Pub Mały John

 :: VALLEY CITY :: CENTRUM

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Baron Cygański on Pią Lis 02, 2012 6:54 pm

No. Nareszcie raczyli ruszyć swoje szanowne cztery litery. Co prawda, pan łowca był nieco zawiany, pani łowca przekorna i dominująca, a pan czarownik wyraźnie miał ochotę się od nich odciąć, ale to nie stanowiło większego problemu.
Szkoda tylko, że Kojot nie mógł usłyszeć myśli Williama. Zwłaszcza tych ostatnich: żeby coś pożarło pozostałą dwójkę. Na pewno wtedy uśmiechnąłby się z diabelskim błyskiem w oczach i mruknął coś w stylu "nie kuś...!" Ale że nie mógł czytać w myślach, pozostało mu jedynie delikatnie nakierować pana czarownika na odpowiednie tory. Nie ma rozłażenia się po lesie, to rezerwat, do diabła! Trzeba się trzymać razem i iść utartymi ścieżkami, bo naprawdę coś nieprzyjemnego może zaraz wyskoczyć na nieposłusznych.
Tuż przed Williamem zwaliło się drzewo. Wielkie, stare i bardzo gałęziaste drzewo. Niełatwo byłoby przez nie przeleźć i na pewno kosztowałoby to dużo zdartej skóry i czasu. No, oczywiście, jako czarownik, mógł próbować je usunąć w inny sposób, ale Kojot miał na taki wypadek w zanadrzu inne niespodzianki. Tylko, że wolał ich nie stosować. Miał nadzieję, że samo drzewo okaże się dostateczną sugestią.*
Łowcy wyszli w końcu z lasu, po dłuższym czasie. Drzewa powoli robiły się coraz mniejsze i mniejsze, coraz bardziej karłowate. Na niebo napłynęły chmury i zerwał się wiatr, który teraz, już na wrzosowisku, dosłownie urywał głowy. Jak to na wrzosowiskach.
Jak okiem sięgnąć, nie było nic Tylko droga, która sugerowała błoto po kostki w czasie deszczu. Teraz nie padało, ale nigdy nie było wiadomo, czy przypadkiem chmura nie postanowi się oberwać. Ciemno było już choć oko wykol. No, może nie aż tak, bo jednak droga była nieco jaśniejsza i można było ją odróżnić od zarośniętych wrzosami pagórków, odcinających się na tle jaśniejszego nieco nieba.
Gdzieś w dali lśniły światła z okien jakiegoś domu. Kiedy łowcy podeszli bliżej, zobaczyli, że to typowa dziewiętnastowieczna angielska posiadłość, jak z horrrów. Atmosfera też jak z horrorów. Tych z rodzaju raczej nieco pokręconych, tylko udających realizm, a naprawdę mających w sobie coś groteskowego. Widocznie ten, kto się z nimi akurat bawił, za dużo się takich rzeczy naoglądał. Albo wyszło mu to przypadkiem, ale sądząc po Gabrielu i jego poczuciu humoru (a w końcu - to przecież jego Dean podejrzewał, prawda), raczej jednak chodziło o naoglądanie się głupot.
Usłyszeli za sobą tętent kopyt. Po chwili obok nich przegalopował jeździec w długim czarnym płaszczu, na czarnym koniu. Nazgul! Po prostu Nazgul! Gdyby nie to, że miał na sobie trójkątny kapelusz, a czarną chustkę, która zasłaniała mu twarz, gdy jechał, zdjął, zatrzymawszy się parę kroków przed łowcami. Popatrzył na oboje uważnie.
- Zawracajcie. - poradził, usiłując opanować spienionego konia, który rzucał łbem i nie chciał stać w miejscu. - Tu nie czeka was nic dobrego. Tu demony...
Założył z powrotem chustkę i pojechał dalej do posiadłości, zostawiając łowców samych na drodze.


*zakładam póki co, że tak, ale jeśli nie, to Ci się zrobi oddzielny wątek
avatar
Baron Cygański

Liczba postów : 73
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Pią Lis 02, 2012 10:43 pm

Zatrzymał się i odwrócił by spojrzeć na Iriss. Nie miał zbyt ciekawej miny jak zawsze gdy dane mu było spierać sie z Samem o coś istotnego.
- Nie, tam nie idziemy. Cokolwiek nas tutaj sprowadziło na pewno czeka aż pójdziemy tą pieprzoną ścieżka więc idziemy w moją stronę, Sheppard. - co również mogło brzmieć jak 'jestem starszy i wiem co robie, teraz zamknij twarzyczkę i grzecznie idź tam gdzie Ci wskażę'- A jak ci sie nie podoba to idź sobie z tym czymś - wskazał palcem na odchodzącego Williama nie odrywając spojrzenia od Iriss. Szczerze mówiąc Dean nie bardzo miał ochotę się rozdzielać, nie dlatego że nie lubił działać w pojedynkę albo że się bał o swój tyłek tylko dlatego że istniało prawdopodobieństwo że Iriss by go mogła potrzebować. Wpaść w tarapaty czy coś, jak to miała w zwyczaju. Więc lepiej by było, jeśli ona pójdzie z nim. Bezpieczniej. Jednak znajac panienkę Sheppard to wcale nie będzie takie łatwe. No ale w końcu jakoś doszli do porozumienia. Chociaż tego porozumieniem się nie da nazwać. Bo tylko łowcy mogli wpaść a pomysł żeby wybrać kierunek drogi przy pomocy ciągnięcia za patyczki.
Dean nie lubił przegrywać. Nie z kobietami. Dlatego szedł za Iriss z wściekłą miną, jednak im ciemność się pogłębiała tym bliżej było do tego by szli ramie w ramie.
- Widzisz? - ile czasu minęło od momentu ich spacerku w ciszy, bo Dean nadal miał za złę Sheppard że wyciągnęła dłuższy kawałek patyczka? NIe wiem. Długo. Dean nawet zdązył zgłodnieć a nogi powoli informowały o długodystansowym chodzie, ale w końcu opłaciło to się łowcom widokiem światła kilkanaście metrów przed nimi. Pokonanie odległości dzielącej Iriss i Dean'a od źródła światła trwało trochę ale w końcu przed oczami wyrósł im dworek który nie wyglądał zbyt... reprezentacyjnie ale prawdopodobnie w środku czekały odpowiedzi na pytanie skąd, jak i kto.
Tutudm tutudm się rozległo po lesie a z ciemności wyłoniła się postać na koniu.
Na boga, Dean jeszcze byłby zdolny pomyśleć że to ten jeździec apokalipsy i został tutaj zwabiony przez tego popaprańca Lucyfera w celu jakieś dziwnej zasadzki. Dobra, nie tyle co był zdolny co tak pomyślał, bo co jak co, ale Dean fanem Tolkiena nie był. Filmów też nie oglądał, ale znając życie Sam zaliczył trylogię niemal tyle samo razy co tą dziwkę Ruby więc młodszy Winchester porównałby sobie jeźdźca do Nazgula.
- Ej ty poczekaj, powiedz nam chociaż gdzie my u diabła jesteśmy - zawołał za nieznajomym, który okazał się nie być Apokaliptycznym pieskiem Lucyfera, ale ten nie zawrócił. Dean tylko prychnął i nawet nie obejrzał się za konnym jeźdźcem poprawiając kurtkę którą miał na sobie. Niby on, Winchester, miałby się przestraszyć jakiegoś domu niczym z taniego horroru w którym domniemanie mieszkają demony? No dajcie spokój, on?! Ten który zabił Azazela, siedział w piekle gdzie trochę torturował i robił wiele, wiele innych rzeczy miałby się bać małego, uroczego domku? Dobre żarty, niech Kojot się jakoś bardziej postara bo przecież dla Deana to jak dobranocka do poduszki a nie coś co powinno go przerazić na śmierć.
- Mam w dupie demony, z chęcią skopę im te piekielne zadki a jeśli to ich sprawka zafunduje im tak zajebistą wycieczkę do piekłą, że będą się domagać o jeszcze - mamrotał pod nosem, nabuzowany adrenaliną i chęcią wydostania się z tego miejsca. Wszedł na niewielkie schodki, nie zauważając że drewno spróchniałe od wilgoci lasu jest zbyt kruche by utrzymać ciężar dorosłego mężczyzny. No i masz babo placek, z jagodami, noga Dean'a wpadła zapadłą się wraz z drewnem, przy okazji zabierając mu równowagę i tylko dzięki poręczy, przy schodkach, której się złapał nie wywalił się na twarz.
- Ja pierdole - warknął łapiąc głęboki wdech. Tak się martwił że Iriss bedzie go potrzebować a wychodzi na to że on teraz potrzebuje Iriss. Co za ironia.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Lis 03, 2012 1:22 pm

Sprzeciw. Oczywiście. Bo niby czego innego mogła się spodziewać? Zwłaszcza po nim? Nie było chyba możliwości, żeby Winchester, albo w ogóle większość przedstawicieli płci męskiej posłuchali się kobiety. Zwłaszcza, gdy ta ma racje, a oni boją się przyznać. Nie, wtedy udają, że sami na to wpadli. A gdy nie wyjdzie- oczywiście wina spada na biedną kobietę. No bo jakby inaczej. Jednak z panną Sheppard nigdy nie jest tak łatwo. Ona nie ustępuje. Zwłaszcza zarozumiałym mężczyznom, myślącym, że jako płeć piękna i delikatna nie ma nic do powiedzenia. Tak więc wyraźny sprzeciw z jej strony, w postaci stania jak kołek i patrzenia z premedytacją na Deana chyba był zrozumiały. Albo idą w jej stronę, albo wcale. No, chyba że łowca wolałby iść sam. Ona się nie bała, jeśli chodzi. Nawet mając świadomość swojej nadnaturalnej zdolności do pchania się tam, gdzie nie trzeba. –Tak więc nasza wspólna droga skończyła się właśnie tutaj. Idę w tamtą stronę.- oznajmiła bardzo stanowczo, wskazując dłonią kierunek ścieżki. Bo również z Williamem iść nie zamierzała. Ciołek wybrał całkiem zły kierunek. Ciekawe jak daleko bo zaszedł, zanim kruki dorwałyby się do jego śmierdzących trzewi. Z tym paskudnym czarownikiem od siedmiu boleści nie miała najmniejszego zamiaru współpracować. Już wolałaby schować dumę i swoją nieprzeciętną upartość do kieszeni i posłuchać się Deana, choć gryzłaby policzki pewnie przez następne dwa dni. Ale teraz oczywiście dalej stała przy swoim. Choć mimo wszystko ona również nie miała ochoty iść tam sama. Jakoś tak nie pogardziłaby towarzystwem Winchestera. Pijanego Winchestera, na dodatek. Jeszcze by sobie kuku zrobił, zasypiając nie tam, gdzie trzeba. I co wtedy? A jakby nie wrócił? Potem obwiniałaby pewnie siebie. No bo może i ją często wkurzał, jednak było to bardziej pozytywne, niż negatywne. Lubiła jego towarzystwo i koniec kropka. Nie ma dalszego zagłębiania się w temat, bo dziewczyna tego nie lubi. No i nie było innego rozwiązania, jak gra w ciągnięcie za patyczki. Bardzo popularna wśród współpracujących łowców. Bo jakby nie było… do kompromisu kiedyś dojść trzeba, a że takich jak Iriss, czy Dean było dużo i każdy z nich wie najlepiej, to podjęcie ostatecznej decyzji trzeba było zrzucić na los. W tedy mniej krwi się przelewało. Choć i z tym rożnie było. Chwila napięcia w chwili wyciągania patyczka i bah! Iriss wygrała! Cóż za szczęście, jak u małego dziecka. Jednak nie dała po sobie tego zbytnio poznać, tylko uśmiechnęła się szeroko, triumfalnie i dumna ruszyła w wybranym wcześniej kierunku. W ogóle nie interesując się Williamem. Odwróciła się tylko, gdy usłyszała huk. Dość gwałtownie, od radu będąc gotową do ataku. Okazało się jedynie, że wielka wiedźma od siedmiu boleści nie umie nawet sama przejść przez las. Prychnęła tylko z pogardą, wywracając oczami i powstrzymując wielką ochotę wybuchnięcia śmiechem. Miała też nadzieję, że ta gnida nie pójdzie za nimi… Jednak znając życie będzie się ciągnął w bezpieczniej odległości, byle tylko dwójka ludzi nie zauważyła jego obecności. Co jednak zapewne się nie stanie, bo przecież z tego żyli. Z bycia czujnym i ostrożnym. Mało co umykało ich wyczulonej uwadze. Tak więc czarodziej nie miał na co liczyć, pobawić się jednak można. Dawno nie używała sztyletu, a wychodziła z założenia, że te dziwki demonów trzeba tępić. Roiło się ich jak mrówek. Żadnym syfem nie wybije, jak już się plaga na parapecie zrobi. Ale domowymi, starszymi niż nasze babcie, sposobami się dało. I każdy łowca to potrafił. A że w pobliżu było ich aktualnie dwóch, William mógł czuć się nieswojo. Zwłaszcza, że Iriss była na niego szczególnie cięta po tym uderzeniu. Ona nie wybacza tak łatwo.
Łowczyni, zadowolona ze swojego zwycięstwa i śmiejąca się od czasu do czasu z naburmuszonej miny Deana, nawet nie zauważyła, że drzewa się przerzedzają. Najwyraźniej opuszczali już ten przerażający, owity mgłą las. Nareszcie. Choć dookoła robiło się już ciemno. Droga, mimo iż w ciszy nie dłużyła się zbytnio. Czasem nawet wydawało jej się, że Winchesterowi przechodziła już złość po przegranej, bo zbliżał się do niej. Nie odzywał się jednak, aż do wejścia na wrzosowisku. A ona nie przeszkadzała mu w zgrywaniu ugodzonego w dumę dziecka. Milczenie nigdy jej nie przeszkadzało. Potrafiła nie odzywać się przez bardzo długi czas. Nie dlatego, że się obraziła, żeby nie było. Czasem po prostu nie czuła takiej potrzeby. Zwłaszcza, gdy sytuacja tego wymagała, ona dostosowywała się z wielką łatwością. A bitwy na spojrzenia? Dziecinada? Może i tak, ale ona jest w nich mistrzem. Choć teraz zastanawiam się, jak zniosłaby spojrzenie mrocznych, głębokich oczu Lucyfera. Bo ostatnio to i owo o nim słyszała. Pewnie walczyłaby do końca. Ażby jej nie spalił swym straszliwym spojrzeniem. Bo ona wolałaby już to, niż odpuścić. Ciężki z niej przypadek, nie ma co. Czasem jednak się opłacało, i to bardzo. Choć wykorzystywała wiele swoich przydatnych cech dla własnej przyjemności z robienia komuś na złość. Takie duże dziecko. Ale to tylko czasami. Bycie beztroskim po prostu było łatwiejsze. Przejmowanie się problemami naprawdę nieistotnymi, bawienie się nimi… to było oczyszczające. Rozluźniające. Problemy tego, co widzi na co dzień nie są niczym zabawnym. Iriss potrafi to dostrzec, poczuć i wytrzymać powagę sytuacji. Jednak gdy tylko może stara się zająć umysł czymś innym. Gdyby myślała tylko o pracy, i o tym co ją w niej spotkało, o wszystkich straszliwych rzeczach, które widziała… nie pożyłaby ze stabilnym umysłem długo. Z resztą jak reszta łowców. Każdy ze swoimi problemami radzi sobie inaczej. To był właśnie jej sposób. Lecz dla Deana, czy dla jednego z bliźniaków był to alkohol. Ona jednak twierdziła, że jest od tego silniejsza. Z resztą lubiła się kontrolować. Wiedzieć co się wokół niej dzieje cały czas. Choć nie róbmy z niej świętoszki. Nie była abstynentką. Zabawić się umiała. Procenty nie były jednak jej sposobem na radzenie sobie z czarnymi chmurami nad głową. Starała się być silna. Zawsze. Nawet z szerokim uśmiechem na twarzy, gdzieś w jej umyśle walczyła z czarnymi myślami.
Krajobraz był piękny. Rozciągające się szeroko pola pełne wrzosów, zagęszczających się wraz z odległością. To była tylko iluzja. Gdyby Iriss znalazła się tu w innych okolicznościach pewnie zatrzymałaby się na chwilę, by popatrzeć. Zwyczajnie napawać się widokiem, jakiego nie miała na co dzień. Czasem zazdrościła ludziom, którzy żyją w małych chatkach na uboczu, z dala od tego całego zgiełku, ciągłego krzyku i problemów. Oczywiście nie była głupia, wiedziała, że i tacy mają wiele na głowie. Jednak chciałaby czasem zamienić się z nimi miejscami. Choć nikomu nie życzyła życia, jakie teraz prowadziła. Było ciężkie. Nie każdy by to zniósł. Nie każdy potrafiłby się dostosować. Znała kiedyś łowcę, który popełnił samobójstwo. Byli ze sobą dość blisko. Można było ich nazwać przyjaciółmi. Bo wśród otoczenia, w jakim obracała się Sheppard definicja przyjaźni i przywiązania była trochę inna, niż na zwyczajnej ulicy. Nie wytrzymał tego stresu, napięcia. Tych wszystkich obrazów, strasznych, wracających w każdą noc. Widok rozciągających się szeroko, zalanych w mroku wrzosów przypomniał Iriss o nim. Nie wiedziała dlaczego. Po prostu sobie przypomniała. I nie zwróciła uwagi na blask bijący od domku w oddali. Zatrzymała się na chwilę, patrząc w horyzont. Trochę posmutniała, lecz słysząc głos Deana, jakby wybudzała się ze snu. Lekko uśmiechnięty, zadziorny i pełen satysfakcji z niezadowolenia Deana z przegranej uśmieszek wrócił na swoje miejsce. Popatrzyła na niego, a potem w stronę światła. Zmrużyła oczy. Budynek nie wyglądał zbyt ciekawie. Dosłownie, jak z horroru. Ale ona się nie bała takich rzeczy. Nawet jako mała dziewczynka, jeszcze nieświadoma. Pakowała się wraz kolegami, próbującymi ją wystraszyć w takie miejsca, że jej matka pewnie zeszłaby na zawał, gdyby wtedy żyła. Teraz też nie miała większych oporów przed dowiedzeniem się co w tym zakurzonym, renesansowym pseudopałacu się znajduje. Miała nadzieję, że pełnił on funkcję, jak szafa w Narnii i przekraczając jego próg znajdą się z powrotem z pubie, otwierając wyjściowe drzwi. Lecz nadzieja matką głupich, więc się nawet nie łudziła. Spojrzała na Deana, a na usta cisnęły jej się z wielką siłą słowa „a nie mówiłam”. Już miała otwierać usta, by wypowiedzieć jakże uwielbiane przez wszystkich zdanie, lecz usłyszała tentem kopyt. Mężczyzna, który wziął się znikąd był bardzo dziwny. Poczuła wtedy, jakby przenieśli się w czasie. Próbowała spojrzeć mu w oczy, lecz przez mrok, chustę i pogłębiający cień na oczach kapelusz, nie była wstanie. Czuła jednak jego spojrzenie na sobie. Przez chwilę. Dźwięk jego głosu sprawił, że na jej odkrytych rękach pojawiły się dreszcze. Żałowała w tej chwili, że nie wzięła z samochodu kurtki. No ale po co, skoro wybrała się do pubu tylko na chwilę. Po odebraniu potrzebnych rzeczy miała wsiąść ponownie do zaparkowanego niedaleko, czarnego Hummera i odjechać w drugą stronę. Dobrze, że miała chociaż broń. Zimno mogła znieść, zwłaszcza, że chłód, który poczuła był tylko chwilowy. Słowa jeźdźca trochę ją zdziwiły. Ktoś musi sobie robić z nich niezłe jaja… Ciekawe tylko kto. Bardzo chętnie by się dowiedziała i to jak najszybciej bo naszła ją niezmierna ochota na skopanie temu komuś dupy. Ot tak sobie jakoś. Bo ona nie lubiła, gdy ktoś się z niej naśmiewał, czy robił z niej widowisko. Psychopata. I samobójca. Dwa w jednym. Świetny pakiet. Bo tak, łowczyni miała zamiar go dorwać i wyrwać mu wszystkie flaki. –Te psy, co najwyżej mogą spłonąć. Nie będą się nami bawić.- te słowa, przepełnione pogardą i jadem skierowała do jeźdźca. Który swoją drogą wyglądał trochę groteskowo. Miał w sobie coś przerażającego, jednak całokształt wydawał się śmieszny. Cała ta sytuacja była śmieszna. Jakby popatrzeć na to z góry. Sheppard aż naszła chęć na skierowanie obydwu środkowych palców ku górze. Nie była jednak pewna, czy to stamtąd ich obserwują. Skrzyżowała tylko ręce na piersi i ruszyła w kierunku pałacu Draculi, słuchając po drodze mamrotania Deana, które swoją drogą trochę poprawiło jej humor. Jeszcze nie weszli nawet do środka, a w mgnieniu oka Deana dotknął przeklęty czar tego miejsca. Trzask był głośny. Odbijał się echem od pustej przestrzeni. Odgłosy, jakie wydawała dwójka łowców były jedynymi w promilu wielu kilometrów. Może z wyjątkiem tego Lucky Luke’a, o ile ten magicznie nie zniknął. Dziewczyna podbiegła do przeklinającego Winchestera. Szła kilka kroków za nim. Kucnęła przy nim, patrząc na nogę wbitą w dziurę wyłamaną w spróchniałych schodach. –Wszystko dobrze?- Dotknęła jego nogi, patrząc, czy nie ma krwi. Nie było. Na szczęście. Tak jej się przynajmniej wydawało. Spojrzała na Deana, z troską. No bo przecież nie chciała, by coś mu się stało. Dopiero później uświadomiła sobie, że on wcześniej popatrzył tak na nią. Odwróciła więc szybko wzrok, odłamując pozostałe części schodka, by swobodnie wydostać nogę. –Nie wierć się. - warknęła delikatnie. Tak, ona tak właśnie potrafi. Zwłaszcza, gdy się martwi i nie chce po sobie tego pokazać. No, a teraz w takiej sytuacji była. Zastanowiła się jak by się to skończyło, gdyby się rozdzielili. Pewnie podobnie, tylko bardziej krwawo i brutalnie. Ale na szczęście wymyślili ten głupi kompromis. Gdy już zrobiła wystarczająco duży otwór, by wyciągnąć z niego nogę, nie uszkadzając jej bardziej, kazała Deanowi siąść na podłodze, by mogła lepiej przyjrzeć się, czy wszystkie kości są całe. –Możesz nią ruszać?- kurcze, martwiła się. Zachowywała się trochę jak matka. Jednak była kobietą, taki był jej instynkt, wyssała go z mlekiem matki, a teraz płyną w jej krwi. Proszę więc nie mieć jej tego za złe i nie wypominać, bo ona tego nie lubi. Sama siebie w takich sytuacjach nie poznawała. Może dzisiaj właśnie będzie miała okazję na odpłacenie się Deanowi za ratunek na cmentarzu?


Ostatnio zmieniony przez Iriss Sheppard dnia Pon Lis 05, 2012 7:56 pm, w całości zmieniany 1 raz


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by William Blackwood on Sob Lis 03, 2012 8:00 pm

Ahh jaka szkoda, niestety marzenie Williama nie spełniło się i żadne monstrum nie wyskoczyło za drzewa i nie pożarło tej dwójki, której postacie już stawały się coraz to nie wyraźniejsze, aż w końcu zniknęły w ciemności. Dlatego też rozejrzał się dookoła w ciemności i poszedł w swoją drogą mając przed oczyma tylko obraz który przyświecał mu słabe światło księżyca. Niestety daleko nie zaszedł, postawił zaledwie kilka kroków, gdy nagle usłyszał wielki huk i drzewo runęło na drogę. Na szczęście w ostatniej chwili czarodziejowi udało się odskoczyć tak, że nic poważnego mu się nie stało. Jednakże przez gwałtowny skok, wylądował na ziemi. Choć nie wstawał od razu, leżąc rozejrzał się w ciemności i przeklinał istotę, która to zrobiła. Dopiero po chwili wstał otrzepał się z kurzu i z złością w głosie wykrzyczał: - Skończmy tą całą maskaradę! Nie obchodzi mnie kim jesteś, pokaż swą prawdziwą twarz! – Jednakże nie usłyszał odpowiedzi, a że nie chciał tego tak pozostawiać, to nadszedł czas wykorzystać swoją moc. Choć zawsze używał rozważnie magii, w tym momencie kontrole nad jego ciałem przejęła złość. Miał dosyć już tej całej sytuacji, był w stanie rozwalić cały tej las i wszystkich istoty w okolicy tylko po to by dowiedzieć się kto i po co przysłał go w to miejsce. Dlatego też zdjął swoją kurtkę i rzucił ją niedbale na ziemię, spojrzał na czarne niebo bez jednej gwiazdy, które teraz na dodatek przyćmiły czarne chmury. Oczy czarodzieja rozbłysły, po czym zaczął padać deszcz. Jednakże nie miał zamiaru na tym skończyć. Powoli, ale za to starannie wypowiadał formułę zaklęcia, a deszcz padał coraz mocniej, wiatr zaczął nienaturalnie krążyć wokół Williama, który nie przerywał swojego transu i nadal coraz to głośniej wypowiadał słowa zaklęcia, aż w końcu nagle nastała głucha cisza, po której nastąpiło wielkie „Trach” i jasny promień światła uderzył w drzewo, które spadło na ziemie i zapaliło swoje liście. Czarodziej spojrzał na swoje dzieło i z całej siły swojego głosu krzyknął: – Nie obchodzi mnie czy będę musiał zniszczyć całe to miejsce, ale wydostanę się z niego i znajdę cię! – wiatr nadal nie przestawał wiać, a deszcz padać. William połączył się z naturą, czuł władzę i moc, nareszcie zakończył zaklęcie, jednak nie zakończył swojego dzieła...
avatar
William Blackwood

Liczba postów : 16
Join date : 13/10/2012

Zobacz profil autora http://occultus.cba.pl

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Baron Cygański on Sob Lis 03, 2012 9:12 pm

Kojot patrzył z politowaniem na to, co wyprawia czarownik. Najwyraźniej nie wiedział już, co robić, a był zbyt uparty, żeby iść z łowcami. Jak małe dziecko, doprawdy. Ile on miał lat? Ponad setkę, z tego, co Kojot zdążył się dowiedzieć. Grubo ponad setkę. I jeszcze nie wyrósł ze wściekania się jak pięciolatek?
Podpalanie drzew? A niech sobie i cały las spali, Kojotowi to wszystko jedno. To i tak iluzja. Tylko, że iluzja na tyle mocna, że się chłopak może poparzyć.
Kojot zostawił go na chwilę, złoszczącego się i wrzeszczącego w środku lasu. Niech sobie zedrze gardziołko, jak lubi, a tymczasem bóg postanowił zająć się tymi mniej krnąbrnymi zabawkami.
Skrzywił się w duchu współczująco, kiedy zobaczył, że Dean wpadł w schodek. To musiało być bolesne. Biedny pan łowca. Ale dziewczyna się nim zajęła i teraz wyglądali jak stare, dobre małżeństwo. Rozczulające. Kojot miał ochotę popchnąć ich ku sobie, żeby się przytulili i może mieli romantyczny moment.
Ale powstrzymał się. Głupawka w jego wykonaniu nie prowadziła do niczego dobrego, więc postarał się opanować.
Drzwi za plecami Deana otworzyły się powoli z dramatycznym skrzypieniem. Kojot lubił dbać o szczegóły. W powstałej między drzwiami a futryną szparze ukazała się twarz przerażonej starszej kobiety.
- Och... - powiedziała elokwentnie. - Państwo... Państwo wejdą, szybko, bo złe idzie... Idzie złe, i...!
Przerwał jej huk pioruna, sprowadzonego przez Willa. Ziemia się zatrzęsła - ostatecznie, nie byli tak znowu daleko od czarownika, a pioruny bywają silne. Zwłaszcza ten: miał przecież nastraszyć Kojota. Nie udało się, co prawda, ale staruszka podskoczyła i niemal zemdlała. Po czym, kiedy odzyskała głos, zaczeła krzyczeć coś nie do końca zrozumiale Dało się z tego wyłowić tyle, że ten piorun był potwierdzeniem jej słów i Złe naprawdę się zbliża. Złym miał być jakiś hrabia, zdaje się, pan i władca tych ziem. Jak to zwykle bywało. Nie wiadomo było dokładnie, czy to wampir, czarownik, czy dwa w jednym, w każdym razie kobieta mamrotała coś o jego zdolności przenoszenia w czasie i że Dean i Iriss nie są pierwszymi.
Potem znikła gdzieś w ciemnych czeluściach domu i słuch po niej zaginął.
Nigdzie dookoła nie paliło się światło. Tylko na trawniku była mdła poświata z któregoś z górnych pięter i dobiegał stamtąd słaby dźwięk fortepianu. Bóg uznał, że zanim łowcy tam dotrą i znajdą właściwy pokój, a w dodatku - jeszcze się do niego włamią, zajmie im to chwilę, więc może spokojnie porozmawiać z czarownikiem.
Kojot, załatwiwszy sprawę staruszki, wrócił do Williama - kompletnie już przemoczonego - i pojawił się za jego plecami, oparty ramieniem o drzewo. Ręce splótł na piersiach, a jedną nogę skrzyżował z drugą, przybierając najbardziej nonszalancką pozę, jaką tylko można.
- Nie obchodzi mnie, czy zniszczysz całe to miejsce. - powiedział do pleców czarownika. - Możesz sobie z nim robić, co chcesz, proszę bardzo. Tylko pamiętaj, że pożary działają również na ciebie, więc może trochę rozwagi by nie zaszkodziło. Uspokój się trochę i nie szalej tak, bo ci żyłka pęknie i co będzie?
Z twarzy nie znikał mu ironiczny uśmiech. Spojrzał na płonący pień z obojętnością, a potem znów przeniósł wzrok na Williama. Zakładał, że czarownikowi musi być już bardzo ciepło, bo stał niedaleko zwalonego drzewa, a to paliło się coraz większym ogniem, mimo deszczu. Ale - być może z kolei właśnie dzięki deszczowi - nie zajmowało się od tego ognia nic, poza tym pniem.
- Skoro tak bardzo cię nie obchodzi, kim jestem, to dlaczego tak usilnie domagasz się rozmowy i zobaczenia mojej, pięknej skądinąd, twarzy? I zależy ci na tym tak bardzo, że palisz mi moje kwiatki?
avatar
Baron Cygański

Liczba postów : 73
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Lis 04, 2012 5:56 pm

Nie wiadomo czy Iriss miała rację, więc niech sobie jej nie przypisuje. Kto wie, może gdyby obrali drogę wybraną przez Dean'a znaleźli by sie w przyjemniejszej części lasu, a nawet by z niego wyszli na rozłożystą plaże, której ciepły piasek łaskotał w stopy a szum morza albo oceanu, łagodził zszargane nerwy. Może nawet by mogli pozbierać muszle... Dobra, nie oszukujmy się którą drogę by obrali to pewnie Huehuecoyotlot zafundowałby im to samo, bez dochodzenia do tego którędy poszli i kto wybrał drogę. Gdyby Winchester był tego świadom to pewnie byłby mniej naburmuszony na Iriss ale tego nie wie, dlatego z zbyt wielką siła odganiał od siebie dzikie gałęzie czy deptał niczemu winne krzewy, które zagradzały mu drogę. I nie był znowu aż tak pijany. Na prawdę, teraz już myślał bardziej na trzeźwo niż po pijaku ale nawet gdyby ciągle był wstawiony to uznałby że w otaczającym ich krajobrazie nie ma nic pięknego.
Tak samo jak nie było nic pięknego w chatkach na uboczu. Fakt, nie raz nie dwa Dean myślał że byłoby fajnie tak po prostu zająć się codziennymi problemami jak pamiętanie o zapłaceniu rachunków, albo o tym by kupić steki na sąsiedzkiego grilla ale to były chwilowe momenty, krótkie o których raz dwa zapominał. Bo nie mógł zapomnieć kim jest i co robił - już raz doświadczył tego że nasze decyzje nie tyczą tylko nas, ale i innych.
CO z tego że wtedy też to była iluzja stworzona przez Dżina? I tak miał wyrzuty sumienia - może to źle powiedziane, ale czuł się winny katastrof i śmierci ludzi, których ocalił w tym realnym życiu. Dlatego Deanowi nie było spieszno zamieniać się miejscami. Tym bardziej teraz, kiedy z braciszkiem odwalili taki numer.
No ale dom. Przeklęty, wredny dom który zastawia pułapki na bogu winnych ludzi zagubionych w lesie. I gość na koniu. Wracajmy do tego.
Na pytanie Iriss pokiwał tylko twierdząco głową. Było dobrze. Nie czuł się jakoś mocno poszkodowany, po prostu wpadł nogą w beznadziejny schodek któremu odmawiano renowacji od dłuższego czasu. Czuł się za to głupio, że ona się o niego martwi. Nie umknęło mu spojrzenie brunetki, najpewniej jakiś czas temu spoglądał na nią tak samo co jeszcze bardziej pogłębiło jego niekomfortowe uczucie.
- Dam sobie radę - mruknął, ale szarpanie nogą nie wiele dało a nawet chyba podarł sobie trochę nogawkę o kawałek drewna. No nic, został zmuszony do tego by przyjąć pomoc Sheppard.
- No przecież się nie wiercę, kobieto - też warknął łapiac głęboki wdech, jednak ustosunkował się do prośby brunetki i po paru chwilach współpracy jego noga była wolna, a w schodku widniała wielka dziura.
Usiadł na podłodze, ale nie dlatego że Iriss mu kazała, a dlatego że sam miał potrzeba sprawdzenia stanu kostki, a na stojąco było to trudne do wykonania. Jednak nim sam zdązył podwinąć nogawkę i sprawdzić stan nogi, chłodne palce łowczyni dotknęły podrapanej przez skóry łowcy. Przez moment miał dziwne ciarki - nie wiem czy to z powodu dotyku czy raczej z powodu obrażeń do których dotarło chłodne powietrze. Na szczęście to były tylko lekkie zadrapania, bez rozlewu krwi ale i tak Dean odwrócił od nogi wzrok, gdzieś daleko byle nie spoglądać na szczupłe palce które bezwstydnie badały jego nózkę.
- Um, przeżyje przecież nie takie rzeczy mnie spotykały...- chciał jeszcze coś powiedzieć, ale na szczęście (albo i nie) został wyratowany przez skrzypnięcie drzwi. Automatycznie odwrócił głowę w ich kierunku a nawet wstał gdy w niewielkiej szparze pojawiła się twarz starszej kobiety która raczej nie miała zamiaru przywitać ich talerzem z pachnącymi ciasteczkami. Miała wielkie, błyszczące ze strachu oczy i zniszczoną przez wiek cerę, a tak to wyglądała normalnie. Jak typowe babcie mieszkające w wielkich, opustoszałych domach gdzieś w lesie. Nic dziwnego.
- Gdzie idzie? Po bułki do sklepu, cholera jasna? - Och, dobry żart trzymał się Dean'a jako cholera, ale nie dojdziemy do tego czy obie panie usłyszały jego słowa bo w tym samym czasie po lesie rozszedł się huk a niebo rozświetlił błysk. Przez głowę Winchestera przeszła dość niemiłą myśl, jakoby William mógłby być ofiarą tej błyskawicy nie podejrzewając go nawet o to, że byłby jego sprawcą.
Dean zrobił dziwną minę rozkładając ręce. Ten las go zaczynał wkurzać. Gadanie o złym też go zaczynało wkurzać. Starsza pani która paplała jak opętana o jakimś gościu co ma zamiar splądrować ich ziemie czy jakoś tak. Trudno było cokolwiek wychwycić z natłoku słów babinki, jednak szczegół o przenoszeniu w czasie zwrócił uwagę pana naczynia.
- Proszę zaczekać - krzyknął za nią Winchester, podchodząc do drzwi które popchnął tak by otworzyły się szerzej. Przy okazji zauważył że przy stawianiu kroków kostka nieprzyjemnie pulsuje ale nie zamierzał tego pokazywać. W końcu jest twardym łowcą, byle kostka mu nie straszna po tych wszystkich postrzałach czy skakaniach przez okno.
Zajrzał do środka gdzie przywitała go ciemność i muzyka. Wrócił spojrzeniem do Iriss z radością zauważając że porzuciła maskę troszczącej się matki przyodziewając się w super babkę co skopie kilka tyłków przy nadarzającej się okazji.
- Panie przodem - uśmiechnął się rozbrajająco, odsłaniając przejście do domu. Skoro to była jej ścieżka to niech dalej prowadzi Iriss. O.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Lis 04, 2012 11:42 pm

Iriss zawsze miała rację. Nawet, gdy jej nie miała, to i tak ją miała. Tak jest i już. Koniec dyskusji. I jej kobiecy, bardzo wyczulony i niezwykle sprawny instynkt mówił jej, że ta ścieżka jest odpowiednia. Ani jej się śniło pójść inną drogą. Ale tego można było się domyśleć. Po samym wyrazie jej twarzy. A ten, kto już ją trochę zna wie, że jest niesamowicie uparta. I niełatwo ją przekupić. W tym wypadku ciągnięcie patyczków mogło zaważyć o podjęciu przez nią decyzji, ale to inna sprawa. Gdy chodzi o samo ustąpienie, to raczej nieczęsto takie sytuacje się zdarzają. Musiałaby być przyparta do muru i nie widzieć innego wyjścia. Lub gdyby chodziło dobro innej osoby. Wtedy była w stanie poświęcić wszystko. Zwłaszcza, gdy ta osoba coś dla niej znaczyła. Wtedy nie liczyła się jej zraniona duma. Miała ją głęboko gdzieś i była naprawdę niewielką ceną za ocalenie czyjegoś tyłka. Jednak Dean nie ucierpiałby, gdyby dalej stała przy swoim. Skończyłoby się to ewentualnie kłótnią i rozejściem się tej dwójki, ale znając życie przy następnym spotkaniu piliby sobie piwo, śmiejąc się z tego. O ile wyszliby z tego przeklętego lasu cało. A to Iriss przewidziała w programie. Nie miała zamiaru zostać tu na zawsze, czy zginąć. Prędzej własnymi paznokciami wycięłaby wszystkie drzewa w tej przeklętej okolicy, niż dała tej pułapce zacisnąć swoje sidła. Nie lubiła, gdy ktoś nią kierował. Bardzo. Stawała się wtedy nieznośna. Teraz jednak nie do końca wiedziała co się dookoła dzieje. Nigdy nie spotkała się z taką iluzją. Owszem, spotykały ją różne rzeczy. Czary- mary też, lecz nie na tym poziomie. Wszystko było tak realistyczne. Drzewa. Ziemia. Zapachy. Nawet to denerwujące krakanie, które niewiadomo skąd pochodziło. Mgła, tańcząca między nogami, gęsta, ograniczająca widoczność. Szelest liści pod ich nogami. Wszystkie patyki, które pod ciężarem ludzi przełamywały się na pół, z charakterystycznym trzaskiem. Zostawiające na skórze ślady zadrapań ostrzejsze gałęzie blisko siebie rosnących drzew. Nawet dźwięki innych zwierząt, przemykających gdzieś niedaleko, lecz pozostających w ukryciu. Jakby naprawdę tu była. Jednak gdyby przyjrzeć się dokładniej… rozejrzeć dookoła. Czuła się jak na haju. Jakby w jej żyłach płynęła jakaś nieznana organizmowi substancja, przyćmiewająca wszystkie zmysły, lub wyostrzająca je na przemian. Wszystko zebrane w całość, sprawiało, że czuła się niekomfortowo. Chciała natychmiast się stąd wydostać. Aura tego miejsca była po prostu zła. Jakby te drzewa, wykrzywione nienaturalnie kpiły z każdego ich kroku, słowa, gestu i ruchu. Jakby czytały w ich myślach, przenikały przez duszę, odkrywając jej każdy zakątek. Nawet ten najszczelniej zamknięty, schowany pod dywan. Dawno zapomniany. Las zwracał swoją uwagę. Wręcz za nią ciągnął. Krzyczał. Chciał być w centrum ich umysłów. Tylko mamrotanie niezadowolonego Deana jakoś pozwalało Iriss odciąć swoje myśli od tego otoczenia niczym z taniego horroru. Miała ochotę wyjąć spluwę, schowaną dokładnie i zestrzelić kilka czarnych ptaszysk, kraczących nad ich głowami. Na szczęście samokontrola była jedną z mocniejszych stron dziewczyny. Wracała więc umysłem do bardziej przyziemnych rzeczy. I zastanawiała się czyja to sprawka. Naprawdę chciała się dowiedzieć i zafundować tej osobie tortury, o jakich jej się nie śniło. Może i nie była w tej dziedzinie mistrzynią, ale wściekła i rządna krwawej zemsty potrafiła byś naprawdę kreatywna. A za czasów buntu młodzieńczego intensywnie interesowały ją średniowieczne tortury. Pasjonująca lektura. Z obrazkami. Fakt, iż wylądowała przez samo straszenie nimi u dyrektora wcale nie zmniejszał jej zapały. Wręcz przeciwnie. Na szczęście wyszli z tego lasu. Krajobraz się zmienił. Był miłą odmianą dla oka. No i jakoś tak się złożyło, że dziewczynie wzięło się na refleksje. Nie wiedziała czym jest to spowodowane. Przypomniało jej się kilka przykrych faktów. Może dlatego wyolbrzymiła piękno otaczającego ich krajobrazu. W końcu stali po kostki w błocie. Na szczęście nie padało, choć niebo zapowiadało iż niedługo nie będą mieli na sobie nic suchego.
Jeśli chodzi o to zamienianie się miejscami… Iriss nigdy nie żałowała, że jest łowcą. Nie chciałaby, by jej los potoczył się inaczej. Nie wyobrażała sobie tego. Jednak tęsknota za normalnością, zwłaszcza gdy upragniony odpoczynek nie nadchodzi, dobija. Choć trochę normalności. Odrobina… czyż nie każdy łowca chciałby tego skosztować? Mieć kogoś, na kim by mu zależało. Dla kogo by się poświęcił. Nie całą ludzkość na swoich plecach. Życie ludzi, których się nie zna. Lecz ratowanie przypadkowych przechodniów, którzy przez przypadek ściągnęli na siebie nieszczęście również było pięknym uczuciem. I wcale nie chodziło tu o sławę, czy pieniądze, których z resztą nie mieli. Inni mogli by tak pomyśleć. Ci, którzy ich nie znają. Ci, którzy nie żyli w ten sposób. To było trudne do zrozumienia. I mimo wielkiej odpowiedzialności, ciągłego ryzyka i poczucia bezradności, niemocy i niewiedzy na temat jutrzejszego dnia- było warto się tak poświęcać. Ktoś musi to robić, a Sheppard była dumna, że część tej roboty spadła właśnie na nią. Mimo tych wszystkich godzin refleksji na tematy w stylu: „a co by było gdybym była swoją koleżanką z liceum”. Nie żałowała. Fantazje to całkiem co innego. One się nie liczą. Nie tak naprawdę, bo prawdziwymi marzeniami nie są. Tylko iluzją, jak ten las i wrzosowisko. Zniknął, wraz z biegiem czasu.
Wszystko zaczynało Iriss porządnie wkurzać. Jakby tego wszystkiego było mało, to jeszcze ten psychiczny jeździec! Normalni ludzie nie jeżdżą konno po polnych drogach i nie rozgadują na lewo i prawo i demonach! Trochę realizmu, o Ty, który się nami bawisz! Sam zapach mokrej ziemi, przemieszany z wonią wrzosów, niesioną przez wiatr, drganie ziemi, pod wpływem uderzających o nią podkutych kopyt konia nie wystarczy. Zmiana powietrza, temperatury, pory dnia. To wszystko, to było za mało, by łowcy mogli uwierzyć w realność tego miejsca. Iriss aż krzyczała chwilami w myślach, by ten sukinsyn, który to wszystko zaplanował, budował swoje ego w inny sposób. Bo tej jest dziecinny. Niech pokaże, że ma jaja i stawi im czoła. Twarzą w twarz. Na prawdziwej ziemi. By prawdziwa krew została przelana. Choć pewnie wszystkie obrażenia tutaj zebrane okażą się prawdziwe. Co swoją drogą było bardzo dziwne. To tak, jakby powiedzieć ”a teraz odcinam Ci rękę moją niewidzialną maczetą”, a ona naprawdę by odpadła. Sztuka iluzji i magii była zawsze zagadką. Dlatego była tak niezwykła i majestatyczna. Ci, którzy posiadali umiejętność władania którąś z tych rzeczy byli cenieni, lub zabijani. W zależności od tego, jak przyjęło to społeczeństwo. Czasem te osoby czczono, sądząc, że zostały zesłane przez bogów, lub same nimi były. Inne- te zabijane, osądzano o spoufalanie się z siłami nieczystymi. I tępiono. Jak mrówki. I bardzo słusznie.
Nagle w głowie Iriss zaświeciła się żaróweczka. Tak, wpadła na pomysł. I mógł im pomóc wydostać się stąd, jednak wypadek Deana nie pozwolił jej od razu tego powiedzieć. Podbiegła do niego, by mu pomóc. Może i nie była wykwalifikowaną panią doktor, czy nawet pielęgniarką, jednak na pierwszej pomocy się jako tako zdała. Umiała nastawić kości, zszyć rany, zrobić okłady, czy usztywnić złamane części ciała. Wszystko, co potrzebne. I wiedziała, że Winchester będzie stawiał opór. Przecież jego męska duma nie pozwoli mu, by kobieta pomogła w sytuacji upokarzającej. Bo każde potknięcie dla mężczyzny właśnie taką sytuacją było.
-Jeszcze raz powiesz do mnie w ten sposób, to pomogę tym schodom Cię pochłonąć.- warknęła, wyłamując najgrubszy kawałek drewna i wyrzucając go za siebie. Nie lubiła, gdy zwracano się do niej w ten sposób. Kobieto. Zero szacunku! Nie to, żeby go od razu wymagała od wszystkich dookoła. Przecież na to trzeba założyć. Lecz to określenie szczególnie działało jej na nerwy. Podobnie jak mała, młoda, kotek, babo, skarbie, czy ej ty. Nie zrobiła teraz jednak niczego, co zrobiłaby w normalnej sytuacji. Czyli nie użyła przemocy fizycznej. Bo przecież miała mu pomóc. I naprawdę się martwiła. Ze złamaną nogą ciężko będzie im się wydostać. Z resztą kończyna w gipsie dla łowcy to najgorsza z możliwych kar. Gdy już noga została uwolniona, a Dean grzecznie siadł, oczywiście nie było możliwości, żeby dziewczyna pozwoliła mu od tak sobie popatrzeć na nogę, wstać i pokuśtykać dalej. Nie zwracając więc na niego uwagi, odwinęła nogawkę i wzięła się do roboty. Nie myśląc o dyskomforcie. Bo wcale go nie czuła, macając nogę Deana. Nic a nic. Zero. Przecież mówię, tak? Wracając do rzeczy istotnych, Wyczuła lekką opuchliznę. Jednak noga nie była złamana. Co najwyżej zwichnięta, lecz Iriss obstawiała iż jest najzwyczajniej w świecie poobijana. Poboli chwilę, ale potem przestanie. Gdyby mieli jeszcze pod ręką apteczkę mogłaby nałożyć jakąś maść. Lecz nie mieli. Niestety. –Nie jest złamana.- powiedziała, w tym samym momencie, co Dean, patrząc na niego przez chwilę. Dość intensywnie, bo zdawało się, że przerwał w połowie. A ona nie lubi jak ktoś zaczyna mówić i nie kończy. Potem za swoimi plecami usłyszała skrzypnięcie drzwi. Nie spodziewała się, że ktoś może tu mieszkać. I była pewne, że William za nimi nie szedł. Tego idiotę czuć na kilometr. Ta głupota razi. Od razu więc wyprostowała się, gotowa do ataku demonów, o których wspominał jeździec. One potrafiły ot tak pojawić się znikąd. Rzeczywiście, nie była już tą zatroskaną, martwiącą się i matkującą Iriss. Tylko tą, gotową do ataku. Jakże ona potrafiła się zmieniać! Niczym kameleon.
-Zło? Idzie? Co oni tu kurwa ćpają?!- znowu jej zdenerwowanie wróciło. Nienawidziła tego miejsca. Naprawdę, przyprawiało ją o mdłości. I wtedy właśnie usłyszała huk. I jasność, zalewającą wszystko dookoła. Odwróciła się w stronę lasu, z którego przyszli. I teraz triumfalny uśmiech aż cisnął się na jej usta. Miała tak wielką ochotę powiedzieć, że gdyby wybrali opcję Deana, to teraz uciekaliby pewnie przed piorunami, lecz się powstrzymała. Miała nadzieję, że czarownik od siedmiu boleści siedzi teraz pod krzakiem, skulony i płacze, bo się boi. Och, wielką nadzieję. Należy mu się trochę zmoknąć. Może nawet ten piękny piorun właśnie w niego trafił?! Skończmy jednak z tymi dzikimi fantazjami. Pora wrócić do rzeczywistości. Iriss popatrzyła w stronę staruszki, wchodzącej w głąb domu. Wyglądała dość zwyczajnie. Może trochę, jakby się zbyt długo nie myła, lub wyrwana z innej epoki, podobnie jak cała ta okolica, jej rozwalający się, upiorny dom i jeździec, którego spotkali kilka minut temu. Jednak skoro wcześniej wspomniano słowo ‘demon’, Iriss musiała wykonać kilka testów. Odpięła klamrę przy pasku i wyciągnęła srebrny sztylet z pokrowca. Potem z kieszeni spodni wyciągnęła niewielką fiolkę, pełną przeźroczystego płynu. Oczywiście zawierał wodę święconą. Jej mamrotanie cichło, wraz z odległością, jaką przemierzała. Była całkiem szybka, jak na swój wiek. Sheppard nie była pewna, czy aby wchodzenie do domu było dobrym pomysłem. Jednak jak to mawiają „no risk- no fun”, więc bez większego zastanowienia się weszła ostrożnie po schodach, by nie powtórzyć przygody Deana i mijając go, weszła, patrząc na niego przelotnie. Przez tą krótką chwilę Winchester mógł ujrzeć również i jej uśmiech. Jednak nie była to pora na takie zabawy. Najpierw musiała upewnić się, czy aby w ciele niewinnej, nie dbającej o higienę osobistej babci nie siedzi jakiś osmolony demon.
Gdy przekroczyli próg, podłoga zaskrzypiała potwornie. Wcześniej, gdy starsza kobieta tędy przechodziła, Iriss nie słyszała niczego podobnego. Brunetka odwróciła więc głowę, patrząc znacząco na Deana. Głową wskazała kierunek, w którym pójdą. Mianowicie w prawo. I nie miała teraz nastroju na kłótnie, a rozdzielanie się nie wchodziło w grę. Chwyciła więc łowcę mocno za kołnierz koszuli, patrząc na niego nie znoszącym sprzeciwu głosem i pociągnęła w kierunku, w jakim miała zamiar iść. –Ani mi się waż jęczeć.- warknęła cicho, wchodząc do kolejnego pomieszczenia. Od razu jej nozdrza zostały zaatakowane niesamowitym smrodem. Smrodem stęchlizny, kurzu, starości i pleśni. Pewnie czynników było o wiele więcej, lecz dziewczyna nie potrafiła ich rozpoznać. Te najbardziej intensywne sprawiały, że zbierało jej się na wymioty. W pomieszczeniu było ciemno. Podłoga skrzypiała z każdym krokiem. Wchodząc w jego głąb, zobaczyła schody, kilka metrów dalej. Z góry była delikatna poświata. Pociągnęła więc znowu Deana za sobą, udając się w ich kierunku. Na razie po babci nie było ani śladu.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by William Blackwood on Sro Lis 07, 2012 7:46 pm

William spoglądał w niebo, a deszcz padał mu prosto na twarz, nie przejmował się tym, że jest cały przemoczony, nareszcie czuł się jak prawdziwy czarnoksiężnik. Mówiąc szczerze nie podejrzał, że tym czynem sprowokuje istotę która go tu sprowadziła, dlatego zdziwił się gdy nagle i niespodziewanie usłyszał za sobą głos mężczyzny. Odwrócił się i spojrzał oceniając istotę, na pierwszy rzut oka nie wyglądał on ani jak demon, ani jak anioł, wyglądał jak ... właśnie jak kto? Kim, a raczej czym on był? Mógł tylko snuć niuanse, jednakże pewności nigdy nie miał i ta tajemnica pozostawała dla Blackwood’a nieodgadniona.
Jedynie dobre było to, że nareszcie znał sprawcę wszystkich swoich problemów i choć jeszcze godzinę temu Will chciałby zabić tą istotę, obecnie był dziwnie spokojny i opanowany. Po wysłuchaniu monologu mężczyzny podszedł do niego nieco bliżej i powiedział – To proste, nie obchodzi mnie kim, lub czym jesteś i po co mnie tu przyszłaś. Po prostu chcę byś wysłał mnie z powrotem do rzeczywistości. – Po czym spojrzał na rozpalone drewno i ironicznie uśmiechnął się, bowiem ogień mu nie straszny. Jednakże William nie podejrzewał, że to wszystko może być iluzją, zapewne gdyby to wiedział zachowałby się zupełnie inaczej.
avatar
William Blackwood

Liczba postów : 16
Join date : 13/10/2012

Zobacz profil autora http://occultus.cba.pl

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Baron Cygański on Pią Lis 09, 2012 9:12 pm

Co prawda, w tym momencie Kojot nie zajmował się państwem łowcami i nie widział, co robią, ale swoją iluzję dopracował w najdrobniejszych szczegółach - zwłaszcza dom. Żeby Dean i Iriss mieli co robić podczas jego nieobecności. Podłoga w jednych miejscach skrzypiała niemiłosiernie, w innych - kiedy się stąpnęło - brzmiała, jakby były pod nią jakieś skrytki. W niektórych miejscach faktycznie były, ale niełatwo było trafić akurat na jedną z nich. Większość miejsc była po prostu podłogą, zbudowaną w starym stylu - od betonu dzieliła klepki pusta przestrzeń, pod którą na upartego mógłby się schować człowiek. A głównie - siedziały tam stada szczurów i pająków. Mógł też się zaplątać jakiś wąż.
W każdym razie, zanim państwo łowcy dotrą do pokoju, w którym Kojot zamierzał im się objawić, prawdopodobnie minie chwila. Którą bóg tymczasem mógł przeznaczyć na rozmowę z czarownikiem.
- To... niewielkie wymagania. - stwierdził ironicznie, nadal się uśmiechając złośliwie. - Ale i tak ich nie spełnię. Panuj nad sobą, jeśli chcesz coś osiągnąć. A już zwłaszcza - kiedy chcesz coś na kimś wymóc. Wrzask nie działa na tych, którzy czują się silniejsi od ciebie, zapamiętaj to sobie. I uważaj na słowa. I na siebie.
Uniósł rękę i pomachał do Williama palcami na pożegnanie, po czym się zdematerializował.
Był zawiedziony. Liczył na coś ciekawszego ze strony czarownika. Że mu powie coś naprawdę interesującego, że może wyniknie z tego jakaś ciekawa konwersacja, która - być może - wpłynęłaby jakoś na jego plany. Natomiast to, że chłopak chciał się stąd wydostać, nie było żadną nowością. I w dodatku powiedział to takim tonem... Naprawdę liczył na to, że warczeniem cokolwiek uzyska? Już i tak dużo osiągnął, ściągając tu Kojota. Ale naprawdę, powinien popracować nad swoim podejściem do innych.
Znikąd pojawiło się stado kruków, które rzuciło się na czarownika, dziobiąc go niemiłosiernie. Nie zabiją - choć by mogły - ale poraniły go porządnie. Chcąc - nie chcąc, musiał przed nimi uciekać. O tyle dobrze dla niego przynajmniej, że w odwrotną stronę, niż poszli łowcy. W końcu - tego właśnie chciał, prawda?
Jakimś cudem (bo na ślepo) ominął zwalone płonące drzewo i wyszedł (czy może - wybiegł) z lasu. Podobnie, jak łowcy, znalazł się na otwartej przestrzeni, na wrzosowisku, pośrodku którego było niewielkie skaliste wzniesienie. A na jego szczycie stała rozpadająca się średniowieczna baszta, na tyle duża, że od biedy można by w niej mieszkać.
Kruki się odczepiły. A baszta zdawała się przyciągać. Nie na zasadzie magnesu, od którego nie można odejść. Bardziej - miała w sobie coś tak klimatycznego że aż chciało się do niej wejść.
Tymczasem wrócił do łowców, przeszukujących dom. Z zadowoleniem stwierdził, że przynajmniej jedno z nich zawzięcie grzebało w miejscach, przypominających skrytki. Sprytna panna Sheppard znalazła dźwignię, otwierającą skrytkę w ścianie. Kojot mógł jej tylko pogratulować. W nagrodę otrzymała kosę. W sumie, to jej sprawa, czy ją weźmie, czy nie, ale kosa była. Nowiutka, błyszcząca i ostra jak diabli.
Kojot zasiadł do pianina, stojącego w jedynym oświetlonym w tym domu pokoju. Właściwie - w salonie. Wyglądał trochę jak szalony lokaj. Miał na sobie spodnie od fraka, białą koszulę z nie dopiętymi pod szyją guzikami, na którą narzucił zupełnie rozpiętą kamizelkę, też od fraka. Marynarka wisiała na oparciu kojotowego krzesła. Długie włosy miał zaczesane do tyłu i przyklepane sporą ilością brylantyny jak - nie przymierzając - Loki z "Avengers". Siedział lekko przygiety nad klawiaturą i grał The Sacrifice Michaela Nymana. Już pominąwszy, że wprost kochał ten utwór, to w dodatku jego tytuł pasował mu do sytuacji.
Grając, czekał, aż łowcy rozbroją swoimi magicznymi sposobami zamek w drzwiach. Albo je wyważą, ale z tego, co znał Deana (a raczej - czego się o nim dowiedział), raczej będzie się bawił we włamywacza. I dobrze, bo Kojot niespecjalnie lubił brutalność i chamstwo. Nawet, jeśli rozwalało się tylko jego iluzję.
Kiedy łowcy w ten czy inny sposób pojawili się wreszcie w pomieszczeniu, Kojot nie zwracał na nich uwagi, grając z zamkniętymi oczami i absolutnie wczuwając się w muzykę. Pozornie był w innym świecie i nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Dookoła niego unosił się dym z trzymanego w zębach papierosa.
Kojot kiwał się w rytm muzyki, jakby płynął. Swoją drogą - poniekąd rzeczywiście płynął, bo ten utwór działał na niego niemal rozbrajająco. Kiedy akurat nic nie kombinował, potrafił się w nim całkowicie zatracić.
avatar
Baron Cygański

Liczba postów : 73
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Lis 11, 2012 9:51 pm

- Mam do ciebie mówić mężczyzno? - zadał pytanie krzywiąc się trochę, bo przy okazji wyłamywania tego najgrubszego kawałka oberwało mu się w tą nogę nieco - Chcesz mi powiedzieć, że nie czujesz się kobietą? - nie mógł sobie darować, nie mógł i już. Przegryzł dolną wargę by się nie roześmiać, i nie powiedzieć nic więcej bo jeszcze dojdzie do tego, że Iriss zrobi mu większą krzywdę niż te schody, nie żeby się bał. Po prostu woli kiedy był sprawny fizycznie, a wiedząc do czego byłąby zdolna brunetka wolałby uniknąć jej złości.
No ale, weszli do tego domu, znaczy Dean wszedł za Iriss do środka a jakaś cześć jego świadomości zarejestrowała odwzajemniony uśmiech panny Sheppard. To było ogólnie coś nowego. Takie rzucanie sobie uśmiechów. Ale nie będziemy się nad tym teraz zastanawiać, bo skrzypienie podłogi skutecznie zagłuszało myśli. I Iriss swoim babskim zrzędzeniem też skutecznie odciągała od innych rzeczy. Dean spojrzał na plecy Iriss wzrokiem krzyczącym 'o co ci chodzi kobieto' ale na szczeście nie zadał tego pytania na głos. Póki co grzecznie spacerował za dziewczyną, przyglądajac się pomieszczeniom - zakurzonym kanapą czy stolikom, lustrom pokrytych gęstą pajęczyną.
- Tej rodzince Adamsów przydałaby się jakaś pomc domowa - mruknął, próbując zapalić światło w lampie stojącej obok pogryzionej przez myszy, czy tam szczury kanapie, gdy w tym samym momencie Sheppard z uporem maniaka obmacywała ściany jakby miała nadzieje na znalezienie świętego grala, co jej się udało.
- Na twoim miejscu nie dotykał bym tego. Może to jakiś zaklęty przedmiot - stanął za brunetką, zaglądając jej przez ramie. Nóz wyglądał normalnie ale w patrząc na błyszczące ostrze i na wystój pokoju, kosa wydawała się być wycieta z innej bajki. To sprawiało, ze nóz nie był już brany pod uwagę jako normalny, kto wie co on może wyczynić.
- Może lepiej będzie jak się rozdzielimy, jesteś dużą dziewycznką dasz sobie radę - tym razem nie miał zamiaru dać się prowadzić Iriss. Dobra, to była jej ścieżka ale takie ciągnięcie go po pokojach nie bardzo mu pasowało. Nie i już. Jego ton i wyraz twarzy wyraźnie wskazywały na to, że nie bardzo podoba mu się to całe dowodzenie Sheppard, w końcu to on był tu starszy.
Po za tym rozdzielenie pomogłoby im szybciej zorientować się gdzie są i znaleźć tą babcię, co prawda też to wiązało się z niebezpieczeńśtwem ale... sam nie wiedział już czy wolałby działąć razem z Iriss czy jednak się rozdzielić. Dom w którym byli przyprawiał o dreszcze a skrzypiąca podłoga groziła że zaraz się zapadnie, i jeszcze ta muzyka. Nie przepadał za pianinem, a teraz wyjątkowo działał na nerwy panu łowcy. Dean wziął głeboki wdech nieprzyjemnego powietrza, żałując że wdech był aż tak głęboki; smród, stęchlizna i niewiadomo co jeszcze, przyprawiał o mdłośći a mimo tego, że Dean wiele już dziwnych rzeczy wąchał, aromaty Domu były dwa razy gorsze. Ale mimo tego, i wątpliwości czy aby na pewno rozdzielenie było dobre, zresztą co może im zrobić starsza, brudna pani? Sięgnął do cholewki buta by wyciągnąć z niego swój nóż. - Ja idę na górę, zlokalizować źródło tej pieprzonej melodii ty zostajesz tutaj i szukasz babci. Jak znajdziesz, krzyczysz - w końcu miała broń, miała swój nóż, znalazła jeszcze to coś w schowku no i miała wodę święconą; on swoją wykorzystał na Williamie w barze. - Jak ja znajdę, to cię zawołam. - dodał szybko, stawiając pierwsze kroki na schodach. Właściwie to też miał zamiar trzymać z dala Iriss od piętra - co pewnie mu się nie uda, ale warto spróbować. Instynkt, nadal lekko zamroczony piwskiem, podpowiadał mu że właśnie ta muzyka będzie kluczem do wszystkiego co się dzieje, ale zarazem może być niebezpieczna. A Winchester miał zamiar trzymać Iriss z dala od niebezpieczeńśtw i to nawet nieświadomie robił. I nie czekając nawet na to aż dziewczyna odpowie, udając że w ogóle noga mu nie dokucza, wszedł po schodach, ostrożnie żeby nie powtórzyć sytuacji z werandy, nasłuchując czy Iriss nie idzie za nim. Miał szczerą nadzieje, że chociaż teraz go posłucha i pójdzie przeszukać parter.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Pon Lis 12, 2012 12:37 pm

Iriss wywróciła tylko oczami, słysząc odpowiedź Deana. Mogła się tego spodziewać. Oni zawsze tak reagowali, a po tylu latach spędzonych głównie w towarzystwie dwóch identycznych facetów mogła się powstrzymywać. Jednak chyba jej niechęć do tego określenia, a co za tym idzie i do przedmiotowego traktowania brała nad wszystkim górę i dziewczyna wyrażała swoje niezadowolenia za każdym razem, gdy słyszała jak ktoś zwraca się do nie „kobieto”. Spojrzała na Winchestera, obdzierając go ze skóry wzrokiem, na chwilę zapominając, że się o niego martwiła. –Czy ja wyglądam, jakbym się nie czuła kobietą? A poza tym mam imię. I ty je znasz. Więc się zwracaj, jak należy, Winchester.- poczym wróciła do uwalniana nogi łowcy z potrzasku. Pewnie znów zielonooki wykorzysta przeciw niej jej własne słowa. Bo ikoną kobiecości to Iriss nie była. Może i nie wyglądała jak jakiś babochłop, z kwadratowymi ramionami, krótkimi nóżkami i szorstką skórą, ale nie o sam wygląd chodziło. Charakterek chyba przyćmiewał całą resztę. Bo subtelna, delikatna i pełna manier, jak na porządną panią, przystało, to Iriss nie jest. Kobietą jednak była cały czas i nikt nie będzie jej tu tego podważał. A gdyby tylko wiedziała, że Dean boi się ( tak, tak, boi), dostać od niej po głowie, to na pewno nękała by go tym przez najbliższy miesiąc. No ale cóż, już taka była, że lubiła drażnić się z innymi. Ale dokopanie Deanowi sprawiłoby jej podwójną przyjemność.
Dom nie był przyjemny. Samo przekroczenie progu drzwi wywołało poczucie dziwnego dyskomfortu. Miało się wrażenie, że zaraz wszystkie przedmioty, ściany, bród i kurz, a nawet szczury, piszczące pod podłogą, zwrócą się przeciwko Tobie. Wstrętne to. Producenci z Hollywood na pewno zapragnęliby nakręcić tu film. Kolejny denny horror, kończący się tak samo. Jakby mało momentów grozy pukało do drzwi normalnych ludzi. Lecz skoro lubili to oglądać… ich wola. Iriss przecież nikomu nie zabroni. Nie każdy przecież był świadom tego, co się naprawdę dzieje po zmroku. Choć dziewczyna czasem o tym zapominała. Wymagała od ludzi tego, o czym oni nie mieli pojęcia. Nie dotykaj, nie idź tam, nie patrz, nie całuj dziwnie wyglądających ludzi na rozdrożu, którzy obiecali Ci wiele w zamian za nic. Czy to tak dużo? Niby nie. Jednak skąd taka panna X, czy pan Y mieli wiedzieć. Przecież nie uczą tego w szkołach, niestety. Choć może i stety... bo co by teraz Sheppard robiła? Co znaczyło by jej życie? Pewnie zostałaby jakąś księgową, czy nie spełniałaby się w innym nudnym zwodzie. Bo taki łowca… już nie było by łowców. Stałoby się to czymś popularnym i trzeba by było przechodzić różne dziwne, bezsensowne szkolenia i uczyć się regułek. Jak w policji. Więc ani ona, ani Dean nie byli by tym, kim są teraz. Wszystko wyglądałoby inaczej, panowałby większy chaos i nieład. Bo żadna nadnaturalna istota nie chciałaby już chować się przed światłem dziennym. No, ale wracając do tematu. Łowczyni, muszę przyznać, była nieco zaskoczona tym, że Winchester tak grzecznie przyjął jej rozkazy. Nie, to nie był rozkaz. Tylko zarządzenie. Ładniej brzmi. Była przygotowana na sprzeciw, jak zawsze w jego wypadku, gdy ktoś przejmuje stery. A teraz szedł sobie za nią grzecznie. Nawet nie musiała go ciągnąć za sobą jak krnąbrnego szczeniaka, któremu nie podobała się podłoga, więc na nią nie wejdzie. Iriss zajęła się więc szukaniem… czegoś. Dokładnie nie wiedziała czego. Lecz w takich domach zawsze pod skrzypiącymi listwami podłogi, czy zakurzonych, brudnych ścianach, kryły się skarby. Może znajdzie coś, co im się przyda. Jakąś wskazówkę, chociażby w postaci kroniki rodzinnej lub listu, na którym znajdą adres. Ten, kto ich tu wysłał miał nieźle nasrane w głownie. Wszystko było dopracowane naprawdę szczegółowo. Nie sądziła jednak, by było to prawdziwe miejsce. Pewnie wszystko dzieje się w jej głowie. A ciało leży bezwładnie w jakiejś starej piwnicy. Ale nie miała zamiaru się na razie zabijać, by to sprawdzić. I daleko jej do tego. Może jest jakieś inne wyjście z tej fantasmagorii. Idąc powoli przed siebie cały czas plątała się w jakieś pajęczyny, miała je na twarzy we włosach, a czasem nawet w ustach. Raz nawet poczuła jak jakiś wąż, a może szczur, przemknął jej pod nogami. Ciche skrobanie mysich pazurów o podłogę momentami drażniło niemiłosiernie. I dziwne odgłosy ze ścian. Pewnie roiło się tam od wszelakiego rodzaju robactwa, czekającego tylko aż ktoś wybije dziurę w tynku, by spokojnie mogły opanować resztę domu. Iriss aż sobie to wyobraziła. Wypełzające z niewielkiej, ciemnej szczeliny chmary karaluchów, łażących po ścianach, schodzących na podłogę i spadających z sufitu. A gdy zabraknie im miejsca to i z niej zrobią sobie mebel. Skrzywiła się więc lekko odchodząc kawałek od ściany. –Adamsowie chyba lubią zwierzaczki.- powiedziała, stając przed nienaturalnie wielkim, zdechłym szczurem. Jeszcze nawet przypominał swój gatunek, choć śmierdział niemiłosiernie, a na jego futerku ucztę zrobiły sobie małe, ruchliwe robaczki. Ominęła go sporym łukiem, idąc do następnej ściany. Po drodze zaglądała pod meble, gdzie znajdowała kolejne zdechłe gryzonie. Stanęła przed oknem. Przez szyby nie było widać wiele. Były obrośnięte warstwą brudu przewyższającą grubość szkła. Stare pajęczyny huśtały się powoli przez wiatr, wpuszczany przez szczeliny. Jakaś gałąź stukała w rynnę na zewnątrz, rzucając cień do środka. Horror pierwsza klasa. A na parapecie, obok starych, już dawno martwych pozostałościach po kwiatkach i chwastach leżały resztki kota. Tak się przynajmniej wydawało Iriss, że to kot. Bo niby co innego miałoby taki kształt czaszki? Nie raz już je widywała, tępiąc tą zarazę Williamowi podobną. Oni lubowali się w takich rzeczach. Po chwili odeszła kilka kroków. I wtedy właśnie zobaczyła tą dźwignię. Pociągnęła za nią, chmura kurzu uniosła się do góry, wciskając się również do płuc łowczyni, powodując kaszel. Gdy już śmierdzący pył opadł, a gardło przestało drapać, Sheppard podeszła do skrytki, która ładnie się otworzyła. Nie zobaczyła tam nic, czego oczekiwała. Kosa. Błyszcząca, nowiutka kosa. Iriss wydało się dziwne, co ona tu może robić. Nie pasowała do otoczenia. Czyżby babcia bardziej dbała o samoobronę i bezpieczeństwo, niż higienę domu? A może właśnie ten brud dookoła być kamuflażem. Przed wcześniej wspomnianym złem. Choć dziewczyna w takie bajeczki nie wierzyła. Babcia pewnie w rzeczywistości była paskudnym dżinem. Wtedy poczuła za plecami głos Deana. –Przecież jej nie dotykam.- zastanawiała się tylko po co srebrne, błyszczące w półmroku ostrze było w ścianie, a nie w starej szopie, gdzie jego miejsce. Z resztą, po co miałaby to brać? Miała swój pistolet i ukochany sztylet, który cały czas trzymała w dłoni. Chwyciła z powrotem wajchę, pchając ją w górę, by zamknąć schowek. A przedmiot rzeczywiście mógł być przeklęty. Może ten kot nie umarł na darmo.
-W końcu to zauważyłeś.- odwróciła się do niego twarzą, patrząc w oczy. Bo ona patrzyła prosto w oczy, zawsze. Niektórzy twierdzili, że jest to wyzywające. Ale ona tak już po prostu miała. Czasem robiła to celowo, by sprowokować. Lecz w większości przypadków było to naturalne. Te dwa, okrągłe, świecące szkiełka były zwierciadłem duszy. Kryły w sobie wszystko. Samo spojrzenie mogło tak wiele. Może dlatego właśnie tak to lubiła? Widziała w tym jakąś magię. Lecz nie tą, którą tępi. Taką pozytywną, jakby zagadkę. Bez żadnych rytuałów i zabijania kotów. Nie odpowiedziała na nic więcej. Nie podobało jej się rozdzielanie i już. Nie dlatego, że bała się o siebie. Bo się nie bała. Nie raz wchodziła do domów tego typu, a nawet i jeszcze gorszych. Jednak teraz czuła, że nie powinni się rozdzielać. Z resztą. Wiadome było, że na dole nic nie ma. Sprawdzili prawie każdy pokój. I znaleźli tylko tą przeklętą kosę, która o niczym im nie mówiła. Poza tym, że to miejsce to stolica dziwności. Do sprawdzenia zostało kilka szuflad i jeden pokój. Babcia na pewno do niego nie weszła, chyba, że umiała przenikać przez ściany, bo pajęczyny w rogach i na klamce wyglądały na nienaruszone. Skoro naprawdę myślał, że potrafi sobie poradzić, to czemu wybrał miejsce, w którym odnalezienie jakiejś wskazówki było niemalże oczywiste? Z góry schodów widać było Bask sztucznego światła. Na dodatek ta melodyjka, której rozpoczęcia Iriss od razu nie zauważyła. Po prostu muzyka jakoś wwierciła się w jej głowę i pasowała do tego miejsca. Może też dlatego, że czegoś takiego można było się spodziewać. I tego właśnie brakowało. Upiornej muzyki. –A więc postanowione.- powiedziała krótko i chłodno. W żaden możliwy sposób nie podobało jej się to i koniec. Patrzyła na Deana uważnie. Z kamienną twarzą. Jak wyciąga sztylet z buta, jak odchodzi w stronę schodów. A gdy już na nie wszedł wywróciła oczami. Była zdenerwowana. Miała ochotę go czymś rzucić. Chociażby przez to, że nie lubiła jak ktoś jej mówił, co ma robić. Nie wiedziała w ogóle dlaczego na to poszła. –Idiota.- rzuciła tylko krótko i odwróciła się plecami do tej części domu, do której udał się łowca. Powiedziała to dość cicho. Tak, by nie usłyszał. Akustyka tego domu była zagadką, więc kto wie… może akurat słowo do niego dotarło. Sheppard nie miała w zwyczaju słuchać się innych. Dlatego teraz była na siebie taka zła. Otwierała jednak po kolei szafki, samej nie wiedząc czego szukając. Przyszła kolej na drzwi. Podeszła do nich i chwyciła za klamkę. Zamknięte. Oczywiście. Drewno jednak wyglądało na takie, które rozwali się przy mocniejszym pchnięciu. Nie chciało jej się bawić we włamywacza perfekcjonistę. Cofnęła się więc kilka kroków i z impetem kopnęła w drzwi. W pomieszczeniu rozległ się huk i kolejna chmura kurzu uniosła się do góry. Tym razem Iriss zasłoniła sobie twarz rękawem bluzki. Nie miała ochoty wdychać tego syfu. Drzwi, tak, jak się spodziewała popękały i pokruszyły się w wielu miejscach. Weszła więc do pomieszczenia. Było wyjątkowo ciemne. Wyciągnęła z kieszeni zapalniczkę i odpalając ją rozświetlała sobie drogę. Pod nogami, poza szczątki zwierząt i brudem, oczywiście, miała sterty starych książek. Większość była obcojęzyczna. Przerzucała je więc z jednej kupy, na drugą. Znalazła też kilka listów i telegramów. Również nie potrafiła ich odczytać. Wyprostowała się i rozejrzała bardziej po pokoju. W drugim jego końcu stała duża, zamknięta szafa. Co dziwniejsze klucz był w zamku. Podeszła więc do niej, otwierając szeroko. Zapalniczkę wciąż trzymała w ręku, by oświetlić sobie drogę. Nie było tu ani jednego okna. Światło mogło jedynie przepływać przez drzwi, jednak i po ich drugiej stronie nie było go za wiele. Nagle ze środka wyleciało stado nietoperzy, piszczących przeraźliwie. Wleciały prosto na twarz Iriss, więc dziewczyna zmuszona była do skuleni się. Nietoperz we włosach nie wróżył niczego dobrego. Wiedziała to każda dziewczyna. A może Sheppard nie miała ich zbyt długi, lecz mimo wszystko skracać ich nie chciała. Nawet nie zorientowała się, że upuściła gdzieś zapalniczkę. Gdy tylko chmura czarnych, piszczących niemożliwie głośno stworzonek rozleciała się po domu, znów się wyprostowała. –Skurwysyny! – warknęła, lekko poirytowana. Odetchnęła głośno i przeczesała włosy palcami. Zajrzała do szafy, była kompletnie pusta. Drugiego dna też nie miała. Ani żadnego tajemnego przejścia. Już miała wychodzić, gdy poczuła dym. Odwróciła się i dopiero teraz przypomniało jej się, że miała zapalniczkę. Kupa książek stanęła w płomieniach. Czerwono, pomarańczowe mary, tańczyły sobie wokół nich, przejmując powoli kolejne. Iriss powoli zaczęła się wycofywać. Nie miała nawet czym zgasić płomieni, albo próbować tego zrobić. A nie nakarmi głodnego potwora kolejną porcją starego, suchego papieru. Jak widać bardzo łatwopalnego. Płomienie były już na tyle duże, że ich ciepło uderzyło w łowczynię. Wybiegła z ‘biblioteczki’, kierując się ku schodom. Nie chciała krzyczeć, bo bała się, iż Dean jej nie usłyszy. Z resztą, sama stąd nie ucieknie. Będąc w połowie drogi, zaczęła wołać jego imię. Głośno. Miała nadzieję, że nic go tam nie związało, że babcia nie okazała się dżinem, który teraz wysysa z niego życie. Była na siebie zła. Jak zwykle musiała coś zepsuć. Gdyby jeszcze była sama… ale nie była. Nie mogła narazić Winchestera. Znowu. Już raz ją ratował przed psychicznym wampirem. Cała drżała z nerwów. Ale przecież nie miała powodu. Nikt tu nie mieszkał. Nie było zagrożenia. To nie był prawdziwy świat. Jednak świadomość, że wywołała pożar, zjadający coraz to większe części domu, robiła z nią dziwne rzeczy. Gdy wbiegła już na górę nie wiedziała w którą stronę powinna iść. Korytarz z pozamykanymi drzwiami po obu stronach mógł przyprawić o klaustrofobię. Skup się! Krzyczała na siebie w myślach. Odetchnęła głęboko. Wsłuchała się w melodię, za którą miał iść Winchester. I również poszła jej śladem. Bała się o niego. Ona się po prostu o niego bała. Jednak czy nie każdy poszedłby za drugą osobą, w takiej sytuacji?



____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by William Blackwood on Sob Lis 17, 2012 10:54 pm

William był chyba bardziej wściekły na siebie niż na 'nieznajomego'. Czego mógł się spodziewać, że zabierze go z powrotem do domu? Najgorsze było to, że nie posiadał żadnego atutu, który mógł wykorzystać w rozmowie z ‘bogiem'. Faktycznie, mógł z nim walczyć, ale czy miałby chociaż najmniejsze szanse na wygraną? Raczej nie, więc nic dziwnego, że osoba która jeszcze przed chwilą koło niego stała, rozpłynęła się w powietrzu. Teraz Williamowi nie zostało nic, jak być marionetką, której losem z łatwością kieruje 'Kojot'.
Niestety przez to całe zamieszanie, czarodziej zapomniał którą drogą miał iść. Teraz każde drzewo, nie licząc tego co się paliło wyglądało tak samo. Mężczyzna chwilę zastanawiał się jak iść, jednak nigdy nie miał dobrej orientacji w terenie, więc nieświadomie wybrał drogę, którą jakąś godzinę temu udała się dwójka łowców.
William podążał w samotności, zastanawiając się, jak się stąd wydostać oraz czym dokładnie jest istota, która bawi się jego życiem. Chwilami nawet przestawał myśleć, iż to normalny świat. Możliwe, że jest to inna czasoprzestrzeń, a nawet jego wyobraźnia zamknięta przez ‘dżina’, jednakże czy to oznacza, iż musi popełnić samobójstwo by się stąd wydostać? Tego nie wiedział, jednakże jak na razie nie chciał umierać. Na szczęście mógł odrzucić te myśli, bowiem nareszcie zobaczył jakiś budynek i chociaż nie podejrzewał, że ujrzy tam coś ‘normalnego’, to fakt ujrzenia czegoś innego niż drzewa ucieszył Williama na tyle, by móc uśmiechnąć się w agonii.
avatar
William Blackwood

Liczba postów : 16
Join date : 13/10/2012

Zobacz profil autora http://occultus.cba.pl

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Sro Lis 21, 2012 4:01 pm

- Więc teraz udowodnij mi, że dasz sobie radę - brzmiało jak wyzwanie i miało nim być. Dean odwzajemniał spojrzenie a w jego oczach, pomimo otoczenia i całej sytuacji, zalśniło chwilowe rozbawienie mając świadomość tego że dziewczyna zrobi wszystko byle pokazać że potrafi sama o siebie zadbać. Oczywiście Dean w to nie bardzo wątpił ale te kilka razy, kiedy bawił się w bohatera pozostanie w jego pamięci na wieki i przy każdej możliwej okazji będzie jej to wypominał tyle razy aż Iriss mu przyłoży na zapomnienie.
I dobrze że nie słyszał jak go nazywa, jeszcze skłonny byłby odpowiedzieć coś niemiłego zapominając że to nie jest Sam. Obraziłaby się na niego czy coś, i potem rzucała babskimi fochami na prawo i lewo.
Winchester miał trochę więcej szczęścia, a może po prostu to pan Zabawny stwierdził że to Iriss zasługuje na większy sprawdzian swoich możliwości i zachowań niż Dean. Dlatego łowca miał dziwnie czystą drogę. Dziwnie, bo to mu nie pasował, tak jak cały dom ale... było trochę za łatwo.
Po schodach wchodził ostrożnie pamiętając stan tych z werandy, a gruba warstwa kurzu tłumiła jego kroki co działało na korzyść łowcy. Bo przecież nie chciał być od razu zdemaskowany.
Piętro powitało go długim korytarzem, którego końca nie było widać bo pochłaniał go mrok, jednak na ścianach co jakiś odcinek na zardzewiałych kinkietach paliła się pojedyncza świeca, ukazując dość liczebny rząd drzwi bo obu stronach korytarza.
- Dobra, sukinsynie koniec tej zabawy - krzyknął Dean otwierając pierwsze drzwi po jego prawej. Za drzwiami było ciemno a przed twarzą Dean'a pojawił się uroczy pajączek który zjeżał po swojej pajęczynie. Zrobił krok do przodu oświetlając pomieszczenie nikłym światłem świeczki, którą zdjął ze ściany. Pusto. Same rupiecie ukryte pod brudnymi prześcieradłami. A miał wrażenie że to właśnie tutaj ukryte jest źródło muzyki. Z tym, że gdy podszedł do kolejnych drzwi miał to samo wrażenie. I przy kolejnych to samo. Wszędzie ta sama pieprzona melodia.
- Na prawdę nie mam ochoty się z tobą bawić, idioto - krzyknął ponownie gdy kolejne drzwi okazały się schowkiem na przetwory. Zakurzone, lepiące sie od brudu słoiki miały dość wątpliwą zawartość dlatego nawet się im nie przyglądał. Nie ukrywajmy, Winchester nadal uważał ze to ten sam Trickster którego spotkał jakiś czas temu. Bo nie dopuszczał do siebie myśli że inny bożek może robić też takie hokus pokus.
- Kiedyś byłeś o wiele bardziej kreatywny, to co teraz robisz jest nudne - krzyknął raz jeszcze, tym samym zagłuszając wołanie Iriss. Gdyby wiedział co nawyprawia na dole przywiązałby ją do poręczy schodów w taki sposób że sama by nie mogła się odwiązać. I zostawił tak do póki nie rozprawiłby się z dowcipnisiem, bo przynajmniej nie musiałby zwracać uwagi na to by dziewczyna sobie krzywdy nie zrobiła. No ale póki nie wiedział o całym zdarzeniu i tylko zapach palonego papieru dotarł do niego szybciej niż głos Sheppard. Otwierał właśnie kolejne drzwi, już nawet nie wiedział które bo było ich tu pełno gdy odwrócił się spoglądając na biegnącą ku niemu brunetkę, a na jego twarzy od razu pojawiła się mina czegoś co można nazwać mieszanką złości, strachu i troski. Widocznie pomylił się stwierdzając że jest dużą dziewczynką.
- Co się... - nie dane było mu skończyć bo z pomieszczenia które właśnie otworzył wyłoniła się chuda dłoń wciągając go do środka za nogę - zdezorientowanie i zdziwienie, że w ogóle coś go silnie złapało za kostkę i to jeszcze tą obolałą, sprawiło że bez oporu wpadł do ciemnego pomieszczenia, upadając na kolana przy okazji upuszczając swój srebrny nóż i świeczkę.
Poczuł kościstą dłoń na swoich ustach a w nozdrza uderzył go zapach fekaliów, brudu i pleśni. Widocznie znalazł cudowną babcię, która mamrotała coś o złych, demonach i szczerzyła się do niego, i Dean miał wrażenie że to ona jest tym złem. Bo ten uśmiech nie należał do najprzyjemniejszych. A potem był przenikliwy ból głowy i trzask szkła pod butami babinki. Później nastała ciemność - a gdy Dean ponownie otworzył oczy leżał w oświetlonym świecami pokoju, a muzyka dręczyła jego obolałą głowę którą podniósł powoli wbiją spojrzenie w plecy grajka.
- Sukinsyn - wymamrotał przymykając oczy i kładąc ciężką głowę z powrotem na podłogę.

avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Lis 24, 2012 12:53 pm

Powietrze stawało się coraz gęstsze. Śmierdziało spalenizną. Zapach był na tyle ostry, że zaczynał szczypać w oczy. Cały ten kurz, zgromadzony w tej ruinie domu przez wiele lat właśnie został zjadany przez gorące płomienie. Ogień rozprzestrzeniał się powoli. Starannie pochłaniał wszystko, co stawało mu na drodze. Nie robiąc wyjątków. Pastwił się nad rzeczami, które nie dawały mu się z łatwością strawić. Iriss stojąca przy schodach nie widziała go jeszcze. Odwróciła się za siebie, patrząc w dół, by upewnić się ile ma jeszcze czasu. Cały parter zaszedł gęstym dymem, który unosił się powoli do góry. Płomienie rozświetliły przestrzeń. Na schodach i ścianach tańczyły cienie. Gdyby nie to, Sheppard byłaby skazana na wędrówki w egipskich ciemnościach. Choć jeszcze niedawno widziała źródło światła bijące z góry. Najwyraźniej ten dom lubił płatać figle. Ciekawe jakie jeszcze asy ma w rękawie. Teraz jednak nie miała ochoty się nad tym zastanawiać. Dziwny ścisk w żołądku nie pozwalał jej myśleć o niczym innym, jak o odnalezieniu Deana i wydostaniu się stąd. Bo jeśli mężczyźnie coś się stanie, będzie to tylko i wyłącznie jej winą. Z powodu jej nieuwagi sterta starych, kruchych książek stanęła w płomieniach. A za nią powoli cała reszta umeblowania pokoju. I na tym się nie skończy. Miała naprawdę niewiele czasu. Ogień nie był dla niej niczym strasznym. Zawsze go lubiła. Patrząc na tańczące w odcieniach czerwieni, pomarańczy i żółci płomienie odnajdywała jakiś spokój ducha. Potrafiła zapomnieć o tym, co złe, lub pogodzić się z tym na chwilę. Nigdy nie sądziła, że będzie mogła czuć zagrożenie od czegoś, co wcześniej to zagrożenie likwidowało. Ogień wyżerał całe zło z bytów wszelkiego rodzaju. Wszystkie duchy… nie było innego sposobu na pozbycie się ich, jak obrócenie ciała w popiół. Jednak ogień był też żywiołem. A one, mimo iż wydawałoby się, że są piękne, pełne majestatu i wrodzonej gracji, to mogą być zdradzieckie. I gdyby w tym cholernym domu było coś, cokolwiek, co przy zetknięciu z gorącymi językami smoczego oddechu nie zamieniłoby się w proch… Iriss chociaż starałaby się ugasić pożar. Lecz nie było. Przeszuka pomieszczenia dokładnie. Wyschnięte na wiór, wysuszone, stare kawałki szmat – to było za mało. Błagała teraz o deszcz. Wielką ulewę, która nagle spadłaby z nieba i naprawia to, co ona zepsuła. Serce w piersi waliło jej jak oszalałe. Momentami szum w uszach zagłuszał upiorną muzyczkę, która teraz akurat mogłaby być bardziej dramatyczna. Z większą nutką napięcia. To jednak wcale nie pozwoliłoby dziewczynie się uspokoić. Łowczyni dziwiła się sama sobie. Jej reakcja była dość niespotykana. Zazwyczaj potrafiła zachować trzeźwość umysłu. Jednak też przez większość czasu pracowała w pojedynkę. Nie musiała się martwić o osoby trzecie, które mogłyby ucierpieć przez jej potknięcia. A teraz akurat szczęście musiało jej dopisać. Narażała inną osobę. I to nie byle jaką. Bo to był Dean. A znali się już długo… Wzięła się w garść. Podeszła do pierwszych lepszych drzwi. Oczekiwała, że będzie musiała je wywarzyć, lecz były lekko uchylone. Pchnęła więc je dwoma palcami. Otworzyły się z cichym, krótkim skrzypnięciem. Dookoła było ciemno. Nie widziała wiele, lecz jej oczy powoli już się przyzwyczajały. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie było w nim śladu po Winchesterze, ani po tajemniczym grajku. Pomyślała, że skoro drzwi otworzyły się z taką łatwością, to pewnie jej towarzysz tu był. Poczuła ulgę, choć do końca nie wiedziała dlaczego. Może spodziewała się, że po wejściu do pokoju, już znaczniej bardziej zadbanego niż te na parterze, zastanie go przykutego do stołu tortur z jakąś kreaturą stojącą nad nim i pastwiącą się. Ta myśl spowodowała, że mimowolnie zacisnęła mocno palce na rękojeści sztyletu, przyczepionego do paska spodni. Był to odruch bezwarunkowy, jaki wyrobiła sobie większość łowców. Ci, którzy go nie mieli z całą pewnością długo nie pożyli. Instynkt i czujność były najważniejszymi rzeczami. Często mimo wszystko przeszkadzającymi w próbach normalnego życia, których każdy przecież próbował. Ciekawe dlaczego nie wyszło?
Najmłodsza z Sheppardów wyszła z pokoju, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Miała zamiar przeszukiwać jedno pomieszczenie po drugim, aż nie znajdzie Winchestera. Nienawidziła go w tej chwili za to, że chciał się rozdzielać. To się zawsze źle kończy. ZAWSZE. Czy on to wreszcie zrozumie? Co chciał jej tym udowodnić? Była zła i przerażona na raz. A taka mieszanka emocji u kobiety nie wróży niczego dobrego. Już wyobrażała sobie co mu zrobi, gdy go w końcu znajdzie. Będzie uciekał, gdzie pieprz rośnie za te swoje głupie pomysły i próby wcielania ich w życie. Czy on się nigdy nie nauczy? Mało filmów oglądał? Mało mu było wrażeń odbitych na własnej skórze?
Chodziła od drzwi do drzwi. Niektóre były uchylone, inne musiała wyważyć. Lecz wszędzie wiało pustką. Żadnej żywej duszy. Smród teoretycznie został zabity przez dym. Bo generalnie przez większość czasu nie Szułą niczego innego. Tylko ten intensywny, szczypiący w oczy dym. Jednak momentami czuła coś, co przebijało się przez niego. Musiało być naprawdę mocne, skoro jeszcze nie zostało zabite przez inny ‘zapach’. Gdy uderzyło w nozdrza Iriss, poczuła jak jej pusty żołądek podchodzi jej do gardła. Zakryła usta i nos naciągniętym na dłoń rękawem czarnej bluzki, który wcześniej podwinięty był do łokcia. Opuściła szybko pokój, z którego odór się wydobywał, zamykając go za sobą w miarę szczelnie. I wtedy właśnie zobaczyła leżący na ziemi i błyszczący delikatnie w ciemności sztylet. Rozejrzała się dookoła, zapominając o powodującej mdłości mieszance, unoszącej się w powietrzu. Podbiegła do ostrza, kucając nad nim. Nie widziała śladów krwi. Obok leżała tylko wygasła świeczka, z której unosił się jeszcze delikatny dymek, a knot był ciepły. Podniosła przedmioty ostrożnie i wyprostowała się. Stanęła w lekkim rozkroku, jakby szykowała się na odebranie ataku. –DEAN!- krzyknęła, próbując zagłuszyć muzykę, która teraz w szczególności ją irytowała. Jednak nie wiedziała, czy jej się udało. Nie miała pojęcia zza których drzwi dźwięk się wydobywa. Miała wrażenie, że szalony pianista siedzi w każdym rogu i kpi z niej. Teraz jej zdenerwowanie sięgało zenitu. Była niemalże pewna, że coś złego stało się Winchesterowi. I jak szybko czegoś nie wymyśli, nie znajdzie go i nie wydostanie stąd… będzie z nimi źle. Ogień niedługo dostanie się na górę, przepalając drewnianą posadzkę na wylot. Ściany runął, a razem z nimi prosto w paszczę ziejącego ogniem smoka oni. Podeszła do drzwi naprzeciwko. Chwyciła za klamkę, naciskając ją z nadzieją, że zamek się otworzy. Pudło. Schowała świeczkę do tylniej kieszeni ciemnych jeansów. Mocniej ścisnęła rękojeść sztyletu, który upuścił z niewiadomych powodów Dean. Na pewno nie od tak sobie, bo zapomniał, że musi go trzymać. Miała złe przeczucia. Już od początku, jak tylko się rozdzielili, lecz teraz się nasiliły. Dłonie lekko jej drżały, lecz nie chciała dać po sobie poznać, że się denerwuje. Nawet przed samą sobą. Cofnęła się kilka kroków i z dużym zamachem kopnęła mocno w drzwi. Otworzyły się z hukiem. Nie spodziewała się nawet, że zrobi to tak mocno. Najwyraźniej adrenalina trochę zaburzyła jej świadomość używanej siły i pobudziła. Przeszła przez próg. Ciemno. Głucho. Pusto. Ani śladu obecności człowieka, czy w ogóle czegokolwiek. Wyszła stamtąd szybko. Dłoń, którą kurczowo trzymała sztylet Winchestera zaczynała jej się pocić. W ogóle było jej gorąco. Ogień rozprzestrzeniał się dość szybko i rósł. Łatwo było ogrzać taki domek. Wystarczy jeden mały pożar i nawet najbardziej sroga zima na takim zadupiu nie jest Ci straszna.
Stanęła na środku korytarza, zamykając na chwilę oczy, by spróbować odnaleźć źródło dźwięku. Odetchnęła głęboko. Niewiele jej to dało. Z jednej strony słyszała tylko dźwięk dużego ogniska, a z każdej- pianino. – Do jasnej cholery, Dean, gdzieś Ty się podział?!- nie krzyczała. Rozmawiała sama ze sobą. Podeszła do kolejnych drzwi. Tym razem otworzyły się z łatwością. Było to aż dziwne. Nie usłyszała żadnego skrzypnięcia, gdy pchała je delikatnie przed siebie. Weszła ostrożnie do pomieszczenia, które za sobą kryły. Muzyka stała się głośniejsza. Jej oczy zostały oślepione przez blask bijący z lamp i świec. A więc to ten pokój. Znalazła go. Pierwsze, co zobaczyła, gdy już przestała mrużyć przyzwyczajone do ciemności oczy, był leżący na ziemi Dean. Od razu do niego podbiegła, nie przejmując się resztą. Przyłożyła dwa palce do jego szyi, by sprawdzić, czy żyje. Tętno miał wyczuwalne, oddychał, a nawet coś mruczał. Podniosła go delikatnie za ramiona i potrząsnęła, by się obudził. Jego sztylet położyła sobie koło nogi, przytrzymując go lekko kolanem, żeby przypadkiem żadnemu paskudztwu nie przyszło do głowy, że go sobie zabierze. –Dean, żyjesz?- Trzymała go za ramiona, próbując zmusić go do nawiązania z nią kontaktu. Jakiegokolwiek. Chyba tym razem on dostał w głowę czymś ciężkim. Rozejrzała się dookoła. I wtedy właśnie zobaczyła Tajemniczego Grajka. –Hej, Ty!- krzyknęła do jego pleców, bo mężczyzna zdawał się w ogóle nie przejmować ich obecnością. Jego palce dalej zgrabnie biegały po klawiszach, wystukując już dobrze jej znaną melodię. –Masz trzydzieści sekund na powiedzenie czego Ty do cholery chcesz.- Nie wstała, nie podeszła do niego. Dalej klęczała nad Deanem. Najważniejsze dla niej było, żeby szybko doszedł do siebie i żeby mogli się stąd wydostać. Te pół minuty może okazać się za długo.



____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Baron Cygański on Czw Lis 29, 2012 1:02 pm

Kojot, słysząc słowa Iriss, uderzył mocno w klawisze, kończąc tym samym melodię i uciszając dziewczynę.
Odwrócił się do niej powoli i zmierzył wzrokiem od stóp do głowy.
- Mam trzydzieści sekund... - powiedział w zamyśleniu, jakby smakując te słowa. - A potem co? Zabijesz mnie? Rozwiesisz mnie między ścianami i będziesz torturować w zemście za to, jak się ładnie bawię? Och, proszę, zrób to. - złożył ręce, jak małe dziecko, błagające o cukierka i zrobił słodkie oczka.
Spoważniał i pstryknął palcami. Pokój rozświetlił się dziesiątkami świec, osadzonych w lampach na ścianach. Nagle wszystko wyładniało, przestało być takie poniszczone, gnijące i śmierdzące. Znudził mu się ten wystrój. Zabawa też mu się trochę znudziła: łowcy biegali jak dzieci we mgle,nie wpadając na żadne konkretne pomysły i nie ubarwiając życia Kojota.
- Nie jesteście tacy zabawni, jak mi się wydawało, ale może jeszcze da się z was coś wycisnąć. - oświadczył, wstał i podszedł powoli do Iriss i Deana. Stanął nad nimi i popatrzył na chłopaka, przechylając głowę na ramię.
- Hm. - mruknął. - Nie wygląda dobrze. - przeniósł wzrok na Iriss. - Ale może porozmawiajmy o czymś weselszym. Czego ty chcesz? Poza rzeczą oczywistą: żebym zostawił was w spokoju. Co chwilę to słyszę, nie powtarzaj, bo to nużące.
Machnął ręką w dość gejowski sposób i przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. Wypiął przy tym biodro jak dziewczyna. Po chwili ukucnął naprzeciwko łowczyni, nad Deanem i popatrzył jej w oczy.
- Chcę rozrywki. - powiedział. - Uznałem, że wy się świetnie do tego nadajecie. Teraz więc daj mi rozrywkę i powiedz, czego pragniesz.
Początkowo, co prawda, planował pobawić się nimi w nieco inny sposób: dać im podobną historię, jak w tych wszystkich głupich filmach, które Winchester tak uwielbiał. Ale się nie udało, bo pracowicie ignorowali wszystko, co Kojot im dawał. A już zwłaszcza czuł się ignorowany przez tego całego nieszczęsnego czarownika, którym chwilowo przestał się zajmować. I tak idąc tu, trafi na to samo, na co się natknęli łowcy.Może z pominięciem staruszki i innych obiektów ruchomych.
Poczuł dym. Czarny obłok powoli wypełniał pomieszczenie. Kojot wcześniej nie zwracał na niego uwagi i zwyczajnie zapomniał, że dziewczyna narobiła bigosu.
Wybornie... może jednak więc coś z nich jeszcze będzie.
Machnął ręką i drzwi się zatrzasnęły z hukiem za plecami dziewczyny. Nie zamknęły się, co prawda, na klucz, ale też kiedy któreś z nich spróbuje je otworzyć, zobaczy lustrzane odbicie tego pokoju. Ze sobą po drugiej stronie. I to, co się zdarzy: płomienie, sięgające wreszcie tego piętra, dym wszędzie. Jedno z nich, duszące się; drugie płonące żywcem.
Kojot uśmiechnął się paskudnie.
- Narobiłaś bigosu, dziewczynko.
Niech spróbują się teraz wydostać, kiedy są na trzecim piętrze starego domu. A wiadomo - stare budownictwo ma tę paskudną cechę, że piętra są strasznie wysokie. Prawie dwa razy wyższe, niż w nowoczesnych budynkach. No i jeszcze te zeschłe krzewy różane pod oknami, płot ze sterczącymi na sztorc sztachetami zaraz obok... Skakanie byłoby nadzwyczaj nieroztropne - nawet, jakby się nie zabili, to nóg by już nigdy do niczego nie użyli. Można było najwyżej próbować przejść po gzymsie z jednego pokoju do drugiego.

//nie opisujcie, proszę, innych pokojów. Jeśli chcecie się gdzieś dostać, to tak to zostawiajcie: deklarujcie swoje akcje, ewentualnie sobie twórzcie jakieś szalone staruszki, noże, zapałki (gaśnic ani wody nie ma) i takie tam. Ale opisy miejsc zostawiajcie mi.
avatar
Baron Cygański

Liczba postów : 73
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Pią Lis 30, 2012 7:12 pm

Niewyparzony język zawsze przysparzał Iriss kłopotów. Jednak z czasem przestała się tym po prostu przejmować. Mówiła, co myślała i miała głęboko gdzieś co inni o tym pomyślą. To, że rozwścieczyła swoim nakazem tego psychopatę nie zrobiło na niej większego wrażenie była wściekła. Miała dosyć tego cyrku. Po prostu chciała stąd wyjść. Nie spłonąć żywcem, razem z Deanem. Nie lubiła, gdy ktoś mówił jej co ma robić. Nie zamierzała być marionetką w niczyich rękach. Nie pozwoli na to, choćby miała zginąć. Już wolała smażenie się w czeluściach piekielnych niż robienie za czyjąś zabawkę. Niech więc Kojot, wyraźnie sfrustrowany jej słowami nie wznosi się na piedestały. Dla niej jest nikim. Zwykłym wynaturzeniem, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. To, że przeżył te setki, jak nie tysiące lat, nie świadczy wcale, że może uważać się za lepszego. Za kreatora losu i przestrzeni. Nikt nie będzie układał jej życia, poza nią samą. Nikt nie będzie trzymał jej w pułapce, jak jakiegoś królika doświadczalnego i obserwował, jak powoli umiera w męczarniach. Nie bała się go. Słysząc dźwięk przerywanej muzyki, melodię zakończoną pięknym fałszem, wstrzymała na chwilę oddech. Nie ze strachu. Z oczekiwania. Nie była pewna co stanie się teraz. Chciała być przygotowana na wszystko. Oderwała wzrok od leżącego, nieprzytomnego Deana i przeniosła go na mierzącego wzrokiem drobne ciało dziewczyny pianistę.
-Zrobię coś o wiele gorszego, ty kupo nic nieznaczącego gówna.- wycedziła przez zaciśnięte zęby. W jej głosie można było wyczuć złość. Jeśli ten psychol myślał, że może od tak sobie bezkarnie zrobić z niej swojego pluszowego, małego misia, którego będzie mógł po kilku dniach zabawy rzucić w kąt, zapomnianego, skazanego na zakurzenie… to się mylił. Temperament Sheppard wrzał, niczym gotująca się woda, w kotle jakiejś popieprzonej czarownicy. Torturowanie wcale nie było złą myślą. Jednak nie dałoby to jej aż takiej satysfakcji, jaką by chciała. Był to tylko ból, a ten nadęty ‘coś’ zasłużył sobie na coś o wiele gorszego. Nie będzie grać jego kartami. Za żadne skarby świata. Jej spojrzenie było bardzo intensywne. Pełne złości i chęci zemsty. Jakiejś dzikości. Jej palce mocno zaciskały się na rękojeści sztyletu. Co raz popuszczając i wzmacniając uścisk. Miała wielką ochotę rzucić się na niego, poderżnąć gardło i wykąpać się we krwi, którą by wypluło. Ale umiała się kontrolować. Do czasu, co prawda, jednak teraz jeszcze miała na to siły.
Zmiana wystroju tego śmierdzącego, rozpadającego się pokoju nie zrobiła na niej wrażenia. Dała tylko jaśniejszy obraz tego, co potrafi ta zapyziała kreatura. Co prawda nie wiedziała do końca kim jest… nie miała okazji i sposobności się dowiedzieć. Jednak jeszcze kilka popisowych sztuczek, a Pan Wszechmocny sam się wyda. Choć może wcale się nie ukrywał? Może to była kolejna gra? Taka zabawa w „zgadnij kim jestem”, czy coś w tym stylu. Ale jak już mówiłam. Iriss tak się nie bawi. Jasność, która nagle zapanowała, w porównaniu z wcześniejszą męczącą ciemnością, drażniła oczy. Łowczyni od tak nagłej zmiany została zmuszona zmrużyć oczy. Gdy już się przyzwyczaiła, rozejrzała się uważnie. Już tak miała, że pierwszą rzeczą, jaką robiła po wejściu do nowego pomieszczenia, rozglądała się uważnie na boki, oceniała przestrzeń i jej możliwości. Dopiero potem zwracała uwagę na ludzi. Choć zależało też na sytuacji. Czasem nie było czasu na oglądanie widoków, choć nie dla piękna miejsca to robiła. Gdy skończyła wodzić wzrokiem po radykalnie zmienionym wystroju parsknęła. Było to dziwne połączenie złości i rozbawienia. Jakoś tak jej czasem wychodziło. Brakowało jeszcze tylko, żeby w jednym z końców sali pojawiła się orkiestra, na środku zrobiło się miejsce na parkiet, na ciele Iriss pojawiła się renesansowa suknia, a Kojot porwał ją do tańca z maską na oczach. Sheppard nie była dziewczyną, która tańczy, jak jej się zagra. A bóg ewidentnie tego oczekiwał. Gdyby umiała warczeć, na pewno by teraz to robiła. Jak wściekły pies, broniący swojego terytorium. Trickster mógł sobie i myśleć, że jest kimś ponad ludźmi. Ponad nią, ponad Deanem. Ale ona udowodni mu, że to nieprawda. Choćby miała sobie wypruć flaki, a potem je zjeść.
-Zabawni? Pokazać Ci co to znaczy zabawa? NIE JESTEM TWOJĄ MARIONETKĄ, ty chory bałwanie!- mówiła cicho, spokojnie i wyraźnie, zdecydowanie kładąc nacisk na pewne słowa. Patrzyła na niego uważnie, spode łba. Jak podchodzi do nich, od razu oceniając i mając się za lepszego. Nienawidziła tej cechy. U nikogo. Nie pozwoli sobą pomiatać. Tylko te myśli zajmowały jej teraz głowę. Zaraz za nimi chęć wydostania stąd Deana i pożar, który zapewne zjadł już większą część domu. Dziwne, że podłoga pod nimi jeszcze się nie zawaliła. Dziewczyna robiła się ostrożniejsza, bardziej czujna z każdym krokiem w ich stronę Huehuecoyotla. Jej mięśnie naprężały się. Miała nadzieję, że Winchester jak najszybciej odzyska przytomność. Nie mieli teraz czasu bawić się w chorowanie… trzeba było stąd wiać. Jak najszybciej. Nie tyle przed pragnącym zabawy bogiem, a szalejącym piętro niżej ogniem. Gdy Aztek tylko spojrzał na Deana, zwrócił na niego uwagę, w łowczyni odezwał się jakiś instynkt obrończy. Wyprostowała się gwałtownie, w pełnej gotowości do ataku. Nie wstała jednak z kucków. –Nie Twoja sprawa.- rzuciła krótko, zerkając szybko na nieprzytomnego Łowce. Tak jej się przynajmniej wydawało, że był nieprzytomny. Może gdzieś odpłynął i nie kontaktował, a przed oczami miał tuzin striptizerek. Tylko tego brakowało. Na kolejne słowa zareagowała długą, przeciągającą się ciszą. Oddychała tylko ciężko. Patrzyła prosto w oczy tego psychola, wyobrażając sobie najstraszliwsze scenariusze jego śmierci.
-Czego. Ja. Chcę.- głos miała lekko zachrypnięty. Była wściekła i dało się to wyczuć. Wcale nie chowała swoich uczuć. Niech wie, niech ma tą satysfakcję. Proszę bardzo. Zaśmiała się krótko. Trochę gorzko, trochę ironicznie. Opuściła na chwilę głowę, zamykając oczy. Po chwili spojrzała na niego. –Wiesz czego ja chcę?- znów się zaśmiała, kręcąc głową. – Pieprzonego pokoju na świecie!- Powoli przestawała mieć ochotę panowania nad sobą. Ręce drgały jej delikatnie, wyrywając się, by zadać jakiś cios. Dziewczyna może i była drobna, jednak walnąć umiała. Bożek mógłby nie poczuć tego fizycznie, jednak cios od kobiety zawsze boli. Tu chodziło raczej o dumę, męskość. To cierpiało najbardziej. -Jak myślisz? Czego ja mogę chcieć? Spokój to stanowczo za mało. Oh, a może oczekujesz, że pragnę wielkiej miłości, albo normalnego życia? Białego płotku, gromadki dzieci i śmierdzącego kundla? Jeśli tak, to jesteś głupszy niż myślałam. Jedyne czego pragnę w tym momencie, to widok Twoich flaków na ścianie, tworzących mozaikę. Podoba Ci się taka opcja?- ironia, pogarda, złość. Nieciekawa mieszanka emocji na raz. Uważnie obserwując ruchy Kojota, kucającego nad Deanem, położyła mu dłoń na klatce piersiowej, zaciskając palce na koszuli. Taki gest krzyczący „To moje, nie rusz!” Nie miała zamiaru pozwolić choćby tknąć miłośnika ciast temu brudasowi. Nie za życia, ani po tym, jak stanie się duchem. Ani gdy odejdzie na wieki smażyć się w piekle. –Jeśli jednak chcesz tej zasranej rozrywki, to radzę Ci się udać do burdelu na dziwki. Tu niczego takiego nie znajdziesz. Nie jestem zabawką. Nie dla Ciebie.- to ostatnie zdanie było zbędne. Nie było opcji, żeby młoda Sheppard dała komukolwiek zrobić z siebie swoją marionetkę. Po prostu nie było opcji. Nigdy. Nie zaszkodziło jednak docisnąć panu, któremu zachciało bawić się w kreatora świata. Podkreślić jak bardzo głęboko w dupie go ma. I jego zachcianki.
Szczerze mówiąc to przez ostatnie chwile łowczyni zapomniała, że wszczęła pożar. Jakoś tak wyleciało jej to z głowy, podczas wstrzymywania nerwów spowodowanych obecnością Kojota. Dopiero gęstniejące od dymu, czerniejące powietrze jej o tym przypomniało. No i smród oczywiście. Lecz wtedy zauważył to i pianista. Drzwi trzasnęły z hukiem. Iriss odwróciła się w ich stronę. Tylko na chwilę, bo bardziej interesowała ją osoba, która ich tu uwięziła. Zaśmiała się krótko, słysząc jego słowa.
-Ah…. Specjalnie dla Ciebie. Wiedziałam, że Ci się spodoba.- o ucieczce bez przelewu krwi nie było nawet teraz mowy. Nie teraz, gdy sprawy zaszły tak daleko. Gdyby nie doszło do tego spotkania, odejście stad jak najdalej byłoby jedyną opcją. Później martwiłaby się co zrobić z resztą. Odwróciła się za siebie raz jeszcze. Zaniepokoiło ją to, co udało jej się zobaczyć przez tą krótką chwilę zaraz po trzaśnięciu drzwi. Teraz chciała przyjrzeć się temu uważniej. Podniosła się powoli, trochę niepewnie, nie wiedząc, czy zostawianie leżącego Deana koło tego świra jest dobrym pomysłem. Ruszyła więc tylko krok naprzód, co chwilę na niego zerkając. To, co widziała nie podobało jej się ani trochę. -Ty sukinsynu.- orzekła krótko, spokojnie, odwracając się ku dziwakowi. Ruszyła na niego szybkim krokiem. Znalazła się przed nim w mgnieniu oka, przygniatając go do ziemi znienacka i przykładając czubek ściskanego wcześniej sztyletu prostopadle do gardła. –Tak też się lubisz bawić? He?


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Sob Gru 01, 2012 7:54 pm

Przyjemnie tak było. Leżeć i nie mieć świadomości, opłynąć gdzieś po za otaczającą cię rzeczywistość. Chociaż w tym przypadku nie można otoczenia było nazwać rzeczywistością. To była iluzja, od której odcięcie się też było miłe.
Jednak zawsze w końcu przychodzi moment w którym trzeba wrócić z nicości do świata, który chyba za tobą nie przepada. Wracał powoli, jakby nie miał ochoty na to by otworzyć oczy i zmierzyć się z tym co mu dziś zaserwowano. Babcia, albo cokolwiek innego, nieźle musiało przyłożyć Winchesterowi bo trochę długo tak leżał nieprzytomny, słysząc rozmowę łowczyni i boga, jednak sens słów do niego nie dochodził; to tak jakbyśmy chcieli wsłuchać się w to co mówi spiker w źle nastawionym radiu; szum przeszkadza wyłapać coś więcej niż przytłumiony głos dziennikarza.
Otworzył oczy, mrużąc je zaraz przez oślepiający błysk licznych świec. Przez chwilę miał wrażenie że obudził się w motelu a to co się wydarzyło było tylko pijackim snem. W końcu jak jakiś czas temu odzyskał na moment przytomność było ciemniej, ponuro i tak jakoś nieprzyjemnie. Teraz było jasno, nawet przytulnie i na szczecie bez muzyki. Podniósł sie z podłogi w tym samym momencie kiedy Iriss przygniotła Kojota do podłogi. Gdyby nie ten nóż, Dean skłonny byłby pomyśleć, że dziewczyna nie rzuciła się na faceta z zamiarem poderżnięcia mu gardła tylko...no nie ważne. Łowca otrzepał sie z kurzu i spojrzał na panienkę Sheppard która pokazywała pazurki.
- Zostaw go, tak to nie załatwisz. To większy sukinsyn niż ci sie wydaje, Sheppard - warknął, ale nie zrobił nic aby uwolnić boga spod ciężaru Iriss. Jednak w jakimś stopniu starał się być ostrożny, bo nigdy nie można było być pewnym tego co tym razem odwali pan magiczny. Jeden ruch a po Iriss pozostałby worek kości. I co Dean wtedy miałby powiedzieć jej braciom? Że pozwolił aby jakiś zakompleksiony bożek zabił ich siostrę a on tak stał jak idiota, pozbawiony jakiejkolwiek broni oprócz własnych pięści, i się temu przyglądał? Nie dobrze. - Mógłbyś skończyć tą szopkę, Trick. - Dean zrobił jedną z tych min które w zamyśle miały wyrazić znudzenie, złość i pogardę dla zachowania boga. I tak, nazwał go Trick bo ciągle był przekonany że to robota tego gnojka co go zamknął w wtorkowym dniu śmierci.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Baron Cygański on Pon Gru 10, 2012 1:50 pm

Kojot oparł brodę na dłoni i przyglądał się Iriss ze znudzonym wyrazem twarzy, kiedy się wściekała. Nie, nie bawiło go to. Raczej nudziło, ale skoro już udało mu się ją wyprowadzić z równowagi, to chciał jej dodatkowo pokazać, jak bardzo się tym nie przejmuje. Momentami przymykał oczy, jakby usypiając.
- Jesteś taka... zwykła. - powiedział wreszcie. - Oczekiwałem czegoś oryginalnego, nie "pokoju na świecie, domków z płotkami i flaków na ścianie". Podróżujesz z Winchesterem. Gość jest znany w szerokim świecie i uznałem, że może warto by was oboje poznać. Ale skoro tak, to... trudno.
Wzruszył ramionami i zrobił zmartwioną minę.
- Opcja flaków na ścianie jednak jak najbardziej mi się podoba. Może niekoniecznie moich, ale ogólnie lubię krew. - uśmiechnął się paskudnie.
Obserwował ją, wciąż nie zmieniając pozycji. Patrzył, jak otwiera drzwi, jak patrzy, co jest za nimi i jak złości się jeszcze bardziej. Był ciekaw, czy może wymyśli coś kreatywnego, zabłyśnie jakimś pomysłem... Ale nie. Rzuciła się na niego i przygniotła go do ziemi, przystawiając nóż do szyi.
Roześmiał się z rezygnacją.
Kątem oka też zobaczył, jak Dean się podnosi.
- Miśku kochany, ja wiem, że wszyscy mnie kochają i że jestem taki przystojny, że nie wytrzymujesz, ale wiesz, właśnie obudził się twój chłopak, więc może przystopuj. Zabawimy się później.
- Zostaw go, tak to nie załatwisz. To większy sukinsyn niż ci sie wydaje, Sheppard.
Uśmiechnął się połową ust z satysfakcją. Ponieważ nigdy wcześniej nie spotkał Winchestera na swojej drodze, wiedział, że nie może mówić o nim. Że nadal bierze go za kogoś innego. I nadal mu to bardzo odpowiadało.
Podłożył sobie rękę pod głowę i patrzył na Iriss ironicznie. Właściwie, nie do końca odpowiadało mu rozpłatanie gardła. Zaboli i zabrudzi mu koszulę.
- Właściwie, to zastanawiam się, czy faktycznie nie dać wam spokoju. - odpowiedział na propozycję Deana. - Zawiodłem się. Oczekiwałem po was czegoś więcej. Zwłaszcza po tobie. Słyszałem, że bywasz bardzo kreatywny. Co się stało? Pracowicie mnie ignorujecie, co zaczyna być nieco męczące. Ja tu staram się wam zapewnić rozrywkę, a wy co?
Podrapał się w głowę, chwycił ostrze noża Iriss w dwa palce i odsunął je od siebie.
- Kiedyś byłeś zabawniejszy, Dean.
Puścił oko do Iriss.
- Radźcie sobie.
Znikł. Łowczyni ściskała teraz w rękach pustkę.
Dym zapełnił już całe pomieszczenie. Podłoga trzeszczała, robiło się coraz bardziej gorąco, już prawie nie do wytrzymania. Oczywiście, że gdyby to była rzeczywistość, wszystko już dawno by się zawaliło. Ale Kojotowi nie zależało akurat na ich śmierci. Tylko na tym, żeby wreszcie coś zrobili. Żeby pomyśleli i współpracowali. I żeby się stąd jakoś wydostali. Zrezygnował z dawania im zagadek, rodem z ich prawdziwego życia i głupawych horrorów. Iriss przypadkiem poddała mu ciekawszy pomysł.
avatar
Baron Cygański

Liczba postów : 73
Join date : 14/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Sro Gru 12, 2012 10:15 pm

Ciekawe, czy gdyby zażyczyła sobie widoku jego własnej, zarazem ostatecznej egzekucji, to ową zachciankę byłby tak skory spełnić. Wszystko było dla niego nudne, zwyczajne. Iriss nie wiedziała kim był przygnieciony przez nią do ziemi mężczyzna. Te kilka zdań, niezbyt przyjemnych, które z nim zamieniła utwierdziły ją tylko w przekonaniu, że jest chory psychicznie. Nie ze względu na umiłowanie do widoku krwi. Jej samej też on nie przeszkadzał, a czasem miewała naprawdę sadystyczne fantazje. Teraz na przykład. Nie lubiła tak nadętych, zadufanych w sobie i wynoszących się na piedestały typów. I nigdy nie polubi. Jej celem życiowym powinno być wybicie ich wszystkich. W sumie po części tak właśnie było. Zastanawiała się tylko kim tak naprawdę pianista był. Miała wrażenie, że bożkiem. Cóż, raczej na pewno. Pytanie tylko jakim. Nic o nim nie wiedziała, poza tym, że potrafi tworzyć iluzje. Na początku myślała, że przeniósł ich w czasie, jednak jego ostatnia sztuczka nieco zmieniła zdanie Sheppard. Dosyć nieprzyjemny widok. I zastanawiający. Skoro jedyne wyjście z pokoju wygląda właśnie tak… Cholera jasna, będą musieli użyć okna. Tylko ciekawe jak, skoro Dean miał prawdopodobnie skręconą kostkę. Wkurzało ją, to ciągłe gadanie bożka. Parszywa gęba mu się nie zamykała. Zadufany w sobie palant.
-Zamknij się w końcu, bo odetnę Ci ten obślizgły jęzor.- warknęła przez zaciśnięte zęby, mocniej przyciskając koniuszek sztyletu, należącego do Winchestera do gardła pianisty. Lekko przecięła skórę. Mała strużka krwi pociekła po szyi w dół. Wtedy usłyszała szmer za sobą. Dean najwyraźniej się obudził. Nie odwróciła jednak głowy, ale poczuła wyraźną ulgę. Lepiej było mieć go przytomnego przy sobie. Zapomniała tylko, że bezwstydnie zabrała mu jego jedyną chyba broń i właśnie bezsensownie groziła nią bożkowi. Przecież to i tak go nie zabije. A kołka żadnego w pobliżu nie widziała. Cóż, widok rozlewającej się krwi z odciętej głowy nie byłby taki zły, a skoro on tak bardzo to lubi…
-Wiem, czym jest, Dean.- kolejne warknięcie. Co miała jednak poradzić, że nie mogła stać z boku z założonymi rękoma i patrzeć, jak ten świr się nimi bawi? Chociaż jakoś się wyładowała. Słuchając słów bożka, szczerze nie miała pojęcia o co mu chodzi. Urządził tu sobie jakiś dom zabaw, specjalnie dla nich, choć wcale się nie prosili. Chciał, by podążali jakimiś wskazówkami, choć oni nie mieli najmniejszego zamiaru. I jeszcze był nie usatysfakcjonowany. Jego sztuczna i przekoloryzowana arogancja sprawiało, że resztki szczątkowego posiłku, który ostatnio zjadła podchodziły do gardła. Miała dość jego niekończących się wywodów. Skoro było mu z nimi tak nudno- niech idzie poszukać innych zabawek. Oni wcale nie potrzebowali wymuszonej rozrywki. Sami doskonale potrafili sobie ją zapewnić.
Gdy w końcu skończył monolog i niespodziewanie zniknął, sprawiał, że Iriss straciła równowagę i wylądowała w pozycji leżącej na podłodze. Jęknęła i odwróciła się na plecy, kaszląc przy okazji. Dymu w pomieszczeniu zrobiło się naprawdę dużo. Niemalże wypełniał całą przestrzeń. O powietrzu nadającym się do oddychania można było pomarzyć. Gdy kaszel się uspokoił, podparła się na rękach i popatrzyła na Winchestera- Wy się znacie?- wywnioskowała to po niejednym komentarzu Deana, ale dopiero słowa bożka sprawiły, że zaczęła się nad tym mocniej zastanawiać. Wstała powoli i podeszła do mężczyzny wyciąganą ku niemu rękę, w której za ostrze trzymała sztylet. –To chyba Twoje.- gdy już go zabrał rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie było łatwej drogi ucieczki. O ile w ogóle jakaś była. Myśl, że to ona wpakowała ich w takie piekło nie była najprzyjemniejsza. Podłoga niedługo runie, a oni wraz z nią, wpadając w śmiertelne płomienie. W samo ich serce. Nie miała zamiaru tu umierać. Przecież wychodziła z gorszych rzeczy. Pakowała się w gorsze tarapaty i przechodziła prze zmniejszcie szczeliny. Uda im się. Nie było innego wyboru.
Westchnęła, choć spowodowało to kolejny atak kaszlu, przeczesała włosy palcami, zakładając je za ucho i podeszła do okna. Byli wysoko. Skakanie nie wchodziło w grę. Przynajmniej jak na razie. Przyparci do muru mogą zrobić różne, głupie rzeczy. Kolejnym obiektem jej badan były drzwi. Jednak nawet do nich nie podeszła. Nie było sensu. Jedyne, co od nich dostaną to kolejna chmura czarnego dymu, drażniąca płuca. Nie zejdą przecież na dół, prosto w paszczę smoka. Odwróciła się do łowcy.-Dean….- zawahała się na chwilę. To naprawdę głupi pomysł. On ma przecież kontuzjowaną nogę!-Chyba jesteśmy zmuszeni do skorzystania z okna.- podeszła do niego bliżej.- Ja… nie chciałam wpakować nas w takie bagno. To był wypadek.- - musiała to z siebie wydusić. Może nie było to miejsce, ani pora na takie rozterki, ale musiała. Gdyby jednak coś się nie udało i któreś z nich (tu miała na myśli siebie) musiało poznać bliżej piekło- drugie byłoby w pełni świadome co zaszło. Uśmiechnęła się blado i podeszła do okna, próbując je otworzyć. Okiennice nie były używane często, więc miała z tym lekki problem. Wystarczyło jednak kilka mocniejszych szarpnięć, a odskoczyły grzecznie, wpuszczając przy okazji do środka świeże, nocne powietrze. Iriss odetchnęła nim z ulgą. Ten dym był męczący. Wyjrzała przez otwór, w dół, potem na boki. Nie będzie to łatwe. Pewne jest jeszcze to, że nie wyjdą z tego cało. Dean prawdopodobnie skończy z nogą w gipsie. Oby tylko tyle. Odwróciła się do Winchestera, po czym wdrapała się na parapet. Niby nie miała lęku wysokości, jednak takie manewry nie należały do tych, które wykonuje się z przyjemnością i frajdą w oczach. Zwłaszcza, gdy dom, z którego uciekasz cały stoi w płomieniach. Nawet z okien w piętrach niżej buchały rozszalałe płomienie. Pięknie ich urządziła. Powinna za to dostać Nobla.


Ostatnio zmieniony przez Iriss Sheppard dnia Sob Sty 05, 2013 2:24 am, w całości zmieniany 1 raz


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Gru 16, 2012 6:06 pm

    Dean próbował zorientować sie w sytuacji. Oprócz Iriss która groziła bogowi nożem, mieli jeszcze na głowie pożar; pomarańczowo-żółte płomienie były już widoczne na piętrze i tylko kilka minut zajmie im aż dojdą do pokoju w którym przebywała nasza trójka. Tym samym zostanie odcięta im drogę ucieczki. A to raczej nie było dobrą wiadomością.
    - Nie, nie wiesz - odwarknął, podchodząc bliżej dwójki leżącej na podłodze. Spojrzenie skupiał na mężczyźnie, żałując że nie ma przy sobie tego cholernego kołka którym w końcu przebiłby gościa raz
    na zawsze.
    - Dzięki, kurwa, za taką rozrywkę. - zacisnął pięści i już miał zamiar sięgnąć do Sheppard by odciągnąć ją od tego idioty, kiedy ten bezczelnie zniknął. Ale dorwie go. Nie dziś, nie jutro, ale go dorwie. I z dużą przyjemnością zetrze mu z mordy ten irytujący uśmieszek.
    - Kiedyś się już z nim spotkałem - odpowiedział nie siląc się na jakąś dłuższą wypowiedź. Ciekawa jaka będzie jego mina, kiedy zorientuje się że istota która uwięziła jego, Iriss i tego trzeciego dupka, w alternatywnej rzeczywistości tak na prawdę nie jest tym, za kogo go uważał. Jednak na ten czas by święcie przekonany że to wina Trickstera i nikt mu tego z głowy nie wybije. Swój nóź odebrał od Iriss bez słowa, chowając go tam skąd wcześniej wyciągnął.
    Nie podobała mu się ta sytuacja. Ogień za drzwiami, ciemne kłęby dymu które wkradały się do pokoju wszelakimi możliwymi szczelinami, zabierając powietrze i drażniąc gardło. Myślenie utrudniał Dean'owi ból głowy; nie miał pojęcia czym oberwał, ale dawało to dość długotrwały efekt. O nodze chwilowo zapomniał, próbując wymyślać coś co by pomogło im w wydostaniu się z tej sytuacji. A nadal wierząc w swoje przekonanie co do tożsamości boga, Winchester był przekonany że tak łatwo ich nie puści. Bo ile razy musiał zginąć aby dał spokój jemu i Samowi? O nawet nie będziemy liczyć bo trochę tego było. Ile dziwnych spraw musieli zbadać, nim w końcu zakradli się do niego z kołkami, co i tak nie pomogło? Więc teraz na pewno Dean i Iriss nie będą mieć taryfy ulgowej. Słysząc że Iriss do niego mówi, posłał jej krótkie spojrzenie. Nie powinien jej winić, jednak jakaś cząstka jego właśnie to robiła. Bo nie ważne co by się działo, zawsze gdy spotykał na swojej drodze Sheppard, ta pakowała go w coś nieprzyjemnego. Jak z wampirem czy Ventalą dał sobie radę bez problemu, to z palącym się domem, którego płomienie zaraz będą lizać podeszwy ich butów, znowu tak prosto nie było.
    - Tylko sie nie popłacz, okey? - rzucił, omijając brunetkę by podejść do okna. Zimny powiew wiatru był zbawieniem po wdychaniu spalin. I na prawdę nie zamierzał być taki nieuprzejmy w stosunku do dziewczyny. To wyszło tak samo z siebie. Wyjrzał przez stare okno, oceniając jak wysoko są nad ziemią. Parter to to nie był. Ale to była najwyraźniej jedyna droga ucieczki.
    - JA idę pierwszy - wdrapał sie na parapet za brunetką, starając sie nie patrzeć w dół. Nie żeby
    miał lek wysokości, po prostu w takich momentach patrzenie w dól nie jest tym czego chcemy. Jakimś cudem udało mu się zamienić miejscami z Iriss; teraz to on był na przedzie , gotowy do tego by rozpocząć uroczą podróż ku wolności! Oczekiwał że dziewczyna nie będzie protestować przeciwko temu żeby teraz to on prowadził. Jej kroki doprowadziły ich tutaj, sprawiły że dom trawił ogień a Dean'a bolała noga i głowa. W dodatku był zły. Wkurzony. Na nią i na tego sukinsyna który się z nimi, albo nawet i nimi, bawił. I na siebie trochę też był zły, bo gdyby nie jego genialny pomysł rozdzielenia się, Iriss nie spowodowałby pożaru, on nie musiałby się męczyć z głową i pewnie już dawno wróciliby do tego baru. Pomimo tej złości i tak obawiał się o życie panny Sheppard. To chyba weszło mu w krew i będzie za kazdym razem, gdy dziewczyna znajdzie się w opałach, dawać o sobie znać. Tak jak teraz. Nie wyszedł na przeciw tylko dlatego że był facetem. Jesli cokolwiek by sie stalo to przynajmniej będzie mógł jakoś asekurować Sheppard, złapać w razie potrzeby. Albo zamortyzować jej upadek bo wtedy spadłaby na niego a nie na ziemie. O siebie sie zbytnio nie martwił, nawet jeśli cokolwiek by mu sie stalo zapewne jego anielscy przyjaciele dopilnowaliby, aby jego tylek był cały. I to nie dlatego ze sie o niego boja, a dlatego ze na ten tyłek wyczekiwał Michał. A martwy Dean nie powie 'tak'. Co prawda, pewny tego Winchester nie byl. Jednak to i tak byla lepsza opcja niz pozwolenie aby Iriss szla pierwsza. Może gdyby to była przypadkowa dziewczyna, może wtedy... Nie, chyba tak na dobra sprawę w tym wypadku nie puściłby przodem kobiety. Był jaki był, dupek w każdym calu, ale miał tez honorowe odruchy które nie pozwalały mu na narażanie kobiet. Tych, które na to oczywiście zasługiwały.
    Nie zwrócił nawet uwagi na to jak blisko były ich ciała, kiedy na wąskim parapecie przechodził na prawą stronę Iriss. Musiał bardziej skupiać się na gzymsie niż na brunetce, prawda? Pewnie postawił nogę na wąskim gzymsie, przylegając ciałem do zimnej ściany budynku.
    - Zajebiscie - mruknął sobie, kiedy tak małymi kroczkami zbliżał sie ku rynnie, która nie wyglądała na najnowsza. Brudna, pokryta rdza rynna. Na pewno utrzyma sie na niej ponad 80 kilowy facet. Bo jakże inaczej. Iriss powinna raczej dostać nagrodę Darwina a nie Nobla. Darwin jest bardziej odpowiedni do sytuacji w której sie znalezli. Objął dłońmi rynnę i powoli, starając się być jak najbardziej ostrożnym, zaczął zsuwać się w dół.


avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Pon Gru 17, 2012 9:20 am

Komentarz Deana może i nie należał do najmilszych, ale nie odbił się na jej psychice. Wiedziała, że był wściekły. Sama byłaby na jego miejscu i zapewne rozszarpałaby takiego podpalacza na strzępy. Jednak miała silną potrzebę wyduszenia tego z siebie- więc to zrobiła. Czy mu się to podoba, czy nie. Ciągle dręczył ją za to fakt, że Winchester i ten nadęty dupek, który ich tu sprowadził się znają. Nie miała najmniejszej ochoty wplątywać się w ich małe wojenki, które wyraźnie prowadzą między sobą nie od dziś. Mogliby to załatwić jak mężczyźni, a nie bawić się w takie podchody. Ciekawe który tu był większym tchórzem i nie potrafił załatwić sprawy jak należy. Gdyby zamiast tego sztyletu miała w dłoni drewniany kołek już dawno byłoby po sprawie. Nie bawiłaby się tyle w słowne gierki, czy niepotrzebne wściekanie. Ale kto się spodziewał, że idąc do pubu, a raczej na jego zaplecze, natknie się na bożka, który uciekł z nadnaturalnego psychiatryka? Kołków nie nosiło się przy sobie od tak, na co dzień. Były zbyt nieporęczne.
Stojąc przy oknie napawała się przez chwilę napływającym świeżym powietrzem. Miała dość tego dymu. Był wszędzie. Szczypał, drapał, dusił. Oczy Iriss były całe czerwone, płuca przepełnione sadzą, a w ustach czuła dziwny posmak spalenizny. Nic przyjemnego. Podłoga skrzypiała. Nie była pewna, czy to ta pod jej nogami, czy w sąsiednim pokoju. Dźwięki odbijały się echem od tych dziwacznych ścian. W pomieszczeniu robiło się coraz jaśniej. Buchające za drzwiami płomienie osiągały coraz wyższy poziom. Stawały się większe, silniejsze, no i co za tym idzie- groźniejsze. Nie miała najmniejszej ochoty tak ginąć. Z własnych rąk, można by rzec. Dlatego też nie zaprotestowała, by to Dean szedł pierwszy, choć wyraźnie jej się to nie podobało. Liczyło się jednak tylko to, by stąd jak najszybciej wyjść. Stanąć na stabilnej ziemi. Oddychać świeżym powietrzem. A potem stąd uciec. Jak najdalej, choć szczerze nie miała pojęcia w która stronę mają iść. Wiedziała z której części lasu tu przyszli. Zapamiętała każde pojedyncze drzewko i krzaczek. Jednak ta ścieżka nie zaprowadzi ich z powrotem do Małego John’a. Do realnego świata. Będą musieli znaleźć tego popieprzonego bożka i wymusić na nim jakimś sposobem powrót do rzeczywistości. Stojąc na tym niestabilnym, wąskim parapecie, czekała aż Dean się obok niej przeciśnie. Z całych sił starała się nie patrzeć w dół. Tego się po prostu nie robi. Oczy jednak same tam zawędrowały, szacując przy okazji jak bolesny byłby upadek. Weź się ogarnij! Myśli, które ciągle krążyły jej w głowie. Wirowały sobie raz szybciej, raz wolniej, z lekka dekoncentrując. Winchester, przyciskający się do niej też wcale w tym nie pomagał. Odwróciła głowę i wzrok, by przypadkiem na niego nie spojrzeć w takiej pozycji. To byłoby zbyt dziwne i znając ją straciłaby resztki równowagi, jakie na dzisiaj jej zostały i oboje wylądowaliby na ziemi, połamani, kończąc tym samym swe kariery łowców, jak nie i istot żywych. Co do powrotu starszego syna John’a nie miała większych wątpliwości. Świat jest mały, a wieści szybko się rozchodzą. Zwłaszcza w tej społeczności, gdzie wszystko, co nadzwyczajne dociera na drugi koniec stanów z prędkością światła. Raz słyszysz, że ktoś umarł- o śmieciach dowiadujesz się niemalże codziennie- a tu nagle spotykasz tą osobę, siedzącą za kierownicą swojego ukochanego auta. Nie znała jednak nikogo, poza Winchesterami, kto powróciłby zza światów. Los im sprzyjał. Ona jednak, po upadku nie pozbierałaby się tak łatwo. Powróciłaby za kilkanaście lat, jako wypalona do cna dusza, w postaci demona. Może dzieci jej braci, o ile te potwory by się takich dorobili, polowałyby na nią. Miała jednak nadzieję, że jej wola jest na tyle silna, że do tego nie dojdzie. Jednak każdy wiedział, że Piekło skrywa różne niespodzianki. Nie jest też dla duszy niczym przyjemnym. Szkoła przetrwania to pikuś. Ale co ona tam wiedziała. Przecież nigdy nie przekroczyła progu bram Piekielnych.
Sytuacja aż się prosiła o jakiś głupi komentarz. W normalnych warunkach zapewne poleciałby nie jeden i zamiast złości, w ich oczach byłoby pewnego rodzaju rozbawienie i wyzwanie. Bo przecież na tym polegała ich znajomość; wzajemnym dokazywaniu. Jak dzieci. Mimo wielkich chęci zachowania powagi, na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech. A raczej grymas, powstrzymujący śmiech. Może waśnie w ten sposób napięcie, które w niej narastało, znalazło ujście. Przez śmiech? Nie raz przecież jest tak, że człowiek jest na tyle wściekły, że zwykłe wydzieranie się, a nawet rękoczyny nie pomogą. Złość, zwijająca kłęby w umyśle i zatykając każdą szczelinę umysłu, która mogłaby wpuścić światło- rozbawia. I to do łez. Mimo wszystko teraz było trochę inaczej. Na szczęście włosy zasłoniły jej część twarzy i miała nadzieję, że Dean tego nie widział. Gdy już stanął na gzymsie, próbując przedostać się do rynny, odwróciła się w jego stronę. Obserwowała uważnie każdy jego krok, każdy element, na którym stanął. Nie mieli innej drogi ucieczki, jak tylko ta niestabilna rynna. Miejmy nadzieję, że ich utrzyma. Mocowania prawdopodobnie były porządniejsze, niż w dzisiejszych domach, lecz czas też robił swoje.
Szalejące piętra niżej płomienie nagle przebiły się przez okno pod nimi. Ciśnienie, jakie naciskało na szybę w końcu ją rozsadziło, rozsypując drobiny i odłamki szkła przed siebie. Pomarańczowy język ognia wydostał się przez nowy otwór, próbując przejąć kamienne ściany. Na szczęście będą one dla niego wyzwaniem i dwójka łowców nie runie na ziemię przyciśnięta przez dach domu. Na jasnym minerale pojawiały się coraz większe, czarne plamy. Iriss naprawdę nie chciała poganiać Deana, ale sytuacja nie wyglądała najlepiej. Przycisnęła się mocniej plecami do ściany, Przechodząc powoli z parapetu na gzyms, przesuwając po nim ostrożnie nogami, w stronę rynny. Do drugiej, znajdującej się na drugim, oddalonym o kilka okien, nawet nie myślała. Prędzej spadnie, niż tam dojdzie. Zwłaszcza, że w sąsiednich pokojach szalał ogień. Sytuacja z piętra niżej może powtórzyć się w każdej chwili.
-Uważaj na nogę.- tak, jakoś jej się przypomniało, że przecież jest kontuzjowany. Na dodatek dostał w głowę. Dopiero się obudził. Nie powinna była puszczać go pierwszego. Jednak, z drugiej strony i tak niewiele by mu pomogła, gdyby wygramoliła się na rynnę przed nim. Nie było sensu nad tym nawet myśleć. Kolejność nie była przecież aż tak ważna. Byle się stąd wydostać. Choć była niemalże pewna, że po wydostaniu się stąd skończą na kłótni. A może i jeszcze wcześniej, gdy tylko jej noga postanie na ziemi. Stabilnej, chłodnej ziemi.
Rynna na szczęście okazała się na tyle mocna, że Winchester po długich, ciągnących się w nieskończoność minutach, wciąż się na niej trzymał i zszedł poniżej połowyi. Płomienie buchały coraz mocniej. Ciemnowłosa mogła odczuć ich ciepło na swojej bladej skórze. Pomarańczowy język, wydostający się z okna piętro niżej powoli dosięgał jej nóg. Przestało ją obchodzić, że konstrukcja może nie utrzymać tej dwójki na raz. Wolała spaść, niż spłonąć. Teraz więc kolej Iriss. Przysunęła się bliżej, będąc pewną, że jej obciążenie przekroczy limit wytrzymałości konstrukcji i runie, gdy tylko dziewczyna przeniesie ciężar ciała. Chyba większe szanse na wyjście z tego cholernego domu miała sposobem roszpunki, czy jakiejś inne księżniczki, uwięzionej w wierzy. Po związanych firankach. Tylko, że takich tu nie było i jak wiadomo; kreskówki niekoniecznie uczą tego, co prawdziwe. Na przykład taki Książe z bajki. Dzięki idealnemu obrazkowi, jakie małe dziewczynki sobie wpajały- większość z nich teraz jest starymi pannami. Ale nie o tym teraz, choć myślenie o bajkach było o wiele przyjemniejsze, niż o zsuwaniu się po rynnie. –Muszę się napić.- zeszła całkiem z gzymsu, rozpoczynając drogę w dół. Powoli, z bijącym niemiłosiernie mocno sercem w klatce, niemalże rozsądzającym jej żebra. Przecież da sobie radę. Nie z takich opresji wychodziła. Może myślenie o swoich większych potyczkach jakoś jej pomoże? Nieraz przecież wpakowała się w takie bagno, że jej śmierć była pewna. Jak nie przez zaistniałą sytuację- to z rak braci, którzy wściekali się, gdy ona pakowała się w kłopoty. Ale to przecież jej specjalność. W tym jest najlepsza. W odnajdywaniu najbardziej popapranych sytuacji, wchodzenia w sam środek, przewracaniu wszystkiego do góry nogami i wychodzeniu z tego bez szwanku. Czemu teraz miałoby być inaczej? Może pora wrócić do czasów wczesnej młodości i zaczerpnąć z tego trochę przyjemności. Hej! Przecież nie na co dzień można pobawić się w uciekanie z płonącego domu po rynnie. A na filmach wygląda tak fajnie! Tak czy siak mocniejszy trunek by się jej przydał. W trybie natychmiastowym. Już wyobrażała sobie jak gorzki posmak rozpływa się po jej gardle i po kilkunastu łykach jej poczucie świadomości zmienia się radykalnie. No, a więc teraz miała cel. Alkohol. A to zawsze pomaga w takich sytuacjach.
Zsuwała się powoli, ostrożnie w dół, uważając na każdy ruch. Nie chciała przecież, żeby jakaś cholerna śrubka akurat teraz puściła. Mimo iż zardzewiały metal skrzypiał niemiłosiernie, obydwoje dzielnie trzymali się czego tylko się dało. Ogień naprawdę zaczynał przejmować kontrolę nad domem. Nawet nad jego kamienną częścią. Dłonie, którymi Iriss mocno trzymała brudną, okrytą pajęczynami i grubymi warstwami kurzu, które zostawały na ubraniu, swoimi pocącymi się coraz bardziej dłońmi. Czasem czuła lekkie zawroty głowy. Nie wiedziała czy to ze strachu, czy konstrukcja powoli zaczyna puszczać i chwieje ich ciałami w nieznaczny sposób. Stawiała jednak bardziej na opcję numer dwa. To jednak nie pomagało w opanowaniu strzępiących się nerwów. Mruczała czasem pod nosem jakieś przekleństwa. Sekundy dłużyły się strasznie. Jakby wszystko nie mogłoby pójść szybko, żwawo... ale przecież nie byli w filmie. To był prawdziwy świat, choć tkwili w jakiejś popieprzonej iluzji. Chwyciła mocniej rynny, obracając się na chwilę do tyłu, by ocenić dystans, jaki dzielił ich od ziemi. Znacznie zbliżyła się do Deana. Już chciała się odwrócić z powrotem, by kontynuować mozolne zsuwanie się w dół, ku upragnionej ziemi, gdy usłyszała jakiś trzask, dobiegający z góry. Mimo iż myślała, że to kolejne szkody, jakie wyrządził szalejący ogień, i tak spojrzała nieufnie w tamtym kierunku. Jej oczom ukazały się jakieś kawałki rdzawej stali, lecące prosto na jej twarz. Skrzywiła się i skuliła, by uniknąć cielesnej konfrontacji z nimi. Potem do jej uszu dobiegło skrzypienie. Ściana zaczęła dziwnie się oddalać, w głowie jej zawirowało. I uświadomiła sobie co właśnie się dzieje. Spadają. Rynna jednak nie wytrzymała. Na początku odchylili się tylko znacznie. Rynna, wygięta pod kątem trzymała się jeszcze przez chwilę. Tylko na tyle, by obydwoje zdążyli odetchnąć. Potem wszystko potoczyło się znacznie szybciej. Coś znów pękło, zaskrzypiało, a Iriss czuła tylko jak wiatr, towarzyszący szybkiemu spadaniu w dół szarpie jej włosami, które jeszcze niedawno spięte były frotką. Gdyby wierzyła w Boga, kościół i te inne duperele pewnie zaczęła by się teraz modlić. Gdyby była zaś zwykłą dziewczyną zaczęłaby piszczeć. Z jej ust natomiast wydobyła się siarczysta wiązanka przeróżnych przekleństw, po której usłyszeniu nie jeden obślizgły facet ze speluny by się krzywił. Miała tylko nadzieję, że obydwoje, wraz z Deanem nie połamią sobie wszystkich kończyn i kręgosłupa. Sprawność fizyczna na pewno im się jeszcze przyda. Choć nie pogardziłaby samym przeżyciem tej małej rozrywki.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Sob Sty 05, 2013 7:53 pm

Nie, to nie były podchody. Przynajmniej nie w tym wypadku, w końcu Hehuehue i Dean spotkali się po raz pierwszy. To, że łowca kompletnie nie trafił z rozpoznaniem, co zdarzyć się może i najlepszemu, to inna sprawa. Ale i w przypadku prawdziwego Trickstera, tego Trickstera o którym ciągle myślał łowca, ich spotkania nie były grą w podchody. Dobra, w pewnym stopniu to były podchody, ale przecież próbowali zabić skurczybyka. I to nie raz! Tylko za każdym razem facet robił swoje sztuczki i wymykał się im, objadając czekoladowymi batonami. I kołek w tym wypadku był zbędny. Kołkiem jedynie mógłby go posmyrać w gardziołko, żeby zapchać mu tą jadaczkę by więcej nie gadał.
Jednakże problemu już nie było, zniknął, pozostawiając Iriss na podłodze w towarzystwie wkurzonego Dean'a i pożaru, który tańczył po kolejnych pokojach starego domostwa, chcąc zaciągnąć do piekielnego tanga i dwójkę łowców. W sumie to byłoby nawet pociągające. Ogień wokół nich, a oni połączeni w namiętny tańcu... Koniec, koniec tej uroczej wizji.
Śmiem wątpić w to, że Iriss trafiłaby do piekła. Tam trafiały różnorakie ludzkie kreatury, które z zimną krwią mordowały, gwałciły i robiły wiele, wiele złych rzeczy. Jakimś dziwnym trafem łowcy mieli większe luzy i po śmierci trafiali do nieba... Prawda? Musieli tam trafiać! Tyle żyć uratowali, czasem poświęcając innych, ale za to należało im się coś od życia, nawet jeśli miałoby to być życie po śmierci. Dean nie wyobrażał sobie powrotu tam. Nie, nie ma takiej opcji, nie wróci na dół. Nawet jeśli przyjdzie jego pora, ta ostateczna, nie wróci na dół. Zostanie duchem, którego kiedy jakiś łowca unicestwi, ale nie wróci do piekła. A Iriss na pewno tam nie trafi. Możliwe że po tym wszystkim jedynym miejscem do jakiego trafią oboje będzie szpital. Śmierdzący czystością, z stukotem ciężkich, lekarskich butów, ale będzie to szpital. Tak, na pewno.
- Dobrze mamo - mruknął pod nosem, robiąc jedną z tych min która świadczyła o jego wielkim niezadowoleniu. Nie żeby przeszkadzało mu to, że ktoś się o niego martwi. Po prostu to było takie niewygodne. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego że jego noga nadal lekko pulsuje bólem, a głowa nie było znowu taka najsprawniejsza, ale przypominanie o tym wcale nie pomagało.
Nie powiedział już nic wiece, skupiając całą swoją uwagę na tym by trzymać się rynny i mieć gdzie postawić stopy.Ciekawe, kiedy wyglądał przez okno było dość wysoko, ale nie aż tak bardzo a teraz Dean'owi wydawało się, że ta rynna nie ma końca. Że specjalnie się wydłuża, nie pozwalając na to by stopy dotknęły ziemi. Uniósł głowę do góry, spojrzeniem napotykając schodzącą za n im łowczynie, a raczej jej tyłek w obcisłych jeansach.
Widok był nawet interesujący i możliwe że Dean skupiłby na nim więcej uwagi gdyby nieprzyjemny dźwięk który świadczył o tym, że rynna nie wytrzymuje takiego obciążenia zajebistością. Zgrzyt odginanego metalu i przelatujące obok łowcy łączenia i śruby, doprawione bluzgami Iriss
Dean też przeklną, głośno i wyraźnie, kiedy rynna odchyliła się znacząco od domu i coraz szybciej uginała się do dołu.
Spadali. A Winchester obiecał sobie w tym momencie, że już nigdy więcej nie przytaknie na żaden pomysł Sheppard (jakby w ogóle miałoby być kiedyś więcej) i będzie robił po swojemu, a nie tak jak baba sobie wymyśli. Nawet jeśli jedyna normalna droga ucieczki będzie zamknięta przez ogień.
Już nawet nie było sensu trzymać się rynny, po za tym znowu nie byli już aż tak wysoko żeby zrobić sobie jakieś większej krzywdy. Przynajmniej Dean miał taką nadzieje - bo kto wie co ten pianista od siedmiu boleści jeszcze sobie wymyślił. Może jakieś pale, na które się nabiją? Albo wielki dół, pełen skorpionów i innych gadów? Wszystko było możliwe. Zacisnął mocniej oczy, przygotowując się do miłego spotkania z ziemią, bólu jaki przyjdzie wraz z uderzeniem ciała o twarde podłoże albo na to co zaplanował dla nich Trickster, ale zamiast tego, do uszu łowcy dochodził gwar rozbawionych rozmów i przekrzykiwania opitych jegomościów. I nie było żadnego upadku. Wyraźnie czuł że stał. Na dwóch nogach. I nie wiało.
To było dziwne.
Otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Byli z powrotem w pubie, w tym samym gdzie żarcie śmierdziało palonymi kośćmi, a piwo smakowało dziwnie. Nikt nie zwracał na nich uwagi, mimo że stali jak jacyś idioci pośrodku sali. Spojrzał na Iriss, która stała za jego plecami, upewniając się że ona tam jest, a potem przeniósł spojrzenie na tego idiotę-czarownika, który stał przed nimi nadal z mokrą, od wody święconej którą Dean wylał na niego jakiś czas temu, twarzą. Powiemy szczerze, że widok czarownika nieco zdziwił Dean'a bo już dawno się z nim pożegnał, a teraz na nowo urosła w nim chęć pozbycia się gościa. Tym bardziej że ten rzucał panną Sheppard po drzewach. Ale na to przyjdzie jeszcze pora, bo aktualnie powstawało jedno pytanie: czy to jest nadal sztuczka boga czy jednak sukinsyn się znudził i darował im do następnego spotkania?
- Więc... - Dean zmarszczył brwi spoglądając znów na Iriss. Właściwie to nic sensownego do powiedzenia mu do głowy nie przychodziło. W głowie buczało mu od barowego gwaru i najchętniej by stąd wyszedł, wsiadł do samochodu i odjechał z dala od tego miejsca, Sheppard która tylko kłopoty przyniosła. Ale o tym chyba już wspomnieliśmy. -To koniec? I to niby ja byłem kiedyś zabawniejszy, tak? - możliwe nawet że w jego głosie można było dosłyszeć nutkę wyrzutu pomieszanego ze złością. Bo trochę się zawiódł na takim zakończeniu. O ile jest to zakończenie. Dobra, połamanie sobie kości nie było tym czego by chciał, ale poprzednie razy były kreatywniejsze... Jeju, Dean obudź się i uświadom sobie, żę to nie ten sam facet! Ale to nastanie za jakiś czas najpewniej. - Niech no ja tylko dorwę tego sukinsyna. - mruknął pod nosem rozglądając się po pomieszczeniu jakby miał nadzieje, żę gość nadal tutaj siedzi.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Sob Sty 05, 2013 10:00 pm

Oczekiwała łomotu. Porządnego pieprznięcia w ziemię. Przeszywającego bólu w kręgosłupie, ogarniającej cały umysł ciemności, dźwięku łamanych mocno i szybko gnatów. Pożegnała się z czuciem w nogach, jakimikolwiek nadziejami i perspektywami dotyczącymi jej łowieckiej, pełnej niebezpiecznych, ale zarazem tak cholernie kręcącej przyszłości. Bo przecież siedząc na wózku inwalidzkim niewiele można zdziałać, prawda? Gdzieś tam w głowie zaświtało wspomnienie o Dean’ie. Paraliżujący nieco trzeźwość myślenia strach (bo jakby nie patrzeć gdzieś w głębi jej poplątanego od natłoku myśli i wrażeń umysłu takowy się znalazł) zaburzał jej postrzeganie rzeczywistości. Zapomniała gdzie była, po co tu była i jak się tu znalazła. Jednak to światełko przywróciło ją do rzeczywistości. Było zaledwie delikatnym błyśnięciem, niemożliwym prawie do złapania. Jej jednak udało się to uchwycić. Zacisnąć w swoich brudnych od sadzy i kurzu dłoniach, gdzieniegdzie zakrwawionych od małych zadrapań, powstałych niewiadomo kiedy. Już wiedziała co się dzieje. Zdążyła się nawet pomartwić, gdy wirowanie w głowie nagle ustało. Zaciśnięte powieki nie chciały się otworzyć. Spięte do granic możliwości mięśnie, drżały z wysiłku. Szykowały się na pełne impetu starcie z twardą jak skała ziemią. Ubitą tysiącami kroków. Lecz to nie nadchodziło. Była tylko jakaś nicość. Wiatr szamoczący jej włosy ustał. Świst powietrza przepływającego niesamowicie szybko koło jej uszu zanikł. W jego miejscu pojawiły się zupełnie znajome dźwięki. Głosy ludzi, rozmowy, śmiechy, krzyki. Szczęk naczyń, chlupot napoi. Zapach stęchlizny i spalenizny, przemieszany z nagłą, dużą dawką świeżego powietrza zastąpiony został równie śmierdzącą mieszaniną potu, ziół i przypalonego jedzenia. Iriss rozluźniła się nieco. Nie spadali. Była stabilna. W miarę możliwości oczywiście. Nagłe stanięcie na ziemi, gdzie nic się nie chwieje ani nie rusza też nie zawsze jest dobre. Odetchnęła głęboko. Otworzyła oczy. Cóż, instynkt podpowiadał jej gdzie wylądowali. Lecz szczerze powiedziawszy nie tego się spodziewała. Czyżby zabawa się skończyła? Tak… mało efektownie? Oczywiście nie chciała wylądować w szpitalu z miliardem wstawek i usztywnień w kościach, o ile w ogóle stwierdziliby, że warto się fatygować. Jednak na pewno nie sądziła, że koniec ‘zabawy’ przyjdzie tak szybko. Ten skurwysyn najwidoczniej już się znudził. Z jednej strony dobrze, lecz z drugiej, jakkolwiek absurdalnie i niedorzecznie by to nie zabrzmiało, to duma Iriss została szarpnięta. Że niby ona jest nudna? Że niby coś z nią jest nie tak? No dobra… dała niezły popis wzniecając pożar. Lecz hej! Nie zawsze musi być kolorowo… choć i tak nie było. Pozytywy sytuacji jednak wyraźnie górowały. W końcu się rozluźniła. Może nie całkiem, bo to tego trzeba było czegoś o wiele mocniejszego niż zwykłe stanięcie w obskurnym, znienawidzonym pubie. Rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu i zerknęła za plecy. Zobaczyła stojącego Deana. Całego i zdrowego. Kolejny kamień spadł z jej już i tak przeciążonego serca. Miała ochotę się na niego rzucić. Przytulić oczywiście. Ze szczęścia, że jest cały i zdrowy. Że udało im się wydostać. Jednak wiedziała, że nie było to na miejscu. Był na nią wściekły. Znowu wpędziła ich w bagno. Czemu zawsze przy nim musiało się to dziać?! Czemu, gdy był z daleka wszytsko szło perfekcyjnie, a gdy stał obok otoczenie samo waliło się na łeb na szyję, z transparentami „To wina Iriss. Ona to zrobiła! Patrz jaka z niej niezdara!” Nie to, żeby obchodziło ją jego zdanie. Czyjekolwiek. Nigdy nie robiła rzeczy na popis. Nie chciała zaimponować starszemu Winchesterowi. Jednak jakiś mały gest, pokazujący, że nie jest chodzącą tragedią, huraganem rozpieprzającym wszystko dookoła, to byłaby bardzo zadowolona. Lecz czego ona oczekiwała? Pech chyba nie wypuszczał jej ze swoich objęć i najwyraźniej nie miał takiego zamiaru. Była lekko zakłopotana. Naprawdę potrzebowała się napić. I wyjść z tego cholernego pubu. Odwróciła się na pięcie, zachowując kamienną twarz. Nie odzywała się, choć słyszała każde słowo Deana bardzo wyraźnie. Niewiele też z tego wszystkiego rozumiała. Naprawdę. Niby się znali, lecz z drugiej strony… jednak nie. Szalony pianista sprawiał wrażenie, jakby odnosił się do Deana jak do chodzącej legendy. Kogoś, kogo znał tylko z opowieści. Winchester natomiast wydawał się kipieć chęcią wyrównania starych … nieporozumień. Czyli jednym słowem zabić darmozjada. Wpatrywała się w niego. Po prostu. Można nawet powiedzieć, że się gapiła. Nie mogła się jednak powstrzymać. Cieszyła się, że mimo wszystko wyszli z tego cało. Nie było po nich nawet widać żadnych oznak przebywania gdzieś indziej. Wyglądali zupełnie tak samo, jak…. Cóż, jak tuż przed pojawieniem się w tym tragicznym lesie. Miała nadzieję, że ból głowy po ogłuszeniu i kostki zniknęły, jak sadza z policzków.
Iriss była doskonale świadoma tego, że teraz łowca będzie unikał jej jak ognia. O ile to dobre porównanie, zważając na wcześniejsze wydarzenia. Ona wyjedzie stąd pewnie z samego rana. Nie zobaczą się więc szybko. Mogą nawet minąć lata. Tak jak bywało to już wiele razy. Chciała jednak zapamiętać tę jego piegowatą twarz. Sama nie wiedziała dlaczego. Po prostu odczuwała taką potrzebę. Teraz zamierzała stąd wyjść, napić się i może kogoś przelecieć o ile jej nastrój nie zmieni się w mordercy i nie będzie gryzła każdego faceta, który zbliży się do niej choćby na centymetr. To by na pewno pomogło jej się zrelaksować. Najwyżej jej wyjazd przesunie się o kilka godzin. Rozejrzała się jeszcze raz po pomieszczeniu. Jej wzrok zatrzymał się na kolejnej ‘znajomej twarzy’. Ten obszczymurek, wielce potężny czarnoksiężnik od siedmiu boleści nadal stał w tym samym miejscu, w którym go zostawili. Gapił się tępo przed siebie. Miała ochotę roztrzaskać mu krzesło o tą parszywą mordę, z nadzieją, że pozostawi w niej wiele drzazg, które wkurwiałyby go tak samo, jak on ją. Tyle tylko, że o wiele dłużej. Naprawdę. Miała wielką, nieokiełznaną ochotę zacisnąć swoje dłonie dookoła jego brudnej szyi i zacisnąć je tak mocno, że aż cały zbieleje. Powstrzymała się jednak, odwracając z powrotem do Deana. –Skoro przeżyliśmy, to ja się będę zmywać.- tak. W tym akurat była dobra. Najlepsza wręcz. W wychodzeniu. Czasem nawet, gdy nie chciała, by ktoś to zauważył- tak się działo. Niczym ninja. To skradanie się i wymykanie z domu, w obawie przed zbyt troskliwymi braćmi w czymś jej pomogło. Nie tylko w radzeniu sobie w większości sytuacji kryzysowych i kombinowaniu, ale też w skradaniu się. Tym razem wolała to zakomunikować. Może i trochę dramatyzowała. Niech jednak zostanie jej to wybaczone. Trochę przeżyć dziś miała. Myślała, że przez nią zginie człowiek. Może dwóch- choć William się nie liczył. Nie należał do przedstawicieli razy ludzkiej- to raz, a dwa- i tak chciała, by wyzionął ducha. Pożegnania nigdy nie są dobre. Nienawidziła ich i unikała jak kot zimnej wody. Podeszła pod stolik, koło którego leżała jej torba. Podniosła ją, przekładając przez ramię –Powodzenia w ukręcaniu karku temu wypizdkowi.- bawiąc się palcami, splecionymi przed sobą zaczęła cofać się powoli, ku wyjściu. Po chwili uśmiechnęła się blado i odwróciła do Winchestera plecami, walcząc z ochotą spuszczenia głowy. Nie miała też zamiaru ponownie się odwrócić. Gdy doszła do drzwi zatrzymała się na chwilkę. Wpatrywała się w dziury na drewnie, z którego były zrobione. Westchnęła, zaśmiała się z tej sytuacji, która nagle wydała jej się strasznie absurdalna i wręcz nierealna, pokręciła głową i pchnęła ciężkie drzwi, otwierając je szeroko. Gdy wyszła z pomieszczenia odetchnęła Świerzym powietrzem. Prawdziwie świeżym. Poza lekkim aromatem tytoniu było niemalże idealnie. Jak na miastowe warunki oczywiście. Nastroju na spacery wśród natury nie miała. Wygrzebała z torby kluczyki do samochodu i udała się w jego stronę. Co prawda czekał ją mały spacerek, bo zaparkowała go kilka przecznic stąd, jednak nic jej to nie zaszkodzi. Myśl o szklanych, ciemnych butelkach, napełnionych po brzegi bursztynowym płynem przyprawiała ją o dreszcze. Już nie mogła się doczekać, gdy posmakuje zesłanego przez Niebiosa trunku, leżącego na tylnich siedzeniach jej czarnego, obłoconego Hummera. Kto wie co będzie się z nią działo później. Rozważała też opcję udania się do jakiegoś baru. Do ludzi. Zgiełku. Szumu i huczenia nieznośnej muzyki. Dzisiejsze wydarzenia chyba jednak wystarczająco ją zniechęciły do takich miejsc. Jeszcze spotka kolejnego świra, a wtedy nie ręczy za siebie. Jego flaki rozniesie po co najmniej trzech przecznicach. I nie będzie jej z tego powodu przykro. Nic a nic.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by The Geek Monkey on Nie Sty 06, 2013 1:13 am

Ale chwila, tak po prostu sobie pójdzie? Po czymś takim? Właśnie wydostali się z beznadziejnej iluzji, większość by panikowała albo chciałaby o tym porozmawiać, a dziewczyna chce sobie iść tak, jakby takie akcje zdarzały się jej dwa razy w tygodniu! I to nie tak, że był na nią wściekły. Dobra, może był na Iriss nieco… zdenerwowany, ale każdy by był. To jemu przytrafiło się tam więcej złych rzeczy niż jej. Dziewczyna tylko pożar wznieciła pożar i wpadła na genialny plan ewakuacji! To Dean przyjął na klatę (albo i na głowę) uderzenia i inne wypadki, których skutków… nie, nie odczuwał. No może trochę łupało go w łbie, ale to bardziej od wypitego piwa które zmówiło się z podświadomością i teraz wmawiali mężczyźnie ból głowy. Bólu w nodze nie było, kostka była całą i zdrowa, spodnie nie poszarpane, wspomnienie Iriss która sprawdzała czy z nogą wszystko w porządku, jak najbardziej świeże. Aż spojrzał w dół, na swoją stopę jakby oczekiwał znaleźć przy niej Iriss, która swoimi szczupłymi palcami delikatnie bada stan jego kończyny. Wyprostował się i odchrząknął, chcąc pozbyć się obrazu z głowy. Stanowczo powinien wyjść z tego baru. Może całe pomieszczenie było jakoś zaklęte albo przeklęte i dlatego takie dziwne rzeczy się tu działy?
– Powodzenia w nie wpadaniu w kłopoty, Sheppard – odpowiedział dodając do tego lekko ironiczny uśmiech, który zniknął gdy łowczyni odwróciła się z zamiarem wyjścia. Gdy zatrzymała się na dłuższą chwilę przy drzwiach, wpatrywał się w nią, nie wiedzieć nawet czemu się tak na nią gapił. A potem wyszła. Drzwi zamknęły się za nią z cichym trzaskiem.
Dean nie został długo w Małym John’ym, wychodząc tuż za Iriss. Po drodze zafundował Williamowi nieprzyjemne spojrzenie które obiecywało, że przy następnej sposobności Dean raczej nie puści go wolno. Był czarownikiem albo innym dziwadłem, a to nie może od tak sobie chodzić po ziemi. Jednak na dzisiejszy wieczór starczy atrakcji. Przynajmniej takich roboczych atrakcji.
Stanął na chodniku, pozwalając by chłodny, październikowy wiatr owiał jego osobę. Nie było znowu tak późno, ale ulice były puste, nie licząc kilku samotnych spacerujących, spieszących się do domu. No i była też Iriss z każdym kolejnym krokiem oddalająca się do pubu. I Dean’a, który przez krótki moment toczył wewnętrzną wojnę sam ze sobą, zanim znów się odezwał.
- Podrzucić cię gdzieś? – zawołał od niechcenia, spoglądając na plecy Iriss, schodząc wzrokiem niżej. Nawet jeśli tamten dom był wymyślną iluzją, to tyłek panny Sheppard był najprawdziwszą rzeczywistością. A w tych jeansach wyglądał bardzo dobrze. Zmarszczył brwi, uśmiechając się do swoich myśli i kręcą głową z niedowierzenia. Przed momentem, dosłownie przed momentem, byli niemal na progu śmierci a teraz stoją na ulicy, gdzieś w Północnej Dakocie, a wzrok Dean’a ląduje na tyłku Sheppard. Przecież do absurdalne, nawet jak na niego. Tym bardziej, że Iriss to nie była pierwsza lepsza panna którą spotkał na swojej drodze. To była Sheppard. Mała, irytująca i wszędzie wścibiająca nos, Sheppard. Która teraz nie była wcale taka mała. Ale nadal bywałą irytująca i ciekawska, z tego nie wyrosła. Wyciągnął z kieszeni kluczyki do Kruszyny i wrócił spojrzeniem do łowczyni, oczekując od niej jakieś odpowiedzi, bo nie wiedział czy ma wsiadać i jechać w stronę Złomowiska, czy jednak skaże się na towarzystwo Iriss na resztę tego pokręconego wieczoru. W sumie to by nie narzekał gdyby zawróciła i posłała mu to swoje zabójcze spojrzenie, i kręcąc tym swoim tyłkiem wsiadła do Impali. Też chciał się napić. Czegoś porządnego, nie takiego podrzędnego piwa jak w tym Johnie. Też chciał się jakoś rozerwać i to nie tylko z powodu tego pierdzielonego bożka który zafundował im kiepską wersje Turman Show.
Owszem, Dean mógłby teraz podjechać do jakiegoś baru z neonowym szyldem, wypić kilka kolejek i znaleźć sobie uroczą blondynkę, z długimi nogami i sztucznymi cyckami, którą zostawiłby rano w motelowym pokoju, ale nie chciał. Nie miał aż takiego wielkiego nastroju na flirty z podchmielonymi pannami. Chyba że Sheppard nie ma ochoty na towarzystwo Winchestera to pewnie opcja z blond pięknością się spełni, o ile łowca nie pojedzie od raz do Bobby’ego… w sumie przecież miał taki zamiar.

avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Seestra Road Trip on Nie Sty 06, 2013 2:14 am

Głos Deana dotarł do jej uszu dość niespodziewanie. Już planowała sobie w głowie wieczór, który koniec końców zapowiadał się sam na sam z piwem i jakąś głupkowatą telewizją, która fundowała same tanie, brazylijskie, wkurzające, przesłodzone telenowele. Ale co tam. Przynajmniej zapomniałaby o tym syfie dzisiejszego dnia. Bo takie odmóżdżacze są idealne na zapomnienie. To tak, jakby wszystkie swoje myśli wsadziła do jednej pralki, wyprała w pierwszym lepszym proszku w zbyt wysokiej temperaturze i wykrochmaliła. Nic użytecznego nie zostawało. Lecz pomagało zasnąć, bo nic nie drapało w ścianki umysłu.
Odwróciła się lekko zdziwiona. Nie spodziewała się, że… cóż. Nie wyszedł za nią. Po prostu opuścił lokal. Bo co niby miał tam robić, skoro jedzenie było do dupy, a piwo jeszcze bardziej? Wyrzuć tą ideę z głowy, głupia! Zachowywała się jak nastolatka. Pewnie nawet nie chciał oglądać jej tyłka w swojej ukochanej Impali. Zapytał… z grzeczności? Cóż, mieli wspólną przeszłość. Trochę razem przeżyli, szarpali się za włosy i rzucali klockami lego. No dobra, ona to robiła. Ona za to brał ją w garść, jak małą laleczkę i przerzucając przez ramię wynosił na drugi koniec pokoju, chowając do szafy, żeby go nie denerwowała. I już wtedy nie doceniał jej możliwości. Bo takie skrytki nie stanowiły dla niej najmniejszego problemu. Wyjście z zaryglowanych drzwi było bułką z masłem. I nigdy nie zdradzała swoich tajemnic. Natura była po jej stronie. I jej drobna budowa. Tego się chyba jednak nigdy nie domyślił zarówno on, jak i Ci dwaj super-bystrzy bliźniacy. Na jej twarzy malowało się dość spore zdziwienie, przemieszane z niedowierzaniem. Zmarszczyła brwi i aż rozejrzała się delikatnie dookoła, sprawdzając czy aby na pewno do niej mówi. Nie spodziewała się tego. Po prostu. Był na nią wkurzony i zdawało się, że nie ma ochoty jej oglądać przez najbliższy miesiąc. Albo i dłużej. –Samochód mam kilka przecznic dalej…- nie była do końca pewna co kryje się za jego słowami. Cholera. Niczego już dzisiaj nie była pewna. Potrzebowała się po prostu, zwyczajnie, jak człowiek napić. Czy to tak dużo. –Ale jeśli proponujesz piwo, czy coś mocniejszego to chętnie się przejadę.- No i uśmiechnęła się do niego tym swoim uśmieszkiem, który nie wróżył niczego dobrego. Nigdy. Nie zrobiła tego przecież specjalnie. Jej twarz sama ułożyła się w taki grymas, od myśli jakie pojawiły się w jej głowie. Przygryzła delikatnie wargę, spuszczając na chwilę wzrok i ruszyła z powrotem w kierunku Deana. Całe jej plany poszły się pieprzyć. Tylko kto powiedział, że one były dobre? Aura dramatyzmu jakoś ją opuściła. Wróciła, przynajmniej częściowo, stara, lekko łobuzerska Iriss. Schowała kluczyki z powrotem do torby i poprawiła jej pasek na ramieniu. Na dworze nie było zbyt ciepło, powiedzmy sobie szczerze. Październik w tej części kraju nie należał do tych, podczas którego bikini leżało na wierzchu i czekało na codzienne użycie. A szkoda. Chętnie zanurzyłaby się teraz między pieniącymi się falami. Razem z Deanem. Bo widok jego mokrego ciała na pewno należałby do przyjemnych. Po nadejściu tych myśli zlustrowała Winchestera wzrokiem, od stóp po samą głowę, zatrzymując się na chwilę w kilku miejscach. Gdy stanęła już wystarczająco blisko niego uniosła lekko brwi do góry, wykrzywiając kącik ust w nieznaczny łuk. –Prowadź ogierze.- czuła naprawdę dużą ulgę, że to wszystko, co ich dzisiaj spotkało było tylko złudzeniem. Jakąś chorą iluzją, która w rzeczywistości nie trwała nawet sekundy. Większa część napięcia opuściła jej ciało. Umysł nieco się rozjaśnił, przepędzając ciemne chmury i to całe przygnębienie. Przypomniała sobie o zapałkach. Stanęła na chwilę. Dość gwałtownie, przeszukując kieszenie. Po krótkiej chwili wyjęła opakowanie. Ilość zapałek w środku się nie zmieniła. Pokręciła głową z niedowierzaniem, chowając ją z powrotem. Mimo wszystko. Mimo całego happy end’u, który w gruncie rzeczy nie nadejdzie, póki zegar nie wybije północy, dalej nie mogła zapomnieć o swoim głupim błędzie. Gdyby to wszystko działo się naprawdę mogliby już nie żyć. Albo przynajmniej leżeliby nieprzytomni na jakimś zadupiu z połamanymi kończynami. William, ta wiedźma od siedmiu boleści, która znalazła się na jej czarnej liście pewnie by im nie pomógł. Ba, na pewno by tego nie zrobił. Co najwyżej by ich dobił. A taki scenariusz jej się nie podobał. W żadnym wypadku. Obwiniać się i rozpamiętywać będzie pewnie jeszcze jakiś czas. Teraz jednak zajęła się pocieraniem zmarzniętych dłoni i wsiadaniem do Impali. Ostatnio, gdy nią jechała była cała zakrwawiona, majacząca i ledwo przytomna. Całe zamieszanie pamiętała szczątkowo. Zerknęła na tylnie siedzenie. Tylko na chwilkę. Po jej obecności nie było tam śladu. Szczerze, to obawiała się, że jej krew jednak zostawi jakieś plamy. To byłby chyba cios poniżej pasa dla naszego zakochanego po uszy w tym aucie Deana. –Zapamiętałam to wnętrze trochę inaczej.- zerknęła na Deana zatrzymując wzrok na jego ustach. Tylko na chwilkę, by potem skupić oczy na czymś innym. Radiu na przykład. Włączyła je, czekając aż w głośnikach zabrzmi muzyka. Potarła dłońmi swoje uda, starając się nie wiercić. Może jednak wybieranie tej opcji nie było najlepszym pomysłem? Nie chciała jeszcze bardziej psuć niczego między nimi, a jej umysł wyraźnie przeciążony wrażeniami i nieoczekiwanym, dezorientującym zwrotem akcji, nie słuchał jej poleceń i zdrowego rozsądku. Jutro obudzi się z wielkim kacem moralnym i zapewne nie tylko. Czy ona kiedykolwiek zrobi coś mądrego? Coś co nie pogrąży jej całkowicie i nie zrujnuje wszystkiego dookoła? Oparła łokieć o drzwiczki i wplątała palce w swoje nieco rozczochrane włosy, przechylając głowę. Spojrzała za okno. Tam patrzeć będzie najbezpieczniej. Przynajmniej na razie. Może jak alkohol przejmie kontrolę nad jej umysłem, to zapanuje w niej jakiś ład. Bo czuła, że właśnie tego potrzebuje najbardziej. Nie, nie ładu. Alkoholu. Dużo alkoholu.


____________________________________________________________

meanwhile in purgatory...
avatar
Seestra Road Trip

Liczba postów : 599
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pub Mały John

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 :: VALLEY CITY :: CENTRUM

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach