Crowley's Mansion

 :: OBRZEŻA

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Crowley's Mansion

Pisanie by Transclone on Wto Maj 21, 2013 11:24 pm

[You must be registered and logged in to see this image.]

[You must be registered and logged in to see this image.]

***

Cały bałagan, jaki ostatnio zapanował na świecie mógł przyprawić zwykłego śmiertelnika o ból głowy. W ich przypadku mógł być spowodowany tylko gwałtownymi zmianami pogodowymi. Któż z ludzi wiedział o tym, że własnie trwa cholerna apokalipsa? Zaledwie garstka Psów wwstykających nosy w nie swoje biznesy. Nic dziwnego, że Crowley, świadomy wszystkiego, a nawet biorący czynny udział w wyżej wymienionej imprezie, miał dosyć wszystkiego, a gdzieś w głębi czaszki czaiła się wredna migrena. Z pewnością była to jedna z rzeczy, jakiej nienawidził w operowaniu miesem. A jeszcze inne obowiązki miał na głowie.
- Jako w Niebie tak i na Ziemi...- Zaironizował, murczac pod nosem. Nalał whisky do szklanki. Spojrzał krytycznym okiem na zawartość alkoholu w naczyniu, po czym ponownie przechylił butelkę. Podszedł do okna. Odsłonił delikatnie zasłony, wypatrując patrole. Wszyscy byli na swoim miejscu. Crowleyowy kącik ust delikatnie drgnął do góry, gdy demon przypomniał sobie, co się stało z ostatnim czarnookim, który postanowił zlekceważyć zalecenia szefa i odpoczać podczas swojej warty. Upewniwszy się, że drzwi są zamknięte, a przez okno nic nie widać, zdjął buty. Kości palców w okrutny sposób strzyknęły, skarżąc się tym samym na swój los. Elegandzkie buty były pieruńsko niewygodne. Niestety trampki czy inne obuwie, które można nosić dwadzieścia cztery godziny na dobę nie odpowiadały jego standardom. Rozparł się wygodnie w krześle delektując się smakiem Craiga. I jemu raz na jakiś czas potrzebna jest odrobina relaksu. Butelka ulubionego trunku i brak kogokolwiek lub czegokolwiek na głowie przez chociażby trzydzieści minut może być uważane za w miarę satysfakcojnujący odpoczynek.
avatar
Transclone

Liczba postów : 15
Join date : 27/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Crowley's Mansion

Pisanie by The Geek Monkey on Pon Sie 26, 2013 7:53 pm

Jeden w miarę krótki postój, podczas którego zadzwonił do Sama, wysłał mu wiadomość z adresem, gdy nie odebrał i załatwił swoje potrzeby fizjologiczne. Mogło się obyć bez jedzenia w samochodzie,a, gdyby tylko przystanął na propozycję Castiela i pozwolił się zabrać w miejsce, gdzie Crowley miał swoją siedzibę. Dean mógł darować sobie trzynaście godzin jazdy w jedną stronę, tylko po to, by spotkać się z demonem, który, o ile Cassie nie kłamała, posiadał Colta, ale jazda, szybka jazda, była tym, czego aktualnie potrzebował. Wciskanie pedału gazu w podłogę Kruszyny sprawiało, że czuł kontrolę. Może nie nad tym, co działo się wkoło, ale tu i teraz, w samochodzie, gdzie mógł sam na sam, spokojnie myśleć, czuł, że kontroluje to, co robi. Chociaż nie wiem, czy tak spokojnie myślał. Bo właściwie starał się nie myśleć, tylko skupiać na drodze, na czasie, na kilometrach, ale i tak jego wysiłek był na nic. Nawet zawodzący, z głośników styranego radia, Bon Scott nie był w stanie wyciągnąć łowcy z huraganu myśli, które krążyły w głowie Deana, zderzając się ze sobą, nie dając skupić się na jednej, bo zaraz z niej powstawała kolejna, i tak w kółko.
Dlaczego? Pytanie, którego tak bardzo się wzbraniał, a które, niekoniecznie w formie pytania, padło z demonicznych ust, ciążyło Deanowi najbardziej, i najczęściej obijało się o twardą kość czaszki.
Dlaczego się poddała? Mogła uciec, miała sposobność, a i tak wybrała opcję z wiezieniem w starym schowku. Sama, dobrowolnie tam weszła, gdy on próbował powstrzymać krwawienie, które ciepłym strumieniem znaczyło jego twarz. Dlaczego?
Dlaczego podała im wszystkie informacje jak na tacy? Dobra, tego akurat mógł się domyślić – chciała żyć, i chociaż wiele ryzykowała, bo w końcu mógł ją zabić, to i tak rządziła nią chęć przetrwania. Każdy z nich chciał przetrwać. Każdy demon w końcu był skłonny do mówienia prawdy, a ile czasu mu to zajęło, zależało od tego, jak uroczo się nim ‘zajmowali’. Była jeszcze jedna teoria spowiedzi, która była głośniejsza od tej pierwszej. Pułapka. Wszystko pięknie zaplanowane tak jak w przypadku Ruby i Sama. Dobra, ten przypadek był nieco bardziej skomplikowany niż luźna, kumpelska relacja Winchester – Montressor. Ale i tak mogłaby to być pułapka. Nawet jeśli sama znajomość nie była jej częścią, to wyjawienie informacji i chęć bycia więźniem było częścią planu, który zakładał wpuszczenie Deana do paszczy lwa. Tylko po co? Dlaczego?
Dlaczego jej nie zabił? Tak po prostu? Bo nie sądził, teraz kiedy już emocje opadły, że chodziło tylko o urocze naczynie, którym się posługiwała. Naczynie nie było problemem. Wiele razy zabijał demony, nawet nie zastanawiając się, czyją skórę przyodziali. To demon był problemem. I nawet jeśli teraz nie chciał się do tego przyznawać, to lubił tą szaloną dziewczynę, którą znał, a która nie wydawała się niczym groźnym. W końcu blondynka, która spokojnie mogła robić karierę jako modelka, albo aktorka, mogła też być łowcą artefaktów i na tym zarabiać. I lubić samochody. I pić piwo. I kłócić się czyi samochód jest lepszy. Kurwa jego święta mać, dlaczego okazałaś się demonem, piekielna Cassandro Montressor?
Powinni bardziej uważać na kobiety. On i Sam. Albo na dzień dobry częstować je chlebem i solą, albo szklanką święconej. By się upewnić, że nie mają do czynienia z kolejną piekielną dziwką. Tak byłoby prościej i obyło się bez Meg, Ruby... Cassie. Cholera, że też tak beznadziejnie dał się wkręcić. Jak idiota. Prychnął, uzmysławiając sobie, że właśnie przyznał rację tej małej, blond suce.
Tylko że ta mała, blond suka, nigdy, ale to nigdy nie dawała po sobie poznać,że coś z nią jest nie tak. I nigdy nie robiła nic, co mogłoby zaszkodzić Winchesterowi. Dlaczego?
Do Kansas dotarł nad ranem. Granicę miasta przekroczył z dziwnym uczuciem w żołądku, jakie pojawiało się zawsze, kiedy los zaprowadził go w rodzinne strony. Ciemność powoli ustąpiła szarości kolejnego dnia, pełnego chłodnego wiatru i kropel deszczu. Było zimno. Skórzana kurtka nie grzała za bardzo, a zmęczenie jazdą wzmacniało uczucie chłodu. Powinien się przespać. Chociaż kilka godzin, zanim stanie oko w oko z Królem Rozdroży. Poza tym lepiej iść pod adres od Castiela, kiedy będzie już ciemno. Może do tego czasu pojawi się Sam. Albo chociaż oddzwoni.
Wybrał pierwszy lepszy motel, jaki pojawił się na drodze, zameldował się pod nazwiskiem Gregora Washingtona i pięć minut później leżał już na niewygodnym materacu, nie kłopocząc się nawet ze ściąganiem ubrań.
Sen, który nie trwał tak długo, jakby chciał tego blondyn, był pełen migających obrazów, śmiechu Cassie, która stała z zakrwawionym sztyletem nad Castielem, którego niebieskie oczy były pozbawione życia a beżowy trencz, porwany w różnych miejscach, zabarwił się na czerwono. Były też krzyki Iriss, co było dziwne, i była zawiedziona mina Singera, i był ktoś jeszcze, ktoś, kto uśmiechał się zadowolony, spoglądając na Winchestera oczami Sama, ale to nie był jego Sammy. Jego Sam nie miał takiego złowrogiego błysku w oczach i wyrazu triumfu wypisanego na twarzy. Łowca obudził się gwałtownie, jakby obawiał się, że im dłużej pozostanie w sennej rzeczywistości, stanie się ona czymś realnym. Woda w hotelowej łazience była zimna, tak samo jak kawa, którą postawił na nocnej szafce. Zegarek na wyświetlaczu telefonu wskazywał późne popołudnie i zero wieści od młodszego. Nie oddzwonił. Nie odpisał. Nie pojawił się. Młodszy brat widocznie zniechęcony ignorancją Deana postanowił zachowywać się tak jak on. Miał do tego prawo. Miał do tego cholerne prawo. Co nie zmienia faktu, że miło by było, gdyby raz jeszcze postanowił być tym mądrzejszym bratem, który podąża za rozsądkiem,i ruszył swój łosiowy zad, by ubezpieczać plecy Deana. Ogarnął się, zjadł, a nawet dwa razy zjadł, z milion razy spojrzał na telefon, powstrzymując się, by nie zapełnić poczty Sama kolejnymi wiadomościami (bo tak, korciło go to, jak cholera), czekając, aż ciemność zapanuje nad Lawrence, by móc odbyć kulturalną wizytę domową.
Samochód zaparkował dwie przecznice przed adresem podanym przez anioła. Okolica była jakby wyjęta z katalogu doskonałej pani domu. Równo ostrzyżone trawniki, białe płotki, białe skrzynki na listy, równe chodniki. Demony miały dziwną słabość do takich miejsc. Dean wzdrygnął się – nawiedziła go wizja Crowleya w ciele małego chłopca, z martwym kotkiem w ręku i uroczym, niewinnym uśmiechem, sięgającym czerwonych oczu.
Nie powinien się dziwić wielkością domu, w końcu miał to być Król. Największa posiadłość w okolicy. W kilku oknach paliło się światło, ale pomijając to, dom wydawał się pusty. Tak samo jak podjazd. Myśl, że to pułapka, powróciła, mocniej zaciskając palce na rękojeści sztyletu. Było za spokojnie, zbyt spokojnie, i tak dziwnie, nieprzyjemnie pusto. Wrażenie, że ukryte czarne ślipia go obserwują, powodowało mrowienie karku i wyostrzało czujność, i chyba tylko to pozwoliło łowcy uniknąć napaści przez pierwszego demona, który pojawił się znikąd. Sztylet gładko przebił się przez skórę i mięśnie torsu,prosto do serca, uśmiercając piekielnego skurwysyna, i gdy bezwładne ciało opadło na wypielęgnowany trawnik, jak na zawołanie pojawili się kolejni.
Nie było szans by jeden łowca, nawet taki, który posiadał ostrze pozbawiające życie te piekielne istotki, dał sobie radę z czarnookimi, które atakują go z każdej strony. Siły nie były wyrównane. Bardzo niewyrównane. Straty w piekielnych były niewielkie, a Winchester, poobijany i pozbawiony broni, został zaprowadzony przed oblicze Króla Rozdroży, przez dwóch rosłych demonów, zadowolonych z tego, że to oni dostarczyli kłopotliwego łowcę do szefa.
Rzucony na podłogę, jakby był szmacianą lalką, uderzył kolanami o twarde drewno, wypluwając na nie krew. Chyba wybili mu zęba. Chęć pomordowania ich wszystkich wzrosła jeszcze bardziej.
Bo wybili mu zęba. Gdy skończył językiem badać swoje uzębienie, podniósł wzrok na demona siedzącego za ładnym, stylowym biurkiem. Na całe szczęście nie był małym chłopcem i nie bawił się martwym kociakiem.
- Ładnie witacie gości, sąsiedzi muszą was kochać. - wypluł na podłogę jeszcze trochę krwi pomieszanej ze śliną, posyłając demonowi naprzeciwko dość nieprzyjazne spojrzenie zielonych oczu.
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: OBRZEŻA

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach