Porywamy Proroka [Cas&Cass&Flor]

 :: CHICAGO :: CENTRUM

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Porywamy Proroka [Cas&Cass&Flor]

Pisanie by Mistrz Gry on Pon Sty 20, 2014 5:33 pm

Znalezienie nowego proroka okazało się o wiele trudniejsze, niż można było się tego spodziewać. Nie wiadomo, co za tym stało – może to jakaś naturalna ochrona albo była to tajemnicza siła, która pilnowała, by prorok był bezpieczny, tak bardzo, że nawet archanioł, który miał nad nim sprawować piecze, nie miał pojęcia gdzie szukać nowego, natchnionego przez słowo, człowieka.
Nie ma takich osób, których nie da się odnaleźć. Poza Antychrystem, ale to inna bajka, do opowiedzenia na inny wieczór.

Wiele sił szukało proroka – najtrudniejsze było to, że nikt nie wiedział, jak on wygląda. Ile ma lat, skąd pochodzi, czy jest dzieckiem, czy dorosłym, kobietą czy mężczyzną. Nikt nie wiedział nic. Znaki? Można było je przeoczyć w natłoku wielu innych, pomylić je ze zwiastunem natarcia kolejnych demonów czy upadku anioła, którego łaska po oderwaniu od anielskiej duszy, tworzyła cuda. Bo anioły upadały, były strącane z Nieba, kiedy okazywało się, że wcale nie są po stronie Michała.

Jednak znak był. Mały. Niezauważalny, nieistotny dla zwykłego człowieka. Stało się to w południe, pewnego listopadowego dnia, kiedy kolejna porcja ciasteczek piekła się w piekarniku, kusząc swoim zapachem. Nagle, przed sklepem panny Shaw zakwitły fiołki. Piękne, intensywnie pachnące, małe fioletowe kwiatki, które były ignorowane przez wiecznie spóźnionych mieszkańców Chicago. Nikt ich nie zauważył ani tego, że ciastka zapłonęły a ich twórczyni upadła na podłogę, z cichutkim och na ustach.
Na szczęście nic się jej nie stało. To było jak krótka, poobiednia drzemka i tylko dokuczliwy ból głowy po niej został. Ciasteczka były całe – ani na jednym nie było widać, że w piekarniku rozszalał się ogień, były idealnie wypieczone i smaczne. Kwiatki wylądowały w niewielkich wazonikach, mieszając swoją słodką woń z ostrym zapachem imbiru.
I nic więcej. Zero wielkich burz, tornad, latającego bydła i białych króliczków, za którymi mogłaby pobiec Florence, na spotkanie nowej przygody.

Pierwszy raz wydarzyło się coś dziwnego miesiąc później i nie chodziło o fiołki, które nadal pachniały jak pierwszego dnia, wciąż świeże, wciąż idealnie fioletowe jakby Flo codziennie je wymieniała – i tak właśnie niepozorna, rudowłosa dziewczyna sądziła, nie pamiętając tego, że stały one już od dłuższego czasu, od dnia tragicznej migreny, której nawet zielona herbata nie mogła podołać. Ale dziwne, dziwne, co takie było dziwne w tym dniu, miesiąc po kwitnięciu fiołków?! Do sklepiku panny Shaw weszła kobieta – elegancka dama, przypominająca wszystkie te kobiety na wysokich stanowiskach, które mają pod sobą sztab ludzi na jedno zawołanie. Takie osobistości nie były codziennymi gośćmi niewielkiego sklepu rudzielca. Wystarczyło, że klientka się uśmiechnęła. Lekko, niemalże przyjaźnie, jakby naprawdę była zadowolona z przyjemnego szczebiotu rudzielca. Jeden uśmiech sprowadził lawinę kłopotów.
Uśmiech odkrył kim tak naprawdę była kobieta. Obnażył jej prawdziwą naturę, śmierdzącą, obrzydliwą naturę. Czarne oczodoły, paskudne, wygięte w grymasie usta. Mrok i ból otaczały jej osobę, niszcząc drogie ubrania, spopielając idealnie ułożone jasne loki. Gdzieś, pomiędzy czerwoną krwią i gorącym ogniem, majaczył człowiek. Dusza kobiety, która dusiła się dymem, próbując krzyczeć do Flo, błagać o jej pomoc, by wyrwała ją z rąk potwora, który w niej zamieszkał. Demon wydawał się nie widzieć tego, że Shaw go przejrzała, że wiedziała. I wiedziała co robić – nieporadnie, bez wprawy, ale za to z wiarą, że słowa, które wypowie, pomogą kobiecie, wypowiedziała egzorcyzm – nieświadomie, nie wiedziała, że potrafi, nigdy przecież nie zajmowała się łaciną. A jednak. Udało się jej. Powiedzmy, że jej się udało – może zbyt mocno przyłożyła się do formułki, a może niektóre demony były sprytniejsze i potrafiły odpowiednio blokować się ciałach (bo kiedy „pracuje” się dla Śmierci, trzeba umieć takie rzeczy), ale kiedy ostatnie słowo padło, kobietę momentalnie wyrzuciło z lokalu. Drzwi trzasnęły głośno, a Shaw z rozdziawioną ze zdziwienia i przerażenia, buźką, stała za ladą nie mogąc zrozumieć tego, co się właśnie wydarzyło.
I wtedy było kolejne och i osunięcie na wygodne krzesło.

Można było się spodziewać, że wieść o tym, co działo się w Chicago się rozniesie. Kobieta demon, która została wygnana z lokalu, niezwłocznie powiadomiła swojego pracodawcę, który spoglądał znudzony na nią znad kawałka zimnej pizzy. Trafili. Na proroka. Mieli go pod nosem.
A ta wieść rozniosła się szybko, szybciej niż Iriss Sheppard dotarła do złomowiska Singera, mając u boku konającego Sama Winchestera. I zaczął się wyścig. Kto pierwszy. Kto lepszy. I tylko Śmierć siedział dalej w pizzerii i zajadał się plackiem z podwójnym serem i dodatkową porcją koktajlowych pomidorków.

Jakaś tajemnicza siła, ta sama, która pilnowała, aby nikt nie wykrył proroka (a może to sam prorok, nieświadomie, zupełnie przypadkiem i niechcący, chronił się sam przed niechcianymi gośćmi?) próbowała chronić go dalej – chwilę po tym, jak demon pracujący dla Jeźdźca zniknął z ulicy, targany konwulsjami po egzorcyzmie, na asfalcie, na ścianach domów pojawiły się znaki – szczególne znaki, niepozwalające wedrzeć się do środka aniołom i demonom.

Castiel stał w ukryciu.W końcu mu się udało – po tylu długich dniach patrzenia, jak Dean męczy się z szukaniem sposobu znalezienia Lucyfera, dodzwonienia się do brata, dojścia do porozumienia z Cassie... z demonem, w końcu pojawiło się coś, co zainteresowało pierzastego członka dream team. Był pierwszym, który zareagował – wyczulony na konkretne wiadomości w anielskim radiu, szybko natrafił na wzmiankę o rudzielcu. Bez słowa opuścił łowcę i znalazł się w wielkim mieście, a natrafienie na dwójkę parszywych demonów – ich ciała, z wypalonymi oczami leżały w jakieś zatęchłej uliczce – utwierdziło go w przekonaniu, że dobrze trafił. Jednak zadanie nie było proste. Chociażby ze względu na te znaki. Na obecność innych – widział grupkę demonów, która toczyła się po jego lewej stronie, czekając, pilnując, aby zdobycz im nie uciekła. Wyczuwał inne anioły - a one jego i nikt nie zrobił pierwszego kroku, nikt nie ruszył do przodu, zatrzymywani przez jasne znaki zakazu wstępu. Czekali. Każdy w końcu musi wyjść, gdzieś, coś kupić, prawda? Panna Shaw też. Nie była wyjątkiem. Tyle że ona była nieświadoma tego, co działo się za oknem, piekąc pączki z nowego przepisu i obmyślając, jak je ozdobi. Żółty lukier, niebieskie cukrowe kuleczki i odrobina czerwonych płatków? Mogłoby być ciekawie.
A propos pączków – pączuś nie umknął uwadze Castiela. Nawet jeśli jego zmysły były skupione na lokalu Florence, na otaczających go istotach, to, to jedno słowo skutecznie przedarło się do niego i zwróciło na siebie uwagę. Jak zwykle. Jak zwykle wiedziała, jak na siebie zwrócić jego uwagę. Ale to znaczyło jedno – Dean miał kłopoty, ale Dean sobie poradzi. Castiel miał w tej chwili coś o wiele, wiele, wiele ważniejszego niż kłopoty Deana. Miał na oku Proroka. A tego przecież chcieli. Wszyscy. Cała trójka, czwórka, jeśli liczyć marudzącego starca na wózku.
To było ryzykowne – to pojawienie się na ulicy, gdzie blond demonica, ubrana kompletnie nie do pogody, czekała na niego, mając u stóp ciało anioła. Nie skomentował, chociaż zapewne coś poczuł na widok martwej siostry. Nie musiała przecież. Ale nie, to też nie było ważne. Prorok. Na tym niech się skupi anioł i demon, partnerzy w tym przedsięwzięciu. Tamtych było kilkanaście, ich było dwoje. Jednak Castiel nie mógł odmówić pannie Montressor sprytu i znajomości. Wiedział o nich. Słyszał. A teraz mogłoby się one przydać – może, tak sądził, może tak sądził, uzgodnią to później,po tym jak jego palce zacisnęły się na jej ramieniu i razem, zostawiając za sobą chmurę śniegu, który wbił się w powietrze, znaleźli się w Chicago, przed lokalem panny Shaw. Nikt nie wszedł. Nikt nie zrobił pierwszego kroku. Czekają.


/ nie wiem. Nie wiem jak to zakończyć, żeby było... dobrze. Więc musicie kombinowac jak obejść znaki, jak pozbyc się konkurencji i... jak Wam się coś nie podoba, to mówcie albo zmieniajcie sobie dowolnie Same, bo przecież możecie to robić <3... a ja, jak chcecie, mogę trochę pomieszać tymi Innymi... żeby znowu tak łatwo nie było Razz /



avatar
Mistrz Gry

Liczba postów : 39
Join date : 20/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Porywamy Proroka [Cas&Cass&Flor]

Pisanie by Soccer Mom on Wto Sty 21, 2014 11:15 am

Castiel postawił ją w sytuacji beznadziejnej. Oczywiście, jak to on – zabawne, jak szybko można było kogoś poznać – nie raczył udzielić jej wyjaśnień. Krótkie rzucenie słowa „prorok” nie było wystarczające i może ktoś powinien dobitnie uświadomić niebieskookiemu aniołkowi, że pierzasty sposób komunikacji średnio sprawdzał się w przypadku innych ras, które nie miały dostępu do głów swoich rozmówców. Cassandra Montressor naprawdę wątpiła, by kiedykolwiek czuła taki związek z Winchesterem jak wtedy. Była prawie pewna, że kiedyś to samo wypominał ich małemu, socjalnemu problemowi.
Beznadziejna sytuacja w połączeniu z zerowymi wytłumaczeniami, gdzie się pojawią i jak przedstawiają się warunki, wywołały przynajmniej jedno – ten wyraz na jej buźce, który nie świadczył o tym, by była szczególnie przyjaźnie nastawiona do anioła zaciskającego dłoń na jej ramieniu: ni to pomieszanie zaskoczenia z niechęcią, ni szoku z nienawiścią. Bo Cassie mogła być wiecznie rozbawiona zachowaniem robaczka w prochowcu, ale nienawidziła bycia odciętą od informacji i nic nie mogło jej powstrzymać od wyrażania tego głośno i wyraźnie.
Zajęło jej całych pięć sekund, by zdobyć wszystkie jej potrzebne.
Kolejną sekundę wyszarpnięcie się i uniesienie ostrza. Lekkim uśmieszkiem podsumowała fakt, że się nie myliła – a Castiel zareagował odruchowo, bo mogli być sojusznikami, ale jeśli kogoś centymetry dzielą od wymierzenia ci zabójczego ciosu, nie myślisz o takich rzeczach. Nie musiała rzucać ukradkowych spojrzeń, oceniać otoczenie, by wiedzieć jak przedstawiała się sytuacja, a w jej głowie pojawił się adekwatny do niej plan. Jakże inteligentny anioł spalił jej przykrywkę dość sprawnie i szybko, była więc tylko jedna możliwość. Zabić go. Nie była pewna, czy zdawał sobie z tego sprawę, ale odpierał cios za ciosem, cudowna jasność stykających się anielskich sztyletów odbijała się w jego oczach i manifestowała w lekkim uśmiechu jej czerwonych warg.
Walka trwały mniej, niż można by podejrzewać. Skończyła się tak szybko, jak zaczęła, gdy Cassie osiągnęła swój cel, spychając Castiela do uliczki, znikając z zasięgu oczu demonów. Tam uśmiech się poszerzył, jej ostrze odbiło jego, gdy wskazujący palec drugiej dłoni pokiwał nad niegrzecznym aniołkiem kilka razy w towarzystwie paru cmoknięć. Wtedy spokojnie, patrząc mu prosto w oczy, nie kryjąc rozbawienia z wyrazu jego twarzy, opuściła broń.
- Błyśnij tym swoim światełkiem i znikaj – wymruczała i, nie przejmując się tym by zerknąć przez ramię i sprawdzić, czy ciekawskie demony ruszyły za nimi, czy nie, kopnęła w metalowy kubeł na śmieci. Tylko trochę hałasu, gdy przetoczył się po uliczce. Pozory walki. Najwyraźniej ciągnęło ją dziś do zaułków i anielskiego towarzystwa. Choć to było dużo, dużo lepsze. – Zaaranżujemy twoją śmierć, pączusiu. Wróć za… – ułamek sekundy na ponowne przemyślenie planu i błyskawiczne obliczenie. – trzy minuty. Dokładnie tutaj. Żadnych pytań – rzuciła stanowczym tonem, nie mogąc darować sobie przyłożenia palca do jego ust, jakby był małym dzieckiem. I przesunięcia go w dół, odchylając jego wargę, gdy zabierała dłoń. Zastanawiała się, co musiała zrobić, żeby złamać ten jego spokój. Kiedyś w końcu się dowie. Kiwnęła ręką, by czynił swoją powinność, kiedy pomyślała jeszcze o czymś, a wargi znowu wygięły się w uśmiechu. Lekkim, mogącym zostać uznany za ciepły, gdyby nie fakt, że czegoś do tego brakowało. – Jeszcze jedno. Nie pozwolisz przecież, żeby kobieta przy tobie marzła, prawda? – znowu ten sam ton, jakby mruczała i nie przejmując się czymkolwiek, co mógłby powiedzieć, jakimkolwiek oporem, z nieschodzącym z twarzy lekkim uśmieszkiem zdjęła z niego płaszcz. – Leć – rzuciła rozbawiona, zarzucając sobie prochowiec na ramiona.
Od kiedy Castiel zniknął w błysku sztucznie wytworzonego światła, tak typowego gdy umierały anioły – upewniła się, że stali wystarczająco blisko wyjścia z alejki, by pilnujące proroka demony je dostrzegły, przekonując się o zwycięstwie Cassandry – reszta jej planu trwała niecałą minutę. Niewidoczne, ale wyczuwalne pierzaste pokraki, podobnie jak kręcący się w pobliżu mieszkańcy piekieł, musiały przestać wyczuwać anioła. O to jej chodziło, dlatego kazała mu zniknąć, by jej małe sfingowanie morderstwa było odpowiednio wiarygodne. Na trzy minuty. Potrzebowała tylko trzech minut. Bo kiedy z alejki zniknął anioł, zniknęła też ona. Pojawiła się tylko trochę dalej, ulicę, może dwie, uśmiechając się łagodnie do przechodzącego samotnie – cóż za łut szczęścia… nie żeby w tej sytuacji przejmowała się świadkami – mężczyzny. Złapała go za nadgarstek, podciągnęła rękaw płaszcza, a ostrze przecięło skórę. Tylko uniesioną brwią skomentowała jego krzyk, nie mając czasu na nic więcej. Cisnęła go na ścianę budynku, by nie przeszkadzał jej wyrywaniem się, a sama odchyliła połę zabranego aniołowi płaszcza, by drugą dłonią, umoczoną w słodkiej krwi mężczyzny z szeroko wytrzeszczonymi oczami, narysować sigil. Wolno, zbyt wolno, przeklinając tempo płynącego czerwonego atramentu. Dopełniła symbol i spokojnie zapięła się, jakby wcale nie zależało jej na czasie. Trzydzieści cztery sekundy. Wolno. Zbyt wolno. Zamiast jednak przejmować się czasem myślała o tym, jak tragicznie musiała wyglądać w prochowcu. Nawet zapięty zbytnio na niej wisiał. Przydałby się do niego pasek, jeśli miała zamiar go nosić. A miała.
Zlokalizowanie aniołów nie było trudne.
- Dzień dobry, panowie – przywitała się melodyjnie, uśmiechając słodko, gdy pojawiła przed niebiańskimi pieskami wraz z mężczyzną. Próbował się bronić, jakby miał jakiekolwiek szanse jej się wyrwać. Mogła powiedzieć coś więcej. Cassandra uwielbiała mówić, wyrzucać ze swoich ust tysiące słów, mieszając w umysłach przeciwników, ale teraz nie miała na to czasu. Minuta. Kolejny uśmiech, rozpięcie jedynego guzika, przytrzymującego poły płaszcza. Jeden z nich zdążył zaatakować, odruchowo zablokowała cięcie, w tym samym czasie przyciskając dłoń mężczyzny do sigilu na płaszczu. Kiedy anioły znikały, pomyślała, że powinna sprzedać ten patent Winchesterowi. Chodzenie z sigilem na koszulce – ileż zaoszczędzonego czasu! Cóż, ona też mogła namalować go  na koszulce, skonstatowała lekko rozbawiona, wbijając sztylet prosto w serce niepotrzebnego już mężczyzny. Czerwień odbijałaby się na bieli jeszcze lepiej, ale nie mogła sobie darować tego lekko teatralnego zagrania. Odrobina zaskoczenia była tym, z czego nigdy łatwo nie rezygnowała. Tak jak z innych małych przyjemności… Lubiła połączenie tego prochowca i krwi. Nic nie mogła na to poradzić.
Został jeszcze punkt d. Tak jak przewidziała, demony rozdzieliły się, w punkcie obserwacyjnym na dom proroka została tylko ich dwójka. Pojawiła się za nimi, unurzane w krwi anielskie ostrze lśniło w jej dłoni, oczy błysnęły tym samym kolorem, jakby ta mała manifestacja była im potrzebna. Dobrze wiedzieli, kim są. Nie zdążyła odpowiedzieć na żadne pytania – a oni nie zdążyli ich zadać. Gdy ostrze gładko wnikało między żebra jednego, kopnięciem drugiego dawała sobie chwilę czasu. Oddychając ciężko, podnosząc się znad ciała drugiego demona doszła do wniosku, że robiła się w tym coraz lepsza. Dwie minuty. Krótki spacerek do alejki zajął jej następnych dwadzieścia sekund. Szybko zorientowała się, że nie ma doczynienia z najinteligentniejszą grupą. Nie żeby kiedykolwiek śmiała obdarzyć właśnie tą cechą czarnookich, choćby przypadkiem. Najwyraźniej nie mieli pojęcia, co z tą sytuacją zrobić.
A ona nie miała zamiaru im pomóc. Wdać się w krótką rozmowę, tak. Wyciągnąć informacji, dla kogo pracowali – jak najbardziej. Dwadzieścia sekund, Cas. Rusz swój anielski tyłek. Dziesięć. Przerzucanie się słówkami, okrążanie jej – sama dała się podejść, przypierając do muru, chowając w rękawie płaszcza ostrze, by nie irytować ich przypomnieniem, że miała coś, dzięki czemu zyskiwała nad nimi przewagę – i szybka analiza z jej strony. Równie szybka co pierwszy cios, gdy za plecami demonów pojawił się Castiel. Nie mogła powstrzymać podświadomej myśli, jak bardzo niesprawiedliwe było, że zabijał dwa demony na raz, kiedy ona mogła walczyć tylko z jednym na raz… Trup. Zaśmiała się pozbawionym radości, chorym, pełnym satysfakcji śmiechem, widząc, że z sześciu demonów zostały już trzy i mrugnęła Castiela, nie przejmując się tym, czy to dostrzeże zajęty pozbywaniem się następnego. Dotarło do niej, że gdyby to na niego trafiła w tamtym zaułku, nie poradziłaby sobie tak łatwo. Więc tylko rzuciła, by zostawił coś dla niej i wróciła do walki. Czwarty, piąty i szósty padły zbyt szybko, by było to zabawne.
- Nie jesteś taki zły, jak na pieska Winchestera – kpiąca uwaga sama musiała paść, gdy wychodzili z alejki. – Trochę go pobrudziłam – rzuciła obłudnie smutnym tonem, gdy kolejny raz w ciągu ostatnich pięciu minut odchylała płaszcz, ukazując sigil odsyłający anioły. Nie wykazała jednak żadnych chęci do tego, by mu go zwrócić. Nie teraz. Niech sam poprosi. Ładnie.
Jeśli Castiel zastanawiał się, jak poradzić sobie ze znakami blokującymi im wejście i zabranie proroka… Cóż, Cassie nie widziała w tym żadnego problemu. Spokojnie, jakby nigdy nic, podeszła do budynku, arogancka jak zwykle. Zastukała w szybę, by ściągnąć na siebie uwagę rudej dziewczyny i machnęła dłonią, zachęcając ją do wyjścia.
- Czasami wystarczy zapukać, pączusiu. Kultura osobista – wyraźnie wyartykułowała te słowa, na chwilę przenosząc rozbawione spojrzenie na anioła. Promieniała. W ciągu trzech minut udało jej się zmienić sytuację, którą biedny Castiel uważał za patową, zapewne od kiedy ostatnio zniknął. Miała zamiar czerpać z tego satysfakcję, o tak, całą masę satysfakcji. Nigdy nie była szczególnie skromną osobą.
Z prorokiem też sobie poradzi. Miała w końcu tej swój spryt… I znajomości, ale jak trafne będzie to w tym przypadku, nie miała pojęcia.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Porywamy Proroka [Cas&Cass&Flor]

Pisanie by Martwa Dziewczyna Alison on Wto Sty 21, 2014 6:01 pm

A Florcia, jak całe swoje życie, żyła w błogiej nieświadomości. Wieczne zapomnienie, zapominanie, które dla każdego zdawało się największą tragedią i skłaniało do smutnego nieco kiwania głowa nad biedną, ociemniałą dziewczyną, która mimo to każdy dzień witała z szerokim uśmiechem i dziarskim krokiem szła przez życie, było dla niej istnym błogosławieństwem. A teraz wartym co najmniej podwójnie. Bo kto przy zdrowych zmysłach wytrzymałby wiecznie wykrzywiane demonią zawartością twarze zwykłych ludzi na ulicy (cholera wie swoją droga, skąd tyle tego tałatajstwa pałęta się po Chicago, nie sądzę że ze względu na niepozorną profetkę)? W pamięci Flo znikały szybciej niż nazwy mijanych przystanków metra, nie strasząc i nie wprawiając w stan bliski psychozy. Wszystkie dziwne zdarzenia płynnie rozmywały się wśród zwyczajnych zajęć z dzieciakami i prowadzenia sklepu, i tylko na ścianach, wśród zdjęć i notatek zaczęły pojawiać się nietypowe wzory, skrawki papieru zapisane niezrozumiałym pismem, na widok których zawsze wykwitał na rumianych policzkach uśmiech zbyt szeroki (bo w enochiańskim na prawdę niektóre rzeczy są zabawniejsze!) a niewyszukanych grafitti na ścianach sklepu nagle przybyło. Ktoś stał na straży beztroskiego dziewczęcia, chroniąc ją od pazurów żadnych przewagi aniołów lub demonów, że to ona sama - nie miała pojęcia. Podświadomość radziła sobie z nową sytuacją lepiej niż sama zainteresowana, dbając o własne bezpieczeństwo nietypowymi sposobami. To nie głupota czarnookich głów (choć tej wcale nie kwestionujemy) pozwalała jej się swobodnie poruszać poza progiem sklepikowego azylu, a wyhaftowane któregoś wieczora pod wpływem "impulsu" ozdobne wykończenia płaszczyka, które w rzeczywistości było zaklęciem nie słabszym niż to, które Castiel wyrył na żebrach Winchesterów, a obyło się bez nieprzyjemnych zabiegów. Gdy znikała na zapleczu na długie dla obserwatorów godziny, w rzeczywistości tylko zarzucała okrycie na ramiona i wychodziła załatwiać swoje nieistotne sprawy i sprawunki. Przez to wcale nie kultura miała zadziałać na korzyść panny Montressor, a trafnie wybrana buźka i sentyment, o którym nie miała pojęcia.
Pukanie w szybę poderwało rudą łepetynkę znad pieczołowicie ozdabianych zielonym lukrem i cukrowymi kwiatuszkami (koncepcja zmieniała się za każdym razem, gdy coś oderwało jej uwagę od wypieków) i przykuło wzrok do twarzy, która, jak się upewniła, z dużo szerzej i pogodniej uśmiechała się z otoczonego chmurą serduszek zdjęcia na ścianie. Rozpoznanie rozświetliło twarzyczkę i jak stała, tak otrzepując ręce w fartuszek wybiegła przed sklep, by rzucić się blondynce na szyję.
- Elsie! Jak dobrze cię widzieć! Wracasz z ogniska? Gdzie dzieciaki? - jak łatwo przypisać czerwoną poświatę pod zamkniętymi powiekami zbyt długiemu patrzeniu w szybę piecyka, znaleźć wytłumaczenie dla zapachu tak odmiennego od charakterystycznych kwiatowych perfum jakich Mel używała, zignorować plamy krwi na płaszczu, który w ogóle jej nie pasował. Tak dawno nie widziała znajomej twarzy! (dawno? a może to było tylko wczoraj, a może tylko rok...) Siarczyste całusy w oba policzki i radość, której nie da się podrobić, wyłączyły ciche protesty podświadomości, która kopała po kostkach, bo coś przecież jest nie tak.
Wybuch entuzjazmu i tak za długi jak na konwenanse przerwała konsternacja, gdy zauważyła w końcu nad jej ramieniem kogoś jeszcze. Och. Rozluźniła uścisk, rzucając przez ramię znaczące spojrzenie wyrażające absolutną aprobatę i bezgłośne pytanie "to ON?", nie tak dyskretne jak powinno.
- Miło cie wreszcie poznać! Florence, do usług. Piekarniczych i nie tylko. - wyciągnięta ufnie ręka i najszczerszy uśmiech, niepomny wszystkich tych razów, gdy jeszcze Melissa przedstawiała jej swojego narzeczonego który zawsze znikał w mglistych odmętach Florkowej pamięci i niewielkiego podobieństwa łączącego obydwu mężczyzn.
- Wpadniecie na herbatkę i pączusia?




I smile cause I have no idea what's going on...
avatar
Martwa Dziewczyna Alison

Liczba postów : 25
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Porywamy Proroka [Cas&Cass&Flor]

Pisanie by Soccer Mom on Pon Mar 17, 2014 11:32 pm

Cassie od zawsze miała o sobie nieco... przesadnie dobre zdanie. Skromność do jej cech nigdy nie należała, arogancja jak najbardziej, nic dziwnego, że ta przepaść między nimi z roku na rok (z wieku na wiek) tylko się powiększała. Nie była jednak głupia – cóż, a przynajmniej lubiła tak uważać – by arogancja stała się dla niej cechą śmiertelną. Miała w sobie resztki ostrożności, stępiane z roku na rok (z wieku na wiek) przez brawurę i potrzebę rozrywki, słodkiego szumu w głowie, niknącego w oddali śmiechu i poczucia, że żyje. Te resztki ostrożności sprawiły właśnie, że odwzajemniała uścisk rudego proroka, uśmiechając się do dziewczyny, która wprowadziła tyle zamieszania do spokojnej dzielnicy Chicago… Jednocześnie przeszukując wspomnienia Melissy – bo wiedziała, że w swoich odpowiedzi nie znajdzie, gdyby tak było, znałaby ją już wcześniej – by zrozumieć, dlaczego ta drobna, nadpobudliwa istotka tak radośnie całowała właśnie demona w oba policzki. Odpowiedź pojawiła się szybko, zaskakująco szybko, biorąc pod uwagę, że odrętwiałej pannie Acroyd nagle zachciało się walczyć. Nie powinna narzekać – pomijając małą sesję, którą parę tygodni (albo wieków) temu zapewnił jej Dean Winchester, Bene traktowała ją naprawdę dobrze.
Cóż, tak dobrze jak demon może traktować swój mięsny garniturek.
Na confetti nie ma co liczyć. Saunę i jacuzzi… już bardziej.
Była aktorką doskonałą, a z tą ilością informacji, które posiadała teraz, wbicie się w mało wymagającą rolę Melissy Acroyd nie było trudne. Zmyślanie, tworzenie, manipulowanie… Zaopatrzcie się w kubki gorącej herbaty i babeczki od panny Shaw, bo będzie na co popatrzeć. Ten lekki rumieniec i przygryzienie dolnej wargi, niepewne, może lekko zawstydzone, gdy ledwo dostrzegalnie – a jednak wyraźnie, by ruda dziewczyna nie mogła tego przegapić – kiwała głową na to jakże subtelne „to ON”.
- Och, na pączusia? – zdziwiła się obłudnie, uśmiechając jeszcze szerzej, a słodycz wręcz się wylewała, gdy patrzyła to na Castiela, to na Florence, unosząc brwi i wymownie skinając głową na ciągle wyciągniętą rękę rudego dziewczęcia. Jednak anioł zamiast uścisnąć dłoń, by pociągnąć trochę tę czarującą gierkę, najwyraźniej, biedaczek, już zmęczony podchodami i małą przepychanką w zaułku, zastosował na dziewczynie dotyk swoich magicznych palców.
A może po prostu nie miał ochoty na pączusia.
Wiesz jak sprawić, żeby dziewczynom miękły kolana, co? – skomentowała rudzielca omdlewającego w ramiona Castiela, nawet nie kryjąc zabarwionego ironią rozbawienia sytuacją. – Niech będzie tak, amancie. – Usta wygięły się w nieznacznym uśmiechu, a oczy zmrużyły, gdy rzucała ostatnie spojrzenie na anioła i profetkę, a koniec ostrza wysunął się z rękawa (zanotowała gdzieś na marginesie, że płaszcz pod tym względem naprawdę spełniał swoją rolę… Jeśli uznać, że rolą płaszczy było pozwalanie by obnoszenie się z bronią było widowiskowe i odrobinkę niebezpieczne, nie żałosne). – Dogonię was. – Kiwnęła lekko głową, odwracając się na pięcie i nie przejmując już się tą dwójką. Trzeba było pozbyć się niechcianych gości, którzy najwyraźniej nie zrozumieli, że impreza jest już skończona. To właściwie było smutne. Taki brak wyczucia sytuacji. – Tylko dwójka? – zdziwiła się ze smutkiem, ale nie pozwoliła sobie na niego długo. Łagodny, przerażająco ciepły uśmiech pasował jej bardziej. Stojącym naprzeciwko niej demonom – raczej nie.

/koniec, przenosimy się do wujka Boba, panno Shaw!
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Porywamy Proroka [Cas&Cass&Flor]

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: CHICAGO :: CENTRUM

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach