Las

 :: TOPEKA :: OBRZEŻA

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Las

Pisanie by Seestra Road Trip on Sro Paź 09, 2013 5:19 pm

~*~


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by Seestra Road Trip on Sro Paź 09, 2013 5:44 pm

Korony drzew wirowały powoli, w rytm jesiennego, acz dosyć ciepłego wiatru. Było tak spokojnie. Szum spadających liści, złocących krajobraz koił wszystkie zmysły. Dzięki niemu w końcu poczuła spokój. Nie taki udawany, którego szczątki udało jej się wyrwać z dziennika łowców, lecz ten prawdziwy, który potrafiło zaznać naprawdę niewielu. Nie często jej się to udawało. Był zaledwie tylko jeden dzień, a raczej ukradzione z niego kilka chwil w roku, kiedy czuła tak wspaniałą błogość. Nie blokowała żadnych myśli, ani wspomnień. Nie próbowała tłumić emocji żadnymi niewytłumaczalnymi zagadkami, przez które spokojnie mogłaby wzbogacić swoją garderobę o kaftan. Po prostu była. Chwilami boleśnie szczęśliwa, a chwilami niewyobrażalnie smutna. Spoglądała na niebo. Pełne błękitu, z płynącymi po nim białymi kłębami, formującymi się co jakiś czas w inne kształty. Jako dziecko uwielbiała wymyślać historyjki z nimi związane. Udawać, że to Niebiańskie Królestwo, w którym żyje Król i Królowa, mający wspaniałe dzieci, płatające figle. Lubiła marzyć, lecz bardzo szybko z tego wyrosła. Teraz jednak powróciła na chwilę do nawyku z dzieciństwa. Ściskając w jednym ręku starą, zniszczoną już fotografię, a w drugim źdźbła przed chwilą zerwanej, niezbyt zielonej już trawy. Mary te powodowały, że w kącikach jej oczu pojawiały się krystaliczne kropelki łez, w których odbijało się słoneczne światło. Dziś jednak pozwalała im płynąć, nie tamowała ich, ani nie blokowała. Każda emocja była mile widziana. Ku pamięci.
Powinna spędzić ten dzień z braćmi. Jak co roku. Nie było jej to jednak dane. Stany są duże, potworów wiele. Nie zawsze więc można w tej pracy znaleźć dzień dla siebie. Ona jednak zawsze dokładała wszelkich starań by na ten jeden dzień w roku przestać być łowcą. Zapomnieć o istnieniu tej ciemnej natury świata. Po prostu oddać się wspomnieniom. Uczcić pamięć rodziców i brata. W dzień rocznicy ich śmierci. Nigdy nie liczyła ile to już lat minęło. Wolała nie wiedzieć, choć instynkt i tak jej to podpowiadał. Po prostu nie mówiła tego na głos. Tego dnia praktycznie cały czas milczała, leżąc na jakiejś leśnej polanie, w samotności. Dawała upust tęsknocie, żalu, rozpaczy i złości. Dzięki temu miała siłę na dalsze pokonywanie nadchodzących dni. Dzięki temu wciąż walczyła. Nie potrafiła podejść do tego tak sucho, jak jej bracia. Choć wierzyła, że i oni głęboko to przeżywają, nie chcąc jedynie dać po sobie poznać, że tak bardzo przejmują się tym, co już było. Zawsze zgrywali twardzieli, patrzących surowo do przodu, nie rozpamiętujących przeszłości. Czasem im tego zazdrościła. I czasem też sama w to grała. Były jednak aspekty wobec których nie była w stanie trzymać się tych zasad. Przerastało ją to i tworzyło wielką dziurę w sercu. Zbyt wiele tłumionych uczuć ( a te związane z rodziną były szczególnie potężne) wprowadzało ją w katatonię. Lecz znalazła dla siebie terapię. Wystarczył jeden dzień w roku i była w stanie poradzić sobie ze wszystkim. To jak ładowanie baterii. Bez tego nie pociągnęłaby długo. Nie o zdrowych zmysłach.
Odetchnęła głęboko, wciągając do płuc jesienne powietrze. Unosił się w nim zapach deszczu, który spadł kilka dni temu. Już od pewnego czasu, gdy tylko usłyszy krople wody odbijające się od chodnika, poczuje ten zapach, lub zobaczy ciemne chmury na myśl przychodzi jej jedna myśl. Nie rozszyfrowała jeszcze jej smaku. Nie wiedziała jak się wobec niej odnieść. Wyrzucić ją, zabić, czy zostawić. Może i wydarzenia minionej nocy zostały już złagodzone, ale nie zapomniane. Odruchowo wyciągnęła rękę ku szyi, lecz cofnęła ją, nim dotarła do celu. Nie o tym chciała teraz myśleć. Nie po to tu była. Uśmiechnęła się do siebie delikatnie, zamykając oczy. Wróciła wspomnieniami do starych czasów. Do swojego dzieciństwa. Usłyszała głos matki, nuciła coś w kuchni, piekąc ciasto i szykując obiad. Poczuła wodę kolońską ojca, który zawsze tak intensywnie nią pachniał, gdy układał ją do snu, opowiadając bajkę na dobranoc. Zobaczyła szeroki uśmiech najstarszego brata, pełen satysfakcji i dumy. Z niej, bo zrobiła dobrze coś, czego tyle próbował ją nauczyć. Wiele byłaby w stanie oddać, za choć jeden dzień więcej w ich gronie. W ich ramionach, z widokiem na ich ciepłe twarze. Wiedziała jednak, że jest to niemożliwe. Że cena za taki luksus byłaby zbyt wysoka. Miała jednak tą bolesną świadomość, że prawdopodobnie nie jest to niewykonalne. Kosztowne i głupie, lecz możliwe. Kiedyś jeszcze zastanawiała się, czy cena nie jest adekwatna. Czy poświęcenie nie jest tego warte. Jednak potem przypominała sobie, że nie jest sama. Że ma jeszcze braci. Dwóch, wspaniałych, aczkolwiek nieznośnych braci. Wiedziała co by z nią zrobili. Lecz nie tylko o ich złość, która była rzeczą pewną, chodziło. Zraniłaby ich. Tak, jak oni zraniliby ją, gdyby któremuś coś się stało. A to scenariusz najgorszy z możliwych. Bo są jedyną rodziną, jaka jej została. Była szczęściarą, wiedziała tym. Dlatego pozostawiła stan rzeczy takim, jaki jest, mimo wielkiej pokusy. Starała się pozostać silna. I przez wiele lat jej się to udawało.
Otworzyła oczy. Powoli, by nie pozwolić światłu wedrzeć się do jej umysłu zbyt szybko, paraliżując zmysły. Ku jej zdziwieniu Niebo nie raziło już swym blaskiem tak bardzo. Błękit wchodził powoli w fiolet, czerwień i granat,a chmury nabrały różowego odcienia. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że leży tu już tak długo. Rozluźniła uścisk ręki, wypuszczając z niej pomięte zdjęcie. Uniosła je nad głowę, by spojrzeć na kochane twarze jeszcze raz i schowała je do kieszeni kurtki. Wytrzepała drugą dłoń z ziemi, trawy i liści, choć na niewiele się to zdało, bo wciąż pozostała brudna. Usiadła powoli, by od tylu godzin leżenia w jednej pozycji nie zakręciło jej się w głowie. Rozejrzała się po okolicy. Pozostała taka sama, jak gdy tu przyszła, tylko jej odcienie się zmieniły. Nabrały bardziej klimatycznego, mrocznego i zarazem pięknego wyrazu. Intensywnie padające promienie światła przebijały się przez korony drzew rażąc ją w oczy. Przymrużyła je i przysłoniła dłonią, próbując wstać. Zmierzała już powolnym krokiem, z błogim uczuciem oczyszczonej duszy ku swojemu samochodowi, zaparkowanego nieopodal. Była już całkiem blisko, gdy nagle ogarnęło ją to dziwne uczucie. Była wyczulona te tego typu instynkt. Nie była tu sama. I nie chodziło o obecność jakiegoś zwierzęcia. Był to człowiek. Zdecydowanie. Po tylu latach praktyki potrafiła odróżnić to uczucie, gdy ktoś wpatruje się w twój kark. Automatycznie sięgnęła ku nożykowi, przypiętemu do paska. Zastygła w bezruchu, czekając aż jej kompan się ujawni.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by Scott Tennyson on Czw Paź 10, 2013 5:43 pm

Zaskakujące, jak czasem los płata nam figle. Wydawało mu się, że ledwie wczoraj widział się z Iriss Sheppard, po paru dobrych tygodniach, może nawet miesiącach bez kontaktu, gdy jadąc sobie spokojnie międzystanówką mignął mu zaparkowany przy drodze Czołg. Zahamował z piskiem opon, który sprawił że z rąk śpiącej Brandy wypadło pudełko z ostatnim kawałkiem pizzy. Zanim wrzucił wsteczny i przejechał tych parę metrów, podniósł spod jej dyndających w powietrzu nóżek jedzenie. Pewne priorytety pozostały niezmienne, nawet jeśli na siedzeniu obok spała pięciolatka, ulokowana na dwóch poduszkach, jednej różowej z kucykami Pony i drugiej czarnej, z Batmanem, bo inaczej pas przejeżdżał jej przez środek twarzy. Westchnął cicho, przejeżdżając dłonią po przykrótkich włosach. Kolejna rzecz, która zmieniła się w jego życiu w ciągu tych paru tygodni. Scott nigdy nie podejrzewał, że może mieć w sobie tyle złośliwości, żeby ściąć je na złość komukolwiek, ale naprawdę, małe paluszki ciągle zawijające się wokół jego loków były wkurwiające i BOLESNE. Naprawdę, bolały bardziej niż ghul odgryzający ci kawałek nogi. No, głównie dlatego, że ghulowi mógł oddać - chociaż niekoniecznie na zasadzie oko za oko, ząb za ząb, bo aż takim żarłokiem Tennyson nie był - a Bernadette nie. Może i wiedział wielkie, radosne NIC o wychowywaniu dzieci - dlatego najzwyczajniej w świecie postanowił Brandy nie wychowywać, a dostosowanie swojego życia do warunków dzieciaka potraktował jak...surwiwal, z tym radził sobie całkiem nieźle - ale było parę spraw, które wydawały mu się oczywiste. Nie bijemy dzieci, nie tylko dlatego, że inaczej gapią się na ciebie tymi oczami szczeniaczka i masz ochotę oddać im swój ostatni kawałek pizzy. Aha, kolejna zasada - dzieci powinny jeść coś więcej, niż kisiel i pizzę, polecane są warzywa (self note: keczup nie jest warzywem). Dzieci śpią więcej niż cztery godziny. Dzieci potrzebują rozrywki. I, co najważniejsze, dzieci nie zostają spokojnie w motelowych pokojach, kiedy ich... kiedy Scott idzie na polowanie.
Teraz wydawało się, że o tym zapomniał, kiedy parkował tuż obok samochodu Sheppard. Już otwierał drzwi, kiedy poruszył jej ramieniem.
- Hej, Brandy? Zaraz wrócę. Nie wychodź z samochodu, okej? - Zmarszczył czoło, kiedy mała przetarła piąstkami oczy, kiwnęła głową i odwróciła się do niego bokiem. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że zostawianie pięciolatki samej, w samochodzie, tuż przy brzegu lasu było niebezpieczne, a Brandy w każdym momencie mogła wysiąść z pick upa i ruszyć na jego poszukiwanie. Albo jagóg. Kto wie, co liczyło się dla niej bardziej. W końcu była jego... no, córką. Odetchnął głęboko, kiedy udało mu się pomyśleć to słowo. Nadal miał z nim problem. Duży problem. Ale nie miał innego wyboru, niż wziąć ze sobą dziewczynkę, kiedy na jeden z jego starych numerów, chyba tylko cudem aktywny, dostał tak desperacką wiadomość. Poza tym... polubił ją. Nawet jeśli ciągała go za włosy i wyjadała - jak na jego gust zbyt dużo - z jego jedzenia.
Zerknął przez ramię, ostatni raz kontrolując stan małej albo samochodu - nie wiedział, kto wyjdzie z tego gorzej, kiedy Brandy w końcu się zbudzi i zorientuje się, że nie ma żadnego zajęcia - kiedy wszedł między drzewa. Gałązki trzeszczały mu pod nogami, gdy jego kroki nie były wytłumiane przez mech. Utarta ścieżka wydawała się rozsądnym wyborem, chociaż znając Riss w końcu i tak z niej zboczyła, bo zawsze tak robiła, nigdy nie wybierała prostszych opcji. Nasłuchiwał, cały czas rozglądając się dookoła. Był przekonany, że gdzieś między drzewami była Sheppard, może w potrzebie, jeśli do lasu sprowadziło ją polowanie. Do jego dłoni samoistnie wskoczył nóż, a Scott zacisnął wargi i zmarszczył czoło. Cholera, dlaczego o tym nie pomyślał?! Zostawienie małej samej nagle nie wydawało mu się tak mądrym pomysłem. A on nie potrafił myśleć... perspektywicznie, no. Planować. Po prostu działał. Chyba tysięczy, nie, milionowy raz w ciągu ostatnich tygodni dotarło do niego, że jego życie było jeszcze bardziej popieprzone, niż wcześniej. I dużo, dużo bardziej skomplikowane.
Wreszcie, po paru minutach przedzierania się między krzakami i odtrącania od twarzy gałęzi, dostrzegł w tle sylwetkę Iriss. Uśmiechnął się odruchowo, choć zaraz spoważniał, dostrzegając w jej dłoni nóż. Specjalnie robiąc dużo hałasu, choć mógł podejść do niej bezszelestnie, pojawił się w zasięgu jej wzroku wychodząc z zupełnie innej strony niż ta, w którą wpatrywała się dziewczyna.
- Riss? Widziałem twój samochód. Coś się sta... Och - urwał gwałtownie, kiedy wreszcie znalazł się tuż przy dziewczynie, mogąc zobaczyć wyraz jej twarzy. Położył dłoń na jej ramieniu, ściskając je lekko, by rozluźniła mięśnie i opuściła dłoń wciąż ściskającą nóż. Uśmiechnął się pocieszająco, przynajmniej taki miał zamiar. Nagle pożałował decyzji, by poszukać przyjaciółki. Znali się tyle lat, a on ciągle nie pamiętał kiedy... Cholera no. Z drugiej strony, on nawet nie wiedział, jaki był dzisiaj dzień. No, znaczy teraz wiedział, ale normalnie nie przykładał zbyt dużej uwagi do dat. Jednak to, co zobaczył w oczach Iryska powiedziało mu wszystko, co musiał wiedzieć.



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by The Geek Monkey on Pią Paź 11, 2013 9:57 am

Ile Dean Winchester zapłaciłby za to, by mieć takie... proste problemy, które w danym momencie zaprzątałby mu głowę? Oddałby wiele, żeby nie zastanawiać się co z jego bratem, który nie dawał znaku życia od dłuższego czasu (dobra, nieporozumienia nieporozumieniem, ale Sammy mógłby docenić chęci Deana, który próbował, naprawdę próbował wyciągnąć do niego dłoń, w ten swój nieporadny sposób), czy rozsądne było, by zostawiać Singera samego z aniołem i demonem w domu, i czy ta mieszanka przypadkiem nie sprawiła, że zaniedbany domek na starym złomowisku już nie istnieje. Oddałby sporo, by nie musieć myśleć o tym całym burdelu, który zaprowadził go do cholernego Króla Rozdroży, z którym rozmowa nie należała do najprzyjemniejszych, nawet jeśli doprowadziła do tego, że rękojeść Colta wbijała się boleśnie w plecy łowcy, kiedy poślizgnął się na wilgotnych liściach. Do tego zaskoczenie, że jednak to nie była pułapka, że demon w schowku nie działał na jego niekorzyść, było dość krępującym uczuciem. O wiele, wiele bardziej Dean by wolał, gdyby to jednak była pułapka. Łatwiej wtedy byłoby mu się pozbyć blond lali. I może wtedy nie wylądowałby w środku niczego.
Pamiętał, jak odbierał Colta od Crowleya, jak chował rewolwer za pasek spodni, z myślą, że jak tylko znajdzie się w Kruszynce to schowa go w bezpieczne miejsce, by nikt nie wpadł na pomysł odebrania łowcy tego, czego tak usilnie szukał. A potem, zaraz po niewybrednym komentarzu czerwonookiego demona, znalazł się w lesie. Nawet nie wiedział gdzie w lesie, bo to mogło być... wszędzie. Siarczyste ‘Crowley, ty skurwysynie’ rozeszło się echem, tak samo, jak jęk bólu, kiedy wredna gałąź nisko rosnącego krzewu uderzyła go w żebra, kiedy przedzierał się do przodu w poszukiwaniu jakiejkolwiek drogi. Bo jakaś być musiała prawda? Zawsze jest jakieś wyjście.
A stanie w miejscu nie pomoże w znalezieniu, dlatego chcąc czy nie, z niecichnącymi przekleństwami na ustach, gdy okazało się, że telefon oprócz popękanego wyświetlacza miał padniętą baterię, ruszył przed siebie, uprzednio sprawdzając czy oprócz Colta, nadal ma ze sobą sztylet na demony, którego zwrotu zażądał zaraz po tym, jak pieski Crowleya odeszły niezadowolone ze straty nowej zabawki. Colt był, sztylet był, błoto na butach było. Można iść do przodu.
- Cass, jak mnie słyszysz... mógłbyś ruszyć ten swój anielski tyłek i tymi swoimi czary-mary, mnie stąd zabrać. Albo cokolwiek – wyrzucił z siebie, kiedy już naprawdę miał dość wędrówki przez to morze drzew, krzewów, krzaczków i innych roślinek, mokrych i wilgotnych, bo jesienne słońce nie miało jak tu dotrzeć, by ogrzać podłoże. Był zmęczony, poobijany, trochę wściekły i trochę pobudzony, i to tak wszystko w nim się mieszało, że już sam nie wiedział, co w tej chwili chciałby zrobić – przywalić w drzewo pięścią, znaleźć tego klatkowego skurwiela i zakończyć przedstawienie, napić się czegoś mocnego... wiedział na pewno, że chciałby znaleźć się w swoim aucie, i to już teraz. A anielska interwencja byłaby bardzo wskazana w tym wypadku.
Cisza. Nic. Żadnego puff, żadnego ‘Hello Dean’, tylko drzewa, drzewa i krzewy, o wiewiórka! Nic więc dziwnego, że widok dwóch samochodów, stojących na poboczu były jakby małym wybawieniem, kiedy w końcu na to pobocze dotarł – niebo zdążyło już nakryć się szarawą warstwą, a wiatr nieco na sile nabrał, zabierając przyjemny jesienny dzień, ustępując miejsca chłodniejszemu wieczorowi.
Tyle że, wybawienie miało okazać się o wiele mniej... proste? niż by się mogło wydawać. Bo przecież nie będzie kradł, pożyczał, samochodu, w którym spało dziecko, mała dziewczynka, która wtulała twarzyczkę w poduszkę. Drugi samochód też nie dawał większych nadziei, bo był wielki, bardzo wielki, nie lubił takich, ale jak się nie ma co się lubi, to się bierze co dają, tyle że... wielki, ciemny hummer był dziwnie znajomy. Okey, są ludzie, którzy poruszali się takimi czołgami, ale nie zatrzymują się oni w lesie, nie znikają, najprawdopodobniej z kierowcą drugiego samochodu, gdzie dziecko smacznie spało. No właśnie, zostawione dziecko na środku drogi w lesie. Tym powinien się chyba bardziej zmartwić niż faktem, że najpewniej gdzieś w okolicy błądzi Shepard. Tego mu jeszcze brakowało. Dziwnie ciężkie uczucie pojawiło się w żołądku Deana, i na pewno nie był to głód, kiedy zostawiwszy za sobą samochody (bo przecież nie mógł sobie darować tego, by chociaż trochę wejść dalej w las, by sprawdzić, czy jego założenia co do właściciela dużego autka były słuszne. A jeśli potrzebowała pomocy? Albo oni? I co dziwne, wszystko to przebijało się przez chęć bycia w domu i chwalenia się Coltem jak dziecko, które dostało idealny prezent na święta. Nawet jeśli znaczyło to, zostawienie dzieciaka samego na tej drodze), po krótkim marszu dostrzegł Shepard i jakiegoś gościa, zapewne właściciela drugiego samochodu i dziecka. Nie wyglądało to na potrzebę ratowania księżniczki z opresji. Nikt nikogo nie zabijał, nie bił, tylko stali tak sobie, patrząc na siebie... och, czyżby Winchester poczuł się przez chwilę jak intruz? Dziwne, serio, dziwne, bo to Dean, on się tak nie czuje nigdy. Chciał się wycofać z powrotem do drogi, poczekać przy samochodach na Shepard, albo nawet i na nią nie czekać, tylko pożyczyć sobie jej samochód, kiedy jeden niepotrzebny krok w tył oznajmił parze jego obecność – trzask gałęzi pod jego nogą był głośny.  
- Potrzebuje twojej pomocy – ciężko przedarły się słowa przez gardło łowcy, gdy skupił swoje spojrzenie na kobiecie, ignorując, umyślnie czy też nie, jej towarzysza, kiedy oboje odwrócili głowy w kierunku Deana. O tyle ciężej mu to było powiedzieć, ze względu na to, że była to ona. Ale nie miał innego wyjścia, bo anielski tyłek nie odpowiadał, a Winchester nawet nie wiedział gdzie jest. Iriss była w tym momencie jedyną deską ratunku, czy mu się to podobało, czy nie.


Ostatnio zmieniony przez Dean Winchester dnia Wto Paź 15, 2013 11:06 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by Seestra Road Trip on Pon Paź 14, 2013 8:32 pm

Nie spodziewała się tego. Na wszystkie miliardy możliwych odpowiedzi na pytanie „co się teraz stanie?” nie wybrałaby tej, którą ma teraz pod nosem. Była przygotowana dosłownie na wszystko. Choć tak jej się tylko wydawało. Jak bardzo była w błędzie okazało się, gdy tylko odwróciła głowę w stronę zbliżających się kroków. Wampir? Dżin? Ghul? Duch? Czy każde inne cholerstwo? Nie. Oczywiście, że nie. To był Scott. Tylko Scott i aż Scott za razem. Tylko on tak potrafił. Jemu należał się złoty medal i trofeum z wygrawerowanym tak zacnym mottem. Gdy tylko się do niego odwróciła. Gdy tylko zobaczyła jego głupią twarz od razu zrobiło jej się lżej na sercu. Nie miała ochoty na żadne krwawe jatki, nie dzisiaj. Było ich ostatnimi czasy zdecydowanie zbyt wiele. Oczywiście nie obyło się bez wielkiego zdziwienia, które chyba zdominowało mięśnie na jej buzi, lecz już po chwili można było zobaczyć na niej wielki uśmiech, gdy pędziła w stronę przyjaciela, by rzucić się mu na szyję. Zignorowała jego słowa. Nie chciała nawet poruszać tematu dzisiejszego dnia. Było jej trochę za siebie wstyd. Że się tak rozczula. Przecież jest wiele innych zmartwień, o wiele poważniejszych. Nie powinna rozpamiętywać tego, co już było. Ale niestety, nie potrafiła. Dlatego wolała zachować to dla siebie, bez zbędnego tłumaczenia i opowiadania o swoich uczuciach i życiu, które minęło dawno temu i nigdy więcej już nie wróci. Po chwili rozluźniła uścisk i stanęła naprzeciwko Tennysona przyglądając mu się intensywnie. -Scotty?- zmarszczyła brwi, łapiąc koniuszkami, niezbyt czystych palców, zdecydowanie zbyt krótkie kosmyki czarnych loków. Nie miała za co ciągnąć, nie miała czego oplatywać wokół palców. CO ON DO CHOLERY ZROBIŁ. Choć musiała przyznać, ta zmiana, mimo iż niezmiernie szokująca, wyszła mu na lepiej. Aż mimowolnie jej splątany umysł podsunął jej po raz milionowy w tym roku, czemu ze sobą zerwali? -Gdzie się podziały Twoje kołtuny?!- Już chciała dalej drążyć temat, bardziej się mu przyjrzeć, w poszukiwaniu innych zmian. Może ma kogoś nowego? Może poznał jakąś kobietę, która aż tak go, i to w tak krótkim czasie, bo przecież nie widzieli się zaledwie kilka tygodni, zmieniła tak bardzo. I to na dodatek nie pochwalił jej się do tej pory! Może to ta anielica?! Znów zaczynała się martwić. Zmarszczyła brwi, patrząc na niego uważnie, z determinacją, by dowiedzieć się jak najwięcej. Czy ona zawsze musiała mieć tyle czarnych myśli w związku z tą osobą? Czy on nie mógł choć raz wplątać się w coś głupiego i niebezpiecznego? No bo przecież w jego przypadku nawet głupie ścięcie włosów nie może pozostać głupim ścięciem włosów. Ciekawe co jeszcze zmienił. Nie zdążyła jednak zadać żadnego pytania więcej. Mały sztylet, który schowała szybko i sprawnie w drodze do uściskania przyjaciela znów pojawił się w jej dłoni, gdy usłyszała trzask patyka gdzieś za nimi, a potem ciężki, męski oddech. Odwróciła się gwałtownie. Teraz to już na pewno nie mógł być nikt przyjazny. Byłby to zbyt duży zbieg okoliczności, a ich w tej profesji nie ma wiele. Nie takich, które miałyby jakieś dobre skutki. Sądziła, że ten dzień minie jej monotonnie, spokojnie, a nawet melancholijnie. Nie mogła się jednak bardziej pomylić, gdy jej oczom ujawnił się Dean Winchester. Naprawdę OSTATNIA osoba, jaką chciałaby dzisiaj zobaczyć. Nie tylko ze względu na to, co stało się jakiś czas między nimi na placu zabaw (swoją drogą do dziś nie może wyjść z podziwu dla siebie, jak głupia mogła być robiąc coś takiego z kimś takim, i to na dodatek w takim miejscu, choć mimo wszystko do dobre i dosyć dziwne wspomnienie, ale o tym nie chciała się teraz rozwodzić, miała inne zmartwienia na głowie. Na przykład- co on tu do cholery robi), ale również dlatego, że jej rozbicie emocjonalne dzisiejszego dnia w połączeniu z jego obecnością mogło nie wyjść jej na dobre. Zacisnęła jednak pięści, chowając przy okazji sztylet z powrotem na swoje miejsce i postanowiła wziąć się w garść. Trwało to chwilę, odsunęła się od Scotta, jakby w obawie... w sumie sama nie wiedziała przed czym. Jej myśli zaczęły wirować. Czy ta dwójka naraz przy niej to dobre połączenie? W sumie chyba się nie znali, nie wiedzieli nic o sobie, więc... Nie, nie powinna o tym myśleć. Przecież to nic takiego. Ważniejsze nagle stało się to, co właśnie wyszło z ust Winchestera. Potrzebował jej pomocy. Wyglądał na zmęczonego. Na zagubionego. Popatrzyła Scottowi prosto w oczy, dość znacząco. Oczywiście, że zamierzała mu pomóc. Choćby nie wiem co. Ruszyła szybkim krokiem w jego stronę, by ocenić jego kondycję fizyczną. Czy nie jest ranny, czy czegoś nie potrzebuje. Czuła dziwne gorąco, rozlewające się po jej ciele. Gdy była już blisko, tak, że gdyby wyciągnęła rękę, byłaby w stanie go chwycić (a nie wiedzieć czemu miała opór przed podejściem bliżej) spojrzała mu w końcu w oczy. -Co się stało? Jesteś ranny?- Szukała wzrokiem śladów krwi, walki, czegokolwiek. Odwróciła się na chwilę do Scotta, szukając w jego wzroku zrozumienia. Sama była dosyć zdezorientowana. Jeszcze piętnaście minut wcześniej była w tym lesie sama. Nie słyszała, ani nie widziała śladów obecności żywego człowieka, ani innego stworzenia, poza mieszkańcami lasu. Tymi naturalnymi, nie dziwolągami, które trzeba było wytępić. A teraz stała z dwoma nielicznymi mężczyznami w jej życiu, z którymi utrzymywała kontakt i na dodatek z którymi spała. Nie naraz, oczywiście. W dość dużych odstępach czasowych. Ale mimo wszystko, czuła się dość.... dziwnie. Ten dyskomfort z czasem narastał. I choć mocno się starała nie potrafiła tego zignorować. Wypadałoby ich sobie przedstawić, jednak teraz najważniejsze było zorientowanie się w sytuacji Deana. Bo najwyraźniej jeśli chodzi o kłopoty, to ta dwójka lubiła na siebie trafiać.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by Scott Tennyson on Pon Paź 14, 2013 11:55 pm

Oczywiście. Śmierć, pożoga, katastrofa międzygalaktyczna, krzyczą "KHAAAAAN" na całe gardło, nieważne, świat a raczej jego ruiny stoją w płomieniach, a kobiety tylko o jednym - o włosach. Jasne, można było listę rozwinąć o kiecki (na ich zgrabnych tyłkach) albo plamy po winie tudzież szmince na koszulkach facetów, plus parę innych rzeczy (w przypadku Iryska: potworki w promieniu pięciu mil, na które można było z błyskiem oka - tu Iriss - i zęba - Scott wita! - zapolować), ale zawsze zaczynała i kończyła się na tak absurdalnych tematach jak włosy. On nawet by nie zauważył, że ściął włosy, gdyby nie skrzywiony pyszczek Brandy i trochę za mało kłaków do odgarniania z twarzy. Tej, na której właśnie pojawił się szeroki uśmiech, gdy Sheppard do niego przylgnęła. Uścisnął ją mocno, może trochę zbyt mocno, ale czuł się winny naruszenia jej prywatności. To ostatnie miało swoje ujście w odruchowym pogłaskaniu jej po plecach, a scottowość - w ugryzieniu irysowego uszka i udawaniu, że nic, zupełnie nic przed chwilą nie zrobił, a ten szeroki uśmiech był dlatego, że tak cholernie cieszył się na jej widok. Była w tym odrobina prawdy, nawet niezbyt mała.
- Scotty - potwierdził i kiwnął głową, szczerząc się od ucha do ucha, bo jak tu się nie uśmiechnąć nawet jeśli chwilę wcześniej miało się przed oczami wizje pięciolatki pożeranej przez Wendigo tudzież Skarpetkowego Potwora, a widok Riss wywoływał odruchowe zmartwienie, że wybrał sobie zły dzień na przeszkadzanie i troskę, czy sobie radzi. To ostatnie było niepotrzebne, nawet on to wiedział, bo Riss zawsze sobie radziła. A skoro ona dobrotliwie wybaczyła mu tę gafę, zapewne nie pierwszą i nie ostatnią, on nie miał zamiaru do tematu wracać. Jaki byłby w tym sens? Cel? Cokolwiek, oprócz rozgrzebywania starych ran i zaspokajania ciekawości? Mimowolnie przejechał włosami po czuprynie...no, jej szczątkach i, jeszcze zanim opuścił dłoń, wzruszył ramionami, jakby przepraszająco. - W śmietniku, tak myślę. Chociaż kto wie. Może zwabienie mnie do fryzjera było podstępem, a teraz ktoś popełnia morderstwa podrzucając mój materiał genetyczny?! Tylko mam nadzieję, że to będą jakieś fajne zbrodnie. Wiesz, sodoma, hedonizm, gomora, a nie nudne dźganie patykiem między żebra. Tak to każdy potrafi. Ja bym mordował w jakiś fajny sposób. Jak myślisz, Kruszynko, byłbym niezłym psychopatycznym mordercą? - spytał się z prawdziwym zainteresowaniem, kierując na Riss swoje radosne, pełne nadziei na pozytywną odpowiedź oczy i obdarzając dziewczynę chłopięcym, ba, wręcz szczenięcym uśmiechem. Seryjniak jak w mordę strzelił, tylko w kącik ust wepchnąć nadpalonego szluga (żeby mógł zostawić jeszcze więcej DNA na miejscu zbrodni) i voila! Ruszamy w plener mordując ludzi przez utopienie ich w sosie bolognese. Biorąc pod uwagę, że nie powstrzymałby się później od spróbowania go, można od razu zahaczyć o Hannibala. Eat the rude i takie tam. Tym sposobem zbył jej groźne spojrzenie i typową zazdrość "byłej", która się w tymże objawiała. Jeszcze czego, żeby dorosły mężczyzna mógł się ogarnąć tylko przez babę (albo, bardziej prawdopodobne, przez chęć dorwania się do majtek rzeczonej baby)! Cholera... No w pewnym sensie słaba (nie patrz teraz na Iriss, bo zobaczy to w twoim spojrzeniu, wytrzaśnie skądś patelnię i trzaśnie cię nią w łeb, a nie masz już kudłów do amortyzacji!) płeć miała w tym swój udział. Oj... pomyślał odruchowo, może nawet powtarzając tę sylabę z takim samym zabarwieniem, kiedy dotarło do niego, że Sheppard pozna Brandy w przeciągu... najbliższej godziny.
No, może półtorej. Natychmiast zastygł, zaalarmowany nie tylko hałasem, ale i reakcją Iriss. I w jego dłoni pojawiło się ostrze, kiwnął brunetce głową, tylko że... Uhu. Coś miał Tennyson dziś - albo całe życie - z tymi jednosylabowcami. Facet, lekko poturbowany, to dało się stwierdzić nie tylko z wyglądu jego buźki, ale i sposobu w jaki stawiał kroki, chciał pomocy. Od jego Iryska. I najwyraźniej ją znał. To tylko sprawiło, że mocniej zacisnął dłoń na nożu, marszcząc lekko czoło i nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Dopiero po paru sekundach, kątem oka obserwując przyjaciółkę i zauważając te dyskretne... niewidoczne dla właściwie każdego, kto nie znał jej tak długo i tak dobrze, i kto nie kochał jej tak mocno, jak Scott, zmiany, westchnął cicho, jakby z odrobiną żalu i pozwolił ostrzu się schować z charakterystycznym dźwiękiem. Riss miała panu Poszkodowanemu pomóc, to Scott nie miał nic do gadania. Wręcz przeciwnie. Nawet jeśli koleś go ignorował, Irlandczyk nie miał zamiaru, bo był z natury dobrym gościem, tak? A dobrzy goście... gościowie... no, kij z tym, pomagają nie tylko rannym dziewicom, ale i... odbieraczom dziewictwa. Tfu! Hamuj testosteron, Tennyson, jak ktoś tu zabrał Iryskowi dziewictwo, to ty. Ta myśl w idiotyczny sposób poprawiła mu humor i pozwoliła odzyskać naturalną żywiołowość.
- Jesteś sam? - to było pierwsze pytanie, które należało zadać, a wzrok Tennysona natychmiast zaczął przeczesywać gęstwinę, z której wyszedł znajomy Sheppard. Jeśli ktoś - a raczej coś, skoro już był tym nieszczęsnym znajomym Sheppard, pewnie też trudził się ich profesją - mężczyznę poturbował, tudzież poturbowało, możliwe że nie zdążyło zostać dobite. Nie mogli więc sobie pozwolić na urządzanie szpitala polowego bez zabezpieczenia terenu.



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by The Geek Monkey on Czw Paź 17, 2013 7:54 pm

Spojrzał na Iriss swoimi zielonymi oczami, zmęczonymi oczami, sarnimi oczami, wycierając brudne dłonie o równie brudną kurtkę, którą miał na sobie.
- Jeszcze żyje, to nieważne jest, czy ja ranny, czy też nie. Me życie jest nieważne w tej chwili, w tej chwili potrzebuje od ciebie jednego – podszedł dwa kroki do przodu, kiwając się na boki, łapiąc się za żebra i trzymając się za polik. - Twego samochodu potrzebuje, by do Lawerence się dostać. Wuj Crowley zrobił psikusa, bo ciastem nie chciałem się podzielić, i mnie do lasu wysłał. Więc czy kluczyki do brzydkiego czołgu, mógłbym od ciebie uzyskać?
Swoje oczęta Winchester na Scotta przeniósł, lustrując go uważnie, w swej pamięci notując, każdy szczegół wyglądu Irlandczyka, nie pomijając ciemnych oczu, błysku w nich i idealnie skrojonych warg, i uszu. Uszy też były piękne.
- Od dawna nieznajomy przyjacielu. Samotność mi doskwiera, rozrywa mą poszarpaną duszę. Marzę o kimś, komu wpadnę w ramiona w najstraszniejszą burzę. Chcę poczuć dotyk, chcę poczuć ciepło, och, nieznajomy czy nie uważasz, że samotność to piekło? - z każdym słowem łowca zbliżał się do Scotta, a w zielonych oczach zalśniły łzy tęsknoty, gdy lekkim muśnięciem obuszków palców odgarną z ramienia Tennysona niewidzialny pyłek. Albo siarkę.
Trololololololoooo

No tak, tak, wszyscy w gotowości, by rzucić się na biednego, poturbowanego Deana. A gdyby to była grzybiarka, która szukała ładnych okazów grzybków do koszyczka? Oboje – Iriss i Scott – przestraszyliby kobiecinę tymi swoimi nożykami, zakładając, że po lesie tylko zło się czai.
Winchester jednak rozumiał zachowanie łowców. Nie trudno było się domyślić, że ten obok, ten, który tak bez skrępowania obejmował Iriss i teraz przyglądał się Deanowi uważnie, był też łowcą. Dla potwierdzenia przypuszczeń zalecamy spojrzeć na nóż w jego dłoni.  
Blondyn obdarował brunetkę nieco zdziwionym spojrzeniem. Pewnie dlatego, że nie spodziewał się takiej... troski w jej głosie. Ani uważnego spojrzenia, które błądziło po nim, i które wcale nie przypomniało mu, jak jego własne wędrowało po ciele Iriss, odkrywając ją kawałek po kawałku, w ciemnym parku. Na szczęście przypomnienie było krótkie i nie rozpraszało, a do tego w żebrach bolało. No i prawdopodobnie to obecność kogoś trzeciego, w tym wypadku przyjaciela Iriss nie pozwalała Deanowi nie rozpamiętywać tamtej październikowej nocy, zbyt dziwacznej (gorącej) i zbyt pijanej(intensywnej). Gdyby spotkał w lesie tylko Iriss... mogłoby być nieco bardziej niezręcznie. Oczywiście zgrywałby faceta, który nie przejmuje się takimi rzeczami, ale w środku...w środku czułby nieprzyjemne ssanie. Dlatego dobrze się złożyło, że Shepard nie była sama. Nie miał czasu na takie coś, musiał, MUSIAŁ wrócić do domu Bobbyego. Gdyby tylko Castiel raczył odpowiedzieć na wezwanie, nie musiałby Dean prosić o pomoc. A to nie należało do najłatwiejszych.
-Długa historia, nie mam na to czasu. - przecież nie opowie im, jak to właśnie przed momentem zawarł mały układ z demonem, który z radością przesłał go daleko od miejsca, w którym tak naprawdę być powinien. A może wcale tak daleko nie był, jak mu się wydawało? Może trzeba było iść drogą, a Lawrence uśmiechnęłoby się do niego swoją ponurą aurą, otworzyło ramiona wspomnień i tuliłoby go, dopóki zmęczony nie opadłby na siedzenie impali i nie odjechałby stąd, daleko, nie zatrzymując się przez całe trzynaście, czy czternaście, godzin jazdy z Kansas do Dakoty. Ale nie, przylazł tutaj, jak skończony idiota, trafiając na moment czułości pomiędzy łowcami. Romantyczna schadzka w lesie, z dala od oczu ciekawskiego dziecka? Och, jak na przykro, że przerwaliśmy. Bo wiecie, Dean od kilku, kilku tygodni miał gdzieś czas i miejsce, miał gdzieś kalendarz, i przez to wszystko nawet nie zdawał sobie sprawy, że przegapił swój dzień. Za dużo się zlewało w całość.
- Nic mnie nie goni, jeśli o to pytasz – spojrzenie, jakim obdarował Scotta nie należało do milszych, ale nie ma co się przejmować, Dean nie wyglądał ani nie zachowywał się miło ostatnio dla nikogo. - Potrzebuje twojego samochodu, Iriss – nie zamierzał łowca wdawać się w dłuższe dyskusje, chciał jak najszybciej znaleźć się na złomowisku, a każde słowo więcej wywiązywało niepotrzebną dyskusję.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Paź 27, 2013 9:09 pm

Widok Scotta w zmienionej fryzurze, ba nawet w uczesanej, lub po prostu umytej, był czymś ekstremalnie zadziwiającym. Nie sposób jest więc nie zrozumieć przejęcia dziewczyny gdy zobaczyła przyjaciela tak zmienionego, po tak niedługiej, jakby się wydawało, przerwie. Raczej rozmów o sukienkach wielu nie miała okazji przeprowadzić. Ani innych babskich pierdołach ( no chyba, że z tym małym, acz kochanym idiotą, bo nigdy nie wiadomo jaka faza go najdzie). To nie w tym świecie. Lecz z tym kudłatym durniem była już tak zaznajomiona ( co w sumie jest zbyt słabym określeniem ich relacji, i to o wiele), że pytanie o włosy czy o największy dramat w życiu jakoś nie różniło się zbytnio tonem wypowiedzi. Nie ważne, czy rozmawiali o pogodzie, czy o najskrytszych tajemnicach- to był Scott, i to była Iriss. Po prostu. Rozmawiali o czym chcieli, jak chcieli i kiedy chcieli. Bez żadnych zahamowań. Przynajmniej w większości tematów. Raczej jasne, że nie wiedzieli o sobie absolutnie wszystkiego ( o biedna w swej nieświadomości Iriss, nie spodziewająca się najgorszego), aczkolwiek wiele. W tej jednak chwili najbardziej zagadkowa i korcąca do odkrycia była tajemnica zmiany wyglądu Tennysona. Na temat jego awersji do zmiany czegokolwiek w sobie można by pisać wywody i referaty dłuższe niż rolki papieru toaletowego, czy czerwone dywany. A tu nagle takie zaskoczenie bez ostrzeżenia. Oczywiście pierwszy szok został złagodzony jego delikatnym dotykiem na jej plecach i zwyczajnym przytuleniem.
To było coś, co się w nim nie zmieniło. Obawiała się tylko, czy poza włosami nie było czegoś jeszcze. Lecz zaraz o tym zapomniała. Gdy tylko ten kędziorowaty baran przeczesał włosy palcami, bo ona, jak jakaś małpka zrobiła automatycznie to samo, nie mogąc się oprzeć pokusie zmacania czegoś nowego. I na dodatek tak dobrze wyglądającego. No oczywiście. On dalej nie wiedział, że jest coś takiego jak grzebień. Lecz pomijając ten fakt- Ale dlaczego?!- to było chyba najważniejsze pytanie. Patrzyła na niego z taką determinacją i siłą perswazji, jaką tylko miała. Czyli ogromną. Bo przecież nic nie dzieje się bez powodu. Nie w przypadku tego głąba. Totalnie zignorowała jego małą, morderczą błązenadę, chcąc przejść do rzeczy naprawdę istotnych. Tak, liczba mnoga, bo są jeszcze inne pytania, które ją nurtowały. Na przykład co on tu robi, jak się tu znalazł, czy jest sam, czy coś się dzieje i inne takie rutynowe pytanka, które każdy normalny obywatel zadaje sobie przy spotkaniu w środku lasu. Lecz ten dzień, który miał być przecież taki spokojny i piękny nie mógł być taki do końca. Kilka długich godzin powinno jej w zupełności wystarczyć, bez zbędnych pytań i marudzenia. Dziwactwo za dziwactwem, a jedno z nich przywiało Winchestera. Tak, tego to ciężko nie pomylić z grzybiarką. Na szczęście jednak, a może i na nieszczęście, nie był żadną staruszką, która padłaby na zawał widząc dwa ostrza. Dobra, może i widok trupów nie był dla nich niczym dziwnym, lecz nie o to przecież w tym wszystkim chodziło. Byli po tej drugiej stronie. Nie zabijali niewinnych. Nie, gdy nie musieli i nie było innego wyjścia. Chociaż zabójstwo z zimną krwią chyba nigdy nie pojawi się na kartach przeszłości Iriss. Przynajmniej taką miała nadzieję. I oby nigdy nic się pod tym względem nie zmieniło. Zawsze były jakieś ofiary- nie mogli tego uniknąć. Lecz należy pamiętać, mimo iż po nich tego nie widać, że dotyka to każdego łowcę. Bardziej lub mocniej. Ciemnowłosa osobiście pamiętała każdą niewinną osobę, której nie udało jej się uratować, lub została przypadkową ofiara jednego z polowań, lub zginęła w jakiś inny dziwaczny sposób przez Sheppard. Miała w swoim sercu jedno odrębne miejsce na właśnie takie przypadki i starała się tam nie zaglądać, trzymając je bardzo dokładnie zamknięte. Bo gdyby ktoś kiedyś przez przypadek otworzył tą kieszeń- nie skończyłoby się to dobrze. Zbyt wiele tłumionego żalu naraz zaprowadziłoby naszą małą Irisskę prosto pod bramy Wykrzywionego Królestwa pełnego szaleństw. I już nie byłoby z nią kontaktu. Nikt nie spotkałby jej pośrodku lasu i nie prosił o samochód, tak, jak robił to w tej chwili nasz rycerz na białym koniu. Dean. -Sądzę, że znajdzie się chwilka na opowiedzenie Swojej historii- milczała przez dłuższą chwilę. Tylko się w niego wpatrując. Emocje na jej twarzy były cieżkie do odczytania. Była chyba zbyt zmieszana. Jednak zebrała się w sobie. Przecież odpowiedź na „prośbę” Deana była już dawno temu z góry przesądzona. Oczywiście, że da mu swój samochód. Jednak Winchester nie był chyba świadom faktu, że ona jest z nim w pakiecie. Odchrząknęła i przeniosła spojrzenie na Scotta. -Chyba zanim wyruszymy powinniście się poznać.- patrzyła raz na jednego, raz na drugiego, przedstawiając ich sobie jak dzieci w przedszkolu. Nie widziała czy cała ta sytuacja jest tak niezręczna, czy tylko jej się tak wydaje. Nie mogła jednak przestać przestępować z nogi na nogę, czując dziwny stres. Tylko przed czym? Jej chłopcy (ciekawe kiedy zaczęła ich tak nazywać) wydawali się niewzruszeni. -Scott, jak mniemam jesteś samochodem, prawda?[b]- odpowiedź na to pytanie oczywiście znała, jednak upewnienie się nigdy nie zaszkodzi. Ostatnimi czasy przyjaciel lubił ją zaskakiwać. Uśmiechnęła się do Deana, przejmując lekko kontrolę nad sytuacją, i jak to ma w zwyczaju, zaczynając się rządzić. Teraz lepiej nie wchodzić jej w paradę. Przy takim stanie emocjonalnym musiała czymś konkretnym zająć umysł- i właśnie pomoc Deanowi była tą rzeczą. -[b]Będzie nam potrzebne wsparcie, czy damy sobie radę sami? – bo to, że nie jedzie sam było nie do kwestionowania. Jedzie z nim, czy tego chce czy nie. I tak nie miała nic lepszego do roboty. Wyjęła kluczyki z kieszeni i podrzuciła je w górę, łapiąc po chwili z powrotem. Ruszyła przed siebie, łapiąc Deana za koszulę i ciągnąc za sobą jak dziecko, w stronę samochodu, mając również nadzieję, że Scott zna ją na tyle, że będzie wiedział, iż ma grzecznie ruszyć za nimi. Bo przecież skoro miał czas szukać jej po lesie, to ma też czas im pomóc w razie potrzeby. -Kierujesz, czy prowadzisz?- oczywiście to ona wolała zasiąść za kółkiem. Wiedziała, że ten gbur nie lubi jej czołgu i obawiała się tego, jak będzie go traktował i prowadził. Jednak jeśli byłaby taka potrzeba- to niechętnie, ale zawsze- wręczyłaby mu kluczyki. Bo teraz bardziej obawiała się czegoś innego. Siedzenia z nim w tym samochodzie sam na sam.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by Scott Tennyson on Pon Lis 11, 2013 11:18 am

Czy tylko Scotty był na tyle rozsądny - a może optymistyczny, pozostawię to do waszej decyzji - by uznać, że żadna grzybiarka na widok dwóch noży nie dostałaby zawału? W końcu każdy wiedział, że w lesie bez noża nie dało się obejść, a to, że te jego i Iriss były trochę zbyt... podniesione, by uznać je za skierowane w stronę borowików czy innych pieczarek, to przecież nic takiego. Zresztą, Tennyson i jego uśmiech potrafiliby przekonać każdą starowinkę (młodzinkę zresztą też...), że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo. Co innego taka Riss i Winchester, chmurni i patrzący się na biedulkę spod groźnie zmarszczonych czół. Jak na gust Tennysona, to na ich widok padłaby trupem, nie dwóch ostrzy. Jednak nieznajomy... a raczej znajomy, ale tylko Iryska, nie okazał się ani spragnioną jajecznicy z grzybami (zjadłby) kobietą, ani tym bardziej kimś, kto mógłby zacząć panikować na widok noża.
- Po drodze - powiedział stanowczo, acz łagodnie, spoglądając na Riss w sposób, który dobrze znała. Spokojnie, Kruszynko. Nie przeciągaj struny. Dobrze wiedział, że Sheppard bywała uparta... nie, ona nie bywała uparta to był u niej stan permanentny o którym czasami zdarzało jej się zapomnieć, w dodatku najwyraźniej uznała, że coś jej się należy w zamian za udzielenie pomocy. Odrobina wytłumaczenia byłaby w cenie. Nie przeczył temu, choć z jego strony była to tylko umiarkowana ciekawość, bo chociaż jak każdy łowca miał kiepski kredyt zaufania wobec obcych, swoim bliskim i ich opiniom ufał bez zastrzeżeń. Skoro Iriss uważała, że wszystko jest w porządku, to było. Nic więcej, i nic mniej.
- Scott Tennyson. – Wyciągnął rękę po tym, jak skinięciem głowy potwierdził słowa Iryska o przedstawieniu się. Od tego wypadałoby zacząć, no, przynajmniej w normalnej sytuacji. Ta sytuacja do normalnych się nie zaliczała, nie dla przeciętnego człowieka, ale cóż… tacy jak oni zawierali znajomości w dużo dziwaczniejszych okolicznościach, niż pojawienie się w lesie. Swoją drogą, niezły przypadek, żeby jeden las, w dodatku pozbawiony czegokolwiek nadnaturalnego, w tym samym czasie ugościł trzech łowców. - Nie, przyjechałem do lasu rowerkiem. Kapturek zgubiłem gdzieś po drodze, a zawartość koszyczka zjadłem i wyrzuciłem - odparł, pajacując jak zwykle, pokazując Riss komplet zębów. Wypada czy nie, dla Tennsyona okazja do żartów była zawsze, nawet w środku polowania. To był Scott. Nic więcej dodawać nie trzeba. Zaraz jednak kiwnął głową, choć nie miał wątpliwości, że dziewczyna wiedziała, co się za jego pajacowaniem kryło. Schował nóż, tym razem już całkiem, kręcąc głową z lekkim uśmiechem kiedy ruszył za rządzącą się Iriss. Miło było zobaczyć, że nie tylko w stosunku do niego przejawiała takie despotyczne zapędy. Zmarszczył czoło, nie do końca zadowolony z wniosków, które przypałętały się wraz z tym twierdzeniem. Wolałby chyba jednak, żeby jego kochany Irysek i Winchester... Ugh. Nie był przecież typem zazdrośnika, a dla tego małego uparciucha chciał jak najlepiej, ale Dean wyglądał mu na średnio zabawnego typka. Biedny Scotty, wyobrażał sobie trochę za dużo, przynajmniej do takich wniosków – podobających mu się dużo bardziej, niż te poprzednie –  doszedł po kilku minutach spaceru, idąc parę kroków za Sheppard i jej znajomym. Nie ma co dmuchać na zimne. Czy jak szło to powiedzenie. Dopiero po pokonaniu mniej więcej połowy dystansu do zaparkowanych na skraju lasu samochodów, dotarło do niego, że będzie musiał się zmierzyć z żądnym wyjaśnień spojrzeniem Kruszynki. Normalnie zniósłby to ze swoją zwyczajową beztroską, ale obecność Deana średnio zapewniła im ku temu warunki. Tylko dlatego, rzucając jakąś luźną uwagą do której nawet nie przywiązał uwagi, wyprzedził tę dwójkę. Miał nadzieję, że Brandy ciągle śpi. Nadzieja rozwiała się, kiedy tylko wyszedł spomiędzy drzew, a powietrze przeszył dźwięk klaksonu, na który dwiema rączkami naciskała wyraźnie zadowolona z siebie dziewczynka, siedząca na siedzeniu kierowcy. Jeszcze bardziej przyśpieszył kroku, by dotrzeć do samochodu. Otworzył drzwi kierowcy, odruchowo odpowiadając uśmiechem na jej niewinny, słodki uśmiech dziewczynki.
- Gdzie byłeś? Długo byłeś. Upolowałeś coś? Chciałam iść poszukać jagód, ale… Ooo… – wyrwało jej się pełne zainteresowania, kiedy spomiędzy drzew wyszły kolejne osoby, które po sekundowym zacięciu przywitała jeszcze radośniejszym dźwiękiem klaksonu. Nie zwracając uwagi na Scotta, który już otwierał usta, by zalecić jej schowanie się (zawsze mógł rżnąć głupa i udawać, że to on wywołał ten hałas), wyskoczyła z samochodu, podbiegając do nieznajomych, których najwyraźniej jej tata znał. - Cześć - przywitała się dziewczynka, przekrzywiając głowę i oceniająco przyglądając się dwójce dorosłych. Dwójce, bo w końcu jej ojca, który natychmiast ruszył za nią, nie można było w ten sposób nazwać. Poza tym w porównaniu z nowymi, kompletnie nieznajomymi wypadał mniej interesująco. Uważne spojrzenie z kobiety przeniosło się na mężczyznę. – Jesteś ładniejszy niż mój tatuś. Wyglądasz jak księżniczka – poinformowała Deana z niezachwianą pewnością, a Scotty, zupełnie nieurażony, tylko wyszczerzył się, idiotycznie zadowolony z tego stwierdzenia. Mała najwyraźniej po ojcu odziedziczyła skłonności do ignorowania takich rzeczy jak pobrudzenie i drobne poturbowanie Winchestera, które sprawiały, że średnio można było go jako księżniczkę zakwalifikować.
- Brandy. – Odkaszlnął  gdy w końcu stwierdził, że nie wybuchnie śmiechem. Dziewczynka odwróciła się w jego stronę z pytaniem w oczach, a on skinął głową na samochód. Brandy tylko wydęła usteczka, zerkając to na siedzenie pasażera, to na Winchestera i Sheppard, jakby mając nadzieję, że dorośli zrobią coś, co sprawi, że nie będzie musiała wrócić do pick-upa.



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by The Geek Monkey on Wto Lis 12, 2013 9:20 pm

Zignorował. Bardzo dosadnie i ostentacyjnie zignorował ponaglenie o opowiedzenie historii, która zrzuciła go do tego miejsca, by mógł spotkać swoje przeznaczenie w postaci o to tej dwójki. Nie, wcale nie korzystam z trzeciego oka, nie mam pojęcia po prostu co tu napisać, bo jak wcześniej miałam, to nie, musiałam wyjsć i zapomniało się. Znowu. Dean ostatnio taki niewdzięczny do pisania. Ale za to spojrzał na Scotta, kiedy Iriss zaproponowała, by panowie się poznali. Normalnie jak matka do dzieci w piaskownicy. Cała Sheppard. Zawsze próbuje przejąć inicjatywę, kiedy coś się dzieje, a trzeba pamiętać, że nie zawsze jej to na dobre wychodzi. Jednak teraz nie miał zamiaru tego jakoś podważać, o ile nie zamierzała wyskakiwać z radosnym ‘Scott to jest Dean, Dean to jest Scott, wymieńcie się zabawkami na znak nowej przyjaźni;, to jej pomysł nie wydawał się wcale taki głupi. Zawsze warto znać jedna parę rąk do pracy więcej. Zawsze może się przydać.
- Winchester. Dean – uścisnął dłoń temu drugiemu, patrząc mu prosto w oczy, jakby oczekiwał jakiegoś pokazu siły... Winchester tylko trochę zgniótł paliczki Tennysona, tylko trochę, nawet nie specjalnie, tak jakoś się ścisnęło. Może to wina tych lekkich, niemal niezauważalnych i nie do wyczucia, iskierek, które przeskoczyły pomiędzy samcami, gdy ich dłonie się złączyły...? I nananajategonienapisałamtoDeanmikazał! Moment puszczenia rąk i Dean nie wiedział, co się dzieje, bo coś nim szarpnęło i pociągnęło za sobą. Zaskoczony, dał się przeciągnąć Iriss kilka kroków, nim delikatnie, ale stanowczo, odczepił palce kobiety od swojej koszuli. Nie, nie zrobił tego tak szybko, że nawet nie zauważył, że przez chwilę jedną dłoń zacisnął na nadgarstku Sheppard i trzymał ją te pół sekundy dłużej, chcąc sprawdzić czy i tu te iskierki będą. Były. Nie czuł. Bo szybko... znaczy, wcale tego tak szybko nie zrobił. Za to bardzo szybko ją wyprzedził, nawet jeśli Scott zrobił to samo, wyprzedzając, jak i Iriss, jak i Deana, to ten ostatni też zadbał o to, by pozostać w odpowiednio dużej odległości od brunetki. Właściwie to dlatego, by uniknąć kolejnego pytani o jego „Długa historia, nie mam na to czasu”, nie mając kompletnej ochoty gadać o tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin, a już na pewno nie o tym, że wylądował w tym lesie z kaprysu jakiegoś demona z przerośniętym ego. Z którym miał mała umowę. Na szczęście nie taką typową umowę demon – człowiek, ale... umowy z demonami dla łowców przeważnie znaczyły tylko jedno. Za odmową spowiedzi też przewyższał argument obecności Scotta... nie, żeby Dean miał ochotę dzielić się tylko z Iriss swoimi przeżyciami, ale jak nie patrzeć to dziewczynie bardziej ufał niż brunetowi, którego poznał dziesięć minut temu. Nieważne jak bardzo znał się Tennyson z Sheppard, Winchester nie zamierzał uzewnętrzniać się przy nim. Przy niej też nie. Tematu nie było. Na szczęście dla niego temat został oddalony dzięki głośnemu, przeciągłemu klaksonowi. No tak. Dziecko. Winchester o nim zapomniał na widok Iriss i Scotta, tam w lesie, w takiej... intymnej sytuacji. Nawet nie pomyślał, że małe może być Scotta, chociaż to było logiczne. Ale to nie była jego sprawa, nie jego dziecko, jemu nic do tego. Dean po prostu chciał się znaleźć jak najszybciej w Lawrence i odjechać, zająć się tym, czym musiał się zająć, zostawiając za sobą parę łowców i jednego dzieciaka, który najwyraźniej zbudził się z chęcią wystraszenia każdego żyjątka w lesie.  Ewentualnie, miały to być fanfary powitalne dla zbliżających się łowców. Do wyboru.
Usta Deana uformowały się w „o” i zamknęły szybko, wykrzywiając się w lekkim uśmiechu. Księżniczka...serio było coś w nim z księżniczki? Bobby też go tak nazwał, ironizując oczywiście,  nie będąc tak serdecznie szczerym jak ta mała tutaj, ale... coś w tym musiało być. Aż miał ochotę spojrzeć w lusterko.  Mała Brandy swoim komentarzem na moment rozwiała chmury nad głową łowcy. Na moment. Bo zaraz zielone oczy wędrowały to ze Scotta na Iriss, poprzez dziewczynkę i tak w kółko. Scott, Iriss, Brandy. Aż zatrzymał na dłużej spojrzenie na Sheppard, jakby chciał sprawdzić, czy głupia teoria, która mu się urodziła w głowie, jest słuszna. Ale nie, dziecko nie było ich. Znaczy jej. I Tennysona. Zdumienie, zdziwienie, czy co tam się rysowało na twarzy brunetki, w jej spojrzeniu, wystarczyło, by Dean wiedział, że ta mała, elokwentna dziewczynka, nie wyszła z macicy łowczyni.
- Ty też wyglądasz jak... księżniczka -  odpowiedział, kompletnie ignorując fakt, że jej ojciec, jak mała sama wyznała, wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć od wstrzymanego śmiechu, szczerząc zęby w nienaturalnie szerokim uśmiechu. Dziwnie frapujący widok, od którego cieżko było oderwać wzrok, bez próby opowiedzenia tym samym. Wybawieniem okazała się Iriss, która stanęła obok Winchestera, zabierając mu skrawek powietrza i przestrzeń osobistą. Dziwne uczucie w żołądku, nie spowodowane pobiciem, na pewno nie, pojawiło się nagle i bardzo, bardzo niechcianie.
- Um, to... Iriss dasz mi kluczyki? Pojadę przodem, bo chyba wy... macie sobie do pogadania – Deanowi się spieszyło, możliwe, że reszcie niekoniecznie. No i nie miał ochoty na uczestniczenie w tej rozmowie, bo jak już wspomniane było, to nie był jego interes. - Właściwie to gdzie my jesteśmy? - w końcu zadał to pytanie, które od momentu wylądowania w lesie tłukło mu się po łbie (zaraz obok wszelakich możliwych przekleństw kierowanych w stronę Crowleya i pierdylian modlitw, które wysyłał ku Castielowi – bez większego echa). W końcu musi wiedzieć, w którą stronę pojechać, by dostać się tam, gdzie chciał.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by Seestra Road Trip on Wto Lis 12, 2013 10:37 pm

Uwielbiała to. No po prostu uwielbiała, gdy mężczyźni, podając sobie ręce w geście zupełnie zwyczajnym od razu robili pomiar swojej męskości i próbowali udowodnić kto ma jej więcej. Boki zrywać. Zazwyczaj było to rzeczą, która dziewczynę bardzo bawiła. Dzisiaj jednak bardziej krępowała. Nie chciała przecież, żeby zaczęli się zaraz bić, albo stali tak naprzeciwko siebie, wpatrzeni głęboko, coraz mocniej ściskając dłoń. A może była to tylko gra wstępna i zamiast bić się- rzucili na siebie i zdarli ubrania, by nie przeszkadzały im w ich nieokiełznanej potrzebie bliskości? O nie, taka wizja zdecydowanie się Iriss nie podobała. Nie to, że była zazdrosna. Czy to o Scotta ( co prędzej by zaakceptowała), czy o Deana ( co jednak byłoby bardziej prawdopodobne). Po prostu taka wizja jest zła. Pewnie też wyolbrzymiała, doszukując się między chłopcami jakiejś rywalizacji, czy napięcia (nie, nie tego seksualnego), lecz należy ją zrozumieć. Po ostatniej nocy z Winchesterem jakoś zaczęła się stresować i zbytnio zwracać na to uwagę. Albo to przez to dziwnie łomoczące nie wiadomo dlaczego serce w piersi. Przecież nie biegała. Może się wystraszyła? Tak, to pewnie dlatego, bo nikogo się nie spodziewała poza sobą i kilkoma starcami w środku lasu. A tu nagle spotkało się trzech łowców. I to jeszcze nie byle jakich. A tych konkretnych. Jaki ten świat był popieprzony. Nawet ona nie potrafiła tego pojąc, choć zazwyczaj z takimi sprawami radziła sobie całkiem nieźle.
Na szczęście gra w samce alfa skończyła się szybko i bezboleśnie. Niezauważalnie wręcz. A potem Scott zaczął pajacować, za co Iriss wsadziła mu łokieć między żebra, uśmiechając się przy tym słodziutko. Ten to nigdy nie mógł sobie odpuścić. I nie wiedzieć czemu nagle zaczęła się obawiać, że powie coś nie tak. Coś, czego Dean nie zrozumie, nie zaakceptuje i zaczną być w złych relacjach. I znów jej niewiedza i zamieszanie dawało o sobie znać. Bo z nieznanych jej powodów przejmowała się tym. I wolała, żeby ten uścisk dłoni był przyjazny. Nie wrogi i pełen władczości i chęci poniżenia tego drugiego. Co się z nią dzieje. Pora wziąć się za siebie, potrząsnąć głową, by odgonić te durne, niepotrzebne myśli i pójść zrobić to, co należało. Czyli pomóc Winchesterowi załatwić to, co załatwić miał w planach. Bo tak zrobić należało. Sheppard była jednym z tych łowców, którzy nie mając zbyt długo niczego do roboty doszukiwali się jej wszędzie. A tu nagle z Nieba (nie wiedziała nawet jak dosłownie) spadł jej książę, niosący ze sobą zagadkę. I czy tego chciał, czy też nie- ona mu pomoże. Bo tak i już. Nie miał wiele do gadania. I była doskonale świadoma, że w jego towarzystwie wpakować się może w niezłe gówno. Tym razem była na to przygotowana i miała zamiar postarać się nie wpaść w takie tarapaty, by znów musiał ja ratować. Z resztą była jego dłużniczką. Uratował jej tyłek już wiele razy. Szczególnie w tym nawiedzonym domu, o którym starała się zapomnieć (co udało jej się na chwilę jeszcze tego samego wieczoru).
Gdy ruszyli w drogę i ona była na prowadzeniu wszystko szło pięknie. Jednak szybko stery jej wyrwano. Niestety. Najpierw Scott wydarł jak szalony daleko przed nich. Jakby gdzieś mu się spieszyło. A potem czas się na chwilę zatrzymał. Ziemia przestała kręcić, a uderzenie serca trwało jakieś trzy godziny, bo Dean Winchester chwycił ją za rękę. Nie tak dosłownie, bo bardziej za nadgarstek. I go ścisnął. I tak trzymał. I ona też chciała go złapać, lecz zanim się zorientowała ten już był dziesięć metrów przed nią, pędząc za Scottem w stronę samochodów. -EJ!- krzyknęła tylko, od razu chcąc nadrobić straty i przyspieszając kroków, by nie zostać jak ostatnia sierota daleko w tyle. No i odbieranie jej kontroli nad sytuacją w tak brutalny sposób było... brutalne. Tyle na ten temat. No i gdy tylko nadgoniła drogi i szła ramię w ramię z Winchesteram usłyszała głośny, kłócący się z leśną cisza, dekoncentrujący dźwięk przeciągłego klaksonu. Co do cholery? Na szczęście samochód był już niedaleko. Praktycznie go widziała. Wystarczyło wyjść zza kępy krzaków i jednego drzewa. Gdy już dotarli na „parking”, który w rzeczywistości był tylko nieco wygniecionym przez samochody grzybiarzy w sezonie poboczem, Iriss oniemiała. Dziecko. Co to dziecko. Ta mała, urocza osóbka robiła w środku lasu, na dodatek na jakimś zadupiu. Nie mogła przyjechać z Deanem. No i siedziała w samochodzie Scotta. I to w sumie do niego podobne. Żeby zostawić wszystko, czemu należała się uwaga, zapomnieć o odpowiedzialności i pójść za instynktem, lub akurat przemawiającą przez jego organizm rządzą, jaką w tym przypadku była ciekawość czy akurat ten Hummer jest czołgiem Sheppard. Co za debil. - Scott...- wymamrotała tylko, patrząc się na niego nieco przerażona. Lecz potem ej uwagę zwróciła dziewczynka, określająca Winchestera mianem księżniczki. Uśmiechnęła się na ten widok. Jego zakłopotanie coś w niej ruszyło. Patrzyła się tylko przez chwilę, uśmiechając się, jakby to jej własne dziecko mówiło pierwsze słowa do ojca. I wróć. Właśnie zrobiła wszystko, co w jej mocy by wymazać ten obrazek ze swojej durnej głowy i wrócić do tego, co tu i teraz. Czyli do dowiedzenia się co jest grane. Odchrząknęła i podeszła do Tennysona, uderzając go w tył głowy. -Jak mogłeś zostawić dziecko w samochodzie?! SAME! W środku lasu! Czyś ty oszalał?!- no tak, musiała go trochę opieprzyć. Bo to, co zrobił było naprawdę głupie. Nieważne kto był matką i ojcem dziewczynki, ani komu ukradł ją Scott, czy też postanowił przygarnąć ze śmietnika. Jak już się za coś bierze, to niech lepiej myśli. Bo w tej sprawie Iriss była bardzo drapieżna. I nie chciał, żeby zaczęła mu dawać lekcje bycia rodzicem (na czym swoją droga kompletnie się nie znała, ale od czego był kobiecy instynkt macierzyński, który budził się na widok biednych sierotek?)-A tak poza tym... może wyjaśnisz mi kto to jest i co robi w Twoim pick upie?- i nie wiedzieć czemu właśnie zaczęła obawiać się najgorszego. Znów złapała Winchestera za rękaw, by nigdzie przypadkiem sobie nie poszedł. No i może potrzebowała trochę... bliskości? Czy coś. Ta sytuacja trochę nią wstrząsnęła. Instynkt, oraz wszystko, co były w stanie dostrzec jej oczy podpowiadało jej, że w tej małej istotce drwiącej uroczo z Deana płynie krew Tennysona. Szok powoli zaczynał panować nad nią całą. Z każdą chwilą, gdy małe szczegóły podpowiadały jej, że teoria, która powstała przed chwilą w jej głowie jest słuszna. To córka Scotta. Scott miał dziecko. On. Nieodpowiedzialny, rozlazły Scott. Przecież on nie da sobie rady. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć podniosła rękę w znaczącym geście milczenia. Potrząsnęła głową, z zakłopotanym uśmiechem, samej nie wiedząc czy nie powinna się teraz rozpłakać. Tylko niby czemu. Po prostu była w szoku. - Ja prowadzę.- spojrzała władczo na Winchestera, po czym odwróciła się w stronę samochodu, zostawiając za sobą Tennysonów. Gdy była już przy drzwiach odwróciła tylko głowę i spojrzała Scottowi prosto w oczy. - Zapnij jej pasy, jedź ostrożnie. Za nami. Porozmawiamy później.- wiedziała, że zabieranie ze sobą małej zapewne nie jest dobrym pomysłem. Jednak na razie nie potrafiła zbyt trzeźwo myśleć. Wsiadła do samochodu, ściszając od razu lecącą w radiu muzykę, do niemalże niesłyszalnej. Ruszyła dość gwałtownie, przy okazji pokazując Deanowi ich lokalizację na mapie, by mógł ją prowadzić. Nieważne jak duże i dziwne będzie to coś, z czym muszą się teraz zmierzyć (czy tam Winchester musi, ale skoro już go wiezie, to właśnie sprawa przeskoczyła i na nią. A raczej sama ją sobie wzięła, bez zamiaru pytania o zgodę), dołoży wszelkich starań, by skopać temu tyłek. Bo na to właśnie miała ochotę. Choć tliło się w niej też inne, dziwne i nieznane dotąd uczucie. Scott Tennyson. Jej kochany Idiota. Ma córkę. Jest ojcem. Cholera.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by The Geek Monkey on Pon Lis 25, 2013 2:56 pm

Liczył, naprawdę liczył, że będzie mógł jechać sam. Ale jak mógł wpaść na pomysł, że Iriss tak po prostu da mu kluczyki i pozwoli jechać (pomijając, że nie miał właściwie pojęcia o tym, jak poruszać się takim bydlakiem i jak ustawić sobie nawigację. Tęsknił do kruszyny)? Tym bardziej, że spojrzała na niego tak, że miało się ochotę schować w sobie i udawać, że nic się nie mówiło. Ale i tak liczył, strasznie liczył na to, że mała Brandy od Scotta będzie ważniejsza, że Iriss będzie wolała rozprawić się z przyjacielem, bliskim przyjacielem czy kim Tennyson był dla Sheppard, niż pakować się z nim do samochodu i ...właśnie. I co dalej? Starał się nie myśleć o tym, ze Iriss złapała go za rękaw, ze siedzi na fotelu obok i próbuje z niego cokolwiek wyciągnąć. Ignorował jej osobę całkowicie. Ignorował zapach, słowa, spojrzenie i bliskość jej ciała. Obrazy same przypływały, nieproszone, przyprawiając Deana o zacięty wyraz twarzy, bo nie chciał, tak bardzo nie chciał, żeby było po nim cokolwiek widać. Zacisnął dłoń, leząca na udzie, w pieść. Miał dość ciągłego wypytywania o to, co się wydarzyło, o to czy z nim wszystko okey. Może to wina tego napięcia, gęstej atmosfery, która owiała ich, kiedy tylko trzasnęły drzwi, zamykając ich w kabinie samochodu. Bez możliwości ucieczki. Iriss była jego szansą, nadzieją, ratunkiem na to, by jak najszybciej dotarł do swojego samochodu. Wolałby już ten pieprzony sposób Castiela, niż to... niż siedzenie obok, w wielkim samochodzie, który wydawał się mały, za mały na ich dwójkę. Ostatni raz, jak tak siedzieli sami, w samochodzie, w jego samochodzie, źle się to skończyło. Może to wina tego wspomnienia, tego co się wydarzyło, gdy Iriss zabrała mu kluczyki i roześmiana uciekała przed nim, nie zwracając uwagi na to, że nie powinni. Może to wina wszystkiego, jego, jej, może nawet i wina Scotta, który nie protestował, kiedy łowczyni zadecydowała o tym, kto z kim jedzie, potulnie pakując się do swojego samochodu, uprzednio pakując tam swoją córkę. Czegokolwiek i kogokolwiek to była wina, w kabinie czarnego samochodu, doszło do małej wojny. Bo Dean nie wytrzymał. Nie wytrzymał jej troski w oczach, jej pytań i jej osoby, tak blisko niego, tak... wolał na nią nakrzyczeć. To było prostsze i zajmujące umysł czymś innym niż tym, że patrzenie na Sheppard i zastanawianie się nad tym, co tak naprawdę łączyło ją z Tennysonem, przynosiło dziwne uczucie w żołądku, ciężkie uczucie w żołądku, bardzo niekomfortowe.  Nie wytrzymał i naskoczył na łowczynię. Oszczędnie i dosadnie, wytłumaczył, że nie jej sprawą jest to, co robił w lesie, czemu tam się znalazł i po jaką cholerę jadą do rodzinnego miasta Winchestera.  Krzyczał, bo już nawet nie mówił, że to nie jest jej interes, nie ma żadnej sprawy, żadnych potworów i niczego, co pozwoliłoby na wyładowanie złych emocji, i niech lepiej uważa na drogę, bo zanim dojadą do miasta, z jej szczęściem wylądują w pierwszym lepszym rowie. Pokłócili się. Głośno i nieprzyjemnie. A potem Dean pogłośnił, ściszone wcześniej przez Sheppard, radio, zagłuszając niespokojną ciszę w samochodzie, która zapadła po burzy, wywołanej przez łowców. Znowu. Tym razem sztorm słów był o wiele gorszy niż grzmoty wywołane szybkimi gestami. O wiele gorszy.
Całą drogę wpatrywał się we wsteczne lusterko, w którym migał co jakiś czas pojazd Scotta. Winchester słyszał szybki, wkurzony oddech Iriss, jego też nie był spokojniejszy, ale starał się nie myśleć o tym, przyciskając łokciem do ciała colta, który ciągle ciążył mu w kieszeni kurtki. Prędkość, jaką nadała samochodowi Iriss, nie zrobiła na nim wrażenia. I dobrze, że pędzili. Będą szybciej w Lawrence, będą mogli szybciej się rozejść, będzie mógł szybciej wrócić na złomowisko Singera i zająć się swoimi sprawami, pozwalając Sheppard zając się przyjacielem i jego małym, uroczym bonusem. I myśl o tym, co czeka go po powrocie do Dakoty była myślą ratującą go przed myśleniem o tym, jak frustracja odbijająca się w ciemnych oczach Iriss była pociągająca.
Przerwał ciszę, dopiero gdy przejechali przez znak informujący o wjechaniu do miasta. Suchymi, pozbawionymi wyrazu, słowami wytłumaczył, gdzie ma skręcić, pojechać prosto, zanim się zatrzymali. Aż dziwne, że po kłótni nie zatrzymała się o wiele wcześniej i nie wykopała do z samochodu daleko przed miastem. W sumie należałoby mu się. Za bycie durniem. Idiotą. Sukinsynem.
Chwilę później, za samochodem brunetki, pojawił się samochód Tennynsona, który wyglądał na rozbawionego tym, co mówił skrzat obok niego, ale kiedy jego spojrzenie i spojrzenie Deana się spotkały, szeroki uśmiech zszedł ze Scottowej twarzy. Walczyli na spojrzenia przez chwilę, nim Dean ,właściwie bez słowa trzasnął drzwiami Impali, przekręcił kluczyk i wcisnął gaz. Nie spojrzał ani razu na tych, których zostawił bez słowa wytłumaczenia. Właściwie to była dobra opcja. Zrazić do siebie Sheppard. Oddalić ja od burdelu, który nagotował z bratem, oddalić od siebie... od siebie. Zmarszczył brwi, czoło a palce mocniej uczepiły się kierownicy, gdy myśl, że ma oddalić od siebie Iriss... to było dziwne. Niespodziewane. Lubił ją, martwił jak o młodszą siostrę, wielokrotnie dawał temu dowody. I tylko dlatego tak pomyślał. Tak Winchester, wmawiaj tak sobie. Wmawiaj. Może ktoś by ci uwierzy, gdyby nie to, że z młodszymi siostrami nie pieprzysz się w deszczu, na placu zabaw jak nastolatki, a potem masz ochotę wymusić na niej przyznanie, co łączy ją z Irlandczykiem. I masz ochotę na wiele innych rzeczy, które nie powinny w ogóle pojawić się w jego głowie, kiedy spojrzenie, automatycznie, skierowało się na wsteczne lusterko, w którym pojawiły się sylwetki łowców i ich samochodów. Pedał gazu został wbity w podłogę, wzrok wrócił na drogę.

/zt x 3 a nawet i 3,5.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Las

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: TOPEKA :: OBRZEŻA

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach