Pub Mały John

 :: VALLEY CITY :: CENTRUM

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Wto Paź 16, 2012 2:38 pm

Niewielki lokal ukryty pomiędzy dwiema wielkimi wystawami sklepów odzieżowych.
Aż trudno uwierzyć że nadal funkcjonuje, jeśli spojrzy się na to gdzie się znajduje.
Wnętrze pubu przypomina starą tawernę - nie przypadkiem nazwa jest taka jaka jest.
Drewniane stoliki i ławki, kelnerki ubrane jak dziewki z czasów rycerskich i piwo serwowane
w wielkich, ceramicznych kuflach.
Piwo dobre. Podobno, importowane prosto z ojczyzny Robin Hood'a.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Wto Paź 16, 2012 2:53 pm

Usiadł w najciemniejszym kącie jaki udało mu się znaleźć. Z dala od zgiełku przy barze, z dala od ludzi którzy rzucali mu ciekawskie spojrzenia. Widocznie większość klienteli to stali bywalcy a nowe twarze wzbudzały zainteresowanie, tym bardziej że rzadko kiedy się one pojawiały. Dean zatrzymał się tu tylko na moment, by odpocząć od długiej jazdy napić się piwa zanim wyruszy dalej, w kierunku złomowiska Singera.
Właściwie nawet nie wiedział czemu wybrał ten pub. W ogóle nie był w stylu Winchestera ani nie serwowano tu porządnego hamburgera z podwójnym kotletem i wielką colą. Było za to jakieś chłopskie jadło, które może nie wyglądało zbyt dobrze, ale w smaku przypominało coś... dobrego.
Na twarzy łowcy pojawił się wyraz aprobaty gdy skosztował parującego dania które stało od pewnego momentu przed nim na stoliku. Kelnerka, niezbyt urodziwa szatynka, której biust miał zaraz wyskoczyć przez mocno zaciśnięty gorset posłała mu swój najładniejszy uśmiech stawiając koło talerza kufel piwa.
Próbował, na prawdę próbował odwzajemnić uśmiech ale mu nie wyszło. Nie mial siły, tak tak, on Dean Winchester, nie miał siły na flirt nawet z taką kelnerką jaka go obsługiwała. Nie miał też nastroju. Od momentu kłótni z bratem i ich rozdzielenia nie potrafił tak po prostu wprawić sie w dobry nastrój. Nawet Castiel nie mógł nic zaradzić, mimo że jego zachowanie samo w sobie czasem było śmieszne. Ale nie, dziś Dean'a złapała kompletna melancholia którą zapijał angielskim piwem, trochę przy tym się kwasząc bo preferował bardziej krajowe gatunki. Ale skoro już zamówił to wypije.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Wto Paź 16, 2012 5:05 pm

-Dzięki, Bet. Do zobaczenia.- choć tak naprawdę miała nadzieję, że szybko nie spotka się z dość nieprzyjemnie wyglądającą kucharką. Czy wszystkie pracujące w tym lokalu kobiety musiały przypominać goryle? Jedna z kelnerek była co najmniej trzy razy większa od Iriss. Kucharka wcale nie była lepsza, jednak trzeba było jej przyznać, że swoje umiejętności w posługiwaniu się patelnią wykorzystać umiała. Nie tylko w kuchni. A historia ich znajomości wyglądała równie nieciekawie, jak wyobrażanie sobie tej kobiety, tańczącej w klubie go go. Nikt nie chciałby chyba tego widzieć. Ani tym bardziej, Iriss, która niechcący sobie to wyobraziła. Jednak nasza droga Bet miała coś, czego od czasu do czasu potrzebowała Iriss. Zioła. Rożna, przeróżne. Wiedźmą, jak się kiedyś okazało, jednak nie była. I jako, że panna Sheppard teraz potrzebowała tego i owego, wpadła do starej… znajomej. Mały pakunek, wręczony po cichu schowała do torby, po czym wyszła z pomieszczenia, kiwając delikatnie głową do dwóch mężczyzn, pomagających Beatrice. Miejsce to na pewno nie stwarzało pozoru miłego, lecz w gruncie rzeczy było niczemu sobie. W obsłudze nie było nikogo spoza rodziny, więc większość kłótni i latania po całym lokalu z ostrymi narzędziami wcale nie odstraszała klientów. Czasem scenki były zabawne, bo Iriss była już świadkiem niejednej. Jednak nie mogła zaprzeczyć, że mile widzianym gościem, to nie była. Pierwsze spotkanie skończyło się małą demolką i trupem bez głowy na blacie jednego ze stołów. Tak, wampir. Sprawa sprzed kilku lat, lecz do dziś gdy tylko Iriss wchodzi do pomieszczenia, ktoś przeszukuje ją, czy przypadkiem nie ma maczety w rękawie. Może nie dosłownie przeszukuje, ale tak właśnie się dziewczyna czuje. Zapięła skórzaną ramoneskę i rozpuściła włosy, wcześniej związane w kucyk. Kierowała się prosto do wyjścia, lecz przed otworzeniem drzwi rozejrzała się po raz ostatni po pomieszczeniu. I to, co zobaczyła nieźle ją zdziwiło. Dean Winchester siedział w rogu niewielkiej sali, nie odwzajemniając uśmiechu jednej z kelnerek, która chyba zbyt mocno nachylała się, podając mu zamówione danie. I właśnie to było tak dziwne. Facet przecież znany był z tego, że leciał na wszystko, co się rusza. Nieważne, czy ładne, czy brzydkie (przynajmniej zdaniem Iriss część jego ‘zdobyczy’ nie była zbyt godna uwagi, lecz o gustach się nie dyskutuje, czyż nie tak?). Kobieta odeszła od stolika, niby ciągle się uśmiechając, lecz widać było, że wyraźnie się zawiodła. Pewnie niejeden banknot ląduje w tym wyciśniętym dekolcie… jednak miejscowi dziwacy lubili takie właśnie rozrywki. No i kolejne obrazy, które dziewczyna jak najszybciej chciała wyrzucić z głowy. Tak więc doszła do wniosku, patrząc też na jego skwaszoną minę, że coś łowcę gryzie. I nie mogła od tak po prostu sobie wyjść, nie dając znaku swojej obecności. Nie przy takim spotkaniu. Puściła więc klamkę wyjściowych drzwi, które trzymała lekko uchylone i wróciła do wnętrza pubu. Cicho, a tak potrafiła, podeszła za plecy Winchestera i nachylając się nad nim, położyła dłonie na jego karku, ściskając delikatnie. –Chyba komuś przydałby się masaż.- Nie to, żeby zamierzała robić za prywatną rehabilitantkę. Co to, to nie. Jednak uśmiechnęła się delikatnie, wcale się nie odsuwając. Miała tylko nadzieję, że Dean nie weźmie jej za potencjalne zagrożenie i nie powali na ziemię. Wtedy chyba dostanie dożywotni zakaz wstępu do lokalu. A czasem kolekcja ziół Beatrice się przydawała. Zwłaszcza do wkurzania jakiejś wiedźmy, czy zdejmowania uroków.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Wto Paź 16, 2012 5:33 pm

Ciekawe, Bobby nigdy nie wspomniał o pubie gdzie pod ladą można nabyć kilka interesujących rzeczy. A wydawałoby się że Singer wie o każdej dziurze która mogłaby być powiązana z łowiectwem, czarami czy innymi śmieciami, ale Mały John się uchował. Ale to może z powodu historii samotnej kobiety która rąbie głowy na lady, miejscowi tak uważnie przypatrują się nowym twarzą, jakby obawiali się, że nowy człowiek zrobi to samo. Albo jest tym samym, co Sheppard zabiła.
A może piwo doprawiają wodą święconą, dlatego jest takie inne w smaku?
Odprawił kelnerkę z kwitkiem, zamawiając tylko jeszcze jedno piwo i nie kwapiąc się do tego by sięgnąć po zielone banknoty, wpatrując się w ciemną plamę przed sobą. Plamę, która chyba miała być jakimś interesującym obrazem ale autor minął się z powołaniem.
Zbyt skupiony na trzymanym w dłoni kuflu, za mocno pogrążony w myślach, próbując znaleźć dogodne rozwiązanie dla wszystkich a już najbardziej dla siebie, nie spostrzegł czyjeś obecności za swoimi plecami. Przeważnie takie rzeczy wyczuwał - instynkt łowcy szeptał mu w podświadomości że coś jest nie tak jak powinno i trzeba sie odwrócić. Dziś instynkt zawiódł a chłodna dłoń na karku i delikatny, znany głos zaskoczyły łowcę spinając jego mięśnie jeszcze bardziej. A chłód dłoni wprawił w mrowienie skórę karku.
- Nie miałbym nic na przeciw, jeśli chcesz mi go zafundować. Gdzieś w mieście widziałem plakaty z jakimś klubem oferującym masaże - Oczywiście wszyscy wiemy jaki to miałby być klub. Winchester nie pamiętał nazwy, ale ruda w czarnym bikini wyglądała na prawdę zachęcająco. Odwrócił głowę tak by móc spojrzeć na dziewczynę. Nie, kobietę. Iriss nie była już dziewczyną, o czym miał okazję przekonać się kilka razy. Dobra, może nie kilka ale zdarzyły się ku temu sposobności.
Swoja drogą ciekawie by wyglądało jak taki ktoś jak Dean przygniata do stołu kobietę postury Iriss i wykręca jej ramię. Pewnie by się zaraz na niego hołota pubu rzuciła. Ale zamiast wykręcania ręki odwzajemnił uśmiech Sheppard czymś co też miało być uśmiechem i wskazał leniwym ruchem dłoni wolne krzesło po drugiej stronie
- Piwa? Jakieś dzikie w smaku ale nie można narzekać.
Na prawdę było coś z nim nie tak. Zmęczenie, podróż, Sam, Lucyfer i wszystko inne zwaliło się dziś na niego jednym pakunkiem, tak że nawet nie miał siły zażartować z brunetki. A przecież tak robił zawsze. A już na pewno na tym cmentarzu gdzie się widzieli ostatnio.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Wto Paź 16, 2012 6:53 pm

Iriss sama dowiedziała się o ziółkach przez przypadek. I z tego, co wie, to rodzinka, a raczej jej część niewiele wie o reszcie nadnaturalnego syfu. Tak więc lepiej dla nich, i dla Bobby’ego chyba też, że nie mieli ze sobą styczności. A że Beatrice wisiała Iriss przysługę, lub dwie, za oderwanie od jej soczystej szyi krwiożerczego stwora zwanego wampirem, to po ziółka może czasem przyjechać, gdy jest w okolicy. A że akurat była kilka godzin stąd, to postanowiła zahaczyć i uzupełnić zapasy. Przynajmniej była pewna jakości. A ta była niezła. Jednak tajemnica to tajemnica. Nawet bliźniacy nic nie wiedzieli, choć wyłudzić od niej te informacje chcieli. No i takim sposobem Iriss czasem czuje się lepsza. Bo ma coś, czego jej bracia kloni zdobyć nie potrafią. Jednak nikt nie musiał się obawiać, że zatruje się jedzeniem, czy ma rozcieńczone wodą święconą piwo. Co to, to nie. Bet była jakąś chyba częściową medium. Z bardzo słabo rozwiniętymi zdolnościami. Cośtam jednak potrafiła. Jednak Sheppard nigdy głębiej w to nie wnikała. Spojrzenie wielkiej kobiety mówiło, że nie jest chętna do rozmowy odnośnie tych spraw. Tak więc potulna, i grzeczna Iriss tematu nie poruszała. I poruszać nie zamierza. Bo może i dziewczyna była sprytna i stosunkowo silna, jak na swoją płeć i masę, ale ta kobieta z całą pewnością ją przerażała i mogłaby zmieść z powierzchni ziemi jednym szturchnięciem. Lepiej więc zachowywać przyjazne stosunki, gdy jest do tego sposobność i można wynieść korzyści.
Wystrój nie był zbyt powalający, fakt. Widać było upływ czasu i częstotliwość użytkowania na niemalże każdym miejscu. Sztuczne kwiatki w oknach, a w szczególności ‘rzeźby’ i ‘obrazy’ nie były dziełami sztuki. Klimat jednak był dość przyjemny. I atmosfera. Lokal miał kilku stałych klientów, z których zapewne się utrzymywał. Dlatego nowe twarze miały tak wielkie zainteresowanie. Miało się chwilami wrażenie, że zaledwie kilka par oczu jest milionem wywiercającym Ci dziurę w brzuchu. Ale to szczególnie, gdy wchodziło się na zaplecze.
Iriss całkiem zadowolił fakt, że nie zaalarmowała swoim umiejętnym skradaniem się Winchestera i mogła wypełnić swoje zamierzenia. Nie to, żeby od razu dała się połamać, czy powalić na ziemię. Przecież dałaby sobie radę. To co, że Dean był od niej sporo większy… i silniejszy. Cóż… gdyby znowu udowodnił, a raczej próbował udowodnić, że jest słaba. A ona próbowała wszystkim dookoła wmówić, choć było to poparte prawdziwymi faktami, że umie sobie radzić. Tylko bracia ciągle twierdzą, że nie. Dlatego jest taka przewrażliwiona, jakby ktoś pytał.
-Nie stać Cię na mnie, złotko.- Jako, że Iriss szeptała mu do ucha, to gdyby nie odchyliła szybko głowy, to stuknęliby się z hukiem czołami, gdy Winchester odwracał głowę. A to nie byłoby przyjemne. I tak ich twarze znalazły się niebezpiecznie blisko. Jeszcze kilka milimetrów, a Sheppard musiałaby nieźle się namęczyć, by spojrzeć łowcy w oczy. Wiadomo, że na takie właśnie plakaty faceci uwagę zwracają. Może dlatego nawet na reklamach mebli, zamiast mebli pokazane są kobiety w samej bieliźnie? Co się stało z tym światem? Jednak jak inaczej zachęcić takiego napalonego samca z pełnym portfelem do zakupu?
-Nie wysilaj się tak, z tym uśmiechaniem.- sama jednak wykrzywiła usteczka w słodkim grymasie i usiadła na wskazane miejsce. Popatrzyła na piwo i szczerze nie miała ochoty go pić. Już raz miała ku temu sposobność. Czy nawet dwa. Nie było może najgorsze, lecz nie chciała, żeby wyglądało, że się tu rozsiada. Ci z kuchni mogliby nie być zadowoleni. Co ma jednak zrobić? Nie mogła przepuścić takiej okazji spotkania Legendy Winchestera. –Dzisiaj spasuję, dzięki.- uśmiechnęła się do niego podejrzliwie.-Coś Cię gryzie. Może w czymś przeszkodziłam?- dopiero teraz przyszło jej do głowy, że może był czymś bardzo zajęty… choć nie wyglądał. Sprawiał raczej wrażenie pogrążonego w analizowaniu swojego marnego życia. I tak, kluczową rolę odegrała tu kelnerka. Jednak mimo wszystko Iriss chciałaby jakoś oczyścić jego umysł. Chociaż tyle, po spotkaniu na cmentarzu. Może nie była zbyt dobra w takiej gadce, ale zawsze rozmowa z drugim człowiekiem może jakoś pomóc. Chociaż jeśli chodziło o jej osobę, to wolała radzić sobie sama. Choć wiele przedmiotów ucierpiało przez jej metody wyładowywania agresji. Zwłaszcza po dłuższych wizytach u bliźniaków.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Sro Paź 17, 2012 6:39 pm

Dobrze jest mieć takie miejsca gdzie bez słowa podadzą ci to czego najbardziej potrzebujesz. Bez takich 'miejscówek' ciężko było być łowcą - bo przecież nie wejdziesz do pierwszego lepszego marketu i nie kupisz tam sproszkowanego korzenia mandragory czy innego cholerstwa trudno dostępnego w sklepach. Markety to dostawcy soli i koniec kropka.
No i oczywiście zapomnielibyśmy o batonikach energetycznych, które tak Sam uwielbia jadać na śniadania. Sam. Dean westchnął w duchu. Sam też miał swoje właśne 'miejscówki' dostawania tego, co pomagało mu podrasować moce. A nawet i nie miejscówki a osoby. Dean nadal nie potrafił tego wybaczyć bratu i nadal nie potrafił oddzwonić do niego, po tym jak młodszy Winchester nagrał mu się dwa razy. To jeszcze nie ten moment, jeszcze musi sobie to poukładać jakoś. O ile mu się uda. Jednak teraz nie musiał tego robić, i na dobrą sprawę był z tego powodu wdzięczny. Ale odkładanie tego na później będzie miało gorsze skutki. Tak sądzę.
Czasy kiedy Dean próbował udowodnić Iriss że jest słabsza do niego już chyba mineły. Nie byli przecież nastolatkami którzy prześcigają się tylko po to by udowodnić swoją siłę. Młody Dean i tak zawsze uważał Iriss za kogoś drugiej kategorii. Starszy Dean miał już inne zdanie na temat starej znajomej, znając jej możliwości. Chociaż, nie wykluczam tego że przy różnych sposobnościach będzie jej wytykał to że uratował jej tyłek. Ale dziś wieczorem będzie grzeczny.
Już raz ich twarze były tak blisko siebie. Po tym jak trzymał ją na rękach po ataku wampira, co prawda wtedy jej buzia była spocona, brudna od ziemi i krwi ale oczy świeciły gniewnie, pokazując że dziewczyna najchętniej sama by rozprawiła się z tamtym krwiopijcą gdyby ten nie zadał jej dość poważnej rany. To chyba najbardziej przykuło uwagę Winchestera. Oczy, które wyrażały o wiele więcej niż twarz- złość, ból i coś jeszcze. Nie znał się na emocjach więc niewiele mógł powiedzieć. Jednak dziś twarz Sheppard była...czysta a uwagę skupiały na sobie usta wygięte w lekkim uśmiechu. Możliwe nawet, że cieszyła się ze spotkania. W sumie, on nawet też był rad z tego że zamiast wyjść z pubu podeszła do niego.
Milczał, czekając aż zajmie miejsce na przeciw przy okazji upijając duży łyk piwa, w końcu jednak lekko się uśmiechnął odkładając kufel na stolik. Nad górną wargą zostało trochę piany którą oblizał językiem.
- Chyba źle się zrozumieliśmy, złotko. Co jak co, ale sądzę że twoje dłonie nie nadają sie do delikatnego i relaksującego masażu. Nie masz wyczucia. - nadal pamiętał moment w którym nastoletnia Iriss przywaliła mu w ramie. Podobno niechcący ale i tak dziewczyna siły miała niemal tyle samo co jej bracia. Dobra, może jedną trzecią siły bliźniaków Sheppard, ale jak na jej wiek to i tak było mocne.
- Ale czy ty sugerujesz że jesteś na sprzedaż? - uniósł pytająco brwi opierając skrzyżowane ramiona na stoliku - Bliźniaki wiedzą?
Może to nie były żarciki czy tam odzywki najwyższych lotów ale na więcej Dean'a nie było dziś stać. Nie zamierzał się zwierzać jak jakaś słodka piętnastolatka swojemu pamiętnikowi, więc nawet jeśli kobieta chce pmóc to niech się z nim napije. Albo chociaż pilnuje łowcy żeby nie przesadził, bo to nie było jego pierwsze piwo, co spokojnie można było zobaczyć w jego oczach - zaszły lekką mgiełką upojenia. Nie dziwcie się, te kufle były na prawdę duże.
Wzruszył ramionami na jej odrzucenie piwa, nie mając pojęcia że to tylko dlatego by nie rzucać sie w oczy właścicielom lokalu. NIe chce to nie, zmuszać nie będzie. I co ma do tego kelnerka?
- Właściwie to dobrze że przeszkodziłaś. - już się nie uśmiechał, nawet nie patrzył na brunetkę tkwiąc spojrzeniem w złotym napoju przed sobą. A potem potrząsnął głową jakby chciał wyrzucić z niej niespokojne myśli i przeniósł wzrok na Iriss.
- Co cię sprowadza do miasta? - nie było w jego głosie ani krzty ciekawości, jednak miał nadzieje że to nie jakaś pilna sprawa która wymagała pojawienia się łowcy. Właściwie miał cichą nadzieje że dziewczyna mu trochę towarzystwa dotrzyma, ale przecież nie powie tego głośno.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Sro Paź 17, 2012 8:27 pm

Życie łowcy bez wielu wtyk i umiejętności znajdowania odpowiednich osób do pomocy byłoby naprawdę trudno. Nie wystarczy tylko od czasu do czasu pomachać maczetą, czy sypnąć solą tu i ówdzie. Praca, bo chyba tak można to nazwać, wiązała się z wielką ilością niebezpieczeństw. Normalny człowiek nawet sobie tego nie wyobraża. A ryzyko pójścia za kratki- chyba nikt normalny by się tego nie podjął, biorą pod uwagę stawkę. Więc czy łowcy mają coś nie tak z głową? Lepiej zostawić to pytanie bez odpowiedzi. Bo każdy z nich twierdzi, że wolałby normalne życie. Wolałby nie wiedzieć. Ale świadomość tego, co kryje się w szafie jest zbyt przerażająca. Więc chwytają dość nietypowe bronie w dłoń i lecą po ciemku zabijać potworki. Przelewając własną krew za to, by rodziny mogły spać spokojnie. A potem taki nieświadomy imbecyl dzwoni na policje, gdy kradniesz w pośpiechu sól ze sklepu, bo banda jakiś niewyżytych duchów siedzi Ci na ogonie. Kto w takich sytuacjach myśli o płaceniu? Na pewno nie Iriss. Już raz chcieli ją do zakładu psychiatrycznego wysłać. Ale to jeszcze za czasów szkolnych, gdy przeceniała swoje możliwości i była dość nieostrożna. Na szczęście bracia przekonali panów policjantów, że poszło o głupi zakład, bo dziewczynie uwierzyć nie chcieli. Jednak chyba widok dwóch dosyć dużych, identycznie wyglądających, na dodatek wściekłych, typków był dość przekonywujący. Iriss oczywiście nie podobało się to, że musieli od razu interweniować. Przecież sama dałaby sobie radę. Lecz fakty faktami, przez swój cięty język mogłaby jedynie pospać w areszcie kilka nocy dłużej. Na szczęście dorosła i zmądrzała. Nauczyła się, że pyskowanie nie jest najlepszym środkiem na wyjście z kłopotów, a wręcz przeciwnie. Niestety dojście do tego trochę jej zaczęło. Bo nie ma to jak szesnastolatka, myśląca, że może podbić świat w pojedynkę. I gdyby nie bracia to raczej kiepsko kilka(naście) razy by skończyła. I mimo tego, że cały czas twierdziła, że ma ich dosyć i nie chciałaby, żeby siedzieli jej na ogonie, to tak naprawdę nie wyobraża sobie bez nich życia. Często bywa tak, że jadąc gdzieś kilkanaście godzin większość czasu spędza wisząc nad telefonem i rozmawiając z bliźniakami. Byli ze sobą silnie związani. Nawet jeśli miejsce po ich spotkaniu wyglądało jak po wybuchu bomby atomowej. Więc pewnie, gdyby znała sytuację, zaistniałą między braćmi Winchester, to zrozumiałaby, co Dean czuje. Oczywiście relacja tej dwójki mocno odbiegała od tej między Sheppardami. Lecz rodzeństwo, to rodzeństwo. Zwłaszcza, jeśli nie ma się nikogo innego i pracuje się w tym zawodzie. Więź między ludźmi była tutaj niemalże znikoma. Bez dłuższych niż jednonocnych związków. Bez głębszych emocji. Liczyła się rodzina, o ile taką się miało. Bo nie wiesz kto może okazać się wrogiem, przekupionym przez jakiegoś demona, czy inne straszydło zza szafy. Jednak Iriss spotykała się już z parami łowców. Niezmiernie ze sobą zżyci. Jedno zginęłoby za drugie. Ale nigdy nie spotkała się z takim zapałem do poświęcenia za bliską osobę, jak u Winchesterów. Zwłaszcza u Deana. Jednak teraz nie wpadło jej do głowy, że właśnie z powodu brata mógłby siedzieć taki przybity, wlewając w siebie litry dość mocnego, regionalnego piwa, którego aromat z łatwością mogła wyczuć, przy nachyleniu.
Dokładnie pamiętała tamten wieczór, w którym pewna wampirzyca usiłowała ją zabić. I że też ona nie dała sobie rady z jednym wampirkiem. I tu znowu pojawia się jej natura nieposkromionej, dumnej wojowniczki, która nie lubi być ratowana z opresji. Jednak przyznała już sama przed sobą, i pogodziła się z faktem, że gdyby nie Dean, to nie kupowałaby dzisiaj ziółek spod lady. Sporo chwil jakoś umknęło jej uwadze. Straciła wiele krwi, więc przytomność też gdzieś tam chwilami ulatywała. Jednak wyraźnie pamięta wyraz twarzy łowcy, niosącego ją do samochodu. Fakt, rwała się do walki i nawet klęła pod nosem między litaniami, że sama świetnie da sobie radę. Winchester był tak przejęty jej stanem fizycznym, że chyba nawet nie przejął się tym, że poplamiła krwią tylnie siedzenia Impali. Choć może po prostu tego nie pamięta. Dzisiaj w zupełnie innych okolicznościach miło było go zobaczyć. Bardziej ucieszyłoby ją jeszcze to, że na jego twarzy pojawiłby się uśmiech o wiele radośniejszy niż ten teraz. Skrywający masę napierających ze wszystkich stron na duszę utrapień. Jednak Iriss wolała nie myśleć o nim, jak o mężczyźnie, przez którego przy bliższym kontakcie fizycznym pojawiłyby jej się symboliczne rumieńce na twarzy. Odruch odsunięcia się był instynktowny. Tak jej weszło w krew, potem po prostu usiadła, choć przez chwilę przemknęła jej przez głowę myśl, czy mogli by się w takiej niezręcznej sytuacji znaleźć. Lecz po chwili uznała, że to śmieszne.
-Mogą zdziałać cuda, ale Ty się o tym nie przekonasz.- fakt, miała dość mocny cios. Gdyby nie miała, to bliźniacy nigdy nie spuściliby jej ze smyczy. Nie to, żeby kiedykolwiek na niej była. No i nie wahała się używać swoich umiejętności, gdy ktoś się z niej naśmiewał, lub przy zwykłym dokazywaniu i przedrzeźnianiu. Ale to było kiedyś. Teraz wolała udawać słodką i niewinną, a potem działać z zaskoczenia.
-Wszystko można kupić, za odpowiednią cenę.- i w tej chwili nie mówiła tylko o pieniądzach, choć z jej tonu pewnie tak wynikało. I uśmieszek niczym u tancerki w klubie go go wcale nie pomógł w prawidłowej interpretacji jej słów. Jednak mało to było przypadków sprzedawania duszy za jakieś niezbyt istotne rzeczy? Bo czy sława jest naprawdę aż tak ważna, żeby zaprzedawać najcenniejsze, co się ma? Temat do dyskusji. Wielogodzinnych. Jednak czasem się opłacało. Byli ludzie zdolni do poświęceń za drugą osobę. Wtedy Iriss nie śmiała nazywać ich głupcami. –Bliźniacy mają inne rzeczy do roboty. - mrugnęła do niego, po czym zerknęła ukradkiem w stronę kuchni. Na razie Beatrice nie wlepiała w nią groźnie swoich zapadniętych oczu. To chyba dobrze, jeszcze trochę czasu miała. Chciała też odciągnąć myśli Deana od tego, co tak bardzo je zajmowało, że aż postanowił się upić. –Znam miejsce z lepszym piwem, jeśli chcesz.- dziwnie sformułowana propozycja zmiany lokalu. Bo jakoś nie widziało jej się siedzenie tutaj przez resztę wieczoru, jak się zapowiadało. W końcu stwierdzenie Winchestera nie mogło zostać od tak zignorowane. Może nie znała go dogłębnie, ale na tyle dobrze, żeby wiedzieć co to znaczyło. Przynajmniej częściowo.
-Małe interesy w okolicy. A Ty jak mniemam do Bobby’ego?- choć mężczyzny osobiście dobrze nie znała, bo spotkali się tylko kilka razy, gdy ona jeszcze nie była zbyt dojrzała, to wiedziała o nim to i owo. Na przykład gdzie mieszka. I nie wpadła na inny pomysł, dlaczego łowca mógłby tutaj siedzieć. Bo na co polować nie było. Zadała teren przed przyjazdem.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Czw Paź 18, 2012 6:54 pm

Relacje między Dean'em a Samem były ciężkie do zrozumienia. Na ich przykładzie mogliby pracować psycholodzy, socjolodzy pokazując wady wychowania przez ojca objętego obsesją przez co bracia byli zbyt blisko siebie niż normalne rodzeńśtwo. Bez żadnych zboczeń oczywiście, chodzi o czysto psychiczno-emocjolanle relacje. Winchesterowie potrafili w ciągu dwóch miesięcy nienawidzić się, ratować sobie życie, zachowywać się jak normalni bracia którzy robią sobie kawały by na nowo zacząć sobie nie ufać. Normalny człowiek by zwariował. Winchesterowie już dawno to zrobili i gorzej być nie mogło.
Ale oni byli głupcami. Ci, co byli skłonni sprzedać swoją duszę tylko dlatego by odzyskać kogoś, na kim im zależalo. Byli tchórzliwymi glupcami, bojącymi się pogodzić z nieuniknionym. Dean sam siebie nazywał głupcem, ale nie żałował swojej decyzji podjetej dwa lata temu. Matko, dwa lata temu sprzedał swoją duszę tylko po to by Sam mógł żyć dalej i może rzeczywiście nie żałował, ale gdyby wiedział wtedy to co wie teraz, gdyby miał świadomość co się stanie kiedy jego wargi połaczą się z ustami pierdolonego demona z rozdroża, chyba by tego nie zrobił. Chyba by wolał odprawić bratu tradycyjny pochówek łowcy niż... nie, to byłoby zbyt cieżkie rozmyślanie na ten wieczór. Zbyt ciężkie, zbyt poważne i zbyt dołujące. Dlatego nie zaprzątał sobie tym glowy, interpertując słowa Iriss w prosty sposób. I rzeczywiście, ten jej uśmieszek (na ciasto jagodowe, gdzie ona się nauczyła uśmiechać jak panna z rozkładówki playboy'a?)
- Nie skorzystalbym nawet jeśli miałbym całą forsę Billa Gates'a. I nawet jeśli to byłaby promocja więc nic nie stracę a ty będziesz mogła znęcać się na bogu winnym...skaucie. Albo nie wiem co tam jest odpowiednie do twojego wieku - oczywiście musiał wtrącić coś sugerujacego że ona jest od niego młodsza. Nie dlatego że chciał jej znowu to wytknąć, a dlatego by sobie o tym przypomnieć. Bo przez ten jej uśmiech al'a go go, albo i przez piwo, ciężkie myśli zastąpił obraz Sheppard w fikuśnym wdzianku w towarzystwie lśniącej, srebnej rury na scenie. To było wprost nie na miejscu. Było niedorzeczne i niemoralne. W sumie, takie w stylu Dean'a ale on ostatnio nawet nie miał czasu by być niemoralnym w TAKIM słowa znaczeniu.
- Chcesz mnie zaprosić na radnke kiedy bracia nie patrzą panno Sheppard? - uśmiech Winchestera może nie był jeszcze do końca szczery ale coraz lepiej mu szło, jednak to wszystko wina alkoholu który zataczał biegi w jego organiźmie. - Dawno nie byłem na randce - mruknął, wydymając dolną wargę. Musiał teraz wyglądać albo zabawnie, albo uroczo. Większość kobiet użyłaby drugiego określenia.
Na pytanie Iriss kiwnął tylko potwierdzająco głową, odsuwając od siebie na pół pełny kufel piwa.
- Lepsze piwo, tak? A mają tam hamburgery? Tutejsze żarcie jest takie dziwne. I pachnie palonymi kośćmi - skrzywił się, chcąc oprzeć plecy o oparcie siedzenia, zapominając że właściwie nie ma oparcia. Więc niemal spadł z tej łąwki na ktorej siedział, i tylko dzięki refleksowi złapał się stolika, ktory przesunął się cieżko po podłodze zwracając uwagę innych bywalców lokalu w stronę łowców.
- Przepraszam, wypadek. Żyje, stół też. - rzucił w stronę gapiów, po czym wrócił spojrzeniem do Iriss, serwując jej swój jeden z najlepszych uśmiechów. Żeby zapomniała to co widziała. Czary mary nie pamiętasz!
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Baron Cygański on Czw Paź 18, 2012 8:31 pm

//<-Recepcja hotelu w Detroit

Kiedy William znów odzyskał ostrość widzenia, stwierdził, że jest w jakiejś knajpie. Dość obskurnej, jak na zwykłe standardy. Obrazy na ścianach były wyraźnie bohomazami, napaćkanymi przez domorosłego artystę, który być może lepiej by się spełnił w roli dyktatora. Żarcie... Cóż, może nie zabijało, ale można się było zorientować, że dałoby się znaleźć lepsze. Wokół zaś pełno typów spod ciemnej gwiazdy, łypiących dookoła, jakby szukali zaczepki. Albo pretekstu, żeby delikatnie wyprosić stamtąd nowych, nie będących stałymi i dobrze znanymi bywalcami.
Pech chciał, że William był takim właśnie nowym i nikomu nie znanym osobnikiem. Niniejszym więc spojrzenia skupiły się na nim. Póki co, jeszcze nikt nie wyciągał noża, ale widać było, że niewiele komukolwiek do tego brakuje. Tym bardziej, że kilku z nich uznało za dziwne pojawienie się znikąd jakiegoś gościa, i to akurat przy stoliku dziewczyny (dokładniej - tuż obok niej, na ławce), która jakiś czas temu zdekapitowała wampira, oraz innego nikomu nie znanego człowieka, który w dodatku mało nie spadł z ławki. Właściwie, fakt, że nikt się jeszcze nie podniósł, żeby powitać całą trójkę prezentami, nie będącymi bynajmniej chlebem, solą i kwiatkami na dzień dobry; można zawdzięczać zapewne jedynie faktowi, że żaden z obecnych nie był łowcą. Żaden, poza Deanem i Iriss, oczywiście.
Medium z ziółkami nadal buszowało po zapleczu, więc póki co, nic nie wiedziało o zaistniałej sytuacji.
Kojot na razie siedział przy stoliku w kącie, przyglądając się całej sytuacji z taką samą "oniemiałą" miną, jaką prezentowała reszta towarzystwa. A tak naprawdę, był ciekawy, co z tego dalej wyniknie.
Przed nim parowała wesoło gorąca kawa, a na talerzyku leżał kawałek sernika. Uwielbiał sernik. I kawę. Dwa z jego wielu nałogów...
avatar
Baron Cygański

Liczba postów : 73
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Czw Paź 18, 2012 9:23 pm

To, że relacja braci nie należała do tych normalnych widać było na pierwszy rzut oka. Iriss już jako dziecko, bawiąc się z Samem gdzieś tam z boku podglądając starsze rodzeństwo, latające i udające dorosłych z Deanem, to widziała. Choć jeszcze wielu rzeczy nie była świadoma. Od zawsze zachowywali się w stosunku do siebie. W ich spojrzeniach było coś, czego nie potrafiła znaleźć u nikogo innego. Wiadomo, kochała bliźniaków i zrobiłaby dla nich wszystko, oni dla niej pewnie też, nie wspominając o tym, że dla siebie nawzajem by zginęli- w końcu byli połączeni jedną pępowiną, lecz poświęcenie Winchesterów było czymś niespotykanym. I na pewno niezbyt zdrowym. Psychologowie na pewno mieliby co robić. Ich uzależnienie od siebie było… zjawiskowe. Choć określenie może się wydać trochę nie na miejscu. Ich ojca dobrze nie pamięta. Nie spotykała go zbyt często. Dzieciaki w chwilach spotkań Johna i Veronicą były odizolowane od dorosłych. Bo Ci zawsze mieli do omówienia ‘coś ważnego’. Nie wiedziała zbyt wiele o obsesji mężczyzny. W ogóle był jej praktycznie obcy. Zawsze było w nim coś, co trochę przerażało małą Irisskę. Czuła wobec niego respekt. I nigdy nie pytała dlaczego jest tak, a nie inaczej. Chyba instynktownie wyczuwała istotę jego usposobienia.
Jeśli chodzi o pakt, zawarty przez Deana, to z jednej strony dziewczyna, gdy się o tym dowiedziała, miała ochotę przyjechać do niego i od razu skopać mu tyłek, wyzwać od najgorszych głupców i krzyczeć, aż nie straciłaby głosu. Jednak odejście Sama byłoby wielkim szokiem. I jednak gdzieś w głębi duszy była mu wdzięczna, że ocalił swojego brata. Tylko jakim kosztem. Gdyby nie udało się jednak uratować duszy łowcy- też nie byłaby z tego powodu zadowolona. Byłaby wręcz wściekła. Może nie było tego nigdy widać, bo ta dwójka ciągle się kłóciła i dokazywała, ale żywiła wobec niego pozytywne uczucia, do których ciężko było jej się przyznać. Jego śmierć zabolałaby ją równie mocno, co Sama. A to było dwa lata temu, zanim uratował jej tyłek. Teraz pewnie byłaby wściekła jeszcze na siebie, że nie mogła nic zrobić i nie spłaciła swojego długu. Bo takowy u niego miała. Nie da się zaprzeczyć. Dlatego właśnie nie lubiła się zaciągać. Nie lubiła, gdy ktoś jej pomagał, ratował ją, czy czegoś oczekiwał. Nie lubiła zawodzić innych ludzi. Dlatego działała w pojedynkę. Choć ze swoim wybitnym talentem do ładowania się w tarapaty i wybierania najgorszych z możliwych opcji było to dość ryzykowne. Jednak w większości przypadków dawała sobie radę. Wniosek z tego, że lubiła komplikować sobie życie. Nie lubiła prostych rozwiązań, schematów i książkowych sytuacji. Wyjątki- to było to. Jednak wracając do zaprzedawania duszy, to zastanawiała się, czy sama byłaby w stanie zrobić coś takiego. Czy skazałaby siebie na wieczne męczarnie dla drugiej osoby? Teoretycznie była zdolna do poświęceń. Ładowała się w tarapaty za czasem drobnostki, które były dla niej ważne. Bo taka mała kobietka lubiła bronić swoich ideałów i wartości. No ale koniec już tego, bo chyba za bardzo filozofuje i jak dalej tak pójdzie, to znowu wyjdzie brzydki tasiemiec.
-Skautów. Już wiem, co Ci chodzi po głowie. Wstydziłbyś się! To jakiś fetysz z dzieciństwa?- No oczywiście, że bez głupich żartów na poziomie przedszkolaków by się nie obeszło. Nie w przypadku tej dwójki. Przynajmniej jak na razie. Nawet krwawiąc na tyłach Impali zdobyła się na kilka takich. Ot tak, na rozgrzanie atmosfery. Ale chyba ludzie z ich otoczenia byli do tego przyzwyczajeni. Bo zazwyczaj dziewczyna potrafiła się zdobyć na bardziej kłujące docinki. Tylko jakoś w obecności Deana zbierało jej się na myślenie jak gimnazjalista. A wytykania swojego wieku nigdy nie lubiła, dlatego też zafundowała łowcy pięknego kopniaka pod stołem, z uroczym i niewinnym uśmieszkiem na twarzy.
-Marzenia ściętej głowy, Winchester. Ale podejrzewam, że kelnerka byłaby chętna. – kiwnęła głową w stronę mającej czym oddychać, dość młodej dziewczyny, podającej piwo jakimś gościom. Uśmiech był oczywiście uroczy. Bo cóż, nie oszukujmy się, ale mało która kobieta patrząc nawet na pijanego Deana, z dziwną mimiką uznałaby go za śmiesznego. Jednak Iriss próbowała być silna i nie ulegać jego wdziękom i urokom. No bo przecież nie wypada! –Chyba wypadłeś z formy.- dla takiego kobieciarza to pewnie problem. –Tak, mają hamburgery, chodźmy.- naprawdę chciała się już stąd zmyć. Nie miała ochoty być ostrzeliwaną przez niezbyt przyjemne spojrzenia personelu. I tak już wystarczająco wiele razy odczuła, że nie jest tu zbyt mile widziana, na dłużej niż konieczne pięć minut. Parsknęła, słysząc o dziwnym jedzeniu. Dean mógł nie być obeznany z domowymi obiadkami i tradycyjnymi potrawami. Z resztą dla niej te dania również wyglądały dziwnie.
Widząc Winchestera, nie będącego w stanie się podnieść bez rozwalenia czegoś, normalnie pewnie zaczęłaby się śmiać. Lecz teraz- rozejrzała się tylko nerwowo, od razu wyciągając ręce, bo go podnieść. Miała tylko nadzieję, że łowca nie zauważy zmiany w jej zachowaniu- Może pójdziemy jednak tylko na hamburgera, co?- i wtedy właśnie zobaczyła mężczyznę, obok niej, którego mrugnięcie oka temu nie było. Od razu chwyciła za rękojeść sztyletu, który miała przy pasku, schowany w mało widocznym miejscu. Nie chciała robić scenek. Naprawdę nie chciała. Nie tutaj. –Kim jesteś?- zapytała tylko, dosyć szorstko i podejrzliwie. A już myślała, że miło spędzi resztę dnia, śmiejąc się z pijanego łowcy. Ale nie. W jej świecie nagle znikąd muszą pojawiać się dziwni ludzie. Ma dodatek w miejscach, w których nie powinni. Witamy w świecie łowców i istot nadnaturalnych. W nim zawsze pełno atrakcji! Nigdy nie będziecie się nudzić! A i nie pozwolicie by wasza skóra była jednokolorowa. Masa blizn i siniaków gratis! –I skąd się tu wziąłeś?- kolejne zerknięcie w stronę kuchni. Chciała się stąd wynieść. W tej chwili. Odwróciła się więc do Deana. Nawet nie zauważyła, kiedy wstała. Chwyciła go za koszulę. –Zmywajmy się, dobrze?- potem rzuciła krótkie spojrzenie w stronę nieznanej osoby, po czym szybkim krokiem postanowiła skierować się w stronę wyjścia. I tak już zbyt wiele osób zwróciło na nich uwagę.


Dobra, ustalamy kolejność. Po mnie teraz pisze Willi, potem Dean, potem Kojot, potem to już się zobaczy :D


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by William Blackwood on Pią Paź 19, 2012 2:37 pm

Gdy William właśnie zamykał drzwi od swojego hotelowego pokoju w Detroit, nagle obraz przed jego oczami rozmył się, a świat zaczął wirować. Po chwili znajdował się w dziwnym miejscu, chyba w jakimś barze. Kiedy już odzyskał równowagę, nadal nie miał pojęcia gdzie jest, ani w jakim czasie... Rozważał wiele opcji, nawet zastanawiał się czy nie jest w jakieś projekcji astralnej i czy ludzie go widzą?
Jednakże po chwili okazało się, że tak. Kobieta koło której się nagle pojawił zaczęła coś do niego mówić. Przez moment nie mógł przypomnieć sobie co powiedziała, dlatego też długo nic nie odpowiadał. Zastanawiał się tylko dlaczego go tu przywiało, a także kto to zrobił. Jednakże wtedy też zobaczył, iż owa kobieta sięga po coś co przypominało sztylet, dlatego także cofnął się i powiedział - Ehh... Nazywam się George i nie szukam kłopotów. Właśnie wychodzę. - szybko wymyślił jakieś imię na poczekaniu i nie odwracając się, szedł tyłem w stronę drzwi wejściowych, które namierzył wzrokiem już wcześniej. Przypuszczał, iż kobieta jest łowcą dlatego też nie chciał kłopotów. Spojrzał tylko na jej pijanego towarzysza i uśmiechnął się. Pomyślał, iż dobrze się składa, że jest ona zajęta tym mężczyzną, przynajmniej ma pewność, że w spokoju będzie mógł wyjść z lokalu i wreszcie dowiedzieć się gdzie jest.
avatar
William Blackwood

Liczba postów : 16
Join date : 13/10/2012

Zobacz profil autora http://occultus.cba.pl

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Pią Paź 19, 2012 8:53 pm

Sheppardowie byli o 180 stopni inni niż Winchesterowie. Sheppardowie od zawsze byli rodziną. Rodziną w każdym słowa tego znaczeniu. Winchesterowie byli jak trzyosobowy oddział wojska z czego po wielkiej kłótni nie przychodziło słońce tylko pochmurne niebo wisiało nad ich głowiami przez wiele mil ciągnącej się drogi do nikąd. Młodszy Dean czasem łapał się na że w jakiś pokręcony sposób chciałby żeby jego życie, nawet jeśli miałoby być tak poplątane jak jest, to wolałby żeby było ono podne do tego Sheppardów. Szczególnie po tym jak Sammy dał nogę po wielkiej kłótni z ojcem i przez dłuższy czas nie dawał znaku życia. Nawet swojemu bratu. A to bolało najbardziej. Iriss pewnie nie zrobiłaby tego swoim braciom. Veronicka pewnie bez przeszkód pozwoliłaby najmłodszej iśc inną drogą, dopingując ją dodatkowo. A John? Niemal wyrzekł się Sam'a, traktując go jak żołnierza który zdezerterował z pola bitwy. Dean? Zbyt urażony nie miał zamiaru wyciągać pierwszy ręki, zmuszony do tego by pozostać wiernie przy ojcu sam na sam ze swoimi koszmarami, które dręczą go do dziś tylko że aktualnie przybrały na okrucieństwie. Te dwie rodziny były tak różne i zarazem tak podobne do siebie.
Można by było tez polemizować nad tym czy dusza Dean'a została uratowana - wyszedł z piekła ale nie był tym samym człowiekiem. Jego dusza była...na pół pusta. Ale nie będziemy o tym dyskutować. Ważne że żyje i ma okazje do skopania tyłka temu przez którego to wszystko się dzieje. I nie, nie mamy teraz na myśli Sama. Tylko Lucyfera. Dla jasności.
A co do długu. Dean jakoś nie zamierzał egzekwować od Iriss jakiegokolwiek długu za to że ją uratował. Nie chciałby żeby ona próbowała narażać swoje życie dla niego. Przecież nie po to ją ratował. Był tam, pomógł, bo tak zrobiłby każdy inny. Więc bez takich. Wystarczy piwo. Ewentualnie ten masaż, ale to kwestia negocjacji.
- Tak, fetysz. Od zawsze kręcili mnie chłopcy w zielonych mundurach i skarpetkach niemal do kolan. - prychnął, rzucając w Iriss zwinięta w kulkę serwetką. NIe żeby wcześniej wycierał w nią usta po jedzeniu, ale to szczegół. I na szczęście jego słów nie słyszał nikt po za panią łowcą bo było by nie przyjemnie.
- Kelnerka śmierdzi tutejsza kuchnią co nie jest takie apetyczne. Bo może ma dorodne - nie chcąc kończyć zdania słowem, postanowił pokazać Sheppard o co mu chodzi. Dlatego teraz siedział z niezwykle poważną miną gdy dłońmi pokazywał na swoim torsie co takiego ma dorodnego ta kelnerka.
Potem przeniósł spojrzenie na Iriss, wybuchając krótkim, wcale nie takim znowu wesołym śmiechem.
- Podejrzewam że w takim stanie mnie jeszcze nie widziałaś - mruknął, ignorując komentarz jakoby wypadł z formy. Trochę zbyt szybko zmieniał mu się nastrój ale dziś mu wybaczmy. Każdy łowca ma prawdo do jednego dnia w roku gdzie będzie zachowywał się jak depresyjno-maniakalny samobójca. - Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, że to widzisz... po co ten pośpiech? Dzieci ci płaczą czy co? - tak jak Iriss rozejrzał się po pomieszczeniu ale jakoś nie zauważył żeby ktoś na dłużej się nimi zainteresował. Albo robili to tak wprawnie, że nie dało się teog zauważyć.
- Może. - wzruszył ramionami, wstając z ławki na której siedział i wyciągnął z kieszeni pieniądze by uregulować rachunek. Odliczał dolar po dolarze, nie majac zamiaru zostawiac ani centa napiwku dla pani kelnerki, kiedy to Iriss poczuła zew przygody i postanowiła pobawić się nożami. Na twarzy Deana znów pojawił się uśmiech, który zaraz zszedł gdy do zamroczonego piwem umysłu dotarło to, co kobieta mowi do jakiegoś bruneta. Fakt, nie widział go tu wcześniej. Ale Dean siedział w ciemnym kącie, więc ten tutaj też mógł się gdzieś skryć. Jednakże skoro pani łowca przybrała minę bojową coś musiało być na rzeczy. I raczej nie podobało sie WInchesterowi że Iriss próbuje nim kierować. Może w innych okolicznościach uznałby za zabawne to, że dziewczyna ciągnie go za koszulę i pewnie rzuciłby kilka szczeniackich uwag na ten temat, ale teraz tak łatwo nie ma. Nie po to Dean Winchester brudził sobie ręce w nadnaturalnym burdelu by teraz jakiś niewiadowski gość tak po prostu sobie odszedł. Tym bardziej że Iriss zareagowała tak jak zareagowała. A on, pan wybawiciel, nie bedzie uciekał od zagrożenia. Zabraniał mu kodeks rycerski, którego i tak nie znał, i wypite piwo.
Aż dziwne że nie poprosił najpierw o przerwę by skorzystać z toalety.
Zepchnął z koszuli swojej dłoń Iriss, szybkim krokiem dogonił pana nieznajomego, przy okazji wyciągnął srebrną sierpówkę z kiszeni kurtki i chlupnął jej zawartością w George'a.
- Nie demon - Dean nachylił się do Iriss przekazując szeptem odkrytą informację a potem uśmiechnął się do czarownika którego potraktował wodą święconą, chyba nawet nie zdając sobie sprawy z tego że w barze ucichło a wszystkie, ale to wszystkie spojrzenia były skierowane na tą trójkę.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Baron Cygański on Sob Paź 20, 2012 11:29 am

Kojot, widząc to wszystko, poczuł się nieco zawiedziony. Dwoje łowców, którzy nazabijali już sporo różnych istot, plus czarownik, któremu udało się wyzwolić z mocy demona i reagują w ten sposób?
Tak, bo Kojot zdążył zrobić sobie szybki research, zanim wziął się za psucie życia akurat im. Prawdę mówiąc, o Deanie słyszał już wcześniej i skojarzył go z widzenia. Dlatego zainteresował się dziewczyną, z którą on rozmawiał. A na Willa trafił przypadkiem, wybierając pierwszego-lepszego, który mu się trafił i wyraźnie nie miał co ze sobą począć.
I ta własnie trójka reagowała taktycznym odwrotem. A raczej - dwójka, bo przynajmniej Dean zrobił mniej więcej to, czego Kojot się spodziewał: zaczął sprawdzać Willa.
Bóg uśmiechnął się z uznaniem i pstryknął palcami pod stołem, tak, żeby przypadkiem żadne z nich tego nie zauważyło, i nie zwróciło na niego uwagi.
Nie uciekniecie mi tak łatwo, dzieciaki. - pomyślał pod adresem Iriss i Billa.


Alternatywna rzeczywistość Kojota
STARY LAS

Tym razem obyło się bez większych sensacji żołądkowo - wizyjnych. Po prostu - w jednej chwili wszyscy troje stali w obskurnej knajpie, a w następnej już w starym, ciemnym lesie, wyglądającym trochę jak z nieco przerysowanych horrorów Tima Burtona. Kolorystyka ogółu świata mieściła się w niebieskościach, choć na zdrowy rozsądek, nie powinno tak być. Ale było. I nawet nie wyglądało to specjalnie dziwnie, póki ktoś nie zwrócił na to uwagi.
Dzień wyraźnie chylił się ku końcowi. Słońce zapewne jeszcze wisiało gdzieś tam na niebie, nad warstwą ciemnych, szaroniebieskich chmur, ale nie było to takie znów całkiem pewne. W każdym razie - żaden promień nie sugerował najmniejszego zamiaru przebicia się przez wodę, wiszącą w powietrzu, przynajmniej przez najbliższy miesiąc. Robiło się coraz ciemniej. Cienie wysokich, grubych i dziwacznie powykręcanych drzew wydłużały się z każdą minutą, sięgając coraz dalej i dalej i zabierając drogę, na której wylądowali nasi bohaterowie. Jedyną drogę. Można było tylko iść do przodu albo się cofnąć, co siedzące na - przypominających szpony - gałęziach kruki, skwitowały sarkastycznym krakaniem.
Jasne, można by było też próbować przebijać się przez krzaczory, za pomocą magii albo maczety, co obserwujący wszystko z boku i pozostający na razie niewidocznym, Kojot brał pod uwagę. Tylko raczej niezbyt poważnie, bo i po co ktoś miałby się przedzierać przez bezdroża, mając taki piękny, równiutki trakt tuż przed dziobem, wręcz zachęcający do tego, by nim podążyć?

(Jeśli chcecie, możecie pominąć mnie w rozgrywce, póki nie krzyknę, że chcę się wtrącić, ok? I uprasza się o nie zmienianie drastycznie krajobrazu, czyli np. nie znajdywanie na własną rękę żadnych domów, samochodów, gór czy wyjścia z lasu. ;P )
avatar
Baron Cygański

Liczba postów : 73
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Paź 20, 2012 4:19 pm

Rzeczywiście. Jeśli ktoś tu miał wiedzieć co znaczy żyć normalnie, w rodzinie, pośród osób które Cię kochają i zrobią dla Ciebie wszystko, to była to właśnie Iriss. Mogła skosztować życia, jakie może się tylko śnić Deanowi. Ciepło uśmiechu matki. Ojciec, który w każdą niedzielę robił grilla. Bracia, biegający dookoła, przekrzykujący się nawzajem. Nawet wszystkie rodzinne kłótnie, trzaskanie drzwiami i łzy wspominała pozytywnie. Bo było to wszystko, co miała. Jednak mieli też trochę wspólnego. Obydwoje stracili. Nie mieli już nikogo, poza swoim rodzeństwem. Tylko na nich mogli liczyć. Teraz mogliby uchodzić za bezdomnych. Bo nie mieli nigdzie zameldowania. Miejsca, do którego mogliby wrócić. Bo chyba rodzinne miasteczka jakoś niekoniecznie często odwiedzali. To chyba za dużo wspomnień. Z Veronicą bywało różnie. Ona akurat nie była wzorem do naśladowania dla nikogo. Wieczne kłótnie między nią, Iriss i stojących w obronie siostry bliźniaków kilka razy skończyły się walką, lub ucieczką z domu. Zwłaszcza, gdy już bliźniacy byli na tyle dorośli, żeby iść z nią na polowanie. Kobieta była nieodpowiedzialna i niepoważna. Nie raz naraziła bardzo młodych chłopców. W połowie polowania wracała do motelu pijana, lub w ogóle nie wracała. Panika i wydzwanianie, szukanie jej, tylko po to, by okazało się, że spędziła noc z jakimś obleśnym mężczyzną. Bo tak, wtedy dla Iryski większość mężczyzn była obleśna. Dobrze więc, że bliźniacy są od niej te sześć lat starsi. Akurat w najgorszym okresie dla rosnącej łowczyni osiągnęli pełnoletniość i mogli wziąć ją pod swoje skrzydła. Jednak nigdy nie tracili ze sobą kontaktu na dłużej. Chłopcy pilnowali jej jak oka w głowie, za co przez większość czasu była po prostu wkurzona. Ale nie rozstawali się na kilka lat. Nie zostawiali siebie od tak. Niewyobrażalne dla dziewczyny było to, jak John traktował swoich synów. Jakie życie im zafundował. Bo mimo iż ona sama była też łowczynią i została na nią wychowana, to u Winchesterów rzeczywiście różnica była widoczna na pierwszy rzut oka.
Najważniejsze, że Dean wyszedł z piekła. Mimo, iż siedział tam trochę, to jednak wrócił. Iriss dowiedziała się o wszystkim z lekkim opóźnieniem. Mniej więcej w połowie jego ‘nieobecności’. Sama nie wiedziała co o tym myśleć. Często wtedy zastanawiała się, czy sama postąpiłaby podobnie. Czy nie bała by się zbyt bardzo. Nie przeczyła, że to, co mężczyzna zrobił było szczytem głupoty. Jednak poświęcenie jest również czymś wartym podziwu. Tutaj granica była cieniutka. Więc tańczący na niej ludzie byli po prostu wściekli, zdezorientowani i przybici. Zwłaszcza Ci, dla których bracia nie byli tylko kolegami po fachu. I choć dziewczyna nie chciała się do tego przyznać, to wiadomość iż paktu zerwać się nie dało, ją zabolała. Szczegółów swojej reakcji nikomu nie zdradzi. To jej słodka tajemnica i jest zbyt dumna, żeby się do tego przyznać. Jednak do refleksji, długich i głębokich ją to zmusiło. Na dość długi czas. I przy przerabianiu tyłka Lucyfera na polędwice Dean może liczyć na pomoc Iriss. Bo to właśnie przez jego zabawy tak to się skończyło. Gdyby nie jego głupie gierki Sam by nie zginą, Dean nie musiałby zaprzedawać duszy, z głębokiego żalu po utracie, a raczej niemożności pogodzenia się z tym. Nikt by nie zginął. I nikt by nie powrócił. Wszystko byłoby lepiej. Teraz Dean nie byłby pijany. Iriss pewnie by go tu nie spotkała. Może przy innej okazji, ale nie musiałaby poprawiać mu humoru. Choć nie był on typem wiecznie pełnej energii osoby, z bananem na twarzy. Miał swoje dni melancholii. Jednak co się dziwić, jeśli przynajmniej raz w tygodniu naraża się swoje życie i innych. Jeśli wiesz, że czyjeś dobro zależy od twojej formy.
Dla Iriss nieważne były powody, dla których Winchester ją wtedy uratował. On miał swój kodeks- a ona swój. Obydwoje raczej go przestrzegali, choć wiadomo, wyjątki się zdarzają. Więc dług pozostanie, i dziewczyna go spłaci. Choć jej wybawca może się nawet o tym nie dowiedzieć. Albo nie zauważy zależności. Nie miała jednak zamiaru latać za nim krok w krok i wyręczać go we wszystkim. Kiedyś przyjdzie odpowiednia pora. Będzie wiedziała kiedy. On może też.
Mimowolnie dziewczyna wyobraziła sobie Winchestera przebranego za skauta. Małego, chudego, próbującego rozpalić ognisko. Czy tak by właśnie skończył, gdyby jego matka nie zginęła? Pewnie nigdy nie dowiedziałby się, że potwory z szafy, których tak się bał mogłyby być prawdziwe. A regionalne legendy mają w sobie ziarnko prawdy. Parsknęła tylko śmiechem, zostawiając swoje przemyślenia w głowie, gdzie ich miejsce. Widok Deana w takim stanie, próbującego pokazać damski biust, bardzo dorodny damski biust, był naprawdę komiczny. Na wpół przymknięte oczy, próbujące skupić się na jednej rzeczy i wyrazy, zamieniające się powoli w bełkot były chyba dla niej czymś nowym. W jego wydaniu oczywiście. –Chyba zrobię zdjęcia na pamiątkę.- zaśmiała się delikatnie. On też próbował. Nie gryzł się już tak bardzo ze swoimi dylematami. Przynajmniej miała nadzieję. I miała też nadzieję, że była to trochę jej zasługa. Dalszej wypowiedzi nie skomentowała. Była zbyt skupiona na spojrzeniach otaczających ich ludzi. Nieprzyjaznych spojrzeniach. Dean miał prawo tego nie widzieć. Nie znał sytuacji, ani otoczenia. Tylko właśnie wtedy wszystko musiało się spieprz. A szło im już tak dobrze. Mieli zaraz opuścić to miejsce. Bez żadnych szkód, co może trochę poprawiłoby jej stosunki z barem. Ale przecież nie mogła od tak sobie tu posiedzieć chwilę, nie ściągając zaraz jakiś kłopotów. Gdyby nie panowała nad sobą tak dobrze i nie była świadoma konsekwencji wyciągnięcia sztyletu w tym miejscu, już dawno byłby przystawiony do szyi typka, który nagle pojawił się znikąd i na dodatek kłamał. Nie chciała jednak kłopotów. Pozwoliła mu więc odejść. Nie obchodziło jej to w tej chwili. Dopadnie go poza drzwiami lokalu. Tam będzie mogła pozwolić sobie na coś więcej. Jednak chyba zbyt uważnie mu się przyglądała, bo nie zauważyła kiedy pijany Dean jej się wyrwał i postanowił odstawić niezłą scenkę. Próbowała doskoczyć do niego i powstrzymać przed chluśnięciem w twarz ‘George’a’, ale nie zdążyła. To z całą pewnością zwróciło większą uwagę. Ba, nawet kilku mężczyzn, wyglądających jakby ważyli ze trzy tony wstało od stolików, zwracając się w ich stronę. W kuchni nagle zapadła cisza. Iriss rozejrzała się niepewnie i nerwowo po pomieszczeniu. Wyjść. Jak najszybciej wyjść. Spojrzała na George’a podejrzanie i podbiegła do Deana, hamując swoim ciałem jego ruch. Chwyciła go za kołnierz koszuli, mocno zaciskając na niej pięści. Stanęła wysoko na palcach, by ich twarze znalazły się na jednej wysokości. Chciała spojrzeć mu w oczy i tak też zrobiła. –Dean, wyjdźmy stąd.- takiego spojrzenia chyba jeszcze u niej nie widział. Pełne błagania. –Teraz, proszę.- wiedziała jednak, że do pijanego człowieka może wiele z tego nie dotrzeć. Nie wiedziała jak wytłumaczyć mu, że nie może zrobić tu rozróby, choćby chciała, bez ujawniana pewnych tajemnic. Czuła się otoczona. Jakby przez mafię z wycelowanymi prosto w ich głowy spluwami. Nieprzyjemne uczucie. Ściskało w dołku, nie pozwalając swobodnie oddychać.
I nagle zapadła ciemność. A gdy otworzyła z powrotem oczy nie byli już w barze. Usłyszała szelest liści. Wciąż ściskała koszulę Deana. Odwróciła głowę. Byli w lesie. W ciemnym lesie. Tylko jak do cholery się tu znaleźli?! To na pewno była sprawka tego typa, który pojawił się koło nich w barze. Puściła Winchestera, odszukując wzrokiem ‘George’a’. I chwilę później przycisnęła go do najbliższego, dziwnie wykrzywionego drzewa, przystawiając sztylet do gardła. Już nie miała widowni, więc mogła sobie pozwolić na większą swobodę ruchów. –Coś ty za jeden i po co nas tu sprowadziłeś?!- jej ton wcale nie był grzeczny. A o szybkim powrocie uwodzicielskiego uśmieszku, jakim jeszcze kilka minut temu obdarzyła Deana można było zapomnieć. W jej oczach pojawiło się coś dzikiego. Jak u zwierzęcia na łowach. I w sumie tak też było. Była łowcą. A ten tu, przyciśnięty do drzewa był jej zdobyczą, którą miała zamiar wypatroszyć, jeśli nie dostanie odpowiednich wyjaśnień. Nie była w nastroju na takie zabawy. A on wydawał się winny całemu zajściu.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by William Blackwood on Sob Paź 20, 2012 7:01 pm

Kiedy Will powoli cofał się ku wyjścia i miał już nadzieje, że w spokoju będzie mógł zorientować się gdzie dokładnie jest. Nagle pijany przyjaciel łowczyni wstał, wyciągnął swoją piersiówkę i oblał czarownika wodą święconą prosto w twarz. W tym momencie William był po prostu wściekły, przetarł twarz dłonią, splunął na ziemie i miał ochotę rozwalić tą całą knajpkę, a przynajmniej tego idiotę, który go oblał. Jednakże w przeciwieństwie do łowcy powstrzymał się. Zastanawiał się tylko co by zrobił gdyby okazało się, że faktycznie jest on demonem. Co by powiedział, tym wszystkim ludziom, gdyby zobaczyli jak jego skóra płonie? Jednak zadawanie tych pytań nie nie pomagało uspokoić jego myśli i złość nadal nie przechodziła, miał wielką ochotę przywalić idiotowi, który oblał go wodą święconą. Niestety, zanim wykonał zamach w konwersacje wkroczyła łowczyni, która uspokajała swojego towarzysza.
Gdy sprawa powoli się uspokajała, William znowu poczuł to samo uczucie jak w hotelu, obraz na jego siatkówce stał się niewyraźny, a świat zaczął wirować. Na szczęście, już drugą ‘teleportacje’ przyjął dużo lepiej. Po chwili zobaczył, że znajduje się na jakimś pustkowiu, gdzie otaczały go tylko drzewa, jednak ku zdziwieniu czarownika, dwójka jego nowych ‘przyjaciół’ także tutaj była. William czuł wściekłość i miał wielką ochotę przelać czyjąś krew i kiedy chciał się dokładnie rozejrzeć, jego wzrok skupił się na łowczyni, która nieoczekiwanie przycisnęła go do jakiegoś drzewa, po czym przystawiła mu swój nóż do gardła. Will uśmiechnął się tylko do łowczyni. - Hmmm, lubię agresywne kobiety. - Niestety nie mógł, długo pozwolić sobie na taką sytuacje, więc skupił swój wzrok na jakimś starym pniu stojącym za łowczynią, po czym w myślach wypowiedział proste zaklęcie, dzięki któremu podniósł przedmiot, a następnie walnął pniem w kobietę, która zaskoczona upadła na ziemie. Po czym William spojrzał z politowaniem na łowców i powiedział swoim ironicznym głosem –Czemu, wy ludzie zawsze obwiniacie innych, za coś czego nie zrobili?! Po co miałbym sprowadzić pijanego łowcę i nie powiem urodziwą łowczynię na jakieś pustkowie? - przeklinał tylko fakt, że dał się tak łatwo podejść, wszystkie jego księgi, worki złego uroku i inne niezbędne przedmioty zostały w jego samochodzie, który stał na parkingu hotelowym w Detroit, a bez nich ciężko będzie wydostać się z tego miejsca. Jednak jak zawsze próbował zachować spokój w takich sytuacjach i choć jego złość nie przechodziła, wtedy spojrzał jeszcze na łowców i stwierdził, że ta dwójka może być bardzo przydatna. – I co będziemy tak tutaj stać … i leżeć? – spojrzał na kobietę. – Czy może razem spróbujemy znaleźć wyjście z tego lasu, po czym każdy pójdzie w swoją stronę i ewentualnie zabiję tego, który mnie tu przysłał? – przewrócił z politowaniem oczami i rozłożył pytająco ręce. Kiedy zamierzał zamierzał się odwrócić i podążać wzdłuż jakieś leśnej dróżki, w niewiadomym kierunku, przypomniał sobie jeszcze jedną wątpliwości i zapytał. – A tak dla jasności, z którego roku pochodzicie?
avatar
William Blackwood

Liczba postów : 16
Join date : 13/10/2012

Zobacz profil autora http://occultus.cba.pl

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Sob Paź 20, 2012 9:31 pm

Dean pamiętał uśmiech matki. Miał ten luksus, w przeciwieństwie do Samuela, że miał wspomnienia związane z złotowłosa kobietą która otulała go do snu i prosiła żeby anioły nad nim czuwały. Pamiętał też jak rodzice się kłócili, wtedy tego nie rozumiał ale to nie miało znaczenia teraz. Pamiętał też jak ojciec zabierał go do warsztatu i pokazał do czego służą narzędzia. To było chyba jedyne takie normalne wspomnienie z Johnem, bo reszta... nie to nie było normalne. Ojciec Winchesterów wyrządził im straszną krzywdę zabieraj dzieciństwo i zarażając swoją obsesją. A potem umarł oddając duszę by jego starszy syn mogł żyć. Ale to oddawanie duszy demonowi było chyba tradycją Winchesterów. Najpierw Mery, potem John i Dean. Duszy Sama pewnie nie chcą, dlatego ten nie ma co oddawać. Rodzina Adamsów przy nich to pikus. Więc nawet jeśli Veronicka nie była przykładnym opiekunem to na pewno miała w sobie więcej cieplejszych uczuć niż John. I nie traktowała dzieci swojego brata jak pieski które trzeba wytresować. oj, brzydkie porównanie.
Jednak zostawmy sprawy rodzinne. I duchowe, bo te dwie rzeczy są tematem tabu. Przynajmniej dla Dean'a. Nie chce o tym rozmawiać ani wspominać.
Zostawmy wszystko inne, ratowanie tyłków, świata i całą resztę. Zostawmy to, bo śmiech Iriss był przyjemny i zmuszał do odwzajemniania go, więc Dean chcąc nie chcąc zaśmiał się radośniej, ale krótko. I to wystarczyło na razie.
- Żadnych zdjęć Sheppard, zachowaj ten obraz w swojej ślicznej główce - mruknął jeszcze zanim wydarzyło się to co sprawiło, że spojrzenia były skierowane na nich.
Znowu to zrobiła. Znowu próbowała go powstrzymać - trochę poirytowało to Dean'a który jakoś powstrzymał się by nie rzucić do Iriss tekstu w stylu 'idź do samochodu, dorośli musza porozmawiać'. A to wszystko dlatego że jej przeważnie stanowczy głos brzmiał nieco inaczej.
Spojrzał w błagające oczy Iriss i lekko zdekoncentrowany tą nowością spojrzał na Georga. Właściwie to mogliby wyjsć bez żadnych przeszkód, każde by się rozeszło w swoją stronę jednak dobra bójka nie jest zła, pomogłay oczyścić Dean'a z nagromadzonego napięcia i skupić uwagę na czymś innym, bo nawet jeśli teraz już jego głowę zaprzątały myśli nie związane z bratem i tym co sie z nim wiąząło, to pewnie rano obudzi sie z bólem głowy i myśli te powrócą. A tak to by się obudził z obolałą twarzą i dłońmi, i zastanawiałby się czy przyłożyć zimna puszkę coli czy może jednak iść i kupić stek na opuchnięte oko. O ile w ogóle oko byloby napuchnięte.
Jednak nie było ani jednego uderzenia. Przynajmniej na razie, bo nagle obskurny bar zniknął a jego miejsce zajął las. W sumie był pijany ale jeszcze jakoś się orientował co i jak więc nagła zmiana scenerii Deanowi wydawała się co najmniej podejrzana.
- No kurwa zajebiście - warknął rozglądając się dookoła.Ciemno, głucho, nieprzyjemnie. Nawet taki łowca jak on może poczuć lekki dreszcz na plecach kiedy spogląda się na cienie rzucane przez drzewa. A potem spojrzał na Iriss i automatycznie pokręcił głową. Jak zwykle rzucała się pierwsza strasząc swoimi zabawkami i w sumie nawet nie zamierzał się na razie wtrącać chcąc zobaczyć jak Sheppard to rozegra. I póki co nawet było zabawnie, do póki z ust Williama nie padł komentarz o agresywnych kobietach. W tym momencie na twarzy Dean'a pojawił się grymas niezadowolenia. Nie podało mu się to jak George odnosi się do łowczyni. Ani to, co zrobił z nią później.
- IRISS - nie zdawał sobie sprawy z tego że krzyknął, odwracając się w kierunku kobiety i zamiast iść jej pomóc czy coś, swoje pijackie, pełne złości spojrzenie utkwił w czarowniku. Nie wolno rzucać kobietami, proszę pana. Chyba że sa to wampirzyce, guhle czy inne śmierdzące stworzenia. Ale kobietami sie nie rzuca. Za to mężczyznami a owszem, można. Szczególnie tymi podchodzącymi pod śmierdzące stworzenia.
- Nie udawaj sukinsynie - Dean warknął i podszedł, nie to za delikatne słowo, dopadł Williama łapiąc go za poły kurtki którą miał na sobie i rzucił na najbliższe drzewo. Pewnie też zaraz mu się oberwie ale najpierw był czas na jego ruch. - Nie wiem o czym pieprzysz, ale masz natychmiast... - zacisnął mocniej palce na kurtce mężczyzny szukając odpowiedniego slowa - no zrobic to, co robisz żebyśmy znowu byli w tej pieprzonej knajpie a nie tutaj. I bez sztuczek, na prawdę do jasnej cholery nie mam na to ochoty.
Chyba domyśleć się można że Dean pomylił osoby. Był święcie przekonany że gość który stoi przed nim to jego stary znajomy, Trickster, który postanowił sobie pożartować z Winchestra jak to miał w zwyczaju robić. Tylko że Deanowi nie było do śmiechu, najchętniej by zabił gada ale jak na złość gość znajduje sposób żeby go przechytrzyć. A to wkurzało jeszcze bardziej. I na dobrą sprawę nawet nie podejrzewał że jest jeszcze ktoś, kto lubi sobie stroić żarty z ludzi, i na ciasto jagodowe, jak tylko Dean się dowie że gdzieś tam siedzi sobie jakiś tam bóg i je sernik, robiąc sobie z nich reality show, to Winchester chętnie skopie mu tyłek.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Paź 20, 2012 11:06 pm

Wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, to było wszystko, co nasza dwójka bohaterów wiedziała o rodzinie. Co by się później nie działo, mimo różnic i podobieństw, ich życie zostało po prostu skrzywione. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby tak żyć. Polować na istoty, o których ludzie żyjący tak, jak powinni co najwyżej mogli poczytać, czy obejrzeć film. Nie pomyśleliby, że mogłoby to być prawdą. Że takie wampiry rodem ze zmierzchu, tylko o wiele bardziej obleśne (choć, nie wiem, czy klata Kólena przypadkiem nie jest gorsza) mogą nagle wyskoczyć zza rogu i wyssać Ci krew. Żyjąc w normalnej rzeczywistości, a nie w jej cieniu, ma się inne problemy. Za życiową decyzje przyjmujesz wybór szkoły i kierunku studiów. A nie to, za kogo oddasz swoją duszę i czy przypadkiem będzie warto. Nie walczysz o przetrwanie. O życie innych osób, których nie znasz. I które nawet nie zapamiętają Twojego imienia. Lub nigdy go nie poznają. Zdarzały się oczywiście wyjątkowe sytuacje. Dzięki którym łowca czuł, że to, co robi nie jest niepotrzebne. Ratując życie niektórych osób, widok głębokiej wdzięczności w ich oczach był naprawdę bezcenny. Po takich akcjach aż miało się ochotę na kolejne. Niestety ten entuzjazm gasł równie szybko, jak się pojawiał. Negatywy tego trybu życia wyraźnie górowały nad pozytywami. Tłumione emocje, samotność, bark rodziny i jakiejkolwiek stabilności, widok śmierci innych osób. A to był tylko początek. To życie po prostu nie było łatwe. I też dziwić się, że tak wiele osób weszło na tą ścieżkę, nie zbaczając z niej do końca, na dodatek pociągając za sobą cały sznurek kolejnych ciał. Iriss nie miała pojęcia ile setek , czy tysięcy lat istnieje ten zawód. Czy był on kiedyś ogólnie akceptowany, czy zawsze ludzie, którzy decydowali się podjąć wyzwania musieli kryć się w cieniu. Mimo wszystko cieszyła się, że jej życie wygląda tak, a nie inaczej. Nie chciałaby być nieświadoma. Czuła, że w taki sposób się spełnia. Nie oczekiwała nigdy niczego więcej. Nie potrafiłaby żyć stabilnie i wychowywać teraz dzieci. Już na pewno nie ze świadomością, że coś czyha za rogiem. Czułaby się niepotrzebna. Jakby minęła się z powołaniem. Można to jednak wytłumaczyć faktem, iż po prostu niczego innego nie miała. Przyzwyczaiła się i zaakceptowała swój los. Może rzeczywiście tak było. Może gdyby tylko ktoś wyciągnął ku niej dłoń, ona chwyciłaby się jej kurczowo, próbując wyjść z tego bagna. A gdyby już zobaczyła jak wygląda życie poza nim, omijałaby je szerokim łukiem. Nie było to jednak miejsce, ani pora na takie gdybanie. Zdecydowanie wolała cieszyć się dźwiękiem szczerego śmiechu Deana, jaki udało jej się z niego wydobyć. –Ten obraz na pewno pozostanie tu na bardzo długo.- znów się zaśmiała. Czasem takie chwile relaksu i zapomnienia były naprawdę dobre. Zapomniała po co tu przyszła, co czeka na nią za oknem i do czego musi być przygotowana w każdej chwili. Nie trwało to jednak długo. Świadomość powróciła. Mimo wszystko, na jej twarzy wciąż tańczył słodki uśmieszek.
Jednak takie chwile w ich życiu długo trwać nie mogą. Coś zawsze musi im to zepsuć. Jakby wszechświat wyczuwał rodzaj ich energii, i bawiąc się w układanki dopasowywał inne, równie mroczne elementy. Dzień spokoju. Czy to naprawdę tak wiele? Ba, nawet nie dzień, a wieczór. Na bójkę w tym miejscu Iriss by nie pozwoliła. Już prędzej sama podbiłaby Deanowi oko, by go uspokoić, niż dała mu się wykazać i wyżyć. Nie w tym miejscu. Nie, gdy ona siedzi obok pod ostrzałem kilku nieprzyjemnych par oczu. Bycie w centrum uwagi nigdy nie leżało w naturze Sheppard. Może dlatego właśnie, czując na sobie spojrzenia wszystkich zebranych wzdłuż linii jej kręgosłupa przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Powstrzymanie Deana przed dalszymi łowieckimi zabawami było teraz największym priorytetem. No ale wtedy pojawili się w lesie. I pewnie, gdyby nie trzymała tak mocno Deana, to wylądowałaby na podłodze. Tak się jednak nie stało. Miała więc okazję przyłożyć swój sztylet, którego obecność przez ostatnie minuty bardzo dawała jej o sobie znać. Robił się coraz cięższy, prosząc o użycie. No i nie mogła mu odmówić. Już nabierała powietrza, by coś powiedzieć, gdy nagle przyciśnięty przez nią do drzewa chłopak zaczął coś szeptać. A potem leżała już na ziemi, walcząc z tańczącymi przed jej oczami gwiazdkami. Szelest liści i skrzydeł głośno kraczących ptaków, oraz głos Deana, wykrzykującego jej imię odbijał się echem od ścian jej obolałej czaszki. Mocno dostała. Znowu. Niedługo na jej mózgu pojawią się stałe uszkodzenia. Zostanie warzywem. I umrze. A wtedy wróci i zemści się na każdym, kto się do tego przyczynił. Słyszała też głos George’a, ale nie rozumiała słów, jakie wypowiadał. Ciągle szumiało jej w szach. Jęknęła, próbując się podnieść. Udało jej się w końcu usiąść. Jej wzrok odzyskał ostrość. Lecz sceneria się nie zmieniła. Ciągle otaczał ją las. Ciemny, ponury, cały we mgle. Widoczność była naprawdę kiepska. Co jakiś czas liście nienaturalnie wykrzywionych drzew gwałtownie szeleściły, wypluwając ze swoich koron czarne jak smoła, piekielne ptaki. Scena rodem z horroru. W tym momencie powinien wyjść z krzaków jakiś koleś w masce, z upiornym, ociekającym krwią narzędziem w jednej dłoni, a w drugiej z głową jakiejś laski. Ale na szczęście nic takiego się nie stało. Tylko Dean wziął z niej przykład i powtórzył jej sztuczkę z drzewem. Tylko, że on był chyba bardziej wściekły. I mówił, jakby znał tego gostka. W barze wydawało się inaczej. Jej głowa doszła do normy. Tylko czuła pulsujący ból w miejscu, w którym oberwała. I ona też się wściekła. Jak ten palant w ogóle śmie rzucać w nią tak twardymi przedmiotami. Na dodatek jest jakimś cholernym czarownikiem. Chwyciła pień, którym dostała. I przypomniały jej się ostatnie słowa, jakie usłyszała z jego ust, tuż przed zaklęciem. –Agresywne kobiety, tak? A mamusia Cię nie uczyła, że nie wolno ich bić?- No i wtedy wycelowała w jedyne słuszne, jak jej się wydawało, odsłonięte przez Deana miejsce, na ciele czarownika. Punkt, w który żaden mężczyzna nie chciałby dostać pniem, od rozwścieczonej kobiety. No, i jakby ktoś się nie domyślał- prosto między nogi. Bo Iriss to mściwa kobieta, nie lubiąca mieć długów. Więc jakby to powiedzieć, oko za oko, ząb za ząb. W negatywnym i pozytywnym znaczeniu. –To też Ci się podobało, ha?- Stanęła, krzyżując ramiona na piersiach. Miała nadzieję, że Winchesterowi uda się wyciągnąć od tego skrzata, przyciśniętego do drzewa, z obolałymi klejnotami, jakieś informacje i szybko będą mogli wrócić do normalnego świata, żeby czarodzieja unicestwić. Bo raczej zostawić go w spokoju nie mają zamiaru. To nie byłoby w ich stylu.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by William Blackwood on Nie Paź 21, 2012 2:54 pm

William niezadługo nacieszył się wolnością od natarczywych pytań i niepotrzebnych szarpanin. Jeszcze nie skończył swojej ‘wielkiej’ przemowy, a drugi łowca poszedł za śladami swojej przyjaciółki i zrobił dokładnie to samo co ona. „Czy ludzie nigdy nie uczą się na błędach?”, pomyślał czarnoksiężnik. Jednakże zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, bądź zrobić, łowczyni walnęła go w intymne miejsce, czyli w jego klejnoty. Niekomfortowa sytuacja nie pozwalała, Willowi nawet się skulić, więc zdołał tylko wykrzyczeć –Zabiję cię, zdziro! – Jednak nie chciał ponownie używać magii, bo poco ich teraz zabijać? Chociaż i tak byłoby to trudne, nie mając swojej księgi, ani żadnych przydatnych do stworzenia rytuału przedmiotów. Poza tym, najważniejsze dla Willa było wydostanie się z tego pieprzonego lasu. Więc, uspokajając się powiedział, powolnym i spokojnym głosem.
- Czy wy mnie idioci słuchacie?! To nie ja was tu przysłałem!
avatar
William Blackwood

Liczba postów : 16
Join date : 13/10/2012

Zobacz profil autora http://occultus.cba.pl

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Pon Paź 22, 2012 9:54 am

Może to było trochę nie fair. Dwóch łowców na niewinnego czarownika który obrywał tylko dlatego że jakiś idiota mający się za świetnego kawalarza stwierdził że sobie z nimi trochę podryguje.
Ale Dean nie miał zamiaru pozwalac na to by ktokolwiek tak niekulturalnie zwracał się do Iriss dlatego oprócz tego co Williamowi zaserwowała Sheppard, Winchester dodał coś od siebie - pięść wbita w żołądek nie jest niczym przyjemnym, ale za to przynajmniej Blackwood mógł teraz spokojnie skulić się z bólu, i ewentualnie popłakać jakby miał ochotę, bo Dean już go nie trzymał.
- Nic ci nie jest? - zwrócił się w kierunku Sheppard, przyglądając się jej uważnie. Skoro po takim locie miała siłę na to by złapać za pieniek i uderzyć gościa z takim impetentem... Wlaśnie w tym momencie Winchester pomyślał, że nie chciałby być na jego miejscu. Ale skoro tak dobrze to wszyslo dziewczynie znaczy że nie było źle. Dlatego można się skupić na trzecim człowieku który wpadł w pułapkę Kojota.
- Więc czym jesteś?! - umysł Winchestera nabierał jasności, adrenalina powoli sprawiała że jego niedawne wstawienie odchodziło w niepamięć. - Po za tym, na prawde myślisz że ci uwierzę? - nadal stał przy swojej teorii i nie zamierzał odpuścić. Trickster lubił się tak nimi bawić, więc czemu teraz miał tego nie robić? A nawet to że użyto tutaj magii nie dało Deanowi do myślenia, a przecież powinno, nie? Chociaż, gdzieś tam w podświadomości przedzierał sie cichy krzyk 'Anioły', bo te skurczybyki też potrafiły wiele o czym niejednokrotnie mógł się przekonać na własnej skórze.


/o kwak, jakie krótkie xD no ale nie mam już czasu na coś dłuższego a nie chce Was blokować <3 /
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Pon Paź 22, 2012 2:30 pm

Szczerze Iriss też nie chciałaby być teraz w skórze Williama. Dwóch rozwścieczonych łowców, w tym jedna kobieta, która oberwała od płci przeciwnej- co nigdy nie kończy się dobrze, a ona na dodatek umiała posługiwać się bronią. Co jednak ta dwójka miała zrobić? Ich podejrzliwa, osądzająca natura wzięła górę. Bo kogo innego mieli obwiniać. Gdyby zostali w barze, otoczeni przez kilkunastu innych ludzi, może wtedy szukaliby winnego gdzieś indziej. Jednak teraz byli tu tylko we trójkę. Dwóch znających się łowców i jakiś jeszcze jeden niski chłoptaś, który pojawił się znikąd. To było oczywiste, że go nie słuchali i byli podejrzliwi, a nawet nerwowi. Mieli trochę inne plany na wieczór. No, przynajmniej perspektywę tych planów, która dopiero rodziła się w ich głowach. Na pewno jednak nie chcieli skończyć tak. W ciemnym lesie, wyglądającym naprawdę, jak z jakiegoś sennego koszmaru. Nierzeczywiste kolory, dziewczynie, nienaturalnie wykrzywione pnie wysokich drzew. I śpiew kruków, wywołujący na ciele dreszcze. Widoczność była naprawdę ograniczona. Mgła otulała ich z każdej strony, plącząc się we włosy, zwinnie unikając zamknięcia w pięści. Irytacja, niepokój i zdezorientowanie coraz bardziej narastały. Nie tylko w dwójce łowców. W czarowniku również. Było to widać po jego wyrazie twarzy. Nie ważne jak dobrze starałby się to ukryć. I tak każdy tu zebrany by to wiedział. I tyczyło się to każdego, stojącego teraz na wilgotnym, leśnym torfie. Ale na razie i tak wściekłość brała nad wszystkimi górę. Iriss, powinna być w szoku pourazowym, leżąc oniemiała na ziemi i nie ruszając się, albo nawet wmiatając, bo kto wie, czy to magiczne uderzenie nie wywołało wstrząsu mózgu. Nie przejmowała się teraz tym. Była zła. Bardzo zła. Nie wiedziała kim jest tym mężczyzna. Co tu robi i po co jemu na dodatek oni, ale nie to doprowadziło ją do wyższego poziomu poirytowania. Uderzył ją jakimś pniem. Co za niewychowany dupek! Zero taktu. Proszę bardzo, mógłby ją znokautować, przycisnąć do drzewa, tak jak ona jego, rzucić jeszcze kilka seksistowskich tekstów, co również doprowadziłoby ją do wściekłości. Ale jeśli nie był winny, nie powinien od razu walić ją w głowę aż do nieprzytomności. Krótkiej, ale jednak. Bo głowę miała mocną. Już nie raz oberwała, więc się trochę uodporniła. Dlatego zadała mu cios w miejsce, w jakie żaden mężczyzna by nie chciał. By pokazać mu, że to, co tam ma, o ile w ogóle coś ma, nie powinno mu wyrosnąć. Potrafiła być subtelna, prawda? Może następnym razem pomyśli dwa razy, zanim coś zrobi. Na duchu podniósł ją również fakt, że Dean się za nią postawił i zadał kolejny mocny cios George’owi. Na jej twarzy pojawił się bardzo nieładny, wredny pełen satysfakcji z bólu, zwijającego się w kłębek faceta pod drzewem, uśmiech. Nie to, że lubiła, gdy ktoś cierpiał… jak zasłużył to i owszem. I nie zastanawiała się nad słowami, które wcześniej poszkodowany wypowiedział. Niezbyt dobrze je słyszała, bo szumiało jej w głowie od uderzenia. Adrenalina jej opadła, w przeciwieństwie do trzeźwiejącego Winchestera. Ból i zawroty głowy wróciły. A już myślała, że pozbyła się ich na dobre. Jednak, czego się spodziewać po oberwaniu sporym kawałkiem drewna, z magiczną siłą? –Wszystko dobrze.- odpowiedziała łowcy, uśmiechając się przelotnie. Tak, żeby go uspokoić. Nie było to teraz miejsce, ani czas by zajmować się takimi rzeczami, jak boląca główka Iriss. Przecież od tego nie umrze. A kłamcą była dobrym. Tak więc Dean nie powinien nic podejrzewać i puścić jej upadek w niepamięć. Schyliła się po sztylet, który upuściła. Schowała go tam, gdzie zawsze. Czyli przypięty do paska pokrowiec, tak by nie rzucał się w oczy. I rzeczywiście, gdy nie chciała, ludzie nie zwracali na to uwagi. No, chyba że Ci bardzo wścibscy. Na szczęście miała jeszcze kilka asów w rękawie, więc nie było się co obawiać. Iriss zawsze da radę wyjść z opresji. No… prawie zawsze. Ale to szczegół, o którym nie powinno się mówić głośno. –To czarownik.- ten pień raczej nie rzucił się w jej stronę sam. Na dodatek pamiętała, że coś szeptał. Co więc innego pozostało? Iriss nie była głupią dziewczyną. Gdyby tak było, nie staliby tu teraz. Ona byłaby martwa, a Dean leżałby już pewnie pod stołem w barze, próbując śpiewać swoje ulubione piosenki. Tak więc jej głowa była na karku. Mimo iż w tym momencie strasznie ciężka i nie pozwalająca się skupić. Świat wirował delikatnie, choć chwilami mocniej. Ale ona nie podda się temu tak łatwo. Jako waleczna osoba, będzie stać na nogach, aż nie straci przytomności. A na to się nie zapowiadało.
Mimo, iż sztylet był schowany, Sheppard ciągle trzymała na nim swoją dłoń, zaciśniętą na rękojeści. Srebrne ostrze błyszczało delikatnie pośród mgły. A intensywne spojrzenie łowczyni wywiercało dziurę w czole czarownika. -Radzę Ci szybko się przyznać i odesłać nas z powrotem do tego baru, albo wytnę Ci ładną pamiątkę na plecach. A potem przywiążę do drzewa i zostawię na pastwę kruków. Czary Ci nie pomogą.- czego innego, jak nie gróźb można się spodziewać po kobiecie, której popsuło się wieczór? Różnica między tą groźbą, a milionem innych wyrzuconych tego dnia była taka, że Iriss rzeczywiście była w stanie to zrobić. I wcale by się nie zawahała odciąć tej szumowinie język, jeśli znów spróbowałby czymś w nią rzucić. Przydałaby jej się teraz lina. Bardzo o niej marzyła. Przywiązaliby ten zbędny worek mięsa do drzewa i poszli szukać wyjścia, jeśli nie chce współpracować. Mieli okazję na miłą pogawędkę. Ale William ją zaprzepaścił.
O Aniołach, a tym bardziej Tricksterze dziewczyna nie miała pojęcia. Zaistniała sytuacja była dla niej nowością. Nie wiedziała więc za bardzo jak mieliby się stad wydostać. Spotkała się jedynie kiedyś z dżinem. Ale on załatwiał sprawę trochę inaczej. Nie śniła. Byli w jakiejś pułapce. Tylko jak do cholery się tu znaleźli? I jeśli to rzeczywiście nie sprawka tej dziwki demonów, to czyja?


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by William Blackwood on Pon Paź 22, 2012 7:19 pm

W pewnym momencie, cała ta sprawa stała się strasznie nudna. Will miał naprawdę wielką ochotę pozbyć się tej dwójki. Jednakże nie miał swojej księgi, więc czy udałoby mu się samemu uciec z tego lasu? Nie wiadomo, na pewno byłoby to trudne. Jedynie z czego mógł się cieszyć, to że po kolejnych bolesnych ciosach, łowca w końcu go puścił, po czym samoistnie upadł na ziemie. Jednakże dosyć szybko się podniósł i podpierając się o drzewa, w spokoju wysłuchał konwersacji dwójki łowców, która okazała się bardzo pożyteczna, dla czarodzieja. Dowiedział się, że ma wielką przewagę nad Dean’em i Iriss, a mianowicie nie mieli pojęcia z kim, a taktowniej ‘czym’ mają do czynienia.
- Hmmm, czy wy mi grozicie? Jeśli uważacie, że to ja was tu przysłałem, to równie dobrze mogę was wysłać na Syberię, a podobno o tej porze roku jest tam przepięknie. – po czym pstryknął taktownie palcami. – Achh, chyba się nie udało! Wyczerpałem dzienny limit wysyłania bandy debili w jakieś odludzie. –Po chwili, jednak Will stwierdził, że jeśli chcą za wszelką cenę trafić do swojego zapchlonego baru, to czemu i nie? – Chociaż mam dla was pewną propozycje, jeśli mi pomożecie, może uda mi się przesłać nas wszystkich z powrotem do ‘domu’. – czarownik nie miał jeszcze dokładnie pojęcia co uczynić, jednakże można było założyć, że nie jest to nic dobrego.
avatar
William Blackwood

Liczba postów : 16
Join date : 13/10/2012

Zobacz profil autora http://occultus.cba.pl

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Baron Cygański on Pon Paź 22, 2012 7:55 pm

Kojot z zainteresowaniem słuchał całej tej wymiany zdań. Musiał przyznać, że zaimponowała mu wreszcie ta cała Iriss. Nareszcie zaczęła się zachowywać jak łowca, a nie jak strachliwe dziecko.
Choć z drugiej strony, może wcześniej zwyczajnie nie chciała zwracać na siebie uwagi...? Tak, tak właśnie należałoby przyjąć. Bo sądząc po tym, co teraz wyprawiała, jednak miała pazurki. I dobrze!
Niemniej, cała ta rozmowa po jakimś czasie zaczęła być nieco nudnawa. Kojot ziewnął sobie w duchu serdecznie. Ileż można się czepiać jednego gościa, skoro wyraźnie powiedział, że to nie jego sprawka? Poza tym, skoro tak bardzo chcieli się stąd wydostać, to czemu nie zwracają uwagi na to, że są na drodze i że może dobrze by było nią pójść, w tę albo wewtę?
Kojota zainteresowało ostatnie zdanie, wypowiedziane przez czarownika. Naprawdę, sądził, że może sam stąd wyjść? Ciekawe, jak?
Choć, może to był tylko blef. Może zwyczajnie chciał jeszcze bardziej rozdrażnić dwójkę łowców, w porywie buntowniczości i odwagi, graniczących z głupotą. Bo mógł sobie być wielkim i silnym magiem, ale z dwójką doświadczonych myśliwych i bez księgi, był niczym. Przynajmniej według boga. Chociaż, może jeszcze będzie miał szansę wykazać, że jednak ma się czym pochwalić.
Mimo wszystko jednak, Kojot postanowił jakoś ich naprowadzić na właściwsze tory, zanim zabiją bogom ducha winnego chłoptasia i zaczną się kręcić w kółko, wrzeszcząc, że chcą do mamy.
Kilkanaście metrów od nich zawiał lekki wietrzyk, gnając stertę zeschłych i bardzo szeleszczących liści wzdłuż drogi.
avatar
Baron Cygański

Liczba postów : 73
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Pon Paź 29, 2012 7:24 pm

Znamy to 'wszystko dobrze'. Znamy doskonale - sam Dean używał tego zwrotu często gdy brat się pytał o jego samopoczucie. I na odwórt też tak było. Ale wiedział też, żę skoro się mówi 'wszystko dobrze' to się dalej nie wnika ale mimo to nie potrafił nie zmarszczyć czoła przyglądając się panience Sheppard z nutą zmartwienia.
Wróć. Co? Dobra, może nadal to piwo w nim działa? No nie ważne.
Winchester miał ochotę jeszcze raz przywalić Williamowi. I jeszcze raz. I może z jeszcze jeden, żeby zamknął tą swoją gębę i dał mu ciszę do tego by móc się zastanowić nad położeniem. Iriss też miał ochotę uciszyć, bo jak na normalną kobietę przystało paplała i paplała dziwne rzeczy, mimo zę to co mówiła było w pewnym sensie interesujące. Dziewczyna na prawdę miała ciekawą wyobraźnie. Nawet Dean spojrzał na nią trochę tak z zaciekawieniem ale tylko na moment bo propozycja Williama przywróciła go z powrotem do lasu.
- Pomóc? Tobie? Nie dzięki, nie pomagam niczemu co pojawia się i znika jak klauny w tym beznadziejnym pudełku - warknął odwracając sie w stronę Iriss. Miał cichą nadzieję że kobieta podziela jego zdanie i nie przyjmie oferty tego kogoś, co niby miał być czarownikiem. Nie do końca w to wierzył, mając na uwadze to że jeśli ktoś chciałby mu dokopać zrobiłby to dokładnie. Jak anioły. Właśnie anioły.
Cass jeśli mnie słyszysz... ale pewnie nie słyszysz, ale jeśli to rusz ten swój tyłek i zrób cokolwiek. Bo jeśli to sprawka twoich powalonych braci to skopie im tyłek tak że nie będą mogli usiedzieć na nich przez kolejne tysiąc lat
Przetarł twarz dłońmi ścierając z niej ostatnie oznaki tego, że jeszcze jakiś czas temu był rozbawiony alkoholem.
- Idziemy - rzucił do pani Sheppard tonem który wskazywał na to że nie przewiduje innej opcji niż pójście przed siebie, sprawdzając czy ma przy sobie jakąś broń - nóż w bucie nadal siedział, ale nie miał nic po za tym. Nawet telefon zostawił w samochodzie, więc zadzwonić się nie dało, chyba że... - Masz telefon? - był już bliżej brunetki niż czarownika i nawet ją minął pokazując tym samym że wcale nie żartował z tym, żę zamierza sam się przekonać kto zafundował im wycieczkę po beznadziejnym, ciemnym lesie. Brakuje tylko żeby nagle zza drzewa wyskoczyło jakieś Wendego, wilkołak albo inne gówno na w czy inną literę alfabetu.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Pon Paź 29, 2012 9:41 pm

Iriss stawała się lekko podenerwowana. Wirujące obrazy przed oczami i pulsujący ból z tyłu głowy wcale nie pomagały jej się uspokoić i zapanować nad sytuacją. Jednak nie byłaby sobą, gdyby pozwoliła teraz emocjom nad sobą zawładnąć. Dla niej zawsze istotna była zdolność samokontroli. Dlatego teraz zacisnęła mocno szczęki, mimo iż sprawiało to większy ból w czaszce. Uśmiechnęła się słodko do Deana, by uspokoić go jeszcze bardziej. Wiedziała, że nie będzie to łatwe, zwłaszcza, że wybrała taką, a nie inną odpowiedź. W gruncie rzeczy najgorszą z możliwych. Każdy głupi domyśliłby się, że to tylko pic na wodę. I wyraz twarzy łowcy mówił sam za siebie. Nie kupił tego. Jednak na ile Deana znała, na tyle mogła stwierdzić, że nie będzie drążył tematu. Zwłaszcza teraz, gdy inne, ważniejsze rzeczy działy się dookoła i potrzebowały natychmiastowej interwencji. Stała? Oczywiście, że stała. I to całkiem stabilnie, miała siłę się ruszać, mówić i trzeźwo myśleć. Będzie więc żyła. –Nie marszcz się, bo Ci tak zostanie. Zajmijmy się naszym kolegą.- posłała pełne nienawiści spojrzenie w stronę pana czary mary. Naprawdę jak nikt inny działał jej na nerwy. Tacy jak on powinni wymrzeć wraz z dinozaurami. I chyba nie tylko ona złapała takie ciśnienie na czarownika. Z wyrazu twarzy Winchestera można było wiele odczytać. Pewnie przez ten alkohol, płynący w jego wojowniczej krwi trudniej mu było panować nad mimiką. Przez chwilę, gdy na nią patrzył, zobaczyła coś czego kompletnie się nie spodziewała. Sądziła, że takim spojrzeniem mogą obdarzyć ją tylko bracia. Jednak u Deana wyglądało trochę inaczej, choć spowodowane tą samą nutą zmartwienia i troski. Bo przecież jej bratem nie był. Choć może i traktował ją jak młodszą siostrę? Na samą myśl miała ochotę się skrzywić, ale tego nie zrobiła. Bo to byłoby jeszcze dziwniejsze. Potrząsnęła lekko głową, by wyrzucić z głowy takie myśli, które ostatnimi czasy coś często do niej wracały. Niedobrze.
Dean nie był jedynym, który chciałby Williama uszkodzić. Bardzo irytujący i głupi osobnik. Więc niech się drugi łowca nie dziwi, że taką wiązankę mu sprzedała. I naprawdę miała ochotę mu to zrobić. I jeszcze splunąć mu pod nogi. Ale przecież nie jesteśmy w średniowieczu. A ona jest wychowaną kobietą. I pluć nie będzie… No dobra dosyć często naginała te regułki, tak jak większość innych, ale nie o tym teraz. Zostańmy przy tym, że wychowano ją dobrze.
Jeśli chodzi o przewagę, to niestety, ale William zbyt wielkiej to jej nie miał. Też nie wiedział co jest grane. I Iriss szybko to odkryła. Słuchając jego słów robiło jej się niedobrze. Zaśmiała się jednak krótko, ironicznie. –To nie jego sprawka.- powiedziała krótko, patrząc na Deana. Potem skrzyżowała ręce na piersi i zwróciła się w stronę czarownika.-On jest na to za głupi.- zmierzyła wzrokiem niemile widzianego towarzysza od stóp do głów, marszcząc przy tym delikatnie czoło. Na pewno nigdy wcześniej go nie spotkała. I mimo jego ciągłych prób przekonania dwójki łowców, że jest po ich stronie, Iriss jakoś wciąż mu nie ufała. Nawet nie znali jego prawdziwego imienia, użył na niej czarów i był prostakiem. –Nie sądzę, żebyś potrafił.- kpiąco orzekła, odwracając się do niego plecami. Nie miała zamiaru z nim współpracować. Rozejrzała się po lesie, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Czegoś, co mogłoby ich doprowadzić do wyjścia, lub chociaż określenia stron świata. I wtedy właśnie poczuła na skórze wietrzyk. Chłodny. Spowodował pojawienie się na jej odkrytej skórze rąk gęsiej skórki. Potarła je lekko, po czym spojrzała w stronę sterty liści, rozwianych na różne strony. Odwróciła się z powrotem do Winchestera, chcąc mu zakomunikować, co właśnie zobaczyła. On kierował się trochę w inną stronę, mimo iż skrzyżował swoją drogę z drogą Iriss. Chyba jeszcze całkiem nie wytrzeźwiał. –Idziemy?- położyła bardzo duży nacisk na to słowo, nie ruszając się z miejsca.-A co ja jestem? Twój pies?- zapytała, patrząc morderczym wzrokiem w stronę łowcy. – Ścieżka w inną stronę, idziemy.- Po czym odwróciła się ponownie w stronę rozwianej sterty liści i ruszyła dość szybkim krokiem. Wyciągnęła telefon z kieszeni. Nie było zasięgu. Ani jednej kreski. Nawet ekran telefonu zaczął jej szwankować. Wyjęła i włożyła baterię, mając nadzieję, że coś to da. Nie udało się. –Nie działa. - zatrzymała się na chwilę, patrząc na Deana. –Gdzie my do cholery jesteśmy?- teraz już naprawdę była zdezorientowana. Zaczynało robić się naprawdę nieprzyjemnie. Miała nadzieję, że są w jakimś normalnym miejscu. Okazało się jednak, że nie. Musiało to być jakieś paranormalne gówno, które tak czepiało się ich ciężkich butów. Czy łowca nie może spędzić spokojnie choćby jednego wieczoru? Najwyraźniej nie. Widziała w oczach Winchestera determinację. Jakby wiedział kogo trzeba szukać, by się stąd wydostać. O Williamie na chwilę zapomniała. Jakoś zbytnio nie obchodziło jej, co z nim będzie, skoro wiedziała już na pewno, że na nic się nie przyda. Miała nadzieję nawet, że się zgubi i jakieś paskudztwo go zje.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by William Blackwood on Pią Lis 02, 2012 10:12 am

William zaciekawienie obserwował reakcje łowców na jego propozycje, naprawdę miał nadzieje, że przy ich pomocy, chociaż jedna osoba, a mianowicie on wydostanie się z tego chorego miejsca. Jednakże jak się okazało nie chcieli zawierać układu z czarownikiem. Pomyślał może to i dobrze, miał bowiem już dosyć tej dwójki. Nie zareagował nawet na słowa łowczyni, nie interesowało go jej mienianie o nim. Dlatego też swoim normalnym ironicznym głosem odpowiedział tylko –Jak chcecie. – i postanowił samotnie wydostać się z tego lasu. Więc gdy łowcy postanowili iść w swoją drogą, Will wybrał przeciwny kierunek. I gdy odwracał się od nich, miał nadzieje już więcej ich nie zobaczyć, a przynajmniej nie w takich okolicznościach.
Chciał jak najszybciej wrócić do swoich codziennych spraw i choć wiedział, że rozdzielając się będzie mieć mniejsze szanse, z drugiej strony wiedział, że przynajmniej ‘istota’, która ich tu przysłała będzie miała utrudnione zadanie ich kontrolować. Zastanawiał się, kto i jakie intencje, ma stosunku do niego. Jednakże gdy miał już iść w swoim kierunku, przystanął na chwilę i spojrzał w głąb lasu, nic nie było widać, pustka i ciemność, tylko księżyc przyświecał mu skrawek ziemi, po której stąpał. Więc jeszcze raz odwrócił głowę i spojrzał na plecy łowców. W tej chwili naprawdę chciał by cokolwiek wyłoniło się z tej otchłani i zżarło tą dwójkę.
avatar
William Blackwood

Liczba postów : 16
Join date : 13/10/2012

Zobacz profil autora http://occultus.cba.pl

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 :: VALLEY CITY :: CENTRUM

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach