Pokój 45c

 :: LAS VEGAS :: OBRZEŻA :: Last Night

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Pokój 45c

Pisanie by The Geek Monkey on Sob Mar 02, 2013 7:48 pm

***
avatar
The Geek Monkey

Liczba postów : 479
Join date : 23/06/2012

Zobacz profil autora http://supernatural.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Sam Winchester on Sob Mar 02, 2013 8:25 pm

| Bar u Betty

Wiecie co? Sam Winchester miał dość. Czy to zbrodnia, że raz zszedł na złą drogę i sprowadził na świat apokalipsę? Najlepszym się zdarza! Ale... dobra, zignorujmy tę dygresję. Najważniejsze, że nieważne, jak głośno wyła muzyka w radiu, nie potrafił wyłączyć myślenia. A myślał sporo - gównie o tym gównie, w którym siedział i z którego nie widział wyjścia, o piersiówce na tylnym siedzeniu, o Deanie, o Bobbym, o Iriss i jej braciach, o Jo oraz Ellen... i innych znanych sobie osobach, które lubił i cenił. Nie chciał żadnej z nich zawieść, naprawdę.
Karał siebie za szkody, które uczynił tamtego wieczoru, zabijając Lilith i łamiąc sześćdziesiątą szóstą pieczęć, każdego dnia, jednak dziś świat znów wystawił go na próbę - spotkał demonicę, a ona zaoferowała mu swoją krew, lecz on nie uległ. Można rzec, że zwyciężył, ale dlaczego czuł gorycz? Pokonywał kilometry bez przerwy, nie licząc pojedynczych przystanków - raz na hot doga i kawę, do toalety, na kolejną kawę i ciastko, toaleta, znowu toaleta... piekły go oczy ze zmęczenia, ale się nie zatrzymywał. Nie miał, nie znał i nie chciał znać celu. Na przednim siedzeniu tłoczyła się aktualna prasa i laptop, zamierzał wyszukać sobie jakąś sprawę do rozwiązania. Jednak ta demonica... demony, to doprowadzało go do szału - znały, gnidy jedne, znały jego słabość. Sam uparcie i bez wytchnienia się przemieszczał.
Jakby to mogło cokolwiek zmienić.
Kiedyś nadchodzi taki moment, gdy nie ma się już siły. Wie się, że samemu nie da się rady. Ba, wie się także, do kogo powinno się zwrócić.
Ale to wymagało przełamania się i przełknięcia własnej domy. Młody Winchester rozumiał i doskonale zdawał sobie sprawę, że Deanowi też nie jest łatwo. Jego kochany braciszek, Sammy, znowu go zawiódł i nawalił. Jakie to uczucie? Gdy oddało się wszystko, byleby tylko uchronić brata, a ów brat wybrał demona?
Sam wolał się w to nie zgłębiać i nie analizować. Wtedy czułby się jeszcze gorzej z samym sobą. A tak mógł chociaż odrobinę tej winy zwalić na Deana - bo to Dean robił od zawsze: przyjmował najgorsze ciosy i brał na siebie część odpowiedzialności, którą Sam powinien przyjąć na klatę. Mógł zarzucić mu, że trzymał przed nim swoje poczynania w sekrecie, bo zwyczajnie się bał, że Dean zrobi z niego jeszcze większe dziwadło, niżeli nim był w rzeczywistości. No i dlatego, że równie zwyczajnie wydawało mu się, że wie lepiej.
Szkoda, że się pomylił.
Jak we śnie zapłacił za nocleg i śniadanie z góry w recepcji. Obsługiwała go starsza kobieta. Miał dziwne wrażenie, że spoglądała na niego ze współczuciem.
- Dobrze się pan czuje? - spytała go, a Winchestera zdziwiła ta drobna życzliwość. Zapewnił, że jest jedynie zmęczony i podziękował za troskę. Ostatnio było mało dobrych rzeczy. Może zbyt mało.
Sam Wykończony Psychiczne Duchowo Oraz Fizycznie Winchester z ulgą wszedł do skromnego, lecz utrzymanego w czystości pokoiku. Nadal był zły i niezadowolony, niemniej nie zamierzał demolować pomieszczenia. Przez ostatnie dwie godziny osiągnął ten stan zmęczenia, że jego myśli nie wracały do srebrnej piersiówki tak często. Ciepła kąpiel podziałaby relaksująco, jednak nie uznał tego za koniecznie.
- Jutro też jest dzień, Sammy - powiedział do siebie.
Zaraz, Sammy? Muszę być naprawdę zmęczony. Albo ten pieprzony demon poobijał mnie bardziej, niżeli sądziłem. Zajebiście. Jutro będę nad tym my..., nie skończył myśli, bo już zasnął na zaskakująco miękkim łóżku.


avatar
Sam Winchester

Liczba postów : 75
Join date : 16/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Lucyfer. on Nie Mar 03, 2013 6:04 pm

Lucyfer już dawno temu stwierdził, że trzeba by się zająć jakoś tym dzieciakiem, który miał być jego naczyniem. Stanowczo trzeba się nim zająć, tylko jakoś do tej pory trudno mu było go złapać. Musi się, szczeniak jeden, kryć za pomocą sigili. Innymi słowy - ma jakiegoś kumpla wśród tych cholernych aniołków. I pan piekieł coś podejrzewał, że to Castiel był na tyle uprzejmy, żeby obu braci ukryć przed swoimi kolegami.
Nieważne zresztą. Z Castielem też się później rozmówi na ten temat. A póki co... nareszcie udało mu się namierzyć Sama Winchestera, który spał sobie spokojnie... No, może nie do końca spokojnie, ale spał w jakimś zapyziałym hoteliku. Jakież to typowe dla niego, doprawdy...
Zastanowił się chwilę nad tym, w jaki sposób do niego podejść i wreszcie doszedł do wniosku, że najlepiej nie przedstawiać mu się tak od razu, po chamsku, tylko spróbować zagrać na emocjach. Przecież Sammy tak bardzo kochał swojego braciszka i na pewno tak strasznie bolało go rozstanie z nim i kłótnie... Nie, Lucyfer nie maił zamiaru ich ze sobą z powrotem połączyć, to by mogło nie wyjść mu na dobre. Stanowczo by nie wyszło.
Co prawda, z tego, co zamierzał zrobić tera, też mogło wyniknąć coś niedobrego, ale powiedzmy sobie szczerze: czy Sammy da się tak łatwo i od razu namówić na to, żeby zostać naczyniem Szatana? Nie, na pewno nie. Uważał się przecież za dobrego, za obrońcę ludzkości i strażnika tych marnych istot. Czuł, że na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za ich życie i bezpieczeństwo. Cholerny anioł stróż.
Inna sprawa, że gdyby Sam się zgodził od razu albo niemal od razu, Lucyfer straciłby do niego szacunek. Ale nieważne, nieważne, tego mu przecież nie powie. Nie musi mieć szacunku do swojego naczynia. Musi ono być tylko silne, na tyle potężne, żeby dać radę utrzymać w sobie kogoś tak potężnego, jak on. Ten gość, który teraz go w sobie nosił, a którego imienia Lucyfer nawet już nie pamiętał; nie dawał rady. Powoli zaczynał się rozpadać.
Niosący Światło dołożył wszelkich starań, żeby sen był jak najbardziej realistyczny. Odtworzył cały pokój i w ogóle wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Zdawał sobie sprawę, że ludzie we śnie nie zwracają uwagi na szczegóły, widzą tylko ogólny obraz i to im wystarcza, żeby uwierzyć, że to, co widzą jest prawdziwe. Mogli nawet mieć zupełnie inny pokój, niż ten w rzeczywistości, a i tak myśleli, że to się dzieje naprawdę i czasem sporo czasu zajmowało im dojście do wniosku, że to nie była prawda. Mamusia nadal nie żyje, a pieniążków w kieszeni kurtki jak nie było, tak nie ma. Niemniej, im bardziej szczegółowy sen, tym większe prawdopodobieństwo, że Sammy w niego uwierzy.
Chłopaka obudził hałas otwieranych drzwi. Dean wszedł do pokoju, obrzucił go typowym dla siebie karcącym spojrzeniem starszego brata i postawił siatkę z piwem i plackiem na stoliku pod oknem.
- Nie było cię trudno znaleźć, Sam. - stwierdził i rzucił mu puszkę, samemu otwierając drugą. - W imię większego dobra stwierdziłem, że zakopię na chwilę topór wojenny, bo mam ci coś do powiedzenia. Cas twierdzi, że aniołki chcą nam się dobrać do tyłków. Że podobno Apokalipsę chcą wywołać. Przynajmniej cały ten uwolniony przez ciebie - rzucił mu ostre spojrzenie, opierając się o parapet tą częścią, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę - Lucyfer chce i trzeba jakoś mu w tym przeszkodzić. Najlepiej byłoby go zlikwidować, jasne. - wywrócił oczami i machnął głową, jakby rozważał tą możliwość. - Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Niełatwo się go pozbyć, ale miałbym pewien pomysł. Słuchasz mnie w ogóle?
Przyjrzał się "bratu" uważnie.
- Tak, wiem, że może zjawiam się nagle, niespodziewanie i od razu przechodzę do rzeczy, ale nieważne. Nadal jestem na ciebie wkurwiony, Sammy, dlatego powiedzmy, że obejdzie się bez żadnych łez, romantycznych scenek i braterskiego pojednania. Mamy robotę do wykonania i musisz posprzątać burdel, którego narobiłeś. I w dupie mam, co teraz o mnie myślisz i czy w ogóle chcesz ze mną rozmawiać, bo i tak nie dam ci spokoju i nie dam ci wyjść z tego pokoju, jeśli tego będziesz próbował. Nie ma więcej uciekania przede mną, dopóki nie skończymy. A potem - rób sobie, co chcesz, to też mam w dupie.
Napił się jeszcze i dla pewności zamknął drzwi na klucz, chowając go w kieszeni. Jasne, to był tylko sen, ale musi być realistyczny, prawda? Najbardziej, jak się tylko da.
Lucyfer z coraz większym rozbawieniem wczuwał się w rolę Deana i starał się odgrywać go w miarę realistycznie. Miał nadzieję, że mu się udaje, choć stuprocentowej pewności nie miał i nie będzie miał, dopóki nie zobaczy tego w oczach małego Winchestera.
- Lucyfer i Michał chcą mieć nas jako naczynia. Nas konkretnie, bo umyśliło im się, że tak będzie najlepiej i tylko my damy radę ich utrzymać. A w ogóle, to będzie takie epickie, bo przecież skłóceni bracia przeciw skłóconym braciom i tak dalej... W każdym razie, tylko ty dasz radę być w pełni naczyniem Lucyfera. I to akurat jest prawda, wiem o tym. Bo tylko ty byłeś na tyle głupi, żeby chlać krew demonów jak jakiś pierdolony wampir. I ona dała ci siłę, żeby się nie rozlecieć, kiedy... - zamilkł na chwilę, szukając odpowiedniego słowa, bo "kiedy w ciebie wejdzie" brzmiało mu jakoś nieszczególnie. - ...staniesz się jego naczyniem. I musisz się na to zgodzić, Sammy, musisz, bo tak naprawdę, paradoksalnie, tylko to da nam możliwość pokonania go. Musisz go rozwalić od środka. Mimo wszystko i mimo idiotyzmów, które zrobiłeś do tej pory, wierzę, że jesteś w stanie nad nim zapanować choć na chwilę i pokonać go w sobie. Więc zgodzisz się być jego naczyniem, a potem... Potem go zabijesz. Albo przynajmniej strącisz do tej klateczki, w której już raz był.
Tak, Lucyfer pozwalał sobie na podobne gadanie, bo wiedział, że zapanowanie nad nim jest zwyczajnie niemożliwe. Nikt nie był na tyle silny, żeby go pokonać. Nikt!
Wyłaził ze skóry, żeby ten sen był na tyle realistyczny, żeby Sam wręcz czuł wszystkie zapachy, mógł wszystkiego dotknąć i żeby czuł smak tego piwa, które mu "Dean" dał. A jak zajdzie taka potrzeba, to i do kibla będzie musiał lecieć.


I have raised from fire





avatar
Lucyfer.

Liczba postów : 57
Join date : 23/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Sam Winchester on Pon Mar 04, 2013 9:36 pm

Sam śnił o Ruby. I Jess, słodkiej i kochanej. Rysy ich twarzy mieszały się ze sobą, z jednej chwili wydawało mu się, że całuje Jessicę, w drugiej Ruby dobiegała się do paska jego spodni. A on nie oponował...
Gdy się obudzi znów będzie mieć wyrzuty sumienia, zaleje go złość i żółć. Trafi szlag i po raz enty powtórzy sobie, jak bardzo jej nienawidzi. Ale podobno nawet jeśli miłość w dziewięciu dziesiątych jest nienawiścią, wciąż mimo wszystko jest miłością. Głupim, szczenięcym zakochaniem. Zabawne, "naście" lat skończył już dawno temu. Śmierć Jess pozostawiła w nim jakąś taką pustkę, której nikt i nic nie potrafiło zastąpić. Przez pewien czas Ruby dawała mu nadzieję, ta luka zdawała się być mniej uciążliwa, mniej widoczna, mniej dotkliwa. Oczywiście, gdyby kto go pytał, nawet sama zainteresowana, wyśmiałby ją za takie głupie podejrzenia. Łowcy nie powinni układać się z demonami, po prostu nie. To... nieetyczne, niebezpieczne, niesmaczne. Zabronione przez niepisaną zasadę.
Coś się zmieniło, pojawił się nowy dźwięk niepasujący do cichy pokoju. Klekot otwieranego zamka... Samuel Winchester momentalnie otworzył oczy i poderwał się do pozycji siedzącej.
- D...ean? - wykrztusił z niedowierzaniem, trochę durnowato wytrzeszczając brązowo-zielone oczy. gdyby nie lata treningów, nie złapałby puszki piwa, a dostałby nią po ryju. Też dobrze. Może by zmądrzał. Mrugając zawzięcie skupiał się (oczywiście, to nie przeszkadzało w otworzeniu piwa i wzięciu porządnego łynia) na dalszych, wypowiedzianych dość szybko i konkretnym tonem, którego jako chłopiec nauczył się słuchać i stosować się do poleceń nim wydawanych. I nigdy, nigdy nie zadawać pytań: ten ton oznaczał, że nie ma czasu i Dean nie jest w dobrym nastroju do dyskusji. Zabawne... czemu ten specjalny ton nie zadziałał wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny, przed kilkoma miesiącami? Czy Sam się na niego "uodpornił"? A może dorósł, wszystko jedno - bo wszystko zostało pozamiatane. - W takim razie coś długo ci to zajęło - zauważył spokojnie, odzyskując częściowo rezon. I wcale się przed tobą nie chowałem, pomyślał z urazą. Po prostu nie miałem ochoty na twoje towarzystwo. Wolny kraj.
W chwili, gdy padły kolejne słowa Deana - nic ciekawego, kolejny ciąg oskarżeń i przypominajek o niezaprzeczalnej winie młodszego-genialnego-Winchestera-ufnego-idioty - ciepłe uczucia, jakie żywił doń Sam, zaczęły wyparowywać. Ciepłe w tym znaczeniu, że bądź co bądź, stęsknił się za towarzystwem brata. Choćby i podświadomie i wcale nie miał ochoty przyznawać się przed sobą samym do tej drobnej słabostki. Samuel zacisnął dłonie w pięści, włącznie z tą, w której miał puszkę, od czego opakowanie się odkształciło. Najwyraźniej Wielkiego Pojednania Winchesterów nie będzie. Bywa i tak.
- Nie, Dean - odparł, nie kryjąc się ze swoją irytacją. Z cichym jękiem i trzaskiem kości pozbierał się z łóżka, bardzo niechętnie zresztą, lecz napędzał go gniew. - Wparowujesz w moje życie ot tak, nie pomyślałeś, że może, mówię 'może', nie ma w nim dla ciebie miejsca? - spytał, licząc, że choć trochę mu dopiecze tymi słowami. Bo Dean mu dopiekł, nieważne, że każdą z tych rzeczy powtarzał sobie codziennie. Co innego słyszeć to od brata, right? - WIEM, doskonale wiem, że spieprzyłem, nie musisz tego powtarzać w co drugim zdaniu. Płyta się zacięła? - rzucił, nerwowo zaczesując włosy palcami. - Uciekanie? - roześmiał się głośno. - Jakie kurwa uciekanie, Dean? Nie pomyślałeś, że mam dosyć ciebie, twoich pieprzonych gatek moralizujących i robienia ze mnie większego dziwadła niżeli jestem?! - zawołał z kpiną.
Ale Dean dalej kontynuował, co Samowi wydało się nieco dziwne - taki nawał informacji? Klatka... Klatka, to Lucyfera da się zamknąć w klatce?
- Co ty bredzisz, Dean? - wykrztusił młodszy łowca. To było niepokojące. I Sam... Sam nie miał pojęcia, jak ma się do tego ustosunkować. Dean nigdy nie prosił go o nic takiego, miał pierdolonego bzika na punkcie chronienia go. (Idiota, podpisał pakt z demonem, kto normalny tak robi?).
Winchester zaczął chodzić nerwowo po pokoju. Za dużo informacji, za dużo. Przyzwyczaił się do ich niedoboru, a nie nadmiaru, jeszcze mu się dysk twardy przegrzeje. Upił kolejny łyk piwa, ale niewiele pomogło. Przydałoby się coś mocniejszego, pomyślał. Zaczynał dochodzić do wniosku, że trudno będzie wytrzymać z Deanem na trzeźwo, jak już się przylepił jak ten rzep do psiego, Samuszkowego, ogonka <3


avatar
Sam Winchester

Liczba postów : 75
Join date : 16/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Lucyfer. on Sro Mar 06, 2013 4:27 am

"Dean" zmarszczył brwi i przymrużył oczy z niezadowoleniem.
- Czy ja mówiłem, że szukałem cię przez ten czas? - warknął. - Nie było mi trudno znaleźć cię teraz, Sammy. Nie na przykład miesiąc temu.
Lucyfer odnosił wrażenie, że przy okazji namiesza trochę w życiu braciszków, ale nie przeszkadzało mu to. Wręcz przeciwnie - nawet bawiło i lało wodę na jego młyn.
- Spokojnie, bo coś sobie uszkodzisz. - burknął, widząc, jak Sam gniecie puszkę. Nawet zabawne to było. Jednak...
Ups! Błąd. - pomyślał, słysząc, jak młodszy Winchester się wścieka. Co prawda, z tego, co wiedział o braciach, Dean zwykle to właśnie robił: pouczał młodszego, jak się ma zachowywać, co robić, czego nie robić i w ogóle był panem jego świata. Cholerny wszechwiedzący dupek... I właściwie, Szatan nie był pewien, czy bardziej te odczucia są u niego skierowane w stronę Deana, czy Michała, który próbował go podobnie traktować i - zwłaszcza po tym, jak archanioł się zbuntował - również starał się na nim wymóc różne decyzje i okazywał, jaki to on nie jest mądry i dobry, a Lucyfer jest głupszy i nie wie, co jest słuszne.
A słuszne było to, co on robi, do cholery!
Nieważne zresztą, nie można się za bardzo nakręcać, trzeba się zająć małym Sammym i jego snem. W końcu: po to tu przyszedł.
Taaak... Co by na to odpowiedział Dean...?
Prawdę mówiąc, Lucyfer nie miał ochoty kłócić się za Winchestera; jeśli braciszkowie mieli problem, to powinni go rozwiązać między sobą. Jednak skoro sen miał być realistyczny, to coś musiał na to odpowiedzieć. Nikt by przecież nie puścił mimo uszu stwierdzenia, że nie ma dla niego miejsca w życiu młodszego braciszka.
Postarał się więc wczuć w rolę. Co w gruncie rzeczy nie było takie trudne - w końcu miał podobne problemy osobiste.
Odstawił piwo na parapet i ruszył szybkim krokiem w stronę Sama, zatrzymując się tuż przed nim i patrząc mu w oczy, jakby go chciał za chwilę uderzyć. Nie zrobił tego jednak, jedynie ograniczając się do chwycenia go za kołnierz i potrząśnięcia.
Milczał chwilę, oddychając ciężko, zaciskając szczęki i szukając odpowiednich słów.
- Mówiłem już... - wycedził przez zęby. - że gdzieś mam, co sobie myślisz i jakie mamy między sobą problemy. Teraz mamy też na łbie ważniejsze rzeczy, którymi się trzeba zająć, a potem możemy sobie spokojnie wrócić do wrzeszczenia na siebie, kto jest czemu winny i który z nas zrobił krzywdę drugiemu.
Lucyfer przekalkulował wszystkie za i przeciw temu, żeby jednak coś odszczeknąć w imieniu starszego za te obelgi. Nie, naprawdę, żaden brat by nie puścił tego mimo uszu, niestety, choćby więc Szatan bardzo chciał, nie mógł tego pozostawić tak, jak było teraz: tylko z powyższymi słowami, właściwie bardziej od niego, niż "od Deana".
Pokiwał głową, poruszając nerwowo szczęką.
- Gadki moralizujące, co? Masz ich dosyć i masz dosyć mnie? - znów nerwowe kiwanie głową, mogące świadczyć tylko o tym, że Dean jest na granicy wytrzymałości i zaraz jednak trzepnie braciszka. - W porządku. Skoro nie ma dla mnie miejsca, wyniosę się z twojego życia raz na zawsze, więcej mnie nie zobaczysz. Ale najpierw zrobisz to, co do ciebie należy.
Puścił go wreszcie i wrócił pod parapet, gdzie wypił chyba pół puszki za jednym zamachem.
Zastanowił się przy tym, czy nie byłoby dobrze zaraz potem odwiedzić też Deana w jego snach i wkurzyć go jako Sammy, żeby faktycznie więcej się do siebie nie odezwali i żeby jeśli małemu przyjdzie do łba dzwonić do braciszka - ten na pewno nie odebrał. Ale postanowił, że tą decyzję jeszcze przemyśli, w zależności od tego, co wyniknie z tej rozmowy, którą teraz prowadził.
Jednego był pewien: faktycznie odwiedzi Deana. Nie był jedynie do końca przekonany, pod jaką postacią i co konkretnie będzie mu chciał powiedzieć.
- Jak to: co ja bredzę? - zapytał zaskoczony. - Klatka Lucyfera...? - machnął ręką, unosząc brwi. - Pieczęcie, zabicie Lilith, Lucyfer wyłazi z klatki i zaczyna hasać po świecie...? Naprawdę nic ci to nie mówi? Wyobraź sobie, że ta klatka nie została przez ciebie zniszczona, jedynie otwarta i da się ją ponownie zamknąć.
Aaaa, tak , tak, tak, ale i tak żadnemu z was nie powiem przecież, jak. - pomyślał archanioł, zacierając w duchu ręce z paskudnym uśmiechem.
- Wystarczy, że tam wejdzie i klateczka się zatrzaśnie. - dodał na wszelki wypadek, żeby nie było wątpliwości i dalszych pytań. - I ty możesz tego dokonać, Sammy. Właśnie ty. - wycelował w niego palec, akcentując ostatnie słowo. - Bo tylko ty jesteś na tyle silny. Nie podoba mi się twoje uzależnienie od krwi tej dziwki, ale to ono daje ci, niestety, odpowiednią moc.
Jego głos złagodniał i jakby posmutniał. "Dean" opuścił głowę,wyglądając na mocno zmartwionego tym, co teraz mówił i robiąc minę pod tytułem "nienawidzę siebie za to, co teraz muszę gadać".
- Naprawdę wolałbym z tym do ciebie nie przychodzić. - powiedział i niewiele brakowało, a głos by mu się załamał. Lucyfer był z siebie dumny, uznał, że mógłby wręcz występować w jakichś teatrach. - Ale szukałem czegokolwiek innego, jakiejkolwiek innej szansy i... nie ma. - wzruszył bezradnie ramionami. - Po prostu, kurwa, nie ma. Ale nie istnieje możliwość, żebyś go nie pokonał, bo wiem, że jesteś silny, wierzę w ciebie, braciszku i udowadniałeś to już kilka razy, buntując się przeciw mnie czy przeciw ojcu. Ja nie miałem tyle odwagi i siły woli.
Podobnie, jak Michał. - dodał w myślach. - Dwa pieprzone tchórze bez własnego zdania, myślące jednocześnie, że są tak silne i mądre. Durnie.


I have raised from fire





avatar
Lucyfer.

Liczba postów : 57
Join date : 23/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Sam Winchester on Sob Mar 09, 2013 11:00 pm

Sam przewrócił oczami - szkoda było mu strzępić sobie język na odpowiedź. Chociaż, zaraz, co? Dociekliwy umysł Sama domagał się wyjaśnień - bo cóż to miało znaczyć?
- A co się zmieniło? - zapytał z odrobiną ciekawości, ale jednocześnie nie okazywał jej w pełnej krasie. Ot, zdawkowe pytanie.
- Straszne - skwitował krótko. Jakby kolejna blizna miała jakieś znaczenie, w końcu miał ich już wiele. Zbyt wiele.
Gdyby Sam miał dwanaście lat, przeraziłby się nie na żarty, ale te czasy także już minęły. Dziś to Dean musiał zadzierać głowę, bo Sam górował nad nim, przynajmniej wzrostem w przeciwieństwie do tamtych dni, kiedy mały Sammy był tylko chuderlawym chłopczykiem przymuszonym do szybszego dorastania i wiecznie czekał na ojca w zapyziałych motelach ze swoim starszym bratem, Deanem. Teraz już mógł reagować i tak też uczynił. Celnym, wymierzonym w klatkę piersiową brata pchnięciem, odsunął go od siebie. Darował sobie dziecinne teksty, że nie ma siedmiu lat i czas na tarmoszenie go dawno temu przeminął. Zamiast tego spojrzał na starszego Winchestera twardo z miną w stylu: 'Really?'.
- To masz problem - stwierdził usłużnie Sam.
To wszystko było trudne do ogarnięcia, nie nadążał za tą dziwną zmianą zachowania i stosunku do niego Deana. Winchester naprawdę chciał naprawić swoje błędy, odkupić winny i zrobić porządek z tym całym szajsem. Ale takie przedstawianie sprawy budziło jego bunt. Podobnie mówił John Winchester, dlatego nie umieli się dogadać. Ojciec widział w nim żołnierza, pieprzonego rycerza światła. A obecnie już nic nie jest białe albo czarne. świat zdawał się tonąć w odcieniach szarości.
Sam potrząsnął głową w wyrazie zaprzeczenia. Kolejne i kolejne, te gatki nie miały końca?
Uff. Dean wreszcie się odsunął. Sam poczuł się nieco lepiej. Przestrzeń, potrzebował przestrzeni... i snu, miernego balsamu, ale lepszego niż nic.
- Jak ty to ładnie ująłeś - prychnął. - Krzywdę? Poważnie? - wyśmiał go.
Milczeli obaj. Sam upił kilka łyków piwa, ale nie uspokoiły go zbytnio. Spod przymrużonych powiek obserwował przybysza. Najchętniej wykopałby go za drzwi. Zresztą, był też tego coraz bliższy.
- I da się ją ponownie użyć? Nie sądziłem, że to możliwe. Skąd masz taka informację? - zapytał z niedowierzaniem. - Wątpię, by to było takie proste. Gdyby tak było, Cas, aniołowie, nie wiem, KTOŚ, coś by z tym zrobił. W końcu, halo? Jesteśmy ludźmi, chyba, że o tym zapomniałeś. - Wysłuchał dalszych słów Deana. - A ty już nie? - odbił pałeczkę, bo choć w tym momencie miał ochotę wysłać brata do diabła, to nie myślał o tym tak dosłownie. Chyba. Sammy ledwo zapanował nad wyrazem twarzy. Kto, prócz niego i demonicy, wie jak blisko znalazł się ponownego popadnięcia w nałóg? - A co ty wiesz o mojej mocy? Gówno, Dean. Byłeś nią przerażony. I nieważne, co się stanie, więcej nie zamierzam bawić się w pierdolonego wampira, jak sam to ująłeś! - podniósł nieco głos z wyraźnym oburzeniem. Zmarszczył brwi z powodu nagłej skruchy Deana. Przez chwilę się wahał, przeszło mu przez myśl, że będzie tego żałował. W zasadzie, czego nie zrobi, na jego drodze znajdzie się żal, nieważne w jakiej postaci. Intuicja podpowiadała mu, że coś tu nie gra - Dean nie rozprawiał w ten sposób o ojcu, ojciec zawsze był kurwa święty. I zawsze podkreślał swoje wątpliwości... zwłaszcza wobec niego, wobec Samuela Winchestera.
- Źle to rozegrałeś - oznajmił wreszcie, po przedłużającej się ciszy. Za wiele nowości, Sam nie czuł się gotowy na mówienie 'tak' Lucyferowi. Szczerze mówiąc, nie chciał mówić Diabłu nic, najlepiej nie widzieć go w ogóle na oczy czy to w rzeczywistości, czy to w snach.
Czuł się rozdarty.


avatar
Sam Winchester

Liczba postów : 75
Join date : 16/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Lucyfer. on Sro Mar 13, 2013 1:02 am

Tym razem to Dean wywrócił oczami.
- Nie mówię wyraźnie, co się zmieniło? - zapytał. - Dowiedziałem się, jak pokonać Lucyfera. To się zmieniło.
Nie odpowiedział na jego sarkastyczne prychnięcie. Po co? Żeby się sprzeczać, jak jakieś dzieciaki? Nie byli już dziećmi, choć często się tak zachowywali. Nie zareagował też na odepchnięcie go przez Sama. W sumie, nawet spodziewał się podobnej reakcji, przecież nikt nie lubił być szarpany za koszulę.
Dobrze, Lucyfer coraz wyraźniej widział, że popełnił błąd. Chciał po dobroci ale skoro się nie da, skoro mały Sammy już tak dalece się zbuntował przeciw bratu, że go nie słuchał... Cóż. Jak sam Winchester powiedział: "źle to rozegrałeś". Szatan więc zmienił nieco koncepcję.
Przez zasunięte zasłony przesączyły się nagle promienie ooślepiającego światła, a po chwili drzwi otwarły się gwałtownie i uderzyły w ścianę. Stanął w nich wściekły Lucyfer we własnej (no, nie do końca, bo w ciele człowieka) osobie. Ogarnął spojrzeniem cały pokój i zatrzymał wzrok na oniemiałym Deanie, po czym machnął ręką, rzucając nim o ścianę i doprowadzając tym samym do nieprzytomności.
Zamknął drzwi i podszedł spokojnym krokiem do Sama, patrząc mu w oczy i uśmiechnął się paskudnie.
- Nie lubię, kiedy ktoś mnie tak oczernia i jeszcze namawia innych do walki ze mną. - powiedział, cedząc słowa przez zęby. - Niemniej, faktycznie potrzebuję twojego ciała, twój braciszek miał rację pod tym względem. I nie mogę go dostać, póki się na to nie zgodzisz. - przewrócił oczami. - Uroki bycia aniołem. Jednak wierz mi, Samuelu Winchesterze, mam swoje sposoby na to, żeby cię przekonać, byś mi ładnie powiedział "tak", jak, nie przymierzając, narzeczona na ślubnym kobiercu.
Przekrzywił głowę, przyglądając się Samowi i jakby zastanawiając się, czy nie potraktować go jeszcze bardziej protekcjonalnie, jak swoją własność i nie poklepać go na przykład po ramieniu. Nie zrobił tego jednak.
- Powiedzmy, że im dłużej będziesz mi się sprzeciwiał, tym więcej grobów będziesz musiał odwiedzać. Pasuje ci taki układ?


I have raised from fire





avatar
Lucyfer.

Liczba postów : 57
Join date : 23/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Sam Winchester on Nie Mar 24, 2013 9:47 pm

/ przebacz <3 ale ostatnio wszystko jest szaaaloneeee :C

- I nagle, w cudowny sposób mnie odnalazłeś w trymiga? - zapytał Sam, pstrykając palcami dla podkreślenia swoich słów. Tutaj kierowały nim poniekąd względy praktyczne, chciał wiedzieć, co spieprzył, gdzie się pomylił. Jako łowca powinien potrafić znikać całkowicie z każdego radaru, gdyby odnalazł go ktoś, hm, powiedzmy 'mniej przyjaźnie' nastawiony doń od rodzonego brata, miałby kłopot. Dlatego tę lukę należało wyeliminować raz na zawsze.
Deanowi chyba nieco przeszło, ale to nie znaczy, że Sam czuł się spokojny i bezpieczny. Ogarniały go wyrzuty sumienia, że zasugerował bratu, że to on powinien wykonać ten plan... Sam nie był tchórzem, Sam był po prostu już tym wszystkim zmęczony. I nie chciał popełnić kolejnego błędu, jak na razie trzymali - obaj, i on, i Dean - niebo i piekło w szachu, odmawiając zarówno Lucyferowi, jak i Michałowi, na zajęcie własnych ciał. Taki układ nie może trwać wiecznie, niemniej...
- Słuchaj - spróbował jeszcze raz, łagodniej. To nie dawało mu spokoju. - KTO ci to powiedział? Nie zapomniałeś, że zawsze, ale to zawsze wiemy za mało i musimy improwizować? Nie wydaje ci się to... to dziwne, nienaturalne wręcz? - spytał z niedowierzaniem.
Ale Dean i tak źle to rozegrał... im Samowi czegoś się bardziej zabraniało, tym większa ogarniała go pokusa. Tak było z Ruby, tak było z krwią, tak było z marzeniem o normalnym życiu. Starszy Winchester zmarnował lata doświadczenia czy jak?
I wtedy drzwi walnęły o ścianę, w które chwilę później pizdnął o nią Dean z nieprzyjemnym hukiem. Sam spoglądał z niedowierzaniem na Lucyfera, rozpaczliwie usiłował wymyślić, co robić. Olej, olej, olej... GDZIE jest ten jebany olej, cokolwiek? Stał jak kołek i spoglądał na anioła, nakazując sobie opanowanie. Gdyby teraz zwaliła się połowa nieba na imprezę, nie miałbym nic przeciwko, pomyślał wkurzony.
- No to się zabiję - palnął, nawet powieka mu nie zadrżała. I czuł, że rzeczywiście mógłby się do tego zmusić, jeśli to byłoby wyjście z przykrej sytuacji, jaką jest apokalipsa pukająca do drzwi. - Na tyle porządnie, że żadne pieprzone hokus-pokus mnie nie uratuje, nic mnie z piekła, czy gdzie tam trafię, nie wygrzebie i tyle będzie z twojego naczynia, gnoju - oświadczył lodowato. Zlustrował wzrokiem pomieszczenie, zerknął ukradkiem na Deana... miał nadzieję, że nic poważnego się mu nie stało. Ale nigdzie nie widział nic, co jakkolwiek mogło mu się przydać. Miał w dłoni pogniecioną puszkę i tyle, heja. Pozostawała gra na zwłokę...


avatar
Sam Winchester

Liczba postów : 75
Join date : 16/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Lucyfer. on Pią Kwi 12, 2013 4:26 pm

- Ja jestem panem piekła... - warknął, podchodząc do Sama i chwytając go za gardło. -Ja cię mogę zewsząd wyciągnąć. Pamiętaj o tym. I nie odzywaj się do mnie w taki sposób, bo sam ci kark przetrącę, a potem sprowadzę z powrotem do świata żywych. I znów cię połamię tak, że będziesz wyglądał jak masa zbitego mięsa. I tak w kółko. Chcesz tego?
Ogarni się, Szatanie. Nie zabijaj dzieciaka. Za dużo kłopotów...
Puścił go i odsunął się na kilka kroków, wciąż lustrując go wzrokiem.
- To jest tylko sen, Sam. - powiedział wreszcie. - Tylko sen. Ale to ja nim rządzę, naprawdę rozmawiasz ze mną. I następnym razem, kiedy do ciebie przyjdę, będziemy rozmawiać naprawdę. I naprawdę skrzywdzę wszystkich twoich bliskich. Każdego po kolei. Będziesz na to patrzyć... I będziesz miał świadomość, że giną tylko dlatego, że ty mówisz "nie".
Uśmiechnął się paskudnie i ruszył w kierunku drzwi.
- Przemyśl to sobie dokładnie, Sammy. - powiedział jeszcze w progu i zniknął.

/zt.


I have raised from fire





avatar
Lucyfer.

Liczba postów : 57
Join date : 23/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Sam Winchester on Pią Kwi 12, 2013 9:23 pm

Sam aż sapnął, gdy podbił do niego Lucyfer i złapał za gardło. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich dźwięk, nie licząc głuchego stęknięcia. Odruchowo położył własne dłonie na ręce Szatana, rozpaczliwie usiłując poluzować uścisk. Oczy młodszego Winchestera wyszły z orbit nienaturalnie, na twarz wpłynęły mało zdrowe kolory.
Kiedy Lucyfer go puścił, Sam padł na kolana. Ręce miał uniesione jak do modlitwy, kiedy drżącymi palcami sięgnął do gardła - wciąż z trudem łapał oddech. Spoglądał w oddalające się plecy upadłego anioła, czas jakby płynął wolniej. To sen, to sen, to sen, powtarzał w myślach ogłupiały. Ale był tak realis...
Winchester gwałtownie podniósł się do pozycji siedzącej. Mrugał kilka boleśnie długich sekund, przyzwyczajając oczy do niewielkiej ilości światła, jakie dawały nie tak odległe neony Las Vegas. Pokój wciąż był tak samo obskurny, jak... dwie godziny temu? - to wynikało z czerwonych cyfr elektronicznego zegarka. Ale Sam drżał na całym ciele, odczuwał zmęczenie, szok, lęk, niepokój. I bezsilność, zastanawiał się czy to - ta granica? Moment, kiedy powinien powiedzieć 'pas', zamknąć oczy i udawać, że to już go nie dotyczy, że skończył z zabawą w bohatera. Niedbałym ruchem przeczesał włosy, fakt, przydałoby się ostrzyc... ugh. Przysunął się do końca łóżka, a ostatecznie wstał. Z zaskoczeniem odkrył, że nogi się pod nim nie ugięły ani nie złamały jak dwie zapałki. Zapałki. Przez głowę przeleciały mu wspomnienia z dzieciństwa, z niezliczonej ilości szkół, nieliczone ilości wierszy do przerobienia na angielskich. Wielu z nich wtedy nie rozumiał, lub też rozumiał kompletnie opacznie. Porównanie życia i przemijania do głupich świeczek. Zapałki, powtórzył w myślach. To słowo się go jakoś uczepiło, mnie zresztą też xD Sugeruję pominąć wywód o zapałkach, bo popadam w głupi nastrój. Anyway, lecimy dalej! Zapałki płoną z początku bardzo jasno i gwałtownie, potem płomień się stabilizuje. A później już tylko gaśnie.
Samuel nie był religijny. A przynajmniej jego 'religijność' różniła się nieco od tego, co rozumiano przez to słowo. Powoli, niczym starzec, podszedł do okna.
- Boże, jaki jest twój cel? - wyrzucił z siebie. Mężczyzna miał tę przewagę nad większością wierzących, że wiedział o istnieniu Boga. To nie był jedynie wymysł ludzki, biedaków, którzy potrzebowali jakiejś siły wyższej, aby wznosić do niej swoje modły, troski, prosić o rady i pomyślność. Co tam, że Bóg miał wszyscy-wiedzą-gdzie świat, który stworzył. Tego katolickie szkoły nie nauczały, więc z wdziękiem można zignorować. - Boże, ktokolwiek, kurwa-nie-wiem, pomóż mi! Jakąś wskazówka, cokolwiek? - wychrypiał, chowając twarz w dłoniach.
Kiedyś, jeszcze jako mały chłopiec, ośmielił się zapytać ojca, po co to wszystko. I kiedy się skończy. Jeszcze nigdy nie czuł tego tak mocno, jak teraz - nigdy, to słowo paliło każdy most. I te, które przekroczył nieodwołalnie, i te, które nie będą mu dane.
- Jak zwykle - skwitował, zły na siebie o tę chwilę słabości, zwątpienia i rozpaczy. Z nową energią odwrócił się od okna...


avatar
Sam Winchester

Liczba postów : 75
Join date : 16/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Varia on Pią Kwi 12, 2013 11:24 pm

z góry przepraszam za dziwny styl i dziwne poczucie humoru; to z jego braku i mojego doła : (


/ jak zwykle nie wiadomo skąd

Varia wiedziała, że prędzej czy później stanie oko w oko z jakimś Winchesterem. A to, że będzie nim Sam było bardziej pewne, niż.. pewne. Bądź co bądź Dean już miał przy sobie jednego skrzydłowego, który od czasu do czasu wyskoczy z jakimś mądrym tekstem podchwyconym na 'górze'.
Ale Sam i anioł? To się chyba nie trzymało kupy, a jednak jej radio wychwyciło taki szczegół jak słodki głosik młodszego Winchestera. Może to przez te bluzgi? To per 'kurwa' powinno być karane, ale ona nie jest jakaś Czarną Mambą, wyjętą z filmu Tarantino by go posiekać na plasterki i zrobić sobie kanapkę.
Tak czy inaczej trafił tam, gdzie trzeba, bo anielica trafiła na miejsce. Pieprzyć wszystko, niech żyje Apokalipsa? Akurat tak się składało, że ona pracowała na tym ziemskim ziemskim padole i wcale wielkie bum by jej nie urządzało. Ale dość o bezrobociu i damskich fochach.
Takich jak ona można chyba policzyć na palcach. Prawdopodobieństwo, że akurat ktoś się zjawi, bo słowa będą wysłuchane było tak małe, jak śnieg w lipcu. A jednak. Pewnie dlatego, że W i W to była sprawa nadrzędna. Zawsze coś spierdolą, albo wręcz przeciwnie - wyskoczą z nie wiadomo czym i lepiej ich po prostu wysłuchać. Poza tym taka była jej praca. I raczej nie chodziło o przymus. Ona tak była - słuchała i przychodziła.
Sam miał albo pecha, albo szczęście. Pecha - jeśli żałował, że w ogóle pomyślał i powiedział cokolwiek. Szczęście - jeżeli mimo żałowania naprawdę chciał, żeby ktoś zrobił cokolwiek. Ale chyba nie spodziewał się, że te pieprzone anioły z nadętym ego są w stanie ruszyć swoje leniwe dupska i zrobić cokolwiek pożytecznego. Prawdę mówiąc kiedy Varia zmaterializowała się przed nim dokładnie w tej chwili, gdy Sam odwrócił się od okna, była pewna, że zaraz posypie się jakaś składanka, ale to raczej nie było nic nowego. Szok to chyba przeżyje Sam, gdy się dowie, że nikt nie przyszedł mu prawić kazań, tylko wysłuchać jego żali. Gdyby blondynka posiadała jakiekolwiek poczucie humoru pomyślałaby: aha, czas zainwestować w linię telefoniczną i niech tacy jak on nagrywają się na automatyczną sekretarkę. Ale nie tylko nie posiadała tego 'daru', ale także nie była najlepsza w technologicznych nowinkach. A to pech...
- Samuel Winchester - przemówiła poważnym tonem (jak większość wczuwających się w rolę aniołów; patrz: Castiel). Oczywiście stała jak kołek, wyprostowana (przez co jej nogi wydawały się jeszcze dłuższe niż w rzeczywistości!), z rękami po bokach i tak prześwietlała go wzorkiem, że przywodziło to na myśl scenę z tandetnej opery mydlanej, gdy ukochany pani X tłumaczy się z przyłapania go z panią Y. Nic tylko uciekać w najbliższe krzaki, a nóż widelec go tam nie zauważy!
- A jednak się spotykamy - gdyby w Niebie wydawali prasę, to bracia W. lądowaliby na okładce co tydzień. Oczywiście V. interesowała się poczynieniami braci, ale zawsze trzymała się z daleka, po prostu obserwując kolej rzeczy. Żaden nie wiedział nawet o jej istnieniu i raczej miało się to nigdy nie zmienić. A jednak los lubił zaskakiwać.



U N L E A S H E D!
When I'm free, when my sun has set
Released my soul forever
I'll have no regret to be free!
I'll exist again! No more lost endeavors
Nothing to contend when I'm free!
avatar
Varia

Liczba postów : 85
Join date : 19/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Sam Winchester on Nie Kwi 14, 2013 11:48 am

/ nie przepraszaj, kochana <3

Chyba nietrudno zrozumieć uczucia, jakie Sam żywił wobec brata. Czasem wolał, aby były prostsze i mniej złożone, tak jak dawniej, gdy byli dziećmi i odpowiedzialność nie ciągnęła ich na dno. Zabawne, że nawet nie zauważył, jak do ich relacji wkradły się cienie, jak na szkle pojawiły się rysy i siateczka pęknięć. Z Deanem łączyło go wiele rzeczy, ale ostatnio równie wiele zdawało się dzielić. Szkielet, na którym wznosiła się braterska miłość i przyjaźń, wyglądał na kruchy i delikatny jak nigdy. Byle co mogło go złamać, może więc dlatego było lepiej i bezpieczniej trzymać dystans.
Ale to też jedynie powierzchnia, piach skrywający litą skałę wątpliwości, urazy i żalu. Tonął w poczuciu winy i nie miał się czego złapać. Był zły na siebie, że dał się zwieść Ruby i przełożył ją nad brata - w końcu to była jedna z kilku kropel goryczy, które przelały czarę, jeśli idzie o starszego Winchestera. I chyba najbardziej znacząca. Lecz Sam był zły także na Deana - bo w odczuciu młodszego z braci, ten starszy nie radził sobie ze świadomością tego, co siedziało w Samie. Dorzućmy do tego garść kłamstw i mamy względny podgląd na to, jak się miały sprawy między nimi.
Zawiedli swoje zaufanie, choć większość winy znajdowała się po stronie Sama...
Sam odepchnął od siebie myśli o tym, co stracił, bo nie pomagały wziąć się w garść. Zmusił się, aby skupić się na celu i zdawać się mogło, że to silne postanowienie.
Dziwne, ale pękło niczym bańka mydlana, gdy odwrócił się od okna i dostrzegł młodą kobietę. W półmroku nie mógł przyjrzeć się rysom jej twarzy, lecz na pewno była urodziwa, jeśli idealna figura może być wyznacznikiem w tej kwestii. Winchester był typem dżentelmena, aczkolwiek tym razem z kultura godną jaskiniowca otaksował wzrokiem blondynkę - od stóp, przez zaskakująco długie nogi, zahaczył wzrokiem o wypukłość piersi, a na twarzy skończywszy. Dopiero wtedy ich spojrzenia się przecięły. Mina Sama? Zaskoczona, nieogarnięta - Varia mogła obserwować, jak te odczucia zastępuje nieufność i napięcie, tak widoczne w postawie łowcy i rysach twarzy, które stawały się nienaturalnie ostre, wręcz kanciaste, gdy ściągnął brwi.
A propos brwi - podjechały jeszcze wyżej, kiedy kobieta przemówiła spokojnym i poważnym głosem. Mówiła bardzo wyraźnie, dokładnie akcentując słowa. W pewnym sensie skojarzyła mu się z Castielem. Świetnie, następna?, pomyślał podirytowany. Spotkanie z Lucyferem, nieważne, że 'tylko' we śnie, nieźle wstrząsnęło Samem. Ostatnie, czego potrzebował, to kolejny skrzydlaty. Nieważne, jak bardzo urodziwy... I zaraz, jak go znalazła?
Mógł wiele rzeczy powiedzieć w tym momencie, ale był zwyczajnie zmęczony, wkurzony i niezadowolony z tej sytuacji. Oczywiście, chciał usłyszeć, po jaką cholerę tu przyszła i z jakiej cholery go znalazła. W praktyce wyszło 'trochę' inaczej.
- Sam, po prostu Sam - wymruczał, bezczelnie wcinając się Varii w słowo. Na razie nie wyglądało na to, że zamierza nim ciskać po ścianach, ale kto tam wie, nigdy nie wiadomo, co tam ci u góry mają nasrane we łbach... (patrz, Lucyfer, Michał i spółka oraz ich idea Raju -.-'). Zrobiło mu się nieco nieswojo z powodu tego, jak bardzo mu się przyglądała, jednak nie dał tego po sobie poznać. To on ma prawo na nią tak patrzeć. Zapłacił za ten pokój i święty spokój do rana... - Taak, na to wychodzi. Znasz moje imię - jeszcze trochę, a zacznie się czuć jak jakiś pieprzony Justin Bieber czy coś, taki jest zajebiście rozpoznawalny... Wcale nie prosił o to, a grało mu to na nerwy, że gdzie się nie pojawi, Piekło, Niebo i ciul wie, co jeszcze, wszyscy muszą wyjeżdżać z tym, jak to jest Winchesterem? - ale ja nie znam twojego. (Btw - aż mi się prosi po Rozpunkowe: Mów, ktoś ty i jak mnie znalazłeś! - z patelnią w ręce, hahaha). Mów, kim jesteś i po co przyszłaś. - Nie miał ochoty na babranie się w uprzejmościach, naprawdę nie.


avatar
Sam Winchester

Liczba postów : 75
Join date : 16/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Varia on Pon Kwi 15, 2013 1:44 pm

Powinni chyba urządził mały turniej na miny, bo Varia też potrafiła coś pokazać. Przebywanie z ludźmi sprawia, że z 2D robi się 3D i jest się bardziej wymiarowym. Na pewno uniesiony do góry kącik ust i lekko przymrużone oczy nadawały jej dzikiego i może nawet kociego wyglądu.
- Dobrze, Samie, nie Samuelu - podkreśliła imię dość mocno w obu odmianach. - Nie dziw się tak. Sprowadził mnie tu twój słodki głosik - wyjaśniła bez żadnego zwlekania.
- Cytuję: Boże, ktokolwiek, kurwa-nie-wiem, pomóż mi! Jakąś wskazówka, cokolwiek? - powtórzyła słowo w słowie jego epickie zawołanie (o pomstę do nieba). - Coś ci to przypomina? - ruszyła się z miejsca i zbliżyła się do mężczyzny. Była wysoka, ale w tej chwili musiała unieść głowę w górę, by spojrzeć mu prosto w oczy.
Najpewniej chciała coś zobaczyć w jego twarzy, wyczytać cokolwiek ze spojrzenia. Ale prawda była taka, że to nie był byle kto. Rozwikłać tajemnice Winchesterów to było nie lada wyzwanie. Poza tym nie po to tu 'przyszła'.
- Ojciec nie jest w stanie odpowiedzieć, ale to nie znaczy, że nie dociera to gdzieś indziej. Ktokolwiek i pomóż mi. Ktokolwiek akurat była wolna - wskazała na siebie. Z resztą Bóg nie przyjął by ciała kobiety, nie? Może i niektórzy ze skrzydlatych nie patrzyli w kim siedzą, ale Ojciec? Nieeee, to by było lekko... obrzydliwe o.O - A z tą pomocą to zobaczymy - taaa, już widziała jak mu pomaga. Powinna się raczej trzymać od braci z daleka, ale cóż, taka jej praca. Jeśli był jakiś ułamek aniołów, którzy chociaż troszkę przypominali tych z nauk katechezy czy z ilustracji Biblii dla dzieci to Varia zdecydowanie do nich należała. Twoje szczęście Winchester!
- Wyjaśnijmy sobie coś. Poznałeś kilkoro członków mojej rodziny, ale nie poznałeś całej. Powiedzmy, że wpakowałbyś mnie do worka z napisem Anioł Stróż, ale ta nazwa jest mocno naciągana. Zgadza się to, że nie mam was gdzieś i faktycznie przychodzę do wybranych jednostek, gdy modlą się o pomoc. Jest nas już tak mało, że praktycznie tego nie uświadczysz. Teraz masz szansę. Ale jeśli wycofujesz się ze swoich słów to znikam. Chyba, że spróbujesz to jakoś pociągnąć. Tak czy inaczej nic nie tracisz - zauważyła. - Z resztą nie jesteś pierwszym człowiekiem z mojej listy i nie pierwszym łowcą, którego znam - znam, nie znałam, a to chyba brzmiało całkiem dobrze, prawda? Nie wiedziała jak Irlandczyk teraz odbiera to spotkanie, ale ona trwała niezmiennie przy swoim zdaniu!
- I jeszcze jedno - dodała. - Varia. Tak mam na imię - przedstawiła się w końcu.


U N L E A S H E D!
When I'm free, when my sun has set
Released my soul forever
I'll have no regret to be free!
I'll exist again! No more lost endeavors
Nothing to contend when I'm free!
avatar
Varia

Liczba postów : 85
Join date : 19/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Sam Winchester on Pon Kwi 15, 2013 8:07 pm

Zmęczenie nie wpływa najlepiej... no, w sumie na wszystko. Ale uznajmy, że oczy Sama przywykły do półmroku i mężczyzna dostrzegał coraz więcej szczegółów w nowo przybyłej. Jakaś cześć umysłu Sama zauważyła, że włosy kobiety mają niemalże identyczny odcień, co jasne kosmyki Jess. Skrzywił się. Bardzo sobie cenił wspomnienie ukochanej, a ilekroć przypominało mu się, jak niewiele brakowało, aby Jessy dołączyła do rodziny Winchester, czuł złość. Nieważne, że od czasu jej śmierci zdarzyło mu się zauroczyć raz czy dwa, w tym w Ruby, to nie było to samo. Bo na świecie nie ma drugiej Jessiki.
I to może irracjonalne, ale - wspominałam - był w nie najlepszej kondycji, bo przez głowę przeleciała mu jakaś nie do końca ukształtowana myśl: Jakim prawem miała włosy podobne do Jessiki?
Przebywanie w towarzystwie aniołów, demonów i innych nadprzyrodzonych wymagało skupienia i uwagi, by nie doznać jakiś poważniejszych uszczerbków na zdrowiu, ale... nie mógł się powstrzymać od przewrócenia oczami, w tej sytuacji było coś zabawnego. Nie umiał tylko określić, co dokładnie. Słodki głosik?!
Jęknął w duchu, słysząc jak powtarza jego własne słowa. I to dokładnie, kropka w kropkę. Brzmiały koszmarnie, jak się zastanowić. Z niemałym zdziwieniem odkrył, że czuje się wręcz zażenowany.
- Ja nie... - zaczął niepewnie, ale nie skończył. 'Ja nie sądziłem, że... co?'. Właśnie. Ale odzyskał rezon, nie tak łatwo zbić ich z pantałyku, te Winchestery, te. - Powiedzmy. Ale co to ma do rzeczy? - prychnął, darując sobie mówkę o tym, kiedy ostatnio anioły (nie licząc Castiela...) w jakikolwiek sposób im pomogły. No Bogu się zdarzyło kilka tygodni temu, ale Bóg nie był skrzydlatym sukinkotem, który chciał zesłać jakąś pieprzoną Apokalipsę na świat, no przepraszam ja Boga i Was bardzo!
Varia pośpieszyła mu z wyjaśnieniami. Ku drobnemu zaskoczeniu Sama, mówiła... tak konkretnie, bez pierdzielenia o Apokalipsie, bez nakłaniania by powiedział 'tak' albo przekonał Deana, by powiedział to Michasiowi. (To 'powiedzieć tak' kojarzy mi się z seksem. Boże, jaka ja jestę poprana, ale... Gula, you know what I mean). Anioły zazwyczaj umoralniały go i Deana, powtarzały, że tu chodzi o coś więcej, niż tylko nich i tak dalej, i tak dalej... A jak już przy seksie, to elegancko zamknijmy tę kwestię - 'Ktokolwiek akurat była wolna'... To więcej jest takich aniołów? Myślę, że coś takiego przeleciałoby przez głowę każdego faceta, który miał choć trochę testosteronu. Nie mówię, że Samowi musi się wylewać z przodu, z tyłu i po bokach, ale coś się chyba znajdzie... oby, inaczej nie ma dla niego nadziei!
Zastanowił się nad jej słowami - to miało sens. A mówili, że nie ma już takich skrzydlatych, jak z katechizmów.
- No dobra - zaczął spokojnie. - Ale skąd mam wiedzieć, że mogę ci zaufać? - zauważył sucho. - Równie dobrze to może być przekręt, Vario - wymówił jej imię z naciskiem. - I swoja drogą, jak ty możesz mi pomóc? W cudowny sposób pozbędziesz się Lucyfera, nie wiem? Wykupisz Michałowi i spółce bilet do Honolulu i z powrotem? - dodał z wyraźnym powątpiewaniem.


avatar
Sam Winchester

Liczba postów : 75
Join date : 16/10/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Varia on Pon Kwi 15, 2013 9:47 pm

- Tego nie wiesz i być pewnym nie możesz - odpowiedziała krótko. Z zaufaniem... no już wiedziała jak to było. Tego nie da się ot tak poczuć i załatwić. Ale czasem dobrze było działać spontanicznie, a chyba tylko zostało młodszemu Winchesterowi. Z resztą czym ryzykował? - Ale jak mówiłam - co masz do stracenia? - znał odpowiedź doskonale. Nic.
Anielica odwróciła się i przeszła przez pokój, patrząc na to, co jest w środku. Nie interesowało ją wnętrze, ale jej milczenie oznaczało trochę czasu do namysłu dla Sama. Nie naciskała, przeciwnie.
- Co do Michała i Lucyfera nic nie mogę zrobić. To chyba oczywiste. Poza tym nie spełniam życzeń - tutaj przydałoby się znowu coś super boskiego, ale na taką interwencję nie można liczyć. Trudno się mówi - żyje się dalej.
- Sam, jesteś inteligentny... - nie musiał się wysilać by dojść do pewnego wniosku, ale postanowiła mu pomóc. - Anioł Stróż, czy cokolwiek, co jest tutaj... - naprowadzała go. - Pomyśl. Tutaj jest ziemia i ludzie. Widzisz, mnie zabawa w koniec świata nie urządza, dlatego czyni mnie to nieco bardziej wiarygodną, nie sądzisz? - Rejtan z rozdartą koszulą z niej żaden, nie będzie robić pokazów ani wychylać się przed szereg, ale taki był fakt - takiego anioła jak ona ten cyrk w żaden sposób nie satysfakcjonuje.
- Jesteś łowcą, wierzysz w nadnaturalne stworzenia, spotkałeś anioły. To łatwiejsze móc się ujawnić, a nie szeptać do ucha, zsyłać sny czy ingerować w życie istoty ludzkiej, udając przypadkowo spotkanego na ulicy dziewczęcia. Gdybym nie przebywała wśród was i miała was za nic, wiedziałbyś o tym. Zachowywałabym się inaczej - nie trudno było mu się domyśleć jak. Anioły znał głównie od tej złej strony i raczej nie bawiłaby się z nim w kotka i myszkę. Nie miałaby do tego cierpliwości, tylko dla zabawy coś mu odjęła, albo... zabawiła się inaczej. Byłaby zimna i surowa, dumna i wyniosła. A tak? Na pewno nie była taka.
- Gdybyś nie chciał, to bym cię nie znalazła - nie śledziła go w żaden sposób, ale wysłał sygnał. Mogła go zignorować, ale tego nie zrobiła. Dla niej to był trudny przypadek.
- Zawsze przebiega to w ten sam sposób. Prosicie o coś, ale nawet gdy jest wam dane to tego nie widzicie i szukacie czegoś wielkiego. Przypowieść o ziarnach jest prawdziwa. Jeśli się dba o to maleństwo, ono kiełkuje i wydaje plon. Może potraktujesz to jako małą iskrę, z której może powstać pożar? - uniosła brwi. - W każdej chwili możesz ją zdmuchnąć, a ja zniknę i już mnie nie zobaczysz. Nie wiem czy pomogę ci w jakikolwiek sposób, ale możesz o tym rozmawiać. Mam czas - obdarzyła go kolejnym przeszywającym, ale nie ostrym spojrzeniem i jak gdyby nigdy nic znalazła sobie krzesła i usiadła. No przecież nie podejdzie i nie położy tej swojej drobnej, zimnej dłoni (gdyby Alice miała głos, przypomniałaby sobie słowa swojej najlepszej przyjaciółki: zimne ręce - gorąca w łóżku! zawsze się z tego śmiały, ale nie zostało to w żaden sposób sprawdzone... ) na jego ramieniu i współczująco spojrzy w oczy i coś tam zacznie mówić na poprawę nastroju. Jak będzie chciał ją odesłać to i tak to zrobi - po dobroci, albo bardziej wrednie. Tymczasem dała znak, że w razie czego jest gotowa go wysłuchać. Poza tym i tak się nigdzie nie wybierała. Mało kto na tej planecie znał jej imię, więc nie musiała wysłuchiwać wołań i modlitw, a w Niebie i tak był syf, z resztą: NIE TEN DZIEKANAT! (że zacytuję stary, dobry tekst).




U N L E A S H E D!
When I'm free, when my sun has set
Released my soul forever
I'll have no regret to be free!
I'll exist again! No more lost endeavors
Nothing to contend when I'm free!
avatar
Varia

Liczba postów : 85
Join date : 19/12/2012

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Pokój 45c

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 :: LAS VEGAS :: OBRZEŻA :: Last Night

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach