zdanie, bo już wychodzili na mroźne powietrze, już było słychać za nimi trzask wejściowych drzwi. Pod nogami łowcy trzeszczał śnieg, mróz szczypał w rozgrzane policzki ale tym Dean się nie przejmował, ani tym, że oboje – on i Iriss – nie mieli na sobie nic, co ochroniłoby ich przed zimową pogodą. On i tak zaraz miał wrócić do domu, a ona... ona mogła sobie włączyć ogrzewanie w samochodzie, jeśli będzie miała taką potrzebę. Bo w samochodzie wylądowała – szarpnięciem otworzył drzwi czołgu, rzucając na fotel Sheppard, walcząc z jej rękoma i z nią cała, i sam ze sobą, zapiął pas (niemal przy tym przycinając sobie palca, ale to jej wina, nie jego)
- Zrozum w końcu – już nie warczał, już nie krzyczał ani nie silił się na ton pełen obojętności. Teraz wychodziło z niego zmęczenie, tym wszystkim, co się do tej pory wydarzyło, a ta... przeprawa z upartą Sheppard tylko bardziej to pogłębiła. Oparł dłonie na drzwiach samochodu, które chwilę wcześniej zamknął z hukiem – nie chce twojej pomocy. Nie chce jej od ciebie. Nie wiem, co sobie nawymyślałaś, ale to się nie uda, Sheppard – spuścił wzrok na ziemię, na swoje buty, na śnieżno-błotną breję, byle tylko nie patrzeć na łowczynię. - Odpuść. Posłuchaj mnie, albo... zadzwonię do twoich braci i powiem im wszystko –  w końcu spojrzał na brun...rudzielca, nie dlatego by sprawdzić jej reakcję, ale dlatego, że dłużej nie mógł ignorować tego, że ma ją przed nosem, a uciekanie przed jej spojrzeniem było dziecinne, a on przecież nie powinien się tak zachowywać. Nie powinien pokazywać, że ta sytuacja jest dla niego ciężka, zbyt ciężka, bo nawet jeśli wiedział, że potrzebował jej obecności, jej całej tu, na złomowisku czy gdziekolwiek indziej, to uparcie będzie twierdził inaczej, ale to ciemne spojrzenie powoli i sukcesywnie topiło upór. Dlatego było ciężko. Dlatego postanowił złapać się ostatniej deski ratunku w postaci jej braci. Był pewny, że gdyby bliźniaki usłyszeli o tym, co łączyło go z ich małą siostrzyczką, zrobiliby wszystko, by trzymać ją z dala od niego. Tym bardziej że pewnie trochę by dodał od siebie, by jeszcze bardziej utwierdzić Cadana i Aidena w przekonaniu, że Iriss nie powinna mieć do czynienia z nim, Deanem Winchesterem, z którym przyjaźnili się, kiedy byli gnojami. To byłaby ostateczna opcja, która pewnie gwarantowałaby podwójne obicie mordy przy następnym spotkaniu, ale jeśli teraz nie odjedzie z piskiem opon, Winchester byłby w stanie to przyjąć na siebie, jeśli tylko będzie wiedział, że Sheppard jest daleko i bezpieczna.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Seestra Road Trip on Pon Sty 20, 2014 12:14 pm

Mogła się tego po nim spodziewać. Mogła się tego spodziewać po nich wszystkich, bo do cholery to chyba było ich ulubione zajęcie. Na palcach u jednej ręki mogłaby zliczyć przypadki, w których jej pomoc została przyjęta bezkompromisowo. Bo zawsze, za każdym pieprzonym razem słyszała jedno i to samo: „to nie dla ciebie”, „nikt cię tu nie potrzebuje”, „zrobisz sobie krzywdę”, „wyjdź”. Więc tak, czuła się już tym zmęczona. Nie robiło to na niej najmniejszego wrażenia, poza wkurzaniem jej. Czy czuła się zraniona? O tak, jak cholera, bo nawet jeśli nie chciała dopuścić tego do świadomości, to te właśnie słowa, z tych właśnie ust miały podwójną moc.
Chciała to zrobić łagodnie. Chciała zmieć ton tej pieprzonej rozmowy. Chciała wszystko naprawić. Nawet przez chwilę wydawało jej się, że to coś więcej. Ale myliła się. Jak zawsze się myliła. Oh głupia Iriss Sheppard, zbyt łatwowiernie pokładająca nadzieję. Kiedy ty się nauczysz?
Była zła. Na niego, że jest taki uparty, tak głupio uparty. Na siebie, że nie może w żaden sposób do niego dotrzeć, że nie może mu, do cholery jasnej, w końcu udowodnić, im wszystkim zresztą, że nie jest już małą dziewczynką, potykającą się o własne nogi. Ale to przecież było oczywiste. Bo każdy kogo znała, komu naprawdę ufała, utrzymywał z nią kontakty już za dziecka. Nic dziwnego więc, że mieli o niej taki, a nie inny obraz.
Mogła wierzgać, mogła go bić, okładać pięściami z całej siły, aż zabrakłoby mu tchu, gdyby trafiła w odpowiednie miejsca. Mogła kopać, starając się jak tylko mogła, trafić w coś, gdzie go naprawdę zaboli. Ale to nie miało sensu. Kończyła w ten sposób już zbyt wiele razy, by mogło to na niej zrobić wrażenie. Nawet na jego ramieniu kończyła zbyt wiele razy, by móc to spamiętać, nie wspominając już o Scottym, czy tych dwóch pieprzonych Klonach na wakacjach. Te wszystkie razy, to o jakieś milion za dużo, by zamiast śmiechu z jej gardła mógł się wydostać krzyk wściekłości.
Nie było jej nawet zimno, gdy wyszli na dwór. W domu, w tej zbyt ciasnej kuchni, było jej zbyt gorąco. Teraz w końcu mogła oddychać, choć powietrze nie należało do najprzyjemniejszych. Szczypało w płuca i oblewało jej zgrzane ciało lodem, przyprawiając o dreszcze, które starała się z całych sił stłumić, zaciskając pięści na koszulce Deana.
-Pierdol się.- tylko tyle była w stanie z siebie wydusić, zanim drzwi czołgu się otworzyły i nie wylądowała boleśnie na fotelu, obijając trochę kolana o kierownicę. Pięknie. Czuła się jak dziecko specjalnej troski, jednak nie robiła nic, poza pogardliwym obserwowaniem ruchów tego zadufanego w sobie dupka, myślącego, że może zbawić świat. -Nie jestem dzieckiem. Nie musisz mnie zapinać.- odepchnęła jego ręce, nie pozwalając dokończyć czynności i odrzuciła pas za siebie. Nigdy w nim nie jeździła. Krępował jej ruchy.
Naprawdę zachowywali się jak dzieci. Ktoś, komu dane by było ich obserwować musiałby mieć naprawdę niezłą zabawę. Nie nad tym się teraz jednak zastanawiała. Była zbyt wkurzona, zbyt zrezygnowana... nie miała żadnego planu. Gdyby tylko wiedziała, że wyląduje u boku Winchestera w takiej właśnie sytuacji na pewno zrobiłaby więcej, niż kilka telefonów orientacyjnych. Ale przecież wcześniej nie chciała o tym słuchać. Nie chciała go nawet znać. Nie obchodziło jej więc, czy zginie z rąk Lucyfera, czy kogokolwiek innego. A może obchodziło za bardzo?
Spojrzała na niego przez szybę. Otworzyła ją po chwili, by ułatwić im komunikacje, która przypominała raczej jednostronne wyrzuty, niż rozmowę. Cały czas na niego patrzyła. Sama już nie wiedziała co czuje. Była tym zmęczona. Czemu on musiał być tak ciężkim człowiekiem? Czemu nie mógł po prostu pozwolić jej zostać i sobie pomóc. Przecież wiedziała, że tej pomocy potrzebuje. Szczególnie teraz, gdy Sam jest... w niedyspozycji. I będzie w niej jeszcze przez pewien czas, bo takie rany nie goją się w dobę.
A potem wybuchła śmiechem. Wielkim, nieopanowanym, głębokim śmiechem. -Jesteś głupszy, niż wyglądasz.- rzuciła, gdy już była w stanie złapać oddech. Bliźniacy. Serio? Groźby z ich udziałem w roli głównej już dawno przestały na nią działać. -Nie mam już piętnastu lat, Winchester, choć już wtedy potrafiłam skopać Ci dupę. Do nich w końcu to dotarło. Myślisz, że chciałoby im się wracać z drugiego końca tego pieprzonego świata tylko dlatego, że nie możesz dać sobie rady z ich siostrzyczką? Musisz być naprawdę zdesperowany, że powołujesz się na nich.- w jej oczach malowało się dziwne połączenie wściekłości i rozbawienia. Lecz tak, można było powiedzieć, że wygrał. Nie chodziło o groźbę klonami. Chodziło o jego desperację i bezsilność. Zrozumiała też swoją głupotę. Tak bardzo się myliła, karmiąc się ułudami, że między nimi można jeszcze coś zmienić, naprawić. Nie było to najprzyjemniejsze uczucie. Było wręcz jednym z gorszych. Znali się w końcu prawie całe życie. Łatali sobie niejedną ranę, ratowali z niejednej opresji. A teraz to wszystko zaczynało się sypać. Ten dziwny rodzaj zaufania i porozumienia. -Dobrze, pojadę. Ale najpierw muszę zrobić jeszcze jedną rzecz.- pociągnęła za klamkę, by dać mu do zrozumienia, że ma zamiar wyjść z samochodu. Gdy tylko się cofnął, otworzyła drzwi na oścież, nie zamykając ich za sobą i stanęła naprzeciw niego. -Pierwsza rzecz.- ściągnęła z siebie jego koszulkę. Bardzo mądre Sheppard. Bardzo. Robiąc to patrzyła mu prosto oczy. A potem cisnęła materiałem w jego klatkę piersiową i ruszyła do bagażnika, by pogrzebać w nim chwilę i wyciągnąć dość ciężką torbę, którą rzuciła mu pod nogi. -Prezent od bliźniaków. Może wam się przydać.- stała naprzeciwko niego, z założonymi rękami, patrząc tym swoim irytującym wzrokiem. Było jej zimno. Było jej cholernie zimno, ale za nic nie chciała tego pokazać. Czekała tylko, aż Winchester weźmie tą cholerną broń i wróci do domu. Bo przecież nie pokaże, że jej zimno i nie ubierze się przy nim. Kolejny genialny pomysł. Z resztą, jak tylko zniknie z jej pola widzenia, to jej chęci przejechania go może trochę zmaleją. Bo na razie miała na to niesamowicie wielką ochotę.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Soccer Mom on Wto Mar 18, 2014 12:39 am

Nie minęło wiele czasu, między zniknięciem z Chicago jej, a Castiela i Florence. Wbicie ostrza w głupie, zniedołężniałe demony nie zajęło dużo czasu. Jakże zabawna była myśl, że jeszcze nie tak dawno temu, ona sama była równie… zgnuśniała, dawno nie walcząc, skupiając się na małych przyjemnościach, manipulacjach, sprzedaży i kupnie, wartościach bardziej cennych w czasach kuriozalnego pokoju, panującego przez tyle ostatnich lat, że można było przestać liczyć. Wartościach, w czasach wojny dużo mniej cennych, nawet jeśli Bérengère nie miała zamiaru z nich całkowicie rezygnować. Nie zmieniało to faktu, że ta sama sytuacja parę miesięcy temu, gdy musiała stawać tylko przeciwko ludziom – a przeciwko nim najlepszą bronią był intelekt, coś, czego oni nie posiadali i o czym nawet nie słyszeli – miałaby zupełnie inny przebieg. Najprawdopodobniej. Zapewne. Bo przecież ciągle była sobą, Bene, Cassandrą Montressor, a złotowłosa Cassie o perlistym śmiechu myślała szybciej, niż ktokolwiek by ją o to podejrzewał. Nie wszyscy jej uroczy przyjaciele byli wyposażeni w tę cechę, pokładając zbyt wiele wiary w sile, zdolnościach pozwalających cisnąć nudnymi ludźmi o ścianę i w nietypowym kolorze oczu. Umierali zaskakująco łatwo, szczególnie gdy było się wyposażonym w coś więcej. W takich sytuacjach docierało do niej, że byli niczym więcej niż mięsem armatnim – bo ich liczba nie malała, tylko rosła, bo świat był pełen czarnookiego plugastwa, którym nazywała go tak nawet ona sama. Umierali tak łatwo i walczyli tak źle, że to już nawet nie sprawiało przyjemności. Ona byłaby taka sama, dotarło do niej drugi raz w przeciągu paru sekund. A jednak… Zabawne, jak bardzo pomóc może strach. Gdyby nie on… Tylko uśmiechnęła się nieznacznie, kciukiem drażniąc rękojeść ciągle ściskanego w dłoni anielskiego ostrza.
Nie wiedziała, gdzie Castiel umieścił małą profetkę i nieszczególnie ten fakt ją obchodził – cóż, w którym pomieszczeniu tej nory by umieszczona nie została i tak zostanie zauważona przez starego nudziarza na wózku, a gderanie tego dziada ich o tym poinformuje. Opierała się o framugę, przyglądając przez kilka sekund jak Castiel reperował rannego łowcę. Przyglądała się mu nadal, kiedy Cas wyszedł z pomieszczenia, pewnie by poszukać starszego Winchestera, a może zająć się kolejnymi anielskimi sprawami – była chyba zbyt rozleniwiona, w ten wywołujący koci uśmiech i poczucie spełnienia sposób, by się dopytywać, nawet jeśli wnikanie w wykonaniu Montressor polegało na rzucaniu ironicznych, słodkich komentarzy. Nie teraz. Zapomniała nawet, że ciągle ma na sobie jego prochowiec. Przynajmniej do czasu, gdy jej wzrok zjechał na zimne ostrze, które ciągle zaciskała w dłoni. Westchnęła cicho, orientując się, że nadal była na nim krew demonów i uniosła je, by wytrzeć je o płaszcz – nic nie mogła poradzić na to, że wydawał się do tego idealnym narzędziem. Tylko, że jej wędrujący wzrok znowu zatrzymał się na nieodpowiednim obiekcie. Na Samuelu. Koci uśmiech ustąpił miejsca dużo bardziej drapieżnemu, a może zwyczajnie szalonemu. Lubiła igrać z ogniem, szczególnie, gdy nie mogła zostać przyłapana. Kucnęła przy śpiącym, a może ciągle pozbawionym przytomności łowcy, przejeżdżając palcem wskazującym po jego policzku w spokojnej drodze do ust. Odchyliła jego dolną wargę i uniosła anielski sztylet, przejeżdżając nim delikatnie po wewnętrznej stronie jego ust, pozwalając, by ich wilgoć wchłonęła parę słodkich kropel, smakujących żelazem i mocą.
Były prostsze sposoby na wyleczenie Samuela Winchestera.
Cassandra naprawdę uwielbiała dramatyzm i przesadę.
Gdy odwracała się na pięcie, chowając broń, wręcz chorobliwie beztrosko rozbawiona, mogłaby przysiąc, że jego oddech był jeszcze spokojniejszy i głębszy niż po magicznych sztuczkach Castiela.
A ona poczuła nowy przypływ energii – nie, nie energii, tego pragnienia, by zrobić więcej i mieć więcej, by przekraczać granice, by bawić się do utraty sił, których przecież nie traciła… nie na zabawie, nigdy – może dlatego wyszła z domu, w którym bezpośrednio się pojawiła, stwierdzając, że nawet jeśli pączuś poszedł szukać Winchestera, to najwyraźniej średnio mu się to udało. Chyba głuchł na starość – cóż, tysiąclecia to przecież nie parę wieków, gdzież było młodziutkiej Cassandrze do doświadczonego wiekiem Castiela – bo kłótnia dochodząca ze złomowiska stanowiła dość jasną podpowiedź, gdzie ukryła się Lady Di i jego… cóż, lady. Ruszyła więc w ich stronę, klucząc między samochodami, zatrzymując się przy swoim, by w zabezpieczonym przed nadgorliwymi łapkami bagażniku ukryć anielskie ostrze (już nie połyskiwało czerwienią, nie było nic efektownego w pozbawionym klasy szczyceniu się zakrwawioną bronią).
- Słodko – skwitowała sytuację przy samochodzie nieznajomej, opierając się o niego i wodząc wzrokiem po tej dwójce. Gdy wreszcie ściągnęła na siebie spojrzenie Deana, odczytała je tak, jak jej się podobało. Prochowiec. Niby niedbale przejechała dłonią po pole płaszcza. – Co, to? Postanowiłam już zacząć pozbawiać go ubrań. Ty najwyraźniej też sobie z tym radzisz – nie, w jej głosie nie zabrzmiała złośliwość, raczej nuta rozbawienia przemieszana z chorą słodyczą, gdy przeniosła spojrzenie na brunetkę, spokojnie wodząc wzrokiem po jej obnażonym ciele, a uśmiech nie poszerzył się jeszcze bardziej, asymetrycznie, jakby tylko jedna strona jej ust raczyła wyrazić swoje rozbawienie zaistniałą sytuacją. – Ubierz się, piękna, Deany jest już wystarczająco rozkojarzony. – Przekrzywiła głowę, kolejny raz spoglądając na kobietę i przeczesując palcami włosy, jakby dopiero sobie przypomniała, że po jej małej bitewce były leciutko rozczochrane.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Seestra Road Trip on Czw Mar 20, 2014 11:41 pm

Cała złość nagle uleciała. A była to złość przedszkolaka, bo do niczego innego tej dwójki, stojącej jak naburmuszone pięciolatki walczące o miejsce na rozłożenie leżanki przed popołudniową drzemką porównać ich nie można było. Uparte bachory, szukające dziury w całym i tyle. Przecież wiadomo było, że ani jedno, ani drugie nie odpuści i prędzej nasza biedna Iriss zamarzłaby, lub doczekała się wiosny wrastając w ziemie złomowiska, niż odpuściła. A Dean wciąż stroszyłby pawi ogon, zgrywając obrońcę uciśnionych i jedynego na świecie eksperta, który może uratować nasz cudowny glob. Ale tak... to były tylko zabawy, bo mogli załatwić to bez zbędnego dramatyzmu i krzyków, ale najwyraźniej nie potrafili w swoim towarzystwie zachowywać się jak ludzie. A jak wiadomo zachowywanie się jak małpa w klatce przy tym półgłówku trudne nie było, bo głupota to choroba zakaźna, przenoszona drogą... wszelaką, nie oszukujmy się. Nawet kaftan nie pomoże bo od samego patrzenia człowiek traci kontrolę nad mózgiem. I pewnie by tak stała, z założonymi rękoma, świecąc dekoltem na mrozie, w poczekaniu aż jej odmarznie do usranej śmierci, ale nagle zamiast coraz zimniej zaczęło jej się robić goręcej. I to wcale nie ze względu na Winchestera. Bo o nim momentalnie zapomniała. Tak jakby. No, przynajmniej nie był rzeczą najważniejszą ( nie żeby kiedykolwiek był, poza misjami ratunkowymi, lub próbami łatania jego ciałka... ale nie o tym mowa) w najbliższym otoczeniu. I w dupie miała jakąś apokalipsę. W dupie miała końce świata. Lucyfera (choć nie była pewna, czy chciałaby go tam mieć... naprawdę, to mogłoby być dziwne, acz zastanawiające, zwłaszcza, że nigdy go nawet nie widziała. A przynajmniej nie świadomie.) i całą resztę tych supernaturalnie nadnaturalnych ceregieli. Bo nagle poczuła wyraźnie bijący z konkretnego punktu smród. Smród siarki, który łatwo było pomylić z szambem, lub innymi odpadami w dość zaawansowanej fazie rozkładu, ale jednak nie rozpoznała tam tego pierwszego. A szkoda, bo byłoby to o wiele trafniejsze. Oczywiście ultra super czujność łowcy powiedziała jej już chwilę wcześniej, że nie są na złomowisku sami, jednak wszystko, czego mogłaby potrzebować do obrony miała w zasięgu ręki, więc nie zestresowała się tak bardzo, o ile kiedykolwiek jej stan w takich sytuacjach można by nazwać „zestresowaniem”. Nie, ona zdecydowanie wolała „stan gotowości” czy inne duperele, które teraz istotne nie były. Bo zagrożenie jak się nie pojawiało, tak się nie pojawiło. W zamian za to przed oczami stanęła jej tleniona lala, która swoje nasolaryzowane cielsko postanowiła oprzeć o JEJ SAMOCHÓD. Czy Dean nie uczył swoich dziwek trzymania się z dala od poważnych spraw?! Bo sama jej obecność może by jakoś szczególnie jej nie obeszła. Ot sobie jest, to niech sobie będzie, tylko w drogę jej nie wchodzi. Ale teraz wkroczyła na nie swój teren. Przekroczyła granicę, której nie powinna. I DOTKNĘŁA SAMOCHODU swoimi brudnymi łapskami, które bóg wie co, bóg wie z kim robiły... i tak, on. Właśnie on, bo skoro siedział na tym swoim tłustym dupsku i nic nie robił przez całe wieki, to pewnie nie zostało mu nic więcej niż oglądanie porno na żywo nadawanego prosto z ziemi.
Słowa blondynki zmieniły się w zwyczajne biadolenie, bezkształtne i bez wyrazu. Przynajmniej w głowie Iriss, w której aż huczało. Cały czas patrzyła na nowo przybyłą tym swoim laserującym wzrokiem pełnym politowania na miarę oddzielnej planety. I gdyby to politowanie w tym jej wściekłym wzroku ktoś za pomocą magicznej maszyny zamienił na wiązki laserowe, lub jakieś inne super promienie mogące topić wszelkie metale to ze złomowiska zostałoby bajoro. W głowie poza huczeniem pojawiały jej się jakże przemiłe obrazki i właśnie doszła do wniosku, że chyba minęła się z powołaniem zostając łowcą, choć wcale tak daleko nie trafiła. Wszystkie tortury, jakie świat znał to wciąż było za mało. Kreatywność Sheppard objawiała się w najdziwniejszych sytuacjach. A teraz umysł podsyłał jej prawdziwe perełki. Miała ochotę złapać za te blond kudły i wyrwać je z tego durnego, plastikowego łba. Włos po włosku. Ale to byłby dopiero początek. Zapomniała przez chwilę nawet gdzie jest i jaka jest temperatura, bo zrobiło jej się kompletnie ciepło. Gorąco.
Powiem wam szczerze, że głowa Iriss w tym momencie mogłaby być określona jednym słowem. Biedna. Bo to, co się w niej działo wcale przyjemne nie było. Lucyfer mógł jej pozazdrościć takiego piekła, od którego ścian odbijały się liczne epitety wycelowane w blondynkę. Naprawdę działała jej na nerwy. Bo nie dotyka się jej samochodu bez pozwolenia. Tak jak i broni. I wielu innych rzeczy. W tym przypadku Sheppard była zaborcza. Ale jakby tego było mało w przeciągu tej minuty, czy ile minęło od przybycia nowego gościa, okazało się, że można łowczynię jeszcze bardziej wyprowadzić z równowagi. Do tego stopnia, że po raz pierwszy w życiu żałowała, że nie posłuchała Winchestera i nie załadowała swojego dupska do Czołgu, by pojechać jak najdalej od tego przeklętego miejsca. Ale niestety, kolejny raz musiała przekonać się o niesłuszności swoich decyzji. I już znała winnego na każde jej życiowe niepowodzenie i nie był to wcale Scott, jak wcześniej myślała. Bo to ona była chodzącym nieszczęściem. Tak więc wracając do biednej głowy, to rozległo się w niej nagłe, głośne i dosadne „NIE BĘDĘ SŁUCHAĆ ROZKAZÓW JAKIEŚ GŁUPIEJ BLONDYNKI” zupełnie jak u krnąbrnego przedszkolaka. No ale fakty są faktami. Iriss nie lubiła, gdy ktoś jej mówi co ma robić, szczególnie jakieś obce laski, z którymi sypia Winchester (co swoją drogą jest obleśne. Wstydziłbyś się, Dean!). Na dodatek była zła, więc najchętniej, na przekór wszystkim i wszystkiemu, nawet jak jej samej by to zaszkodziło, co w tym przypadku było oczywiste, ściągnęłaby i spodnie, by pokazać blondyneczce jak bardzo liczy się z jej zdaniem. Ale szkopki ani zapalenia płuc nie chciała, a i tak już było jej do niego blisko. Milion komentarzy cisnęło jej się w odpowiedzi na jakże piękny głos kobiety, ale zdusiła je, zduszając równocześnie całą nienawiść jaka z niej buchała, uśmiechając się uśmiechem tak sztucznym i tak wymuszonym, przekrzywiając równocześnie słodko główkę na bok, jak mała dziewczynka, która dostała najcenniejszą w życiu instrukcję od swej mentorki, że można by się porzygać z tej wspaniałości (nie to, żeby i bez tego Iriss nie miała ochotę oblać mieszaniną ze swojego żołądka Cassie). Rozprostowała ręce, spojrzała przelotnie na Deana i wyciągnęła z torby w bagażniku jakąś koszulkę i za dużą bluzę, którą zabrała Cadanowi. Teraz było jej wystarczająco ciepło. -Nie wiedziałam, że próbujesz swoich sił w produkcjach porno, Deany- wycedziła, wciąż uśmiechając się idiotycznie, chowając ręce w kieszeniach rozpiętej bluzy. -A może robisz za aktora?- tutaj dodała trochę więcej kpiny, by uświadomić mu, że nie wydaje jej się, by się w tej roli sprawdził. A co myślała naprawdę było nieistotne. Bo nie myślała na ten temat i zamiaru nie miała. Zbliżyła się do niego kilka małych kroczków, wyrzucając na kilka chwil ze świadomości istnienie kobiety wciąż opierającej się o jej samochód i popatrzyła na niego, przekrzywiając głowę w drugą stronę. -Żeby powiedzieć mi jak bardzo nieproszonym gościem jestem są lepsze sposoby niż ten w kuchni, szczególnie jeśli chciałeś mi zasugerować obecność koleżanki.- to wcale nie była scena zazdrości, choć gdzieś w jej głowie odbiło się echem, że przecież sugerując Deanowi prosto w twarz, że sypia z blondynką mogło to tak wyglądać. No ale tym nie było. Pozory czasem mylą. A potem, po obdarzeniu go kolejnym, pełnym czystego zła uśmieszkiem, podeszła do Cassandry i kładąc jej dłoń na ramieniu, którym opierała się o czarną maszynę, pchnęła ją lekko, by odsunęła się od samochodu na tyle, by nie dotykać go swym ciałem.-Niedawno woskowany.- potem przeszła do bagażnika, by trzasnąć drzwiczkami i otrzeć o siebie ręce- po pierwsze, by pozbyć się kurzu, który na nich pozostał po zetknięciu z niezbyt czystym samochodem (tak, okłamała trochę Cassandrę, ale kogo to obchodzi- ma nie tykać i tyle.) oraz, trochę ważniejsze, by się ogrzać, bo palce powoli zaczynały jej kostnieć. Zdała sobie sprawę, że naprawdę nic tu po niej. I jakimś dziwnym sposobem, nie, to wcale nie była zasługa Deana, bo coś załatwiło to bardzo dyplomatycznie i wykazało się zdolnościami manipulatorskimi, i Cassie też to nie była- nigdy nie przydzielimy jej tak zacnych zasług- że Iriss pomyślała, że opuszczenie złomowiska to właściwie jej pomysł. Bo może gdyby blondynka się nie pojawiła, to dalej walczyłaby o swoje, ale teraz... jakoś przeszła jej cała ochota. Powód też był inny. Nie chciała się nad tym jednak dłużej zastanawiać. Wolała po prostu wsiąść w samochód i odjechać- bo to było o wiele prostsze. -Pozdrów ode mnie Sama.- uśmiechnęła się do Winchestera, wcale nie złośliwie, wcale nie kpiąco, a po prostu... normalnie. Na blondynkę nawet nie spojrzała, po czym wskoczyła do samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi i odpaliła silnik, w nadziei, że ogrzewanie włączy się szybko. Spojrzała na Deana po raz ostatni, a potem ruszyła ku bramie, by przejechać przez nią zostawiając za sobą tylko chmurę kurzu, wydostającą się spod kół jej kochanego Czołgu.

[/zt]


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dom Bobby'ego Singera

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach