Mała Kapliczka

 :: CLEVELAND :: OBRZEŻA

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Re: Mała Kapliczka

Pisanie by Soccer Mom on Sob Mar 30, 2013 11:55 am

Już kiedy powiedziała, żeby etatowy włamywacz się streszczał, wiedziała, że coś jest nie tak. Ale była zbyt pewna siebie, zbyt próżna i jednocześnie rozbawiona, by przejąć się tym, co w normalnej sytuacji sprawiłoby, że docisnęłaby gazu, w pół godziny znajdując się na drugim końcu stanu.
A może nawet planety.
Teraz, nawet jeśli owo coś zalęgło się w jej głowie, było kierowane na osobę Damiana. Problem w tym, że to wcale nie sprawiało, że miała się przejąć bardziej. Jeśli dobrze zbadała teren - a w to nie wątpiła - mogła pokonać mężczyznę z palcem w dupie. Nie śpieszyło jej się jednak, postanowiła pobawić się niegrzeczną zabaweczką, obejrzeć dobry pokaz, który miał odstawić jej pupilek. Skąd mogła wiedzieć, że będzie tego cholernie żałować?
Właśnie z okropnym zgrzytem przeciągnęła ostatni raz po paznokciu i, zakładając nogę na nogę, schowała pilniczek do wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki, kiedy pochodnie zamigotały pod wpływem ruchu powietrza. Nikt, kto pojawiał się niespodziewanie, nie mógł pojawić się niezauważalnie. Były drobne oznaki, nie z jego strony, a otoczenia - podmuch powietrza, skrzypienie wysłużonej tapicerki, plusk wody, gdy wylądowało się w kałuży. Te małe drobinki, z których mogli korzystać ludzie, by nieprzewidywalne uczynić bardziej przewidywalnym, a jednak tego nie robili, zawierzając jedynie zmysłowi wzroku, dając się podejść. O tak, zawsze dając się podejść.
A jednak Cassie była inna, nawet gdyby nie wiedziała, gdzieś w głębi siebie, bijąc na alarm wszystkim instynktom obronnym, że nieoczekiwany gość małej kaplicy w Cleveland nie był, o nie, przyjaźnie do niej nastawiony - wiedziałaby, że się pojawił.
I już zaczynała żałować.
Starała się nad sobą panować i miała w tym niezłe doświadczenie. Ale pierwsza chwila, kiedy między nią a Damianem wyrósł cholerny, pierdolony, najprawdziwszy w świecie... no, spoiler, sprawiła, że, raczej mało elegancko, wytrzeszczyła oczy.
Bała się. Może i anioły były pozbawione ludzkich uczuć, ale nie oni. Wręcz przeciwnie, wszystkie ludzkie uczucia, te złe ludzkie uczucia, były zwielokrotnione po tysiąckroć. A przecież mało kto doceniał strach, prawda? Tchórz był najgorszym rodzajem człowieka - no, może po biurokracie, a Cassie była przecież i tym, i tym - tchórzem się pogardzało, nie rozumiejąc, że ratowanie swojego tyłka, szczególnie kiedy był tak zgrabny jak ten Montressor, też było sposobem na życie. Robaczek w babskim płaszczu mógł spopielić ją w ciągu sekundy. I jakoś wątpiła, żeby dostała później odszkodowanie. A jednak, pomimo strachu, który sparaliżował ją na długie sekundy, pomimo błysku przerażenia w szarozielonych, szeroko otwartych oczach, nie miała zamiaru dać tego po sobie poznać. Tylko dwie osoby w całym przeklętym świecie wiedziały, kiedy się bała. Ten, przez którego dawno temu, jeszcze za zarania jej dziejów, bała się najbardziej, i jej szef. Skurwiel zawsze, z niesamowitą precyzją potrafił rozpoznać jej strach. Mogła manipulować na równi z nim, mogła kłamać i zwodzić, mogła udawać najróżniejsze uczucia, ale kiedy w grę wchodziło to najbardziej pierwotne z nich wszystkich - nigdy się nie mylił. Zaklęła w myślach, kiedy dotarło do niej, że musiał widzieć jej strach wtedy, z Hariette. Może uznał, że przestraszyła się duchów, może odpowiedzialności za swoje czyny, ale strach, ten przeklęty strach widział na pewno.
Nikt więcej nie miał do tego prawa - nie żeby oni mieli. Pewnym rzeczom nie mogła zapobiec nawet Cassandra Montressor.
Kiedy nowy gość (Cass mogła dać Alcántarowi rękę uciąć, że kaplica nigdy nie przeżywała takiego oblężenia, jak dziś) przeniósł spojrzenie z Kapturka na nią, uniosła brew, jakby ironicznie pytała, co teraz. Dopiero kiedy dotarł do niej błękit tęczówek anioła (starała się o tym nie myśleć, nie, bo skojarzenie zbyt bolało nawet kogoś tak wyzbytego z uczuć, jak ona), prochowiec i śliczna buźka, usta wygięły jej się w mimowolnym uśmiechu. Uniosła głowę do góry, na niewielki fragment posadzki, którą w swej łaskawości zostawił jej przeciwnik. I faktycznie, na zgliszczach kaplicy stał mężczyzna, którego spodziewała się zastać. Pomachała do niego, nie mogąc sobie darować tego absurdalnego gestu.
- Nie wiedziałam, że aż tak za mną tęskniłeś, Dean! - wykrzyknęła z teatralną radością, bo na tą prawdziwą tym razem nie mógł liczyć i miała zamiar dosadnie wytłumaczyć mu dlaczego. - Ale nie musiałeś zabierać swojego pieska - rzuciła ze sztuczną urazą, mrużąc oczy, by lepiej dostrzec mężczyznę na górze. Kompletnie ignorowała jego kumpla (choć z robieniem tego samego z sugestywnie trzymanym anielskim ostrzem był lekki problem). Cóż, jeśli Castiel myślał, że uda mu się załatwić tę sprawę bez udziału Deana, to sromotnie się pomylił. Winchester był jedyną nadzieją Cassie. Mogła stąd uciec, w tej chwili, ale Dean, jego aniołek, Damian... A nie, Damian obecnie przestał mieć znaczenie. Jeśli jeszcze chwilę temu był dla niej pomysłem na całkiem zabawne spędzenie popołudnia, to teraz nie liczył się bardziej, niż pomykające po ściekach szczury. Zbyt wiele osiągnęła, zbyt wiele ryzykowała do tej pory, żeby tak po prostu uciec. Wiedziała, że wtedy byłaby spalona - i w tym dosłownym, i przenośnym sensie. Stłamsiła więc tę odrobinę niepokoju, tę, która zdążyła w jej głowie zmienić swoją nazwę na kontrolowane ryzyko.
- Przedstawię ci mojego nowego kolegę, Dean! - znowu krzyknęła, ściągając na siebie uwagę mężczyzny, jakby cokolwiek mogłoby ją ściągnąć z Cassandry. - To on sprowadził mnie... cóż, do parteru. - Rozejrzała się dookoła z niemałą kpiną w oczach. - Prawie spalił mi rękę, zrzucił na głowę żelazny żyrandol, bez problemu w połowie drogi zniwelował energię kinetyczną sztyletu, którym w niego rzuciłam - tego samego, którym obecnie, po chwilowej przerwie, znowu się bawiła - I POŁAMAŁ MI PAZNOKIEĆ! - ostatnie słowa warknęła ze szczególną wściekłością, ciskając morderczym spojrzeniem w Damiana. Zaraz jednak odkaszlnęła, przywołując na twarz uroczy uśmiech, jakby wybuch sprzed chwili był tylko wypadkiem przy pracy. Zdarza się nawet największym profesjonalistom, prawda? - Jakieś sugestie, z kim mamy do czynienia? - spytała z nutą zainteresowania, nadal zadzierając głowę. Nie podobał jej się ten fakt i nie miałaby nic przeciwko, gdyby Dean znalazł się na dole. Mogłaby go bardziej dosadnie opieprzyć. W końcu to przez jego telefony znalazła się w jebanej Dakocie. I, jeśli nie wszystko pójdzie po jej myśli, mogła wrócić do domu tą mniej sympatyczną trasą.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Mała Kapliczka

Pisanie by The Geek Monkey on Sob Mar 30, 2013 9:30 pm

Uczepili się poszukiwania Colata bo to była jedyna jasna plama w długim, ciemnym tunelu, który nie należał do najprzyjemniejszych. Odnalezienie legendarnego rewolweru miało im dać dodatkowej siły, nadziei i wiary, że jednak mogą to wygrać. Że mogą skopać te anielskie tyłki a potem skoczyć do pierwszej lepszej knajpy na piwo i tłustego hamburgera, rozkoszując się kolejną wygraną.
Tylko...tylko czy Samuel Colt, człowiek-legenda, który swoją pracą starał się uchronić ludzkość przed demonami, zamykając wrota piekieł w wielokilometrowej diabelskiej pułapce, tworząc broń która od razu zabijała nie tylko demony, ale i wszystkie inne potwory chodzące po ziemi, pomyślał o tym, żeby zabijała ona też anioły? W końcu z tymi pierzastymi sukinsynami było trudniej. Nie wiele mogło ich zabić. Czy nabój wystrzelony z tego wyjątkowego Colta będzie w stanie zgładzić Lucyfera raz na zawsze? W końcu był aniołem, upadłym i to nisko, ale nadal aniołem. Ale Dean musiałby spróbować. Sprawdzić. Nawet jeśli miałby pecha i zamiast Jutrzenki to on by stracił życie, spróbowałby. A wtedy inni będą wiedzieć, że potrzeba czegoś więcej żeby ubić tego skurwysyna. Jednak zanim do tego dojdzie, o ile w ogóle dojdzie, musieli znaleźć tą pieprzoną broń, która zniknęła wraz z urodziwą Bellą Talbot. Może właśnie dlatego krótko po tym jak opuścił motel w którym się zatrzymał po spotkaniu z Iriss, a może właśnie dlatego by po prostu zająć się w końcu czymś co zajmie jego głowę na tak długo, by zagłuszyć te moralne wyrzuty które piętrzyły się w nim, od kiedy tylko zdał sobie sprawę, że już nie śpi, zadzwonił do Blondie. W końcu zajmowała się tym samym co Talbot, z tym że Montressor była o wiele bardziej przyjazna niż Bella. Lepiej się z nią współpracowało i piło piwo, siedząc na samochodach w środku nocy. I do swojego samochodu, Cassie podchodziła niemal z taką samą nabożnością jak Dean do Impali, dzięki czemu godzinami mogli rozprawiać na temat silników czy innych takich. doskonale się rozumiejąc. Nic więc dziwnego było w zachowaniu łowcy, który po dokładnych instrukcjach Castiela zatrzymał się przy niewielkiej kapliczce, zauważył dobrze znanego cadillaca, niemal rzucił się w stronę drzwi kapliczki. Bo jeżeli Castiel uważał, że człowiek który pół drogi z Douglas do Cleveland tłumaczył mu, że wsiadanie do samochodu w sposób anielski nie jest najlepiej przyjmowany wśród ludzi, i byłoby dobrze gdyby Cas jednak robił to tradycyjnie, bez tego swojego pykania, posłucha go i pozwoli działać aniołowi samemu to najwyraźniej kompletnie go nie znał. Dean nie mógłby tak po prostu stać i czekać aż jego nowy towarzysz zbierze laury bohatera ratując z opresji damę, i przyprowadzając złego smoka na smyczy. O ile smok nie uciekłby pierwszym lepszym otworem na widok mężczyzny w prochowcu.
Reakcja Deana na dźwięk łamanej kości była naturalna, ludzka, i o tyle dobrze że uznał, że do złamania doszło w momencie kiedy zapadłą się podłoga. Nie był nawet w stanie wpaść na to, że to Cassie zrobiła małe kuku mężczyźnie. W końcu Montressor którą znał nie potrafiła takich sztuczek. I czy kiedykolwiek wspominał jej o Castielu? Zmarszczył na moment brwi, próbując sobie przypomnieć czy mówił o swoim... nie moment, Dean nigdy nie nazwałby Castiela psem. Tylko jedna rasa mogłaby tak nazwać jego pierzastego kumpla. Ale w końcu Cassie była obyta w ich świecie, widziała wiele, słyszała wiele, może gdzieś coś usłyszała, wyciągnęła od kogoś informacje i dlatego tak. Innej możliwości do siebie raczej nie dopuszczał, chociaż powinien być bardziej ostrożny, patrzeć bardziej obiektywnie na sytuacje, może dostrzegłby coś, co ewidentnie nie pasowało do tej układanki.
- Nic ci nie jest, Cass? - zawołał w stronę blondynki, nie zdejmując spojrzenia z nieznajomego mężczyzny, którego miał za swój cel wyprawy do tego miasta. Aż dziwne, że nadal tam stał a nie uciekał. Większość uciekała, chyba że ten tutaj był na tyle sprytny, i głupi zarazem, że zamknął się w ciele przy pomocy odpowiednich znaków. Jeśli to zrobił, to tylko lepiej dla Deana, bo sukinsyn nie wymknie im się tak szybko, jak tego zapewne chce. Słysząc odpowiedź kobiety, nie mógł powstrzymać się od lekkiego uśmiechu i przewrócenia oczami. Kobiety. Stoi taka w gruzach podłogi, pomiędzy szczurami i innym robactwem, i jedyne o co się martwi to paznokcie.
- Zaraz cię stamtąd wyciągniemy. Najpierw zajmiemy się twoim nowym kolegą - w którego Dean celował bronią, co raczej było bezsensownym posunięciem, skoro Damian miał być kimś, na kogo zwykłe kule nie działają. Ale do złamanej ręki zawsze mogło dojść przestrzelone kolano, prawda?
Na moment przeniósł spojrzenie na Castiela, oczekując że ten przyprowadzi mu pod nos bruneta, który miał czelność skrzywdzić paznokcie znajomej łowcy, za co należała mu się najgorsza kara z możliwych. Bo jeśli nikt tego nie zauważył, to Dean chyba nie miał najmniejszej ochoty schodzić na dół. Nie było nawet jak. A to anielskie pyk, które tak często doprowadzało go do szału, w tym momencie było jak najbardziej mile widziane.




avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Mała Kapliczka

Pisanie by † Castiel † on Pon Kwi 01, 2013 2:06 am

Castiel nie bardzo wiedział, co się dzieje. Znaczy domyślał się już, o co w całej sytuacji chodzi. Trzeba tutaj wyraźnie zaznaczyć, że z dwójki mężczyzn, którzy przybyli do małej kaplicy na obrzeżach Cleveland minutę temu jedynie jeden z nich miał czysty obraz tego, kto był kim. Delikatne przeczucie, że trafili do właściwego miejsca pojawiło się już po opuszczeniu samochodu w postaci prawie niezauważalnego niepokoju na skraju świadomości. Wiedział, że ich dzisiejsze poszukiwania się skończyły i już niedługo będą kierować się z powrotem do złomowiska na obrzeżach Douglas. Problem w tym, że po kilku krokach zaskoczyła go obecność kolejnej istoty. Stojąc nad całym zdarzeniem i obserwując je z góry był pewien co do tożsamości kobiety. Jednak brunet o latynoskich rysach był dla anioła tajemnicą. Z pewnością nie był tylko człowiekiem, jeżeli w ogóle nim był. Sługa Pana spojrzał na niego z niemym pytaniem i z zagadkową miną. Widział z jego aurze ciemność. Jakiś mrok, który zasłaniał jego duszę. Mężczyzna wzrok miał butny, jakby chciał pokrzyżować komuś plany i zniszczyć to, do czego dążył. Nie był wcale zdziwiony, po tym, co zrobiła mu kobieta. Mimo zasnuwającego jego oczy bólu, jaki najprawdopodobniej promieniował ze złamanej ręki widać było jego emocje jak na dłoni. Nadal jednak nie wiedział dokładnie, kim był. Pomimo tego, że miał kilka podejrzeń.
Kiedy już przeniósł wzrok na cel ich podróży, ten akurat podnosił jedną z brwi w geście, który jest zarezerwowany dla mowy ciała ludzi pewnych swojej pozycji. Na nic się nie zdała poza, którą starała się odstawić. Świadomy był, że była przerażona. Ta panika, niemal doskonale maskowana przez zadziorność i złość, którą niewątpliwie także teraz odczuwała była widoczna na jej twarzy. Może nie dla każdego, ale Castiel widział wyraźniej, niż każde inne przeciętne stworzenie. Napięcie jej mięśni wskazywało na to, że bardzo chciała, żeby wyglądało to, jakby była spokojna, lecz poruszona jedynie przez emocje, jakie wzbudził w niej mężczyzna po drugiej stronie pomieszczenia. Możliwe nawet, że zmuszała samą siebie do zachowania zimnej krwi. Doskonale wiedziała kim jest on. Zdawała sobie też sprawę, że anioł był w posiadaniu informacji o jej pochodzeniu. Zawsze między tymi dwoma odmiennymi formami życia zachodziła taka zależność. Każde z nich wyczuwało się nawzajem, zarówno swoich pobratymców, jak i tą "drugą stronę". Miało to swoje plusy i minusy, ale nie było nic, co był w stanie na ten temat zmienić.
Podczas tych kilku sekund, jakie zajęła mu ocena sytuacji blondynka zdążyła uśmiechnąć się w jego stronę i odwrócić głowę w celu popatrzenia na Deana. Pomachała mu i zwróciła się do niego zupełnie, jakby się znali. Cas w tym momencie był pewien, że robi to tylko po to, by kupić sobie trochę czasu na ucieczkę. Dlatego niewiele zastanawiając się postanowił działać. Pojawił się pół metra za Cassie w momencie, kiedy mężczyzna, któremu towarzyszył dzisiejszego popołudnia odpowiedział kobiecie, jakby naprawdę wcześniej zawiązali ze sobą jakieś kontakty. I tu nastąpiła chwila, kiedy się zawahał. Jak Winchester mógł się zadawać z istotami jej pokroju? Dlaczego?
Niebieskooki nadal pamiętał jedną z przyczyn złości, jaką starszy z braci odczuwał jeszcze niedawno, bezpośrednio po wypuszczeniu Jutrzenki z pułapki. Fakt, że Sam dał się całkowicie zaślepić Ruby i słuchać jej niemal tak, jak dobrze wytresowany pupil słucha się swojego pana był dla bruneta nie do zniesienia. Nałóg, w który zapędziła jego małego brata i brak lojalności, jaką w końcu wykazał się ten młodszy były dla drugiego źródłem żalu, złości i rozczarowania. Dlaczego więc teraz on, spośród wszystkich dobrych ludzi, w których Castiel pokładał swą wiarę, spoufala się z jednym z nich. Przez sekundę w anielskim umyśle zalągł się niepokój, lecz chwilę później opamiętał się. Wybacz Ojcze. Zwątpiłem w niego - pomyślał odruchowo, mimo że momentalnie przypomniało mu to o tym, że Bóg nadal nie odpowiadał na jego modlitwy. Świadomość ta przyniosła mu pewnego rodzaju fizyczne sensacje w klatce piersiowej, które wcale nie należały do przyjemnych. Zignorował jednak ból ten i spojrzał na Deana z uwagą. Miał wielką wiarę w to, że nie pomylił się w stosunku do pierworodnego Johna i okaże się, że mężczyzna po prostu znał ową "Cass" zanim sługa piekieł zagościł w jej ciele. Pamiętając, że nie tylko ich trójka znajdowała się w katakumbach, zniknął zza dziewczyny, by zaraz znaleźć się u boku swojego przyjaciela.
- Co łączy Cię z tym demonem? - zapytał całkowicie poważnym tonem, patrząc w jego oczy z atencją. Powie mu prawdę, wiedział to. Jedyne, co mu pozostało, to czekać na odpowiedź, mając rękę na pulsie w sytuacji na dole. Jak od początku zagrożenia, Anielski Miecz tkwił w rękawie Castiela, gotowy, by użyć go w każdej chwili.


Castiel
I love pasta. These make me very happy
[You must be registered and logged in to see this image.]

avatar
† Castiel †

Liczba postów : 81
Join date : 21/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Mała Kapliczka

Pisanie by Soccer Mom on Czw Kwi 04, 2013 7:57 pm

Strach powoli odchodził. Nawet jeśli chwilę temu ktoś niesamowicie inteligentny - bo Cassie przecież nie była byle kim, gra i oszustwo płynęły w jej żyłach zamiast krwi - mógł dostrzec błysk niepokoju w jasnych oczach, mimowolnie drgnienie ciała, słabe odbicie niepewności... Teraz tego nie było. Znikło, jak ręką odjął, chociaż Cassandra pewnie prychnęłaby pogardliwie na tę myśl. Nic nie działo się bez powodu. Tym razem nie miało być inaczej, a jej powody przyjechały do Cleveland Chevy Impalą. Cassandra Montressor kochała ten paradoks. Kochała działanie, kochała to, co zastępowało adrenalinę krążącą w żyłach normalnych ludzi - intensywne ryzyko. A teraz czuła, nie, nie czuła, wiedziała, że jej szanse układają się w piękny sposób pół na pół, fifty fifty, wypadnie czerwone i kulka w łeb.
Och, a może raczej sztylet w serce.
Gdyby to wszystko miało miejsce jeszcze... dziesięć, nie, nawet pięć lat temu, po Cassie zostałoby tylko wspomnienie. Nie mieli żadnych środków, żeby ją tu zatrzymać, a nawet anioł nie mógł podążać jej śladem w nieskończoność. Była cierpliwa, a gra w kotka i myszkę zawsze była jedną z jej ulubionych - choć, cholera, rzadko kiedy to jej była przeznaczona rola śmierdzącego gryzonia. To nic, to nieważne. Zawsze mogła pójść tam, gdzie nawet anioł nie śmiałby za nią podążyć. Do domu. W tym przypadku dom śmierdział rozlanym piwem, szczynami i niedopałkami papierosów zbyt często gaszonych na twojej skórze; śmierdział bijącym cię ojcem i matką, która w kącie dusiła się mieszaniną własnych rzygowin i łez. Ale nadal był domem. Nie sądziła, by wielu z nich myślało z ten sposób. Bo problem leżał w tym, w jaki sposób się tam pojawiasz. Czy zaciąga cię za uszy pijany ojciec, czy wchodzisz frontowymi drzwiami, wykopując je z zawiasów. Powstrzymała się od lekkiego, wymownego uśmieszku, który byłby idealnym dopełnieniem tego zdania. O tak. Cassandra Montressor uwielbiała trzaskać drzwiami.
Uśmiechnęła się ciepło do tego, który tkwił z nią w tej maskaradzie od samego początku. Zaskakująco ciepło. Ktoś inny, w innym świecie, mógłby uznać, że uśmiech był szczery. Ale nie teraz. Nie kiedy chodziło o Cassandrę stojącą na ruinach kościoła. Wyglądała dziwnie na miejscu, jakby faktycznie to ona doprowadziła do jego upadku. Cassandra Montressor, niszczycielka kościołów. Nieźle wyglądałoby na wizytówkach.
- Łowcy. Tak to już z nimi jest - rzuciła lekceważąco i palcami odgarnęła włosy do tyłu. - Wpadają niezapowiedzianie, psują ci randkę i nawet nie raczą dołożyć się do rachunku - westchnęła teatralnie, przewracając oczami.
Wiedziała, że długo nie powstrzyma tego, co miało nastąpić. Podejrzeniami rzuconymi na Latynosa kupiła sobie zaledwie parę sekund pewności Deana, zaskoczenia jego domowego aniołka. Parę sekund, w których nikt nie skupiał uwagi na kościelnym włamywaczu. Nikt, oprócz Cassie. Parę sekund wystarczyło by pojawić się za mężczyzną, stanąć na palcach by ciepłym powietrzem spomiędzy czerwonych warg otulić jego ucho i płynnym ruchem przeciąć mu gardło. Z uśmiechu na jego szyi trysnęła krew, czerwona jak jej usta i ciepła jak oddech.
W tej chwili Damián Mejía Alcántar przestał się dla niej liczyć. Nie obchodziło ją, czy upadł na ziemię, nie obchodziło ją, czy z uśmiechniętego gardła wydobywał się charkot, czy ulatujące powietrze wytworzyło czerwone bąbelki. Nie miało nawet znaczenia, czy faktycznie tak ciężko było go zabić i pewnie tylko zaśmiałaby się kpiąco, bo pewne słowa brzmiały jak kiepskie lekarstwo, gdy srebrne ostrze zrobiło sobie ucztę z twoich strun głosowych. Pochodnie zamigotały, gdy znikła kolejny raz, stawiając drobne stopy na twardej posadzce, tuż obok dwóch mężczyzn. Zachowując się, jakby zupełnie nic sobie z nich nie robiła, kiedy Castiel rzucał swoim jakże patetycznym tekstem (cholerne anioły, nawet nie zdawały sobie sprawy z tego, jakim patosem zajeżdża każde ich słowo!), kompletnie lekceważąco wytarła nóż o przód jego nieskazitelnie czystego prochowca. Dopiero kiedy druga strona ostrza błysnęła srebrem, raczyła na niego spojrzeć, unosząc lekko brew, jakby kompletnie nie widziała problemu w swoim zachowaniu.
- Demonem? - powtórzyła za nim, udając zdziwienie, jednak zupełnie nie tym, czym mogłoby się wydawać. Nie miała zamiaru ukrywać tego, kim jest. Już nie. Biedny Dean, miała nadzieję, że nie zostawi szczęki na podłodze. Naprawdę go lubiła, bywał zabawny. Poza tym szkoda by było, gdyby pobrudziła się krwią byle złodziejaszka. Montressor nadal zdawała sobie sprawę, że wszystko zależy od niego. Mogła się mylić, choć wątpiła w to, naprawdę wątpiła, ale byłby w stanie powstrzymać swój niebieskooki cień. A o to toczyła się gra. O to, by w odpowiednim momencie Dean powiedział stop. Może nie byłoby to koniecznie. Może, może, może. Tylko, że Cass nie potrafiła się zatrzymać, już nie. Czuła, że nie zrezygnuje, dopóki nie wywoła w aniołku odpowiedniej reakcji, dopóki nie zobaczy tego sławetnego gniewu - tego, którego wizja jeszcze chwilę temu wywołała lęk, pierwotny strach przed naturalnym wrogiem. Intensywne ryzyko. Najniebezpieczniejszy z narkotyków. Najsłodszy. Tak bardzo to było do niej nie podobne, tak bardzo przesadne, a jednak brnęła w to, z całych sił, nie zaciskając powiek nawet na chwilę, czerpiąc z tej sytuacji wszystkimi zmysłami; czerpiąc wszystko, co się dało. - Co tak oficjalnie? Mów mi Cassie. Albo "obiekcie moich erotycznych snów". Chociaż... anioły nie sypiają. Co ty na to, żebyśmy przełożyli je na rzeczywistość? - spytała, a w jej głosie pobrzmiewała wcale nie kryta iskierka kpiącego rozbawienia. To była właśnie Cassie. W każdej sytuacji, w każdej chwili, gotowa do zgrywania się, do żartów, do słodkich kpin. To była ta Cassie, którą znał Dean i jednocześnie ta, która była bardzo bliska prawdy. Właściwie, gdyby zastanowić się nad tym dłużej, nie udawała szczególnie przy Deanie. Była jaka była. Złośliwą, interesowną pasjonatką samochodów i rzeczy, które można sprzedać za każdą cenę. O czarnym poczuciu humoru i skłonnościami, by wykorzystywać je na innych ludziach.
Po prostu w jego towarzystwie nie chwaliła się prawdziwym kolorem swoich oczu.
avatar
Soccer Mom
Admin

Liczba postów : 159
Join date : 23/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Mała Kapliczka

Pisanie by The Geek Monkey on Wto Kwi 09, 2013 10:17 am

To było niesprawiedliwe. To, że Dean jako jedyny przez dłuży czas miał mylne pojęcia kto kim jest. Castiel to anioł, Cassie to dziewczyna z kłopotami a Damian który stał naprzeciw dziewczyny to demon, po którego kłopotali się aż z Douglas. Taki obraz sytuacji był jak najbardziej pożądany, dlatego nie było wcale dziwne to, że zachowanie Castiela, który zamiast iść po Damiana i wepchnąć go Impali, pojawił się przy blondynce, i pytanie pana prochowca skierowane do Deana, sprawiło że na twarzy łowcy zakwitło zdziwienie pomieszane ze wściekłością.
- NIC – głos Deana odbił się echem po ścianach kapliczki, wzmacniając siłę odpowiedzi na pytanie anioła, na którego spoglądał jak na idiotę który postradał rozumy. On jedyny powinien najbardziej na świecie wiedzieć, że człowiek którego wyciągnął z piekła, zrobiłby wszystko aby nic a nic nie łączyło go z jakimkolwiek czarnookim. Zaś z Cassandrą Montressor już coś tam było.
Byli jak kumple od piwa i samochodów, z bonusowym dostarczaniem kilku niezbędnych artefaktów do różnych woreczków Złych Uroków albo kołka z odpowiedniego drewna do zabicia tego czy innego potwora. Interesy powiązane z chwilą relaksu przy zimnym browarze, i nic więcej. Bo blondynka była naprawdę atrakcyjną kobietą, i normalny facet zaraz by próbował dorwać się do jej rozporka, i pewnie Dean by też chciał, pewnie i nawet o tym myślał niejednokrotnie, ale ich znajomość nigdy nie przekraczała granic. A teraz znajoma twarz była najwyraźniej w rękach demona. Istniała jeszcze ewentualność, że ona była taka zawsze. Że nigdy nie znał prawdziwej Cassie, o ile w ogóle nazywa się Cassie, że od samego początku pogrywała z łowcą, bawiąc się świetnie oszukując mężczyznę i naśmiewając się z jego naiwności. Instynkt łowcy zawodził? To było nie możliwe, nie przyjmował do wiadomości tego, że tak łatwo dałby się nabrać. Ale nie oszukujmy się, demonów nie potrafił wyczuwać tak jak robił to anioł. Łowca nie posiadał szóstego zmysłu który wrzeszczałby w jego głowie za każdym razem kiedy w pobliżu znalazłby się czarnooki. W końcu oni wyglądali jak ludzie, zachowywali się jak ludzie, tylko czasem wypełzała z nich ta chęć niesienia przemocy i zła, objawiając się w czarnych oczach, łamaniu karków jakby to były patyki czy w przyczepianiu człowieka do ściany. To drugie było wyjątkowo nieprzyjemne, tym bardziej że po wszystkim spadasz na podłogę z dość sporej wysokości. Po za tym, który demon z taką ochotą pomagał łowcy w zdobyciu różnych dziwnych przedmiotów? Przecież miała tyle okazji, tyle sposobności do tego aby skończyć z Wichesterem, poprzez niego dojść do Sama (och, gdyby Dean wiedział co mała blondyneczka ostatnio wyprawiała z jego bratem, z jego małym braciszkiem…) i przyprowadzić go przed oblicze swojego Czarnego Ojczulka, i dzięki temu być najwierniejszą czy jak oni się tam tytułują. Dlatego, że tego nie zrobiła, dlatego że do tej pory nie wykazywała żadnych demonicznych odruchów, chciał wierzyć że Cassie jest po prostu opętana. Że te piekielne stworzenia robią mu na złość, bawiąc się tymi którzy znają go i dzięki którym trafią do niego, albo do jego brata. Nie przyjmował do wiadomości, że tak po prostu zakumplował się z DEMONEM.
- Znam dziewczynę, ale to co… - przerwał mu odgłos upadającego ciała i krótki warkot powietrza który wydobył się poderżniętego gardła. Brunet leżał twarzą w rozwalonej podłodze, a pod nim tworzyła się szkarłatna plama krwi. Nikt nie zdążył zareagować. Ani anioł, ani łowca. Demon był szybszy i nawet jeśli Dean nie spuściłby wzorku z bruneta, to i tak nie zrobiłby nic żeby go uratować. Nie byłby w stanie.
I o to tak kończy facet który złamał paznokcia kobiecie. Trzeba uważać.
Dean przeniósł wzrok z martwego Damiana na Cassie, która zjawiła się przy nim i Castielu, wycierając sztylet w płaszcz anioła, serwując w jego stronę gadkę, której biedny pewnie nie załapie. Była bezczelna i taka pewna siebie, jakby nic ze strony dwójki mężczyzn jej nie zagrażało. Dean wiedział, widział wielokrotnie jakie wrażenie robił anioł u jego boku na demonach. Pod lawiną kpiących odzywek próbowali maskować strach, który i tak wypełzał z nich w spojrzeniach jakie posyłali mężczyźnie w prochowcu. Winchester może nie czuł strachu, smrodu tchórzostwa, ale obserwował ich ostrożne ruchy a to wystarczyło by wiedzieć, że się boją. Tak było z Ruby. Cały czas była ostrożna, spoglądała na Castiela z obawą, że pomimo nietykalności anioł rozprawi się z nią w sekundę, albo nawet przebije się przez świetną, aktorską maskę, odkrywając prawdziwe zamiary demonicy. Teraz Dean uważał, że pozwolenie Castielowi na to by zajął się Ruby byłoby najlepszym rozwiązaniem dla nich wszystkich. Sammy by trochę pocierpiał, po wkurzał, może nawet i by przywalił bratu, ale zostałby uwolniony od dziwki która zrobiła z niego ćpuna. I nie doszłoby do otwarcia klatki, bo nie byłoby suki która by biegła z wywieszonym jęzorem do swojego pana by go przywitać.
Cassie zaś wydawała się być obojętną na obecność anielskiego wysłannika. Chociaż ‘obojętna’ to złe słowo. Bardzo złe. Wydawała się wyjątkowo zainteresowana Castielem, tak, że nawet Dean mógłby się obrazić za to, że jemu tyle uwagi nie poświęcała. Mogło to być też ukrywanie strachu przed anielską potęgą, ale rozbawienie w jej głosie było takie naturalne. Takie jakie zawsze słyszał, kiedy siedzieli razem przy barze i gadali o różnych pierdołach. A może po prostu była lepszą aktorką od Ruby.
Nawet jeśli było powiedzieć, że nie myliła co do jednego – Dean nie pozwoliłby Castielowi zrobić czegokolwiek, co mogłoby zagrażać Cassandrze. Żaden człowiek nie przeżywał odesłania demona przez anioła, a żaden anioł nie kwapił się do tego, by naczynia demonów przywracać do życia. Winchester obawiał się, że taki los mógłby spotkać Cassie a tego by nie chciał. A może Winchester powinien być mniej sentymentalny i nie przejmować się kolejną ofiarą. W końcu mieli demona. Tak jak tego chciał.
Mógł wydobyć z niego potrzebne informacje, ale chyba nie mógłby torturować tego ciała. I znowu sentymenty, Dean weź się w garść!
Opuścił broń, wpatrując się w dziewczynę wściekłym spojrzeniem. Po chwilowym rozbawieniu miną Castiela, który nie miał pojęcia o czym mówi demon, Dean powrócił do swojej łowieckiej pozy, żałując że w pośpiechu spowodowanym widokiem cadillaca nie zabrał ze sobą sztyletu który zrobiłby większe szkody Cassie, niż pistolet który miał w dłoni.
- Nie pierdol tak słoneczko, tylko wyskakuj z tego ciała po dobroci, inaczej nie będzie miło a ja już się o to postaram – tak, miał się wziąć w garść więc się wziął. Sentymenty na bok. Po za tym miał u swojego boku anioła, w brudnym płaszczu, więc zawsze mógłby się nim wysłużyć, gdyby jednak nie potrafił obić uroczej twarzyczki Montressor. I chyba demon nie miałby nic naprzeciw gdyby zajął się nim anioł.


avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Mała Kapliczka

Pisanie by † Castiel † on Nie Kwi 14, 2013 1:20 pm

Anioł obserwował swojego przyjaciela w momencie, gdy jego wyraz twarzy zmieniał się. Zaczynał sobie zdawać sprawę, że to, o czym mówił Castiel jest prawdą. Nie zazdrościł mu tych emocji. W jego oczach pojawiały się kolejno - od niepokoju, przez zawód, po złość - wszystkie uczucia wraz z przyswajaniem wiedzy na temat kobiety. Nie wiedział jeszcze dokładnie jaką teorię ma brunet na jej temat. To on ją poznał, nie niebieskooki. Tak więc to jemu trzeba było teraz zaufać. On zadecyduje, co będzie chciał z nią zrobić, kiedy już udadzą się w bezpieczne miejsce.
Teraz jednak przez moment nieuwagi obojga mężczyzn czwarty aktor na scenie zwalił się z nóg z podłużnym otworem w tchawicy szyjnej. Niepotrzebnie do tego doszło. Jedyne, czego chciał to zająć się głównym celem, dla którego tutaj przyjechali i jak najszybciej skierować się w stronę złomowiska na obrzeżach Douglas. Obiekt ich zainteresowania jednak nie był chętny, by postępować zgodnie z ich ustalonym wcześniej planem. Wręcz przeciwnie, demon w ciele blondynki zamierzał poprzestawiać podpunkty ich listy jak najbardziej się dało, niewątpliwie dodając także kilka swoich. Szatyn obserwował, jak śniady mężczyzna osuwa się na ziemię, a w jego oczach ledwo zauważalnie odbił się niepokój. Kolejna ofiara. Nie wiedział czym był, ale z pewnością nie był w pełni człowiekiem. W aurze Alcántar'a dominowała ciemność i w tym momencie nie mógł zdecydować, czy jego śmierć była rzeczą należną, czy nie. Na pewno nie konieczną. Ale już za późno, by się nad tym zastanawiać.
Na niewielkiej powierzchni, która została z pierwotnej posadzki kaplicy niespodziewanie pojawiła się trzecia osoba. Była albo bardzo arogancka, pewna siebie albo niesamowicie głupia. Co zazwyczaj sprowadzało się do tego ostatniego. Castiel nie odsunął się nawet o krok, kiedy jej ciało znalazło się blisko niego. Żadne z obecnych nie mogło zauważyć, że anielski sztylet tkwiący w jego prawym rękawie wysunął się nieznacznie. Nie miał zamiaru doprowadzić do kolejnej ofiary. Przynajmniej nie tu i teraz.
Anioł patrzył, jak wyciera sztylet w jego ubranie, a w jego duszy zaczął narastać gniew. Tchórzostwo było najbardziej odznaczającą się cechą wszystkich stworzeń jej pokroju, ale ta tutaj widocznie najbardziej upodobała sobie bezczelność. Było to tak zaskakujące, że jedynym, o co mógł ją w tym momencie sługa Boży posądzać, to ogromna, świadoma ignorancja. Wiedziała doskonale, co może się z nią stać w obecności skrzydlatego Posłańca. Mimo to brnęła w odgrywanie swojej roli nie bacząc na konsekwencje. Nie było to rozsądne. Można by niemal pomyśleć, że miała zapędy masochistyczne, albo nawet samobójcze. Niebieskooki obserwował całą sytuację z uwagą i niepokojem. Widział wzbierającą w Deanie falę wściekłości i choć wiedział, że mężczyzna nie zrobi nic, żeby spowodować trwały uszczerbek na zdrowiu ciele dziewczyny, w którą wpełzła ta nikczemna kreatura, wolał, by sprawa załatwiona była szybko i bez zbędnych dygresji. Jego spojrzenie stało się pytające, kiedy ona po przedstawieniu się odniosła się do tego, jak według niej powinien ją nazywać. Nie rozumiał tej referencji. Po momencie niezrozumienia jednak zdecydował, że sens jej słów nie ma dla niego w tym momencie znaczenia. Przeniósł chwilowo wzrok na Deana i zdecydował, że cokolwiek łowca ma w zamiarze, lepiej będzie to zrobić w bezpiecznym miejscu. Żaden z nich nie wiedział czy obecny tutaj demon nie ma z zanadrzu jakiegoś wsparcia. Lepiej było się stąd ulotnić.
Castiel, nie zważając na reakcję kobiety, dotknął palcem wskazującym jej czoła, a ta osunęła się nieprzytomna na ziemię z cichym odgłosem.

[zt]


Castiel
I love pasta. These make me very happy
[You must be registered and logged in to see this image.]

avatar
† Castiel †

Liczba postów : 81
Join date : 21/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Mała Kapliczka

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 :: CLEVELAND :: OBRZEŻA

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach