Mieszkanie Viv

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Mieszkanie Viv

Pisanie by Dead German on Czw Sty 23, 2014 6:53 pm

Vivian Christiansen zawsze była raczej przeciętną osobą. Nie wyróżniała się z tłumu, nie była nikim specjalnym... Aż okazało się, że właśnie szaleje Apokalipsa. Ale wciąż, mimo wszystko, nie zaczęła być wyjątkowa. Och, powiedziała nie aniołowi i zostawiła swoją rodzinę, ale zaczęła nowe życie. Spokojne, ustabilizowane, ze stałą pracą, pozdrawianiem sąsiadów na klatce schodowej kamienicy, nieśmiałym uśmiechaniem się do przypadkowych przechodniów i pieczeniem ciasteczek na kościelne kiermasze. Stałym klientom w cukierni po kryjomu dorzucała po dodatkowej babeczce, a na tortach pieczonych dla młodych par zawsze zdołała przemycić serduszko tylko od niej specjalnie dla nich. Dzieciom, które uczyła rysować, dawała zawsze jakieś pogodne, optymistyczne wzory, żeby wywoływać uśmiech na ich twarzach. Żyła mimo wszystko, starając się spędzić każdą chwilę jak najlepiej, bez myślenia o nadchodzącym końcu świata, aniołach i demonach chodzących po ziemi czy potworach, zaludniających... zapotwarzających praktycznie cały kraj. Od przejmowania się nimi byli inni. Łowcy. Tacy jak Scotty.
Ale myślenie o nim było dla Viv złe. Zaczynała się wtedy rumienić, przejmować i martwić, bo w końcu przecież wiedziała, że on się pcha w niebezpieczeństwo, codziennie coś mu może grozić, jakiś wampir, wilkołak czy inne bezeceństwo może go skrzywdzić. Przecież był tylko człowiekiem, nawet jeśli wyuczonym do zabijania tych bluźnierstw (na początku myślała, że to grzech, mordować kogokolwiek, ale to jej przeszło. To, co te potwory robiły, było gorsze i na pewno nie pochodziło z Boskiego stworzenia, więc łowcy nie mogli grzeszyć, nie ratując niewinnych). Ale kim była, żeby uzewnętrzniać swoje obawy? W końcu tylko się opiekowała Brandy i karmiła obydwoje, gdy znajdowali się w pobliżu. Była ich... przyjaciółką. Taką małą bezpieczną przystanią (bo kiedy tylko znalazła to mieszkanie, pierwszą rzeczą jaką zrobiła, było wymalowanie wszystkich symboli, które mogły ją ukryć, a jakie tylko Scott i Varia znali) wśród sztormu Apokalipsy. Nie śmiała myśleć, że mogłaby być dla nich namiastką domu pachnącego świeżym chlebem i plackiem jagodowym, ale starała się to im zapewnić, kiedy tylko u niej byli.
Tak jak tamtego dnia, kiedy razem z Brandy robiły kolejną porcję biszkopcików, a rzeczony placek z jagodami stygł na parapecie. Były całe umazane farbami, bo wcześniej rozłożyły płótno na podłodze w dużym pokoju i paciały na nie farbami, chodziły i odciskały dłonie. Jeśli chodziło o sztukę, Vivian nigdy nie miała żadnych hamulców, a uważała, że to, co razem z Brandy stworzyły, było swoim rodzajem sztuki. Pięknej, stworzonej z miłości, ciepła, śmiechu i zabawy, czyli czegoś, co było najcenniejsze w ich świecie. W końcu tego brakowało potworom, demonom i aniołom, prawda? A kiedy w tej ogólnej destrukcji powstawało coś przede wszystkim dobrego, warto było zrobić wszystko.
avatar
Dead German

Liczba postów : 6
Join date : 29/10/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Viv

Pisanie by Scott Tennyson on Wto Mar 04, 2014 4:57 am

Widzicie, Scott rzadko kiedy się nad czymś zastanawiał. Przyjmował większość rzeczy po prostu takimi, jakimi były. Już dawno darował sobie martwienie się o swój los, o to, co go spotka za rogiem, do wszystkiego w swoim życiu i na tym najbardziej przeklętym - i najwspanialszym - ze światów podchodził z niemożliwą prostotą i wręcz przerażającym co poniektórych entuzjazmem (i potrafiłby od ręki wskazać przynajmniej tyle przykładów ile było na tej ręce palców, kogo przerażał najmocniej). Oczywiście, sytuacja zmieniła się wraz z pojawieniem się Brandy. Zmieniła zaskakująco mało diametralnie, kiedy dla większości ludzi - szczególnie z rodzaju męskiego, a wszyscy wiedzą, że faceci to kompletnie osobny gatunek - nagłe zrzucenie na barki ciężaru związanego z opiekowaniem się dzieckiem i to swoim dzieckiem (nie wiedzieć dlaczego dla Scotta było ta to zupełnie nowa kategoria dzieci, takie z własnej krwi, kości albo po prostu spermy) wywróciłoby wszystko do góry nogami. Kazało przemyśleć pewne priorytety. Samego siebie. No, a przynajmniej raz urżnąć się w trupa, raz kogoś przerżnąć (chociaż może tym razem z trochę lepszymi zabezpieczeniami) i ogólnie powyć nad swym przeklętym losem. Nie do księżyca, żeby nikt nie wziął go za wilkołaka. Nawet takiego stricte literackiego. Ale Tennyson podszedł do tego inaczej. Założył, że nic się nie zmieniło. Mała Bernadette, z tym swoim – jego – gadulstwem i wyżeraniem mu kisielu wpasowała się w jego życie zaskakująco gładko. Nie potrzebowała żadnego… specjalnego traktowania. To znaczy potrzebowała, wiedział o tym, ale w typowy dla siebie sposób ten fakt ignorował, będąc najbardziej niezręcznym i najkochańszym rodzajem ojców. I pewnie powiedziałby, że nie był ojcem. Był Scottem (bo długo, serio, tydzień czy dwa zajęło mu… przyzwyczajenie się do myślenia o Brandy jako o swojej córce. Była wielkooką Brandy, w której wielkich oczach widział trochę… trochę za dużo nadziei). Albo tatą. Nie ojcem. Ojciec brzmiał… tak źle. Aż miał dreszcze na myśl, że Brandy mogłaby do niego powiedzieć: ojcze, zjadłam ostatni kawałek pizzy! …No, tak właściwie to nie wiedział, czy te dreszcze nie byłyby wywołane tym, że żarcie się skończyło, a jemu ciągle burczało w brzuchu. Brandy przystosowała się do jego warunków idealnie.
Vivian też. Skręcał właśnie w jej uliczkę, z szerokim uśmiechem, który potrafił przykryć nawet zmęczenie na jego twarzy – jakby przetarcie jej dłonią w magiczny sposób zmieniało znużenie po polowaniu, na radość i podekscytowanie. To pierwsze, bo udało mu się, kolejny raz, nie żeby były co do tego wątpliwości (kąśliwy komentarz, który pojawiał się na te słowa, rozbrzmiał słodkim głosikiem Sheppard). Bo wszystko zaczęło układać się okej. Nie dla niego – dla niego zawsze było okej, on był chodzącym okej. Scott Okej Tennyson. Może powinien pomyśleć o zmianie drugiego imienia. Ale nie myślał o tym, tylko o Riss, która przestała unikać kontaktu, myślał o Brandy i myślał o Viv, której sprawę udało mu się załatwić zaskakująco bezproblemowo. To w kestii radości. Jeśli zaś chodzi o podekscytowanie… Sam nie wiedział dlaczego. Może dlatego, że trudno było mu ciągle myśleć o Viv jako o „sprawie”. Robiła za dobre ciasta.
Pewnie był jakimś pieprzonym medium, ale już z ulicy wyczuł placek jagodowy. (Albo okno po prostu było otwarte, a on był wiecznie głody, tak, wiecznie głodny.)
Chyba będzie musiał je zjeść. Ta myśl towarzyszyła mu, gdy wchodził po schodach. Na pewno będzie musiał zjeść, chociaż kawałek (albo dwa, bo kawałek na pewno zje Brandy, a on przecież nie mógł pozwolić, żeby dzieciak wygrał z nim zawody w jedzeniu!), choćby po to, żeby nie urazić Vivian. Już wymyślił sobie bardzo ładną wymówkę – choć, powiedzmy sobie szczerze, nie potrzebował ich tak naprawdę, to przez pannę Christiansen samą w sobie tak trochę głupio było mu wpaść i… i przeprowadzić zmasowany atak na jej lodówkę, a w przypadku starcia on-lodówka można było mówić tylko o wojnie błyskawicznej – kiedy wchodził po schodach i dzwonił do mieszkania kobiety. Był święcie przekonany, że nie minęła nawet minuta, kiedy drzwi się otworzyły i skoczyła – dosłownie, żadnej cholernej przenośni w tym nie było – na niego mała, ciemnowłosa dziewczynka.
- Vivian upiekła ci placka! – Mały huragan przyniósł najwspanialszą wiadomość dnia (i przy okazji wniosek, że po polowaniach umysł Tennysona był jeszcze bardziej ukierunkowany na jedzenie. Prawdę powiedziawszy, nie mieściło się w nim w chwili obecnej nic oprócz jedzenia. I może prysznica. Mógłby wziąć prysznic.), odczepił się od jego szyi, zostawiając na niej plamy po różowej farbie – o czym jeszcze nie miał pojęcia – i pobiegł do kuchni.
- Więc musimy go zjeść, prawda? – powiedział jeszcze, chociaż Brandy już znikła za drzwiami, zapewne po to, żeby mu rzeczonego placka przynieść. Ten, kto powiedział, że dzieci są nieprzydatne i szkodliwe, nie poznał nigdy małej Brandy. Teraz Vivian nie mogła już mu ciasta nie dać (bo taaak, oczywiście, nawet piekąc je już myślała, jak to uchronić je od destrukcyjnego, bardzo dosłownie i bez żadnych przenośni, wpływu Tennysona). Co więcej – musiała od niego zacząć, ha! Nie. Zacząć wypadałoby chociaż od przywitania się. – …nie chciałabyś jej wziąć sobie na dłużej? Na całe życie najlepiej – piękne plany powiedzenia prostego i bardzo uprzejmego „cześć” zniszczyła mu dziewczynka, wieszając się znowu na jego szyi (wyraz jego twarzy miał dużo wspólnego z ogromnym cierpieniem i bardzo mało z prawdą) i ciągnąc ją w dół, by wepchnąć mu do ust coś, co, jak powiedziała (zapewne w ramach ostrzeżenia), sama upiekła. Było słodkie. I miało smak farby (ktoś naprawdę powinien nauczyć małą pannę Te mycia rąk, bo na jej ojca nie było co w tej kwestii liczyć). Kiedy już przestawało być słodkie, bo to nie tak, że farba była słodka, słodycz była oddzielnie, bez związku z farbowatością i... Nieważne. Naprawdę nieważne. – Żartowałem. – Wyszczerzył się do Vivian, bo kto wie, czy nie chciałaby jej wziąć na serio?! Szkoda mu było dziewczyny. Bo małej to już jakoś nie. Miałaby z Viv raj na ziemi. Taaak, raj na ziemi. Aż się chłopina odrobinę rozmarzył. – Zaraz się zwijamy, serio – dodał jeszcze, sam nie wiedział dlaczego, bo w sumie nie miał ochoty się zwijać. Był trochę, odrobinę, zmęczony. A obecność Viv gwarantowała, że Brandy przeniesie przynajmniej połowę swojej uwagi na nią.
Potrzebował porządnej porcji kisielu, snu i bezalkoholowego piwa (bo to alkoholowe mała cholera w każdym sklepie podmieniała mu na popłuczyny. Wykazywała się naprawdę minimalnymi chęciami do nauki czytania, ale jakimś cudem znaczki świadczące o ilości procentów alkoholu w napoju odczytywała bez zarzutu. A on nie potrafił się z nią kłócić, tylko robił zbolałą minę.), żeby znieść odpowiedź na serię pytań „jak dokładnie załatwił tego ducha”. W miejsce ducha wstaw dowolnego potwora.
Od kiedy zaczął odstawiać ją do niezawodnego duetu V&V wprost musiała wyciągnąć z niego każdy szczegół i traktowała jego opowieści jak naprawdę dobre bajki. Były takie. Czasami i on potrafił kłamać.
Brandy przystosowała się zaskakująco dobrze. Ale Scott też.



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Viv

Pisanie by Dead German on Pon Kwi 18, 2016 7:37 pm

Może brak zastanawiania się był dobry, może powinna dawno porzucić skrupuły. Ale Vivian nie umiała inaczej. Miała w głowie tyle myśli, tyle wątpliwości, tyle strachu. Nie chciała się nimi dzielić, wolała powoli radzić - albo i nie - sobie z nimi sama, nie dopuszczając nikogo do wtrącania się w jej życie. No chyba że był to Scott i Brandy, ale oni nie patrzyli na to, czy ich do siebie dopuszcza, czy nie. Nigdy na to nie narzekała, bo jak mogłaby? Narzekać, kiedy te kilka dni spędzone z Brandy były czasem nieustannego śmiechu, gotowania, malowania, wygłupiania się, brudzenia? Może gdzieś w międzyczasie głosiki stwierdziłyby, że to złe, że daje się wykorzystywać, może powiedziałyby, że to grzeszne, ale one odebrałyby radość. A na odebranie jej radości z towarzystwa tego małego promyczka słońca Viv nie zamierzała pozwolić.
Nie zamierzała pozwolić też na odebranie sobie radości z towarzystwa ojca tego promyczka już z nieco innych powodów.
Dzwonek do drzwi obie panie wyrwał wręcz z butów i postawił przed drzwiami. Christiansen nawet nie śmiała hamować Bernadette w kursach pomiędzy Scottem, kuchnią, korytarzem i kilkoma innymi pomieszczeniami w przecież małym mieszkanku. Sama zaś stała, korzystając z tego właściwie niezręcznego momentu, cała w farbie, Scotty też był cały w farbie, nawet nie zauważyła, kiedy z Brandy pobrudziły się tak, żeby przenieść to i na Tennysona.
Odpowiedziałaby "chciałabym" bez wahania, zdecydowanie jednak przeszkodziły jej w tym rzeczone skrupuły. I Brandy, wpychająca właśnie biszkopcika do ust Scottowi. Więc Viv zostało powiedzieć:
- Cześć - Z uśmiechem równie szerokim co wyszczerz na twarzy mężczyzny. Farba nie była smaczna, to akurat wiedziała całkiem dobrze. - Brandy to idealna pomoc kuchenna, może u mnie zostać - odpowiedziała całkiem poważnie, chociaż wcale poważna nie była, nie chcąc wspominać ile jedzenia mała Tennyson pochłaniała przy okazji. Nie wyliczała jej, nie, nigdy, ale patrząc na ilość powstałą a docelową - różnica była widoczna.
Ale dobrze, bo Viv i tak robiła porcje jak dla pięciu osób, a ze Scottym i Brandy jedzącymi za dwoje wychodziło akurat.
- Upiekłyśmy więcej niż jeden placek - zaprotestowała, robiąc przejście w głąb mieszkania. Miała plan zmusić dwójkę Tennysonów do umycia się, a potem przespania, zanim pozwoli im wyjść z jej domu. I jej zamiarem było tego planu doprowadzenie do końca.
avatar
Dead German

Liczba postów : 6
Join date : 29/10/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Viv

Pisanie by Scott Tennyson on Pon Sie 22, 2016 10:26 am

Może nie było nic złego w myśleniu, wątpliwościach i strachu. U niego się nie sprawdzały, nie motywowały (czy jakim innym, mądrym słowem ktoś nazwałby codzienną walkę by wstać z łóżka i Scotty musiał zapewnić, że kac nie miał nic wspólnego z tą walką — w takim przypadku było się z góry skazanym na porażkę, nawet głód miał mniej do powiedzenia, niż zwykle), nie było z nich nic dobrego, mówiąc najogólniej. Ale czy to znaczyło, że u innych nie mogły? Nie mówił ludziom, jak mają żyć (gdyby spróbował to na takiej Riss, wybiłaby mu podobne tendencje bardzo boleśnie z głowy, a on i tak miał wystarczająco bolesne życie, tylko jakiś walnięty masochista skazywałby się na jego dodatkową dawkę!), a już tym bardziej, jak i co mają myśleć. Ze swojej strony mógł tylko sprawiać, by — gdy myśli i wątpliwości zaprowadziły ich w bardziej nie-okej rejony — by sprawy, świat, by wszystko wyglądało chociaż na chwilę bardziej okej. Tak, jak było dla niego. No bo co innego zostawało? Załatwienie dziesięciu duchów w nawiedzonym psychiatryku to był pikuś, gdy zestawiło się je z gorszym nastrojem bliskich Scottowi ludzi.
Z Vivian... Z Vivian był ten problem, że nie chciał się narzucać. Jasne, był bezpośredni i hałaśliwy (z Brandy w duecie dziesięć razy bardziej), ale wszystko to starał się robić za wcześniejszym pozbawieniem, choćby naiwnie odczytanym z subtelnych sygnałów, które z wielkim trudem i wypracowaną przez lata, w pocie czoła, wprawą. Wiedział, że trzeba jej pomóc, sprawiło mu przyjemność to, że się udało, a jeszcze więcej przyjemności sprawiało mu to, że kontakt urwał się nagle i to wcale nie dlatego, że doskonale sprawdzała się jako kryzysowa opiekunka. Jasne, Brandy ją uwielbiała, ale... to chyba byłoby trochę bardzo nie fair, gdyby w ten sposób podchodził do Viv? Wobec niej. I samego siebie. Radości i podekscytowania, które towarzyszyły mu już w drodze, a teraz wyśpiewywały pieśni niczym chóry anielskie.
...No dobra, może to nie było najmądrzejsze porównanie...
Cześć! — Wykazał się naprawdę ogromem entuzjazmu w chwili, gdy kubki smakowe (a za nimi wszystkie zmysły) były w stanie tylko skupić się tylko na krzyczeniu (przebijając się nawet przez anielskie chóry), że smak farby nie znajdzie się w tennysonowym top 10 najlepszych smaków świata. A nawet w top milion. — No, nie ma co, brandy dobrze się w kuchni sprawdza — wypalił wyraźnie tym faktem ucieszony, w ten dziecięcy, rozbrajający sposób, który nawet najdurniejszym dowcipom padających z ust Tennysona nadawał kapkę nieodpartego uroku. Zaraz dotarło do niego, że miał właściwie wypaczone ideałami wizje kucharzenia, w których alkohol był częstym składnikiem wszystkich ciastek i sosów. I wielu innych rzeczy (oprócz kisielu i pizzy), których na poczekaniu nie udało mu się wymyślić. Jego myślenie było zdominowane plackiem. Więcej niż jednym plackiem (oczy rozbłysły mu entuzjazmem, głodem i miłością.) I jeszcze odrobinę tą nieszczęsną farbą. Właśnie, farbą. — Ale najpierw wziąłbym prysznic. Mogę? — Przypomniało mu się, że o pozwolenie chyba warto zapytać.



[You must be registered and logged in to see this image.] [You must be registered and logged in to see this image.]
— Nie wiem, to chyba ten ser.  Przeterminował się i wydziela trujące opary,  jakoś dekadencko mnie nastraja.
— Brawo. Dookoła wojna, śmierć, pożoga, a jedynym, co cię nastraja dekadencko, jest przeterminowany ser.
avatar
Scott Tennyson

Liczba postów : 58
Join date : 13/01/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Mieszkanie Viv

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach