Motel

 :: DANVILLE :: OBRZEŻA

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Motel

Pisanie by Scott Tennyson on Czw Gru 12, 2013 4:25 am

~*~



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Motel

Pisanie by Scott Tennyson on Czw Gru 12, 2013 4:25 am

Podsumujmy wydarzenia ostatnich miesięcy. Po pierwsze, nabawił się irytującego anioła stróża. „Nabawił”, jakby anioł był czymś w rodzaju kaszlu, było słowem całkiem na miejscu, bo  wkurwialność panny Daphne odczuwał nawet Scott z jego beztroskim podejściem do życia. Co zapewne stawiało rudzielca naprawdę wysoko na podium irytujących ludzi. Irytujący ludzie na pewno swoje podium mieli. Optymistyczni (i wiecznie głodni) też, Scott wiedział, bo od lat niepodzielnie sadzali go na samej górze. Po drugie, wracając do tej małej wyliczanki, którą prowadził  w myślach Irlandczyk, siedząc na krześle w motelowym pokoiku i czyszcząc broń, obiecał innemu aniołowi, który bez pardonu wpakowywał mu się do snów i mącił w głowie, przyjaźń i wieczne oddanie, bo cholera, naprawdę szkoda mu dziewczyny było. Tym samym, jeszcze pół roku nie mając nawet pojęcia, że skrzydlaci są czymś więcej niż ozdobami na choinki, wpakował się w relacje z dwoma. Po trzecie, miał córkę. To przykrywało nawet poprzednie informacje, chociaż nadal pamiętał swój upór w kwestii nie przyjęcia do wiadomości istnienia pierzastych mieszkańców Nieba. Nieprzyjęcie do wiadomości Bernadette pewnie miałoby po swojej stronie jeszcze większy upór, gdyby nie fakt, że pewnych rzeczy nie można było zapomnieć. Choćby się bardzo chciało. Więc była, mała Brandy. Była też Iriss. Iriss była punktem czwartym, zdenerwowanym, nie wiedział czym, cholernie żałując, że nie siedział wtedy w Czołgu z Winchesterem i Kruszyną, jadąc za nimi swoim pick upem i zbywając miliard pytań Małej o drugiego mężczyznę (ta wydawała się być nim wręcz niezdrowo zainteresowana, naprawdę, tak niezdrowo, że aż jak wysiedli spojrzał na niego krzywo, jakby spodziewał się, że mu córkę ukradnie i do ołtarza poprowadzi – nie żeby cokolwiek w Deanie świadczyło o byciu pedofilem, wąsa w końcu nie miał), bo na pewno rozładowałby atmosferę, naprawiłby to, co się tam między nimi, do kurwy nędzy, wydarzyło. Coś wystarczająco istotnego by Iriss zniknęła i to nie po miłym pożegnaniu.
…A tak w ogóle to apokalipsa szalała.
To chyba był punkt piąty, albo zero, stały i niezmienny. Niezmienny był też brak najmniejszego znaku życia od Iryska. Denerwował się. Martwił. Bo to była Iriss, nawet jeśli potrafiła skopać tyłki nie gorzej, niż on (a jak miała w ręku patelnię, to i lepiej), zawsze miał się o nią martwić. O bliskich ludzi zawsze się martwiło, nie? Scotty tak kiedyś słyszał, a może po prostu tak czuł, a skoro tak, to miał zamiar to praktykować. Więc wysyłał jej smsy. Fakt, że dochodziły przyjmował za świadectwo tego, że żyła. A skoro tak, to słał je dalej. Różne. Większość dotyczyła tego, czym się obecnie zajmował („Zdobyłem dwie nowe pary wampirzych zębów…”), gdzie („…w Maryland…”), w sposób, który wyraźnie świadczył o tym, że jest Scottem i wcale nie ma jej za złe tego unikania („…akurat na nowy naszyjnik dla mojej Kruszyny…”), ale tęsknił („…jak się spotkamy to ci dam.”). Tego dnia też. Dał znać, gdzie jest i że się nudzi, bo potworek chyba się go wstydzi. A teraz było mu trochę… samotnie. Polowania nie sprzyjały rozwijaniu znajomości, wiedział, że nie, ale przyzwyczaił się. Przyzwyczaił się do tej małej paskudnej pożeraczki ostatniego kawałka pizzy, która teraz przeszkadzałaby mu żądając, by znowu narysował jej te fajne kolorowanki (jeśli Scott Patrick Tennyson był z czegoś dumny w swoim życiu, to z wymyślenia zastosowania pułapek na demony jako pułapek na dziecięcą nudę… kolorowanek znaczy) albo skakała po łóżku nie pozwalając robić mu tego samego, bo się sprężyny połamią. Dwa dni wcześniej odstawił Brandy do Vi, która akurat cudem była w pobliżu i bez specjalnych trudności zgodziła się zaopiekować małą, i przyjechał do Danville wiedziony, jak zawsze w tej robocie, dziwnym zgonem, podejrzeniami i intuicją. Nie zakończył polowania, jeszcze nie, choć ile mógł na ten moment zrobić, tyle zrobił, nie pozwalając jednak myślom odpłynąć na inne strony. Głośno odsunął krzesło, opierając nogi na stole, który natychmiast się zachwiał. Nie żeby Tennyson coś sobie robił z jego wątpliwej konstrukcji, dalej zajmując się glockiem, kiedy gwałtownie otworzyły się drzwi. A w drzwiach? W drzwiach stała Iriss Sheppard, mokra, przemarznięta (mógł się o to założyć, on by był), po tygodniach nieobecności. Gdyby Scotty wiedział, czym było deja vu zapewne teraz by się na nie powołał. Uczucie, jakby sytuacja była mu znajoma łupnęło mu o czaszkę, każąc na chwilę unieść wzrok znad klamki i spytać z wyraźnym zdziwieniem:
- Iriss? – Gdzieś tam krążyła też nuta niepokoju, naturalna, bo Sheppard wyglądała jak trzy ćwierci od śmierci (przez zalanie Niagarą), co jeszcze bardziej wrażenie francuskich drzwi spotęgowało. Klucze mogą być francuskie, to drzwiom wylegiwania się nad Loarą zabrania? …Nie, stop, Tennyson, Iriss. Iriss była teraz najważniejsza, nie durne myśli, odruchowo durnymi myślami będące, bo to był przecież Scott. A to jego Irysek, którego tak często… zbyt często widział w faktycznym stanie zagrożenia życia, ale to przecież byli oni i to było ich życie, nic nowego, drobiazg. Tylko, że Riss… Dobra, pojedzie banalnym: nigdy nie wyglądała tak źle. Nie fizycznie. Psychicznie. I Scott nawet nie wiedział, dlaczego tak myślał, ale to byli oni i to było ich życie, i znał ją, i zawsze, ale to zawsze się o nią troszczył. Pistolet wylądował na małym stoliku, a mężczyzna, dosłownie parę sekund po tym, jak Sheppard z hukiem wparadowała do pokoju, podszedł do niej. – Zdejmij to, mokre jest, jeszcze złapiesz jakąś ptasią grypę przez to. Chcesz gdakać jak kura, słońce? Albo indyk. Byłabyś niezłym indykiem, Riss… Riss? – uspokajające słowa, towarzyszące nie tak prostemu zdjęciu z niej wierzchniego ubrania, urwały się nagle.



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Motel

Pisanie by Seestra Road Trip on Sro Gru 18, 2013 10:46 pm

Tyle złości kłębiło się w niej przez wiele, wiele dni. Nie dawała jej upustu. Nie w żaden zdrowy sposób. Nie waliła pięściami w motelowe lusterka, kalecząc sobie dłonie. Nie zwiększyła ilości polować, dając w kość niesprawiedliwości świata i próbując tym samym go uleczyć. Nie krzyczała nocami na środku lasu, aż do zdarcia gardła. Nie płakała łzami pełnymi nienawiści. Po prostu wszystko, co w sobie tłumiła przez te wszystkie lata, cały żal, całą wściekłość, cały smutek i rozgoryczenie, wszystkie bóle i utrapienia, złączyła w jedno, pozwalając, by w nią wsiąknęło. By płynęło jej żyłami, piekąc przy tym niemiłosiernie. I nie, nie było to zdrowe. Ani trochę. Wręcz przeciwnie. Było w tym wszystkim zbyt wiele nienawiści. Szczególnie do samej siebie, a może raczej bezradności ze swoją osobą związanej. I tak, miało to zwoje konsekwencje. Lecz na razie nikt ich nie widział. Może nie na pierwszy rzut oka, bo gdyby spojrzeć na nią z daleka wciąż była tą samą upartą Iriss Sheppard, która lubiła dyrygować i pakować się w kłopoty. Ale coś w niej się zmieniało. Widać było to w jej oczach, lecz dostrzec to potrafili tylko Ci, którzy ją znali. Tak naprawdę. I w tej dziwnej metamorfozie nie chodziło tylko o Deana. On po prostu stanowił w tym momencie bramę. Choć może lepszym określeniem byłby klucz do bramy, który łowczyni z chęcią chwyciła i otworzyła nim pierwsze drzwi, do których pasował. Nie myślała wtedy o konsekwencjach. Pędziła tylko rozwścieczona przed siebie, zaciskając na kierownicy dłonie tak mocno, że przez następnych kilka tygodni nie mogła pozbyć się odcisków. Wcale bez winy nie pozostał również Scott. Oh, ten idiota był ojcem. To było jak kopanie leżącego. I tak, to Iriss była tym kwiczącym z bólu czymś na ziemi. A te ciężkie buty, które potęgowały nieznośne pieczenie jej żeber należały do osoby X, którą prawdopodobnie była kobieta, którą zapłodnił jej przyjaciel. I nie wiedzieć czemu to właśnie jej Sheppard nienawidziła najbardziej na świecie. Na nią zrzuciła całe zło swojego świata. Bo tak jej było wygodniej. Bo komuś musiało się za to dostać. A skoro ona leżała, zwijając się w kłębek we własnych wymiocinach wyprodukowanych przez fizyczne i psychiczne męczarnie, Scott zajmował się wcielaniem do nowej roli tatusia, która da mu zapewne nieźle w dupę (bo przecież był nieprzystosowanym do życia bałwanem, więc jak miał wychować dziecko do cholery), a Dean... cóż, to nie była jego bajka. Wybryk na placu zabaw, był tylko wybrykiem. Wciąż nic ich nie łączy i w końcu dotarło to do jej durnego łba. I tak za sprawą selekcji naturalnej głównym winowajcą została Panna X. Przecież bliźniakom tego na kark nie zrzuci. Jej zapędy do udowadniania, że sama da sobie radę i potrafi sprzątnąć swoje własne wymiociny wciąż nie wygasły. To prawdopodobnie nigdy się nie zmieni. Taki mały syndrom młodszej siostry.
No i w gruncie rzeczy minęło kilka tygodni. Ile, to chyba Iriss nie jest w stanie określić. Ani co, podczas swojej nieobecności względem świata i wąskiego społeczeństwa w jakim zacięcie funkcjonowała, robiła. No cóż, jakoś to jednak podsumować trzeba. Może zacznijmy od kilku zasad. Pierwszą i podstawową jest koniec z użalaniem się nad sobą i wracaniem do przeszłości. Przecież i tak już nic nie mogła z tym zrobić. Po co więc się zadręczać i tracić przez to skupienie, gdy było jej naprawdę potrzebne? Nie, nigdy jej się to nie podobało. Taki stan rzeczy definitywnie ją osłabiał. A to przecież jest jeden, wielki, pieprzony minus, którego trzeba się pozbyć. Bo nie była już małą dziewczynką. I właśnie, tu zaczyna się punkt drugi. Koniec z dziecinadą. Koniec z uleganiem lękom. Koniec z rozdrabnianiem się nad pierdołami. Krótko, rzeczowo i stanowczo. Jak chciała zapobiec tej zasranej apokalipsie, która tyko wszystko wszystkim utrudniała- musiała w końcu zapiąć rozporek, zdjąć maskę niewinnej dziewczynki, która może i kiedyś się sprawdzała, ale teraz już chyba z niej wyrosła i wziąć się do prawdziwej, brudnej roboty, która nie ograniczała się tylko do odcinania na milion sposobów wampirzych głów i babraniu się w ghulowym gównie. Co następne? Ah tak... jej największy problem. Emocje. Do wszystkiego wiecznie podchodziła zbyt emocjonalnie. Litość, strach, który próbowała ukryć, przywiązanie do ludzi, empatia. Pieprzyć to. – raz, podczas upojenia alkoholowego, sobie powiedziała i miała zamiar się tego trzymać. Choć wciąż nie zapomniała o Anielskim problemie Scotta, to wiedziała, że tym sukinsynom nie można ufać. Sądziła tylko, że idiota, jak to z idiotami i dziećmi bywa, musi nauczyć się sam, bo inaczej w tym jego pustym łbie nic nie zostanie. A tego chyba nikt by nie chciał. Żeby mimo karcenia i pouczania psuł wszystkim nerwy, latając za senną marą. Kilka faktów o Aniołku-Prześladowcy? Nikogo nie obchodził. Był nieszkodliwy, tyle udało jej się dowiedzieć. Dlatego jeszcze nie wróciła do tego tematu. I w ogóle nie zadzwoniła, by sprawdzić czy żyje. On, czy ktokolwiek inny, kto kiedykolwiek poznał jej imię.
O tak, porzuciła świat trochę za sobą, stając się samolubną i egoistyczną krową. Ale w sumie niewiele ją to obchodziło. Nie teraz. Niby minęło kilka tygodni, lecz ona jakoś ich nie odczuła. Czas leciał jej na... w sumie niczym. Może i trafiło jej się kilka polowań, lecz nie było to nic wartego uwagi. Nic, z czym teraz, czy wcześniej by sobie nie poradziła. Sama. Bo właśnie o to w tym chodzi. Cały czas była sama. Zero kontaktu. Nie wchodziła w układy z innymi łowcami. Ba, unikała ich jak ognia. Ten świat jest mały, plotki szybko się rozchodzą. A nie chciała, żeby ktoś sobie przypadkiem przypomniał gdzie ją widział, gdy bracia zapytają. A im nie sposób odmówić, gdy czegoś naprawdę chcą. Potrafią być przekonujący. Nawet bardzo. Wszystko załatwiała na własną rękę. Bo tak jej było wygodniej. Bo to był jej proces leczenia, albo raczej hartowania duszy. A raczej dziwnej poświaty, która po niej została. Bo jak sądziła był to zbędny balast, którego trzeba było się pozbyć.
Lecz na tym kończąc rozważania nad rozterkami życiowymi panny Iriss Sheppard przejdźmy do czegoś bardziej aktualnego. Bo gadka szmatka, wszystko ładnie wygląda na papierze i w głowie, gdy układa się myśli i postanowienia. Ale to tylko teoria. Pieprzona, niewdzięczna teoria. Wszyscy wiemy co tak naprawdę z tym wszystkim dzieje się w praktyce. A mianowicie- szlag to trafia. Jasny i głośny, a Ciebie razem z nim. Tak więc pewnego wieczoru, gdy gorąca prysznicowa woda przestała spływać po zgrabniejszym ociupinkę poprzez skąpą dietę i większy wysiłek, ciele, stanęła przed zaparowanym lustrem i przetarła je zdecydowanym ruchem, by móc ujrzeć swe nieco zniekształcone odbicie. Wyglądała jak siedem nieszczęść. Naprawdę. Lekko zmarniała. Taki stan otępienia chyba niezbyt dobrze na nią działa. I wiedziała już czego jej trzeba. Ogarnęła się. Tak, by nie straszyć ludzi. Założyła bluzkę, która zachęcająco uchylała rąbka jej tajemniczych atutów, buty, które irytująco, acz rytmicznie tupały przy każdym jej kroku i wyszła z tego zapyziałego motelu, by trochę się rozerwać. To działa na wszystko. Zawsze działało. I zawsze działać będzie. Taka mała świętość. Choć miała się takimi rzeczami nie rozpraszać... no cóż, jest tylko człowiekiem, a ludzi swoje zachcianki mają. I potrzeby. I wszystko to trzeba zaspokoić. Lecz szybko zorientowała się, że to nie to. Mimo lekko ułomnego, ale zawsze, fizycznego spełnienia, wciąż czegoś jej brakowało. Jeździła, szukała, uciekała od meritum sprawy, lecz jak wiadomo, od tego nigdy nie da się uciec. Wróciła do oszukiwania się, lecz tylko chwilowo. Do momentu, gdy znów wypowiedziała magiczne słowa Pieprzyć to i nie wyruszyła w kierunku, który obił jej się niedawno o uszy. Po kilku minutach już pędziła w stronę silnej potrzeby. I nie, to nie do końca taka potrzeba, jakby się wydawało. Mimo iż wygląda na płytką, to kryło się pod nią drugie dno. Ale o tym nie miała zamiaru nikomu mówić.
I takim oto sposobem w pewien deszczowy wieczór stała oparta o swój kochany czołg, który był jedynym stałym elementem jej życia, pozwalając by woda kapała po jej twarzy, włosach, ubraniu i w ogóle wszystkim. Długo zastanawiała się, czy to, co ma w zamiarach jest aby na pewno dobrym pomysłem. Ale potem znów usłyszała swój wewnętrzny głos, który ją tu sprowadził i po chwili wspinała się po schodach, by móc zacząć walić w drzwi, aż ktoś jej nie otworzy. I to wcale nie był taki zwykły ktoś. Tylko Scotty. Jej mały, kochany Scotty, którego miała ochotę zabić. Nie zwracała uwagi na jego zdziwienie, ani w ogóle na nic, co ją otaczało. Mówił coś? Czy tylko jej się przesłyszało. Pchnęła go lekko, na tyle, by móc wejść do pokoju i zatrzasnąć za sobą drzwi, o które na krótką chwilę się oparła i spojrzała na niego spode łba, zasłaniając się wachlarzem ciemnych, mokrych włosów. A potem zwyczajnie się na niego rzuciła, całując go z całą tą tłumioną wściekłością i zdzierając z niego i siebie ubrania. I nie, wbrew pozorom nie przyszła tylko po to. Choć zapakowanie tego wszystkiego w taki uroczy pakuneczek było... genialne. A przynajmniej tak sobie wmawiała. I podczas tego całego tańca ze zdezorientowanym, ale widocznie napalonym Scottem wypowiedziała tylko jedno zdanie, oznajmiając poprzez warknięcie, że wkurwia ją, bo inaczej tego nazwać nie mogła, jego brak włosów. Mimo, że wyglądał w tej fryzurze cholernie uroczo.


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Motel

Pisanie by Scott Tennyson on Pią Sty 03, 2014 4:23 pm

Nigdy nie spodziewał się… Gdyby wiedział… Nie, takie gadanie nie miało sensu. Nie kiedy chodziło o Scotta. Nie kiedy chodziło o Iriss, nie kiedy chodziło o tę dwójkę, bo w ich przypadku wszystkie reguły zdawały się wywracać na drugą stronę, nie mając nic wspólnego z pierwotnym, przewidywalnym obrazem. Zgadzali się z tym, oboje, od bardzo, bardzo dawna. Ten fakt, prosty fakt, tak prosty, że nawet Tennysonowi nie sprawiało trudności jego zrozumienie, nie zmieniał jednego. Powinien bardziej się przejąć jej nieobecnością. Powinien wiedzieć, że coś jest nie tak, że jest bardziej nie tak, niż wcześniej podejrzewał. Powinien… Co? Spróbować ją znaleźć? Znaleźć Iriss Sheppard? Mógłby się zaśmiać, odrobinę bezradnie, odrobinę głucho, załamując przy tym ręce. Jeśli ta mała paskuda nie chciała być znaleziona, nikt nie mógłby jej znaleźć. Nieważne, jak bardzo był w tym utalentowany i jak bardzo zdesperowany. Mógłby. Mógłby choćby spróbować. Mógłby… na siłę oferować jej swoje towarzystwo, kiedy już udałoby mu się trafić na jej ślad. Pewnie, czemu nie. Mógłby. Jednak tego nie zrobił. Przyjąłby takie zarzuty na klatę – właściwie to już je przyjmował, kiedy z troską malującą się w jego oczach przyglądał się stojącej na progu motelowego pokoju kobiecie – uznając je za całkowicie zasadne. Mógł zrobić więcej. Mógł się postarać. Gdyby wiedział. Gdyby choćby podejrzewał, ale… Scotty był przecież tylko Scottym. A Iriss była Iriss. To było kiepskie tłumaczenie i nawet jego nie przekonywało, ale nie zmieniło faktu, że było prawdziwe; mógł tylko wzruszyć nad nim ramionami i uśmiechnąć się przepraszająco, znowu, ale nigdy by nie myślał, że zwykła kłótnia może doprowadzić Riss do takiego stanu. Nie zajmował się wyciąganiem skomplikowanych wniosków, tylko parł przed życie po swojemu, pokonując odległość od punktu a do punktu be wygłupiając się z Brandy, próbując później przekonać ją do zostania w motelowym pokoju milionem słodyczy (i wzdychał ciężko, udając, że siła jedzenia zgromadzonego w pokoju powstrzymuje go przed wyjściem za drzwi, utrzymując w jednym miejscu, kiedy on rozpaczliwie wyrywał się do opuszczenia motelu; Brandy chichotała wtedy, łaskawie przyrzekając, że mu coś zostawi, a on ocierał wyimaginowany pot z czoła i z czystym sumieniem mógł iść zgrywać dorosłego – bo przecież przy niej wcale nie musiał), polował, pisał do Riss, do innych znajomych łowców, wymieniał informacje, raz nawet wpadł do swojego rodzinnego domu. Żył. Jak to on, z dnia na dzień, nie przejmując się niczym szczególnym. W końcu jeśli nawet Brandy, jego mała Brandy, nie potrafiła tego zmienić. Nie myślał nad tym, co mogłoby. Nie dlatego, że unikał myślenia na takie tematy – bo tak, pewnie niejedna osoba (Iriss) powiedziałaby mu, że do tego skomplikowanego procesu jest wymagana tajemnicza siła zwana mózgiem (a on pewnie przekrzywiłby głowę i z wielkim zainteresowaniem, może nutką niepokoju spytał czym jest ten… mózg), ale akurat nie o to chodziło. Tennyson zwyczajnie nie widział powodu, by o tym myśleć. Zdziwiłby się, gdyby ktoś zasugerowałby, że powinien. Spytał się jej przecież, czy jej to przeszkadza. Brandy, beztrosko machająca nogami usadowiona na przednim siedzeniu samochodu, bawiąca się w otwieranie i zamykanie okna, z koniuszkiem języka wystającym jej z ust przy tej skomplikowanej czynności, nawet nie wysiliła się, żeby na niego spojrzeć, kiedy odpowiadała mu, że nie – i że jest głupi. Kiedy zaśmiał się w odpowiedzi na to drugie stwierdzenie, przeniosła na niego pełne zainteresowania i odrobinki niedowierzania spojrzenie brązowych oczu, jakby upewniała się, że naprawdę nie zostanie za to strofowana. Szeroki uśmiech, który wtedy zobaczył na jej buźce, był jedną z piękniejszych rzeczy, jakie widział w życiu.
Więc tak. Dogadywali się. W pewien sposób, pewien bardzo pokręcony, wariacki sposób, którego pewnie nikt normalny by nie zrozumiał. Pewnie nie dałby rady, gdyby nie Vi (i bardzo, bardzo chciał dodać do tej listy jeszcze jedną, piegowatą buźkę – tę, która kiedyś też wywołała na nim to samo wrażenie, co uśmiech Brandy, to, że widzi jedną z piękniejszych rzeczy w swoim życiu), więc był jej wdzięczny, z całego serca i wszystko układało się zbyt dobrze. Tylko jedna malutka ryska znaczyła ten obraz, którą próbował stopniowo wypełnić smsami, głupawymi wiadomościami, jakby spodziewał się, że któregoś dnia Sheppard pojawi się na jego progu i rozwali mu na głowie jego własny telefon, żeby wreszcie przestał wypisywać do niej te durnoty. A on pewnie tylko uśmiechnąłby się szeroko, pokazując komplet zębów, błyszczącymi oczami przyglądając się dziewczynie i beztrosko informując ją: wygrałem! Tylko, że tak jak Scott był tylko Scottem, tak Iriss była Iriss. Była jego Kruszyną, kochanym Iryskiem, którą znał jak własną kieszeń – bo wiedział, co w tej kieszeni powinno się znajdować, i zazwyczaj faktycznie tam było… w otoczeniu dziesiątek rzeczy, których istnienia nigdy nie spodziewał się znaleźć. Taka była Iriss. Nieprzewidywalna w przewidywalny sposób, przewidywalna w nieprzewidywalny, sam nie wiedział i nigdy się nad tym nie zastanawiał. Zamiast palnąć mu tekstem, żeby wreszcie przestał zachowywać się jak bezmózg, stała na jego progu przemoknięta, mimowolnie trzęsąca się od zimnego deszczu (wiedział, że gdyby nad tym panowała, nigdy nie zobaczyłby tego – ale nie panowała, a on widział i wyczuwał pod dłońmi lekkie drżenie jej ciała), sprawiając, że Tennyson paplał od rzeczy – nie, to nie było nic nowego, bardzo nic nowego, ale przecież dawał jej czas na powiedzenie tego, co ją gnębiło, bo wiedział, że wyciąganie z niej informacji siłą nigdy nic nie dawało – martwiąc się i jednocześnie ciesząc w środku jak wariat, bo była tu. Bo przyszła. Zmizerowana, smutna, zła, zrozpaczona – sam nie wiedział. Ale była. Obok niego. Odsunął jej z czoła włosy, potarł jej ramiona, jakby dzięki temu miało zrobić jej się cieplej i uśmiechnął lekko, ale szczerze, ciepło, po swojemu, chcąc ją zapewnić, że będzie dobrze.
- Iriss…? – wyrwało mu się drugi raz, uśmiech ustąpił miejsca zaskoczeniu, na czole pojawiła się pozioma bruzda, usta uformowały w niewielkie o. Bo chyba jednak nie miało być. Nie protestował. Chociaż chciał. Chciał, naprawdę! W pierwszej chwili… chciał. Zachować się fair. Ale ta sekundowa potrzeba, by odsunąć ją od siebie, by z całkowitą obojętnością przeczekać jej pocałunek, by zacisnąć dłonie na słabych nadgarstkach, uśmiechnąć się smutno i powiedzieć, że tym razem… że teraz nie mogą tak wszystkiego załatwić, minęła trochę zbyt szybko, by później mógł nie mieć do siebie wyrzutów sumienia. Więc nie protestował, już więcej nie, bo trochę mu się podobało, że przyszła do niego, że przejęła kontrolę; i nieszczególnie chciało mu się myśleć po co i dlaczego. Wręcz przeciwnie, po paru sekundach, kiedy próbował wyprostować to wszystko w swojej głowie i dojść do jakiś wniosków (zanim stwierdził, że ma to gdzieś), czerpał aż za dużo przyjemności z tej sytuacji, jakby kompletnie zapominając, w jakim stanie była dziewczyna, że powinien się o nią martwić, a nie z nią pieprzyć, ale naprawdę – były rzeczy możliwe i osiągalne, i takie, których nie powinno się od nikogo wymagać.
Wiedział, że nie powinien się potem zaśmiać. Ale nie potrafił inaczej. Przez chwilę opanowało go zaćmienie, jakby spodziewał się, że kiedy przeniesie wzrok z sufitu na leżącą obok dziewczynę, na jej twarzy też dojrzy uśmiech. Zamiast tego uśmiech spełznął z jego twarzy, w ciągu ułamka sekundy zmieniając całą mimikę. Wiedział jedno. Po tym wszystkim nie pozwoli jej wyjść. Nie dlatego, że należały mu się jakieś wytłumaczenia. Miał gdzieś, co mu się należało, czy go wykorzystała czy nie i po co to zrobiła. To były jej sprawy. Miał wystarczająco wiele… no, uczciwości w sobie, nieważne, serio! żeby uważać, że po tym teraz miał strzelać jakiegoś focha czy coś, bo dotarło do niego, że nie zrobiła tego dla niego, tylko dla siebie. On nie narzekał. Ale nie mógł teraz jej wypuścić. Po to, żeby czuła się jeszcze gorzej? Nie był taki. Nie potrafił. Dobra, dawał radę się nie wtrącać, naprawdę nie był wścibskim człowiekiem, nie właził ludziom z buciorami w życie, ale cholera jasna, nie mógł pozwolić Riss, jego Kruszynce, wrócić teraz do tego nienawidzenia świata, od którego tak bardzo się odwróciła, po tym, jak praktycznie na niego… no, napadła.
- Iriss – trzeci raz tego wieczoru powtórzył jej imię, tym razem siadając na łóżku i zaciskając dłoń na jej ramieniu. – Nie wiem, co to to przed chwilą było, i chyba nie chcę wiedzieć. Ale nie idź. Nie musisz iść. Jak chcesz to zostań, wypłacz się, albo i nie płacz. Nie musisz nic mówić, nic… robić, po prostu… – czuł, że się zaplątał, mocno przytrzymując ją, bo wiedziała przecież, że byłby w stanie zatrzymać ją siłą, gdyby tego chciał. Wcale nie był tak bezsilny, nawet jeśli w ich małych przepychankach zawsze pozwalał jej wygrać. Wiedziała też – musiała, w końcu była Iriss a on był Scottem – że chociaż w jego głosie brzmiała troska, brzmiała też stanowczość, pewność, szczerość, ciepło. Wszystko, co musiała wiedzieć, to było to, że… że… - Po prostu zostań. – Bo przecież on, jeśli nie chciała, nie musiał nic mówić. Bo wbrew wszystkiemu, był tylko jej przyjacielem. Zawsze. Teraz też – a może teraz przede wszystkim. A on miał czas. Dla niej zawsze.



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Motel

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Sty 04, 2014 1:07 am

Nienawidziła siebie tak bardzo. W tym momencie, w którym przekroczyła prób motelowych drzwi i ujrzała Scotta, a potem zrobiła jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogła zrobić- nienawidziła siebie jak nikogo innego na świecie. Bardziej niż te wszystkie okropieństwa, z którymi walczyła, które tak uparcie próbowała wyeliminować z tej przeklętej planety. Lecz poddała się... sama nie wiedziała co nią w tych chwilach kierowało. Chyba potrzebie. Tak bardzo silnej potrzebie bliskości. Tej szczególnej bliskości. I nie, nie chodziło tu o seks. On był tylko czymś w rodzaju przekaźnika. Małej iskierki w kabelku, która uruchomiła urządzenie. Jakkolwiek kiepskie by to porównanie nie było. Po prostu potrzebowała zapewnienia, że istnieje jeszcze ktoś, kto przyjmie ją bez względu na wszystko. Bez względu na to kim jest, jak się zachowuje i jakich głupot nie narobiła. Bez względu na to jak często i beznadziejnie się zmieniała. Po prostu otworzy przed nią ramiona i pozwoli na uwolnienie wewnętrznych demonów w taki sposób, jaki sobie wybierze. I nie będzie jej później tego wypominał. I ze wszystkich ludzi, na całej pieprzonej planecie, był tylko jeden taki ktoś. Jeden jedyny, niepowtarzalny, wspaniały Scott Tennyson. Jej pierwsza i jak na razie jedyna miłość. Można by rzec- miłość jej mizernego życia. I nienawidziła się, że robiła to właśnie jemu. Że musiała go za każdym razem krzywdzić, ze tak wiele od niego wymagała, nie dając nic w zamian. Że zawsze brała tak wiele. Była w stosunku do niego okropna. Paskudnie samolubna. Lecz nie potrafiła z niego zrezygnować. Nie dałaby sobie bez niego rady. On zresztą też. Był tak nieporadny. Tak... nieżyciowy. Gdyby nie te wszystkie okropieństwa, które go spotkały pewnie stałby się kimś wspaniałym. Już taki był, lecz musiał skrywać się w cieniu życia, bawiąc się w bohatera, który nigdy nie dostanie oklasków. A należały mu się. Mimo, iż był tak nieświadomy i momentami wydawałoby się, że głupawy, to był jedną z odważniejszych osób, jakie znała. I musiała wbijać mu nóż w plecy. Bo wiedziała, że gdy już weźmie tą twoją odrobinę bliskości i stabilności, po którą zapukała do jego drzwi- odejdzie. Nawet nie spojrzy za siebie. Po prostu wsiądzie do samochodu i odjedzie, nienawidząc się jeszcze bardziej, mimo uczucia delikatnej ulgi. A on tu zostanie, zamartwiając się o nią. Zbyt dobrze go znała, żeby spodziewać się, że wypuści ją bez słowa. To nie byłby Scott, gdyby chociaż nie zaproponował jej kisielu, który jego zdaniem jest dobry na wszystko i zaleczy wszystkie rany. Czy to fizyczne, czy duchowe, czy psychiczne. A ona nie mogłaby wtedy odejść od tak po prostu, nie mając w kieszeni największych wyrzutów sumienia, jakie ludzkość mogłaby zobaczyć. Ale jest Iriss Sheppard, pieprzoną pokrzywioną psychicznie Iriss Sheppard, która jest uparta jak but. Więc wiedziała co ją czeka, zdejmując powoli, acz agresywnie jego ubrania i mieszając swymi ruchami i gestami w biednej główce Tennysona. Cały czas upierała się przy tym, że nie zawita u niego długo. Powinien zrozumieć. Kurwa,  powinien wiedzieć... lub nie zakochiwać się w niej te lata temu. Nie zostawać, nie zapewniać, że zawsze przy niej będzie, bez względu na wszystko. Bo oto, co z tego miał – bagno. Bagno i breja z imieniem i nazwiskiem. Nie na to zasługiwał. Lecz przecież życie nie było fair. Dla nikogo. Więc miał to, o co się prosił, przychodząc na świat, nieprawdaż?  Kiedyś przecież każdy musiał podjąć tą decyzję. Rodzić się, czy się nie rodzić? Chyba, że wysyłali ich, ktokolwiek gdziekolwiek to robił, jako kozły ofiarne. Baranki, które miały zapewnić rozrywkę, lub były eksperymentem. W sumie nie interesowało to ją. Skoro już żyła, to czegoś oczekiwała. I to był błąd. Największy, ze wszystkich. I nigdy nie sądziła, że tak łatwo ją zranić. Że jednego wieczoru wszystko wybuchnie. Powywraca się do góry nogami i zostawi klejącą się maź na ścianach. Taką, której zmyć się już nie dawało. Cała jej stabilność poszła się jebać za sprawą... w sumie to dwóch  mężczyzn, którzy z dupy pojawili się w jej pieprzonym sanktuarium! SERIO?! Musieli? Właśnie wtedy? Właśnie tego dnia, gdy chciała być sama. Gdy dała w końcu wszystkim swoim tłumionym emocjom wyjść na powierzchnię? I jaki był skutek? Musiała ranić. Znów. Czemu tak działała? Ktoś ranił ją, ona musiała zranić kogoś innego. Wbić sztylet w krwawiącą ranę, wcześniej maczając go w soli. Sprawiało jej to radość? Sama nie wiedziała co to daje. Ale po prostu tak robiła. Była tak wściekła. Scott, dziecko... Z INNĄ KOBIETĄ. Tak, była chyba zazdrosna. Dopiero teraz, wplątując palce w jego za krótsze, niż się przyzwyczaiła, włosy i całując go intensywnie, potrafiła to przed sobą przyznać. To naprawdę było dla niej zbyt wiele. Nic jej nie powiedział. Po prostu się tam pojawił. A ona zobaczyła ją, małą, kochaną dziewczynkę, patrzącą się z taką ciekawością, bez żadnego uprzedzenia. Zero ostrzeżenia. Po prostu postawił ją przed faktem dokonanym. Czemu był tak głupi?! Czemu jej to robił?! Żal, który nagle pojawił się w jej sercu, tylko ją dobijając ówczesną myślą, sprawił, że mocniej się do niego przycisnęła, nie pozwalając by przerwał (nie, żeby to zamierzał, po prostu- na wszelki wypadek, gdyby nagle zdecydował, że ma coś ciekawszego do zrobienia). A  Dean? Dean tamtego dnia zrobił z niej miazgę. Powiedzmy sobie szczerze. Dobił ją. Skopał leżącego. Tak, jak ona zazwyczaj to robiła. Pokazał, że nigdy więcej nie powinna się starać. Nie powinna wtrącać się w nieswoje sprawy. Że nie powinna się przejmować. Nie powinna niczego chcieć, ani oczekiwać. Nie powinna się łudzić. I dopiero wtedy tak naprawdę zrozumiała, że ją zranił. Bo tamta noc na placu zabaw znaczyła dla niej odrobinę więcej, niż zaspokojenie potrzeby. A  fakt, że tak się przed tym broniła znaczył, że było to bardziej intensywne, niż mogła się spodziewać. Teraz próbowała zapomnieć. I na chwilę jej się to udało, tuż przed opadnięciem na łóżko. Gdy była (w pełnym znaczeniu tego słowa) ze Scottem. Bo tylko przy nim potrafiła o wszystkim zapomnieć. A teraz patrzyła się w sufit. Próbując ogarnąć lawinowe myśli, które zasypywały jej mózg. Próbowała uspokoić bicie serca i zabić wyrzuty sumienia krzyczące „coś ty do cholery narobiła?”. Mrugała szybko, by odgonić łzy, które mocno waliły o dostęp do jej oczu, gdy tylko wypowiedział jej imię. Było w tym tyle troski. Leżała, przykrywając nagie ciało prześcieradłem. Ściskając je na swoich piersiach z całej siły. Dyszała ciężko. Z wysiłku, z e mocji, z natłoku myśli. Chciała przestać istnieć. W tym konkretnym momencie. Myślała, że to, co zrobiła w czymś jej pomoże. Oh głupia. Głupia, głupia, głupia. Tępa idiotka. Wszystko tylko pogorszyła. Przyjmowała słowa przyjaciela, kochanka, nie wiedziała jak go określić. Był dla niej czymś więcej, niż każde określenie, jakie znała. Był po prostu jej Scottem. Choć to i tak zbyt mało. Nie chciała na niego patrzeć. Jego słowa wystarczająco godziły w jej serce. Nie zniosłaby spojrzenia w jego niewinne, pełne miłości do świata oczy. Jak on tak potrafił? Jak on to robił? Zawsze była tego ciekawa. I zawsze to w nim kochała. Lecz teraz powinna wyjść. Tak będzie najlepiej. Dla niego, dla niej. Choć tak bardzo chciała zostać. Tak bardzo chciała utonąć w jego ramionach, gdzie zawsze, bez względu na wszystko, czuła się bezpieczna. Jego uścisk dałby jej wszystko, czego potrzebowała. A ona nie umiała tego przyjąć. Nie potrafiłaby za to zapłacić.  Jego słowa odbijały się echem w jej głowie. Wpadała w coraz większą panikę. Nie wiedziała co robić. Była przecież na to przygotowana. Tyle razy, w drodze z samochodu do pokoju, i stojąc przed jego drzwiami, nie mogąc zdecydować się, czy zapukać, powtarzała tą scenkę. Miała po prostu wyjść. Już miało jej tu nie być. A jednak tkwiła w bezruchu, zaciskając powieki, starając się zrobić coś, w czym była doskonała- ukryć emocje.
Poderwała się gwałtownie, odpychając Scotta. Nie mocno. Tak... typowo kobieco. Nie chciała go bardziej ranić. Ubierała się w pośpiechu, walcząc z tymi cholernymi łzami, które już zaczynały ściekać po jej policzkach. Chowała twarz we włosach, które wciąż mokre zwisały strąkami na każdą stronę. Szukała ubrań, rozrzuconych gdzieś w słodkim bałaganie Scottiego. Nie zwracała na mężczyznę uwagi. Starała się wyprzeć jego obecność ze świadomości. Wyobrazić sobie, że jest kompletnie sama. Ze to przypadkowy mężczyzna. Że... cokolwiek innego. Cokolwiek, byle tylko była w stanie wyjść i pojechać... gdzieś daleko. Ale nie mogła. Tak bardzo nie mogła. Walnęła pięścią w drzwi wyjściowe, opierając o nie przedramię i czoło, przyciskając część ubrań, których nie zdążyła założyć do brzucha. Wciąż milczała. Nie wiedziała co miałaby powiedzieć, lecz łzy kapały z jej policzków, tworząc małą kałużę na podłodze. Nie chciała obarczać Scotta swoimi problemami. I tak już namieszała mu w głowie. Wstrzymała oddech i nacisnęła klamkę. W końcu się na to odważyła. Otworzyła drzwi i stanęła. Zdruzgotana, rozgoryczona, zapłakana i rozczochrana. I poczuła się tak bezradna, jak jeszcze nigdy. Nie wiedziała w którą stronę iść. Co zrobić. Jak się zachować. Była beznadziejna. -Przepraszam.- to miało pomóc, lecz tylko wszystko pogorszyło. Nie umiała już tak po prostu wyjść. Tłumiony szloch pokonał wszystkie bariery. A biedny Scott Tennyson musiał to znieść, lub wywalić ją za drzwi ( i zdecydowanie wolała ta drugą opcję, lecz wiedziała, że tak się nie stanie).


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Motel

Pisanie by Scott Tennyson on Sob Sty 04, 2014 2:44 am

Chciał powiedzieć jej wiele. A raczej chciałby – naprawdę. Gdyby szczerze z nim porozmawiała. Gdyby powiedziała to wszystko, co leżało jej na nerkach i wywoływało zapalenie pęcherza – bo to najprawdopodobniej robiły leżące na nerkach rzeczy – mógłby jakoś na to… zaradzić. Nie czułby się tak bezsilny. Bo teraz się czuł. Przez te cholerne chwile, kiedy czekał na jej reakcję, kiedy czynił sam dla siebie wyrzuty, że nie walczył z ciemnowłosą dziewczyną, że nie był odrobinę rozsądniejszy i mądrzejszy, że pozwolił jej na tę formę zapomnienia (a przecież nawet on wiedział, że jego mała Riss będzie się czuła później tylko gorzej). Kiedy samo spojrzenie na jej twarz wywoływało ból w klatce piersiowej. Nie myślał, że to jest możliwe, o ile żaden pojebaniec faktycznie nie próbował wyrwać ci serca, a potem zjeść na zimno, popijając je martini. Nie wiedział, co miał zrobić. Miał ochotę wydać z siebie ryk wściekłości i cisnąć czymś o ścianę, a potem jeszcze kopnąć w nią ze dwa razy, bo nic nie uspokajało tak bardzo, jak pulsujący ból własnego ciała. Zamiast tego jak ostatni kretyn ściskał palce na jej ramieniu, rozluźniając je, kiedy dotarło do niego, że jeszcze trochę a zostawi na jej skórze pięć fioletowych pamiątek. Nie patrzył jej w twarz. I dla niej, i dla siebie samego. Nie chciał widzieć jej oczu, bo się bał. Bał tego, co mógłby w nich zobaczyć i jak bardzo zalałyby go wyrzuty sumienia, te całkiem słuszne i te, którymi nikt o zdrowych zmysłach nigdy by siebie nie obrzucił. Ale to był przecież Scott. Iriss, ta Iriss, która kuliła się teraz – bo tak to dla niego wyglądało, wywołując tylko mocniejszy ścisk w klatce piersiowej – na motelowym łóżku, przykryta cienkim prześcieradłem, jakby odgrodzenie się od niego mogło cokolwiek zmienić, nie raz i nie dwa wypominała mu właśnie brak owych zdrowych zmysłów. Obwiniał się więc o całkiem sporo rzeczy. Gdyby wysilił się do sporządzenia listy, miałaby naprawdę wiele podpunktów. Nie wiedział, nigdy nie podejrzewał, nie przyszło mu do głowy, że Riss faktycznie… widziała go jako winnego swojego stanu. Ten jeden powód, który wprawił Sheppard w ten stan, nigdy nie pomieściłby się w Scottowej głowie. Założył, że to była wina Winchestera. Bo łatwo było obwiniać o to obcego łowcę, kiedy po czasie spędzonym z nim sam na sam w samochodzie, Kruszynka wysiadła tak bardzo wściekła, tak zła, że kompletnie go potem zignorowała. Nigdy nie myślał, że jej stan mógł dotyczyć też jego. Jego i Brandy. Scott był naprawdę prostym człowiekiem. Nie wymagał wiele, nie przekombinowywał, nie komplikował sobie życia. Brandy po prostu… była. Zaakceptował jej obecność, tak jak zaakceptowałby fakt, że od dziś zamiast kisielu truskawkowego ma jeść cytrynowy. Zdziwiłby się, zmarszczył czoło, ale koniec końców powiedziałby „spoko”, wyszczerzył od ucha do ucha i spytał, kto ma pożyczyć mu czysty kubek. I nawet jeśli dziecko nie było kisielem na jeden kubek, to nadal nie była niczym przerażającym. Wbrew pozorom! I był z tego całkiem dumny. Był dumny z niej. Ale… No tak. Tu zaczynały się problemy. Jak miałby powiedzieć Iriss? To nie tak, że przerażała go myśl, iż faktycznie byłaby zazdrosna. Prędzej stwierdziłaby, że nie nadawał się na ojca i próbowała nauczyć go jak powinien się zachowywać rodzic, kiedy sama nie miała o tym zielonego pojęcia. Bał się jej reakcji. Jakoś podświadomie. Wiedział, że nie może po prostu któregoś dnia zadzwonić do Iriss, spytać się w jakim mieście właśnie była, docisnąć pedału gazu i znaleźć się u niej jeszcze tego samego dnia, z już przysypiającą Brandy w ramionach, beztrosko informując ją, że ten aniołek był w pewnym sensie jego dzieciakiem. Dlatego wstrzymywał się z tym, próbował znaleźć rozwiązanie idealne i wreszcie, do kurwy nędzy, zachować się jak mężczyzna. Przecież nie mogło być źle, co nie? A jednak, jak się okazało, było. I teraz, po całych tygodniach, siedział obok Iriss, czekając na jej ruch, na przemian błagając i przeklinając w myślach. Nie wtrącał się w to, co robiła ze sobą, ze swoim życiem. Rzadko kiedy zdarzało mu się wtrącać w cokolwiek. Nigdy nie był… nie chciał być, nie umiał nawet… kimś, kto doradzał, jakimś dzikim rodzajem mentora. Pewnie gdyby próbował coś poradzić Sheppard, ta zaczęłaby się śmiać w odpowiedzi, rozbawiona albo rozczulona jego głupotą (krzywił się trochę na tę drugą opcję). A on westchnąłby ciężko, bo przecież nawet jeśli się krzywił, to wcale nie obrażał i zaraz na jego twarzy malowałby się uśmiech, a on palnąłby tekstem, że wcale nie miała gównianego humoru, jeśli zdołało wyciągnąć ją z niego jego gadanie – w zamian Riss odpowiedziałaby swoim komentarzem, już z uśmiechem na buźce, nawet jeśli udawałaby, że wcale nie była rozbawiona i zaczęliby się przedrzeźniać, a wszystko byłoby po staremu. Liczył na to. Wiedział, że to są złudne nadzieje, ale hej, bycia optymistą nikt mu nie zabroni. Nawet w takiej sytuacji. Nawet kiedy odepchnięcie go przez Iriss sprawiło, że na chwilę zamarł, irracjonalnie czując zranioną dumę i potrzebę odwrócenia się i wyjścia. Właśnie tak. Z tego pokoju, który przecież on wynajął. Zaraz po tym, jak rozpierdoliłby kolejną rzecz o ścianę i dla równowagi wymierzył kopniaki drugą nogą. Nic z tego jednak nie nastąpiło. Siedział i patrzył głupio jak Riss się ubiera, aż sam dołączył do niej, mając idiotyczne wrażenie, że będzie musiał wybiec za niej, a jakoś wolał uniknąć ganiania po motelowym parkingu na golasa. Albo biegnięcia w tym stanie obwodówką za Czołgiem. On też nie zdążył się ubrać do końca. Wlepiał teraz wzrok w Iriss stojącą przy drzwiach, uderzającą w nie głucho pięścią, a po głowie pałętało mu się proste „och, Iriss”. Nie miał żadnych słów. Żadnych słów, które mógłby jej powiedzieć, bo chyba… chyba tym razem jego teksty idioty nie były najmądrzejszą opcją. Tak bardzo kurewsko bał się, że faktycznie ucieknie. To takie durne. Nie bał się kiedy polował na dziesiątki przerażających stworzeń. Naprawdę nie – dreszczyk adrenaliny witał zawsze z radosnym okrzykiem, nieważne jak blisko był śmierci, jak bardzo źle nie było, zawsze traktował to jak dobrą zabawę, jak coś, z czego mógł się wykaraskać, bo przecież nie było sytuacji beznadziejnych. A teraz, właśnie w tej jednej, jebanej chwili, czuł się dokładnie tak – beznadziejnie. I w dodatku się bał. Zajebiście, Tennyson. W końcu załamana, płacząca (bo przecież wiedział, że płakała) kobieta jest miliard razy bardziej przerażająca, niż stadko demonów, z których przynajmniej połowa chętnie włamałaby się do twojego łba i jeszcze bardziej w nim napierdoliła. Ale była. Bo ta sytuacja… czuł, że z tej sytuacji nie miał jak się wykaraskać. Że czego by nie zrobił, na duszy Iriss zostaną blizny, takie, które nigdy nie znikną i że minie cholernie dużo czasu, zanim przestaną się jątrzyć. A najgorsze w tym było, że on wciąż nie wiedział dlaczego. Gdyby wiedział, może udałoby mu się znaleźć jakieś rozwiązanie doskonałe, panaceum na cały jej ból. Wpatrywał się w jej plecy, siedząc jak dureń na łóżku, kiedy powinien już przy niej stać, obejmować ją i dawać ukojenie, a zamiast tego zastanawiał się – dlaczego. Dopiero kiedy klamka ustąpiła pod naciskiem jej dłoni, zerwał się z łóżka, gwałtownie, potykając jak ostatni debil o swoje własne buty. Przygarnął ją do siebie, zaciskając mocno ręce na jej ciałku. Pocałował czubek jej głowy i zacisnął powieki, przytulając ją tak bardzo, bardzo mocno, jakby chciał w tym uścisku przekazać jak bardzo ją kochał i jak bardzo chciałby jej pomóc.
Płacz, kochanie. Wypłacz się, ja tu jestem – szepnął uspokajająco, odgarniając włosy za jej ucho i całując je, zanim oparł brodę o jej głowę, spoglądając z bólem w złączenie ściany i sufitu. Nic nie mówił. Naprawdę nic poza tym jednym zdaniem, którym chciał dać jej oparcie, przypomnieć, a może uświadomić, że on tu był, że był tu, kurwa mać, dla niej i nic, nigdy, nie mogło tego zmienić. Bo zawsze będzie. Zamknął drzwi, na sekundę rozluźniając uścisk by uwolnić dłoń, ale kiedy jego ręka wróciła do Iriss, zdawała się przygarniać ją do Scotta jeszcze bardziej. Tak bardzo chciał, żeby przestała płakać. Żeby już wszystko było dobrze. Tak bardzo chciałby jej pomóc. Tylko powiedz mi jak, Riss. Tylko powiedz.



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Motel

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Sty 05, 2014 12:54 am

Może to właśnie by jej pomogło. Siniaki. Wiele siniaków, pozostawionych przez osobę, która kocha, na swoim ciele. Nie umyśle, bo tam już miała ich wiele. Podobno ból zwalcza się bólem. Działało to też na ten psychiczny, prawda? Musiało działać. Gdyby tylko wpadła na to wcześniej.. cóż... wiedziała, że nic by to nie dało. Że Scotty nigdy by jej nie uderzył. Nawet, gdyby błagała. Nawet, gdyby od tego zależało jej życie. O wiele bardziej wolała dostawać fizyczne kopniaki. Szybciej się goiły i nie zostawiały blizn. A jeśli już, to łatwo było je zakryć. Mogła pójść w pierwszą lepszą ciemną uliczkę, sprowokować kilku gości i też by dostała, lecz to nie było to. Nie o to w tym chodziło. Potrzebowała bodźca, lub ich wielu, i tak bardzo się w tym wszystkim gubiła. Przestawała rozumieć ja działa jej własny organizm, który wcześniej wydawać się mogło, znała doskonale. W ciągu ostatnich tygodni tak wiele się o sobie dowiedziała. Tak wiele się zmieniło. Czy była wciąż tą samą Iriss Sheppard, którą pokochał Tennyson? W tym momencie odpowiedziałaby, że nie. Byłaby to odpowiedź przepełniona żalem i rozpaczą, pełna goryczy i parcia na to, by pozamykać pewne rozdziały, by zacząć pisać zupełnie nową powieść, stworzyć nowa osobowość. Ale to nie było takie łatwe. Chciała to osiągnąć, wydawało jej się, że wszystko jest na dobrej drodze, ale on to zaprzepaścił. Czuła to. Powoli, ale intensywnie. Może tak naprawdę nie potrafiła się zmienić? Może nie musiała. Ale co wtedy... Nie chciała o tym myśleć. W jej głowie wciąż wszystko wirowało. Musiała zapomnieć. Musiała się odciąć. Od tego wszystkiego, co było kiedyś. Kim była ona. Musi zamknąć jeszcze tylko jeden rozdział. Ale on był chyba najgorszy. I nie, nie chodziło o jej braci. Z nimi potrafiła sobie poradzić. Nie bała się ich zranić. Ale jego tak. Nie chciała go ranić. Nie chciała go obwiniać. Lecz chyba strach przed przyjęciem wszystkich swoich błędów na własne barki był zbyt wielki. Nie udźwignęłaby tego samotnie. Wyrzuty sumienia łatwiej jej było zwalczyć. Łatwiej jej było się w nich zatracić i jakoś je zneutralizować. Wyrzucić z siebie różnymi formami. Na przykład seksem, co robiła właśnie teraz. Choć nie można było nazwać tego pomocnym, skoro tylko wszystko pogarszało. Była tak głupia. Tak niezdecydowana. Tak... zagubiona i przestraszona. Nie wiedziała skąd jej się to wzięło. A może po prost bała się tego przyznać?
Podczas swojej nieobecności tak wiele razy zastanawiała się jakby teraz wyglądało jej życie, co by robiła, gdyby poznała córkę Scotta w innych okolicznościach. Czy tak samo by ją to zabolało. Czy byłaby teraz szczęśliwą ciocią, czy może los napisał jej jeden scenariusz, w którym niezależnie od drogi, jaką wybierze, kończyła tu- zdruzgotana i przemoczona do ostatniej suchej nitki, wijąca się w plątaninie pościeli i prześcieradeł w motelowym pokoju Scotta. A może tedy byłby to Dean? Nie. Tej myśli nigdy nie dopuszczała. To był tylko jeden raz. Nic nieznaczący. A mimo wszystko zostawił na jej duszy blizny. Cholera... była taka słaba. Unikała tego całe życie... a potem nagle wszystko, przed czym uciekała w nią uderzyło. Jednego pieprzonego wieczoru. Nie mogło być gorzej, nieprawdaż? Chciała, by wszystko wróciło do normy. By znów była w stanie dopiekać każdemu po kolei z uśmiechem na ustach. By mogła po dzisiejszym wieczorze znów spojrzeć w te pełne nadziei oczy. By była w stanie się do nich uśmiechnąć. Tak bardzo nie chciała niczego psuć. Nie chciała tworzyć między nimi dystansu. I bała się, że już za późno. Że nie będzie mogła przyjść do niego po raz kolejny. Że wszystko zepsuje. Bo poszła za jakąś głupia, bezpodstawną potrzebą. Bliskość... przecież wiedziała, że nigdy jej nie dostanie. Miała wystarczająco. Przy swoim trybie życia nie powinna narzekać. A jednak chciała więcej. Czy to czyniło ją złą osobą? Po prostu... chciała kogoś, przy kim mogłaby po prostu być. I tym kimś zawsze był Scotty. A teraz myśl, że zepsuła to jednym, głupim orgazmem całkowicie ją niszczyła. Znowu tak, gdy się pojawiała, ktoś cierpiał. Ktoś bliski. Więcej niż bliski. Wiedziała, że oczekuje zbyt wiele. Że po zbyt wiele sięga, zbyt wiele wymaga. Gdyby potrafiła realnie spojrzeć na świat... ale nie potrafiła, więc nic nie mogło potoczyć się inaczej. Z resztą... po co fantazjować, po co gdybać. To było dla małych dzieci. Powinna zachować się jak dorosła. Przecież potrafiła. Nie stało się nic strasznego. Kilka ostrych słów, obecność kogoś nowego... w rodzinie, lekko patologicznej, ale wciąż rodzinie, nawet niespodziewane, powinno ją zadowolić, nie zniszczyć. Powinna przestać być samolubna. Powinna cieszyć się szczęściem osoby, która znaczyła dla niej najwięcej na świecie. A nie umiała. I to właśnie czyniło ją złą osoba. Nikt nie może temu zaprzeczyć. Dlatego tak bardzo gubiła się w tym pokoju, tak, jak i we własnych myślach. Tylko je, mimo wszystko, ciężej jej było poskładać. Kolejną rzeczą, przez którą znienawidziła siebie dzisiaj jeszcze bardziej był fakt, że doprowadziła łowcę do takiego stanu. Mimo, iż starała się na niego nie patrzeć, to jej wzrok padł kilka razy w jego kierunku. Może i na ułamki sekundy, bo zbyt szybko go odwracała, ale zdążyła zobaczyć, zdążyła dostrzec to, co siedzi mu na duszy. Potrafiła czytać z niego jak z otwartej książki. Nienawidziła się za to, co zobaczyła w jego oczach. Popełniła błąd, przychodząc tu. Zraniła go, myśląc, że on naprawi jej duszę. Że zaszyje jej blizny. Nie pomyślała o konsekwencjach. O tym, co potem będzie z nim, skoro wykorzysta go i sobie pójdzie. Dlatego nie mogła wyjść z tego durnego pokoju. Dlatego ta pieprzona bariera w końcu się pojawiła. Szkoda tylko, że nie zrobiła tego, zanim wysiadła z samochodu. Walczyła ze szlochem, jak jeszcze nigdy w życiu. Gdy poczuła jego bliskość serce zabolało ją sto razy bardziej, niż kilka sekund temu. Samotność łagodniej leczyła jej rany. Nie zamieniała ich w łzy, a w złość. Ta opcja bardziej jej się podobała. Była silna, trzymała się, aż nie przyszła do niego. Po co mu jej problemy. Ma teraz córkę do wychowania, nie powinien martwić się też nią... Znów chciała go odepchnąć. Tym razem mocniej, tak, by ją znienawidził. Chciała na niego krzyczeć. Bo nie potrafiła na siebie. A przecież on niczemu nie zawinił. Po prostu został ojcem. Powinna się z tego cieszyć...a rozbijała lustra gołymi pięściami. Zachowywała się tak cholernie nie fair w stosunku do niego. Ale nie mogła nic na to poradzić. Była w stosunku do siebie bezsilna. Zagubiona. Jego bliskość sprawiała jej ból. Stała nieruchomo, wtulona w jego ramiona. Nie objęła go, nie potrafiła. Nie mogła mu tego zrobić. Po prostu pozwalała, by on to robił. A ona wylewała łzy, które zostawały zarówno na jej, jak i na jego ciele. Płakała tak długo, że aż zabrakło jej sił w nogach i zaczęła osuwać się na ziemię. Było jej głupio, lecz płakała dalej. Nie wiedziała nawet, że ktokolwiek jest w stanie wylać tyle łez. Całe jej życie właśnie z niej wypływało. Każdy jeden smutek, żal... wszystko. W końcu wyciągnęła jedną rękę i bezsilnie położyła ją na jego piersi. Nie zrobiła nic więcej. To był jedyny gest, na jaki mogła sobie w tej chwili pozwolić. I zaczynała być mu wdzięczna. Za to, że był. Bez względu na wszystko. Za to, że nie wymagał niczego w zamian.
Czas przestał dla niej płynąć. Gdy już zabrakło jej łez po prostu leżała na ziemi, obok Scotta. Nie była w stanie ruszyć się przez całą noc. Nie była w stanie też zasnąć. Nie wiedziała czy łowca, w którego ramionach zatopiła twarz śpi, czy po prostu leżał tak nieruchomo, jak ona. Bała się to sprawdzić. Czuła tylko jego oddech na czubku swojej głowy i bicie serca pod dłonią. Tak bardzo ją to koiło. Tak wiele dla niej znaczyło. Wstał świt. Jasne, intensywne światło zaczęło padać na ściany motelowego pokoju i zostawiać na nim przeróżne cienie. To przypomniało Iriss, że życie toczy się dalej. Że pomimo tego jak bardzo chce tu zostać- nie może. Że obydwoje mają życie. Szczególnie Scott. Zamknęła na chwilę oczy, by jeszcze przez moment móc rozkoszować się tą chwilą, podczas której nabrała złudnego wrażenia, że teraz nie musi się niczym martwić, po czym złożyła delikatny pocałunek na klatce piersiowej mężczyzny i wstała najciszej, jak potrafiła, po czym pośpiesznie opuściła pokój, nie oglądając się za siebie. Wsiadła do samochodu i bez wahania odjechała. Tak. Bała się spojrzeć mu w oczy. Zaczęła nawet drżeć na myśl o tym. Bała się odebrać kolejny telefon od niego, lecz bardziej bała się, że nie zadzwoni. Nie wiedziała jak dalej sobie poradzi. Wiedziała tylko, że to, co wcześniej próbowała osiągnąć jest nic nie warte. Chciała coś naprawić, najlepiej wszystko, ale nie wiedziała od czego zacząć. Za bardzo się bała, że znów jej nie wyjdzie.
[/zt]


____________________________________________________________
[You must be registered and logged in to see this image.]
meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Motel

Pisanie by Scott Tennyson on Czw Sty 09, 2014 5:56 pm

Patrzenie na Iriss w tym stanie bolało – temu nie mógł zaprzeczyć, nie potrafiłby, bo ta mała dziewczyna znaczyła dla niego za dużo od trochę zbyt wielu lat, by kiedykolwiek mógł wyrzucić ją z pamięci i ze swojego życia. Nieważne, co by robiła, nieważne, czy cały świat byłby przeciwko niej, nieważne co ona sama o sobie by myślała. Dla Scotta Iriss Sheppard zawsze była po prostu jego Riss. Mogło jej się wydawać, że postawiła między nimi mur, mogła się starać, by go postawić, a on tylko sekundę wpatrywałby się w niego, by zaraz zabrać się za wspinaczkę na samą górę, i jeszcze nie przechodząc na drugą stronę głupio rozbawiony spytałby się czy tęskniła, i pewnie pomachałby jej, tracąc dzięki temu równowagę i spadł prosto pod jej nogi (i jak wielkie było prawdopodobieństwo, że, ciągle tym rozbawionym tonem skończonego idioty, ciągle z błyskiem w oczach i pokazując wszystkie zęby, stwierdziłby, że spadł jej z nieba?). Walczyłby zawsze. Obchodziłby wszystkie granice, wszystkie przeszkody, byle tylko do upartej główki Sheppard dotarło, że nic, kompletnie nic na całym tym świecie nie mogło sprawić, że ten mur, że problemy, że przeszkody, że ona sama mogłyby sprawić, że odszedłby w swoją stronę, nie podejmując nawet próby. Bo nawet jeśli był tylko Scottem, nawet jeśli nie wtrącał się, bo uważał, że ludzie lepiej niż on wiedzą, co jest dla nich najlepsze, nawet jeśli szanował ich decyzje, to czasami i jego trafiał jasny szlag, ten zwany uporem, i zrobiłby wszystko, nie ustając, dopóki nie uświadomiłby Sheppard – czy komukolwiek innemu – jak wielką jest idiotką w swoim własnym uporze, w głupich przekonaniach, w zwykłej nieprawdzie. Zrobiłby dla niej wszystko, najgłupszą i najstraszniejszą rzecz, co tylko pojawiłoby się w jej głowie albo urodziło w jego durnej łepetynie – nie musiałaby nawet prosić, wystarczyłoby spojrzenie, takie jak teraz, złamane, zbolałe spojrzenie, by cała jego osoba rwała się do poruszenia ziemi i nieba, żeby tylko jej, cholera jasna, odrobinkę, pomóc. Byle tylko jej pomóc, byle odsunąć zmartwienia, byle dać poczucie, że nie była w tym chorym, zjebanym świecie sama, że gdzieś tam był – i zawsze będzie, mógłby powtarzać jej to do znudzenia, godzinami – Scotty, ten szeroko uśmiechnięty Scotty, z wariackimi ognikami w oczach, milionem głupot niecierpliwie czekających, by opuścić jego usta, ramionami gotowymi przyciągnąć ją do siebie i zapewnić – kiedy słowa przestawały wystarczać – o tym, że był… po prostu Scottym, dla niej, tak jak ona była tylko Iriss dla niego. Nie miało znaczenia, co robiła, czy była innym człowiekiem niż tych parę lat temu, czy powolutku zaczynała nienawidzić samą siebie. On nie mógłby. Nigdy. Kochał ją bezwarunkowo – inaczej, niż te wieki temu, ale przecież wcale nie słabiej, może nawet mocniej, bo świadomość, że nie potrzebowali być ze sobą, by faktycznie na sobie polegać, dawała tak wielkiego, pozytywnego kopa. Nawet jeśli zdarzało im się ze sobą nie zgadzać, nawet jeśli Riss wydawało się czasami, że on, Scotty, był takim przerośniętym dzieciakiem, którego to ona – nie  on ją – powinna chronić przed całym światem, nawet jeśli czasami, wbrew ich porozumieniu, zdawała się zapominać o tym, że potrafił sobie poradzić z większą ilością rzeczy, niż zrobienie kisielu z torebki.
I mimo tego, że to bolało – to nie bolało ze względu na niego, a na nią. Iriss powinna, czasami, zrozumieć, że naprawdę nie musiała chronić wszystkich przed całym światem. A tym bardziej nie musiała, nie powinna – przed sobą. Nawet jeśli widziała ból w jego oczach, to nie był jego ból – tylko jej, odbity w nim, bo on nie krył się z emocjami, nie umiał, nie potrafił, nigdy nie chciał. Jej zranienie, jej smutek, wszystkie złe uczucia kłębiące się w niej tak bardzo, znajdujące ujście w najprostszy sposób z możliwych… Było mu przykro z powodu tego, że to właśnie ona ich doświadczała. Nieważne, jak to brzmiało, on pozostał cały i nietknięty, z nim wszystko było w porządku, nie musiała się przejmować tym, jakie skutki przyniesie jemu ten wieczór. Powinna się martwić o siebie. Ale to przecież była Iriss. Nawet w tym stanie potrafiła znaleźć coś, co obiektywnie tłumaczyło jej decyzje. On przecież – gdyby tylko znał jej myśli – wiedziałby, że tak naprawdę nie została ze względu na niego, tylko na siebie, że on był dobrą wymówką, obiektywną wymówką. Jeśli to pozwalało jej czuć się w porządku, chociaż odrobinkę w porządku, ze samą sobą, to nigdy by temu nie zaprzeczył. Bo przecież… on by jej stąd nie wypuścił. Nawet jeśli chciała wyjść jak najszybciej, zostawić go i nie odwrócić się w jego stronę, ten plan tak czy inaczej spaliłby na panewce. Nawet jeśli faktycznie musiałby za nią wybiec, nawet jeśli musiałby rzucić się pod Czołg – bo pewnie, nie wiedząc już co ma robić, wykonałby ten najgłupszy z gestów, łudząc się, że może to by coś dało – zmusiłby ją do tego, żeby została. Nie dlatego, że sam czułby się zraniony i wykorzystany, bo pewnie wzruszyłby nad tym ramionami, bo jakie to miało znaczenie? Jedynym, co je miało w tej popieprzonej, chorej, dramatycznej sytuacji, była Iriss. To, żeby jej pomóc. Nieważne, że by nie umiał. Nieważne, że był beznadziejny w radzeniu, nieważne, że nie potrafiłby jej powiedzieć nic pomocnego. Uważał, że to nie było potrzebne. Z pewnymi rzeczami nie powinno mierzyć się w samotności. Nie chciał wyrywać ją do świata, porywać w wir szalonej zabawy, kazać się śmiać i cieszyć, jak kiedyś. Chciał… tylko chciał, żeby czuła się bezpieczna, kochana, żeby wiedziała, że w jednym się nie pomyliła. Że jeśli był na tym świecie ktoś, kto zniósłby ją w każdej chwili –  nieważne, czy przerwałaby mu polowanie, czy seks, czy kompletnie nudne popołudnie – to byłby to Scott Tennyson, rzucający wszystko i natychmiast oferujący jej zimny kawałek pizzy albo szybkie bzykanko, tak w ramach odrobienia tego przerwanego. Nawet on wiedział, że każdy w swoim życiu potrzebował jakiejś stałości, i dla niego to byli właśnie przyjaciele, tak naprawdę rodzina. I czułby się dobrze, naprawdę dobrze z tym, że dla Iriss to był on. Nieważne, czy zarzuciłaby go teraz tym wszystkim, co siedziało jej na serduchu, czy tylko tak jak teraz tkwiła w jego ramionach, pozwalając mu głaskać ją uspokajająco po plecach i łudząc się, że kiedy wyjdzie, będzie czuła się trochę lepiej. Ważne, by nie była sama. Nawet jeśli tak wolała, nawet jeśli samotność pozwalała jej przełożyć żal na gniew, to on, prosty Scott, który naprawdę nie tworzył obłędnych teorii dla tego, co tkwiło wewnątrz niego, który nazywał rzeczy po imieniu, wiedział, że kiedyś należało przestać oszukiwać samego siebie. Po prostu usiąść i pozwolić temu wszystkiemu, co ci ciążyło, wydostać się na zewnątrz. Nawet jeśli nienawidził łez Iriss, nienawidził tego, co je spowodowało, i pewnie później, kiedy coś oprócz troski zostanie dopuszczone do głosu, wściekły będzie chciał odbić się na całym pieprzonym świecie za to, że pewnego dnia ciemnowłosa, drobna istotka kuliła się w jego ramionach, wylewając łzy czystego żalu. Teraz liczyło się tylko to, że siedzieli na podłodze motelowego pokoju, że pozwoliła mu być dla siebie oparciem. Nie zastanawiał się nad tym, co spowodowało jej stan, ile złych, okrutnych rzeczy musiało się wydarzyć, by nawet jego silny Irysek w końcu pękł. Nie myślał o niczym, tylko przyglądał się jej, zapamiętując właśnie taką – słabą, pokonaną, szukającą pocieszenia, nawet jeśli tak bardzo się przed tym broniła. Nie po to, by czerpać z tego satysfakcję, by widzieć w niej słabą kobietkę, a w sobie silnego mężczyznę, nie po to, by przysłonić tym widokiem śmiech Iriss, jej pewność siebie, złośliwostki, groźby, poczucie humoru i drobne piąstki trochę zbyt mocno wymierzające żartobliwe razy. Robił to tylko w jednym celu. Jeszcze gorliwiej obiecywał sobie, że będzie ją chronił, że pomoże jej nieważne co, że zrobi wszystko, czego kiedykolwiek sobie zażyczy, bo tych parę godzin – bo przelane łzami minuty w którymś momencie zmieniły się w godziny – sprawiło, że kochał ją jeszcze bardziej, niż wcześniej. Nawet jeśli wiedział, że wraz ze słońcem wstanie nowa Iriss, że będzie silna jak wcześniej, i tak samo niewzruszona, i pewnie nigdy później nawet nie wspomni o tym, co się stało. Nie pozwoli jemu powiedzieć. Gdyby próbował, a nie miał zamiaru. Bo przecież on też ją znał, tak jak ona jego. Wiedziała, że zawsze miała w nim oparcie. Jeśli wiedziała… jeśli tylko ten jeden, malutki wniosek… wyciągnęła z tego morza wylanych łez, i twardej podłogi, kiedy leżeli, oddychając spokojnie, jakby śpiąc, a jednak nie potrafiąc zasnąć – to wszystko było w porządku. Spoko. Dla niego okej. Nie musiał nigdy więcej do tego wracać. Nie poruszył się, kiedy wstała, nie pozwolił nawet wargom rozciągnąć się w uśmiechu, po tym lekkim pocałunku, chociaż bardzo tego chciały. Pozwolił jej odejść. Teraz… teraz nie miał zamiaru jej zatrzymywać. Nie chciał, by czuła się w obowiązku do czegokolwiek. Bo jeśli ktoś tu miał obowiązki – to on wobec niej.
Leżał jeszcze chwilę, wsłuchując się w dźwięki zza okna, i dopiero ten tak charakterystyczny, gdy samochód Sheppard ruszył, sprawił, że podniósł się z ziemi, mamrocząc pod nosem i próbując doprowadzić do stanu używalności wszystkie kości i mięśnie. Szybki prysznic, złożenie – w końcu – złożenie tej cholernej broni i wyszedł z motelu.
W końcu, jakby nie patrzeć, ciągle miał jednego pojebańca do ubicia.

/zt



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Motel

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: DANVILLE :: OBRZEŻA

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach